Gdyby rzodkiewka umiała pisać, i miałaby zamieścić dziś w swoim pamiętniczku nowy wpis, jedna z rzeczy, których na pewno nie napisałaby to “Dzień jest piękny. Jednak czegoś mi brakuje. Może to chłop z łopatą?”.
Chłop z łopatą metodycznie wykopywał wystające z ziemi rośliny. Odwrócił się i zauważył, że swoimi brudnymi buciorami wdeptał w ziemię cały rząd pieczołowicie wykopanych wcześniej bulw. Zaklął pod nosem i oparł się o swoje narzędzie pracy. Podłubałby w nosie, ale zauważył trzy osobliwe postaci zbliżające się do niego niespiesznie od strony ścieżki.
– Juhuu! – krzyknęła jedna z nich i pomachała do niego ręką.
Kiedy nieznajomi zbliżyli się na odległość rozmowy, chłop pożałował, że nikt jeszcze nie wynalazł okularów przeciwsłonecznych. Na słońce podczas zaćmienia nie powinno się patrzeć gołym okiem. Na cekinową kolczugę Gejralta w słoneczny dzień nie powinno się patrzeć nawet z zamkniętymi oczami.
– Dzień dobry, panie tubylcu – powiedział wejdźmin. – Przemierzyliśmy pół świata aby dowiedzieć się, co to jest.
Wejdźmin wskazał na widoczną w pewnej odległości budowlę. Była to wieża o okragłej podstawie ze znajdującą się na czubku nieco szerszą nadbudówką. Wieża górowała nad okolicą, a teren u jej podnóża był otoczony przysłoniętym nieco przez drzewa wysokim murem.
– Jak się o tym dowiedzieliśmy, po prostu musieliśmy przemierzyć te pół świata aby przyjrzeć się z bliska. Bardzo fajne, podłużne i pionowe – wyjaśnił wejdźmin.
Krasnolud, który mu towarzyszył westchnął.
– Panowie to z dala faktycznie musieli przybyć – powiedział chłop, odpalając papierosa. – Sądząc po tych pstrokatych strojach. To skąd są, jeśli wiedzieć można?
– Będzie z pół godziny drogi – powiedział Mlaskier. – Z jedną przerwą na kupę i jedną na drugie śniadanie. Zdążyłem wymyślić pół fajnego rymu. “Kiwi -”. Drugiej połowy jeszcze nie mam.
– No dobra – zignorował towarzysza Zołman. – Panie. Co z tą wieżą?
– Wieża jak wieża. To dla księżniczki.
– Księżniczki?
– Bo widzicie, tu panuje taki król, co to nigdy nie chciał mieć córki. Marzył se o męskim potomku, który zyskałby chwałę i odziedziczył tron, ale takowego nie doczekał się. Jedyne jego potomstwo nie tylko zinteresowanie sprawami polityki ma nikłe, ale w dodatku nie może dziedziczyć. Bo jest babą.
– Dyskryminacja!Już mamy dość tych tych represji! Żądamy równouprawnienia!
– Mlaskier, zamknij się. Ty nie jesteś kobietą – uciszył kompana Zołman.
– Jak to? – zdziwił się grajek.
– Ech. No a wieża?
– Król kochał swoją Zosię tak że aż ja p… nie mogę, i, choć brakowało jej pewnych wystających części ciała (ale miała inne, he he) chciał dla niej jak najlepiej. Kiedy królewna skończyła lat trzynaście, czyli, jak mówi obyczaj, była pełnoletnia, za radą kilku pijanych czarodziejów postanowił zafundować jej coś możliwie bliskiego bitewnej chwały: legendę – chłop zrobił dramatyczną przerwę. – Królewska córka została zamknięta w pałacowej wieży, a za żonę pojąłby ją taki śmiałek, który wbrew przeciwnościom zdołałby ją oswobodzić. Tydzień później uwolnił ją dworski kucharz, który przekupił strażnika za pomocą ciasteczka, co podobno było z makiem. Sprawę szybko zamieciono pod dywan, kucharz został cichcem poćwiartowany a zabezpieczenia przemyślano. Potrzebna była wieża, do której dostałby się tylko jakiś bohater. No to budowali. Kilka lat już minęło, wieża stoi, a księżniczka dobiega lat szesnastu i grozi jej staropanieństwo.
– Stoi? – zainteresował się Gejralt.
– A jak. Przywieziono nawet jakiegoś smoka, czy coś. Połyko-Rwą zwane. I to pilnuje tego ogrodu, co otacza budowlę. Tylko że jest problem. Tam są pułapki, potwór na wolności, w zasadzie wejść to się nie da. No to nie wiadomo jak tam wsadzić Zosię. Było ogłoszenie na śmiałka, którego zadaniem będzie nie ratunek, ale zamknięcie jej w wieży. Tylko, że to głupie. A bohaterowie przecie głupi nie są.
Król podrapał się po nosie i westchnął ciężko. Nie lubił poniedziałków. Szczególnie od czasu, kiedy problemy z wieżą księżniczki zaczęły piętrzyć się lawinowo. Tydzień wcześniej trzech budowniczych straciło życie montując wahadło śmierci. “Uwaga, leci!”, jak się okazało, krzyczane z ostrym zapaleniem gardła nie jest słyszalne z odległości kilku metrów. Później jakiś idiota postanowił łowić syreny w otaczającej budowlę fosie. Rękoma. Kłopotów było co niemiara, ale z jakiegoś powodu pierwszy dzień tygodnia przyciągał je jak magnes.
Swoim zwyczajem, założył ręce za plecy i jął spacerować nerwowo po pustej sali tronowej, przeklinając przy tym pod nosem.
Myślał tak intensywnie, że dopiero po chwili zauważył, że nie może dalej się przechadzać, ponieważ jego nos styka się z jakimś innym nosem. Co więcej, ten drugi nos był do góry nogami, a do niego przyczepiona była reszta postaci, która wisiała głową w dół na żyrandolu.
AAAAAA!!! – odskoczył, kiedy do jego mózgu dotarła informacja, że się wystraszył.
– Szanowna wysokość wybaczy – powiedział głos krasnoluda, który stał u wejścia sali tronowej. – Mlaskier, złaź z tej lampy!
– Eee? – wybełkotał król.
– To taki nasz kolega. Czasem jest trochę dziwny, ale proszę się nie, złaź z lampy powiedziałem, obawiać, to nie z nim będzie trzeba rozmawiać o zleceniu.
Karsnolud odsunął się na bok, bo do sali na jednokołowym rowerku wjechał srebrnowłosy wejdźmin, żonglując dwoma bananami i chomikiem. Wyglądało na to, że nie panuje nad trajektorią jazdy, bo po krótkim zygzakowaniu między kolumnami wpadł z impetem w regał z porcelaną stojący w kącie. Z kawałków regału i bardzo drogich naczyń wysunęła się jego uśmiechnięta twarz.
– Widzieliście? – powiedziała. – Bez siodełka.
– Straż – pisnął cichutko król.
Ryszart Dwa Jeże, prawowity władca królestwa Tamsaint bębnił palcami o stół.
– Znacie swoje zadanie. Chociaż jak tak na was patrzę, głodnych, przerażonych…
– Eee, on jest po prostu chudy – powiedział Zołman zjadając całe udko z kurczaka, łącznie z kością. – A Mlaskier to ma zwyczajnie duże oczy.
– No dobrze, dobrze. Co do nagrody, dogadamy się później. Ale ręka księżniczki nie wchodzi w grę. Nie po to tu jesteście.
Gejralt i Mlaskier zahihotali, ale król wolał nie pytać.
– Idziemy tam z księżniczką i zamykamy ją w wieży – podsumował Gejralt. – Pupka z masłem. Ale będzie nam potrzebne więcej informacji.
– Pytajcie o co chcecie.
– No, na ten przykład, czysto teoretycznie, gdyby tak się zdarzyło, że ta cała Połykorwa zjadłaby nam księżniczkę, to co wtedy?
– Wtedy na deser zje was. Po kawałku. Mam nadzieję, że się rozumiemy.
– Aha – powiedział Wejdźmin. – Ale gdyby została chociaż ręka, to w sumie…
– Nikt nikogo nie zje. To jest właśnie wasza misja. Jeśli nie jesteście w stanie jej wykonać, możemy się pożegnać tu i teraz.
Uśmiechnięta dziewczynka o włosach koloru blond w podskokach podeszła do stołu. Wyglądała niewinnie. Miała na sobie strój podróżny i plecaczek.
– A to jest właśnie Zosia.
Żelazne wrota do ogrodu otworzyli kluczem, który dostali od króla Ryszarta. Przestąpili próg.
Zołman w gotowości bojowej rozglądał się powoli trzymając w rękach topór. Wejdźmin przeciągnął się i zapalił papierosa. Mlaskier wyskubywał coś z włosów księżniczki, która chichotała wesoło.
– Pamiętajcie – pouczył ich Gejralt. – Połykorwa wygląda dość przerażająco, ale bardziej boi się ludzi, niż wy jej. Jeśli nie czuje strachu, nie powinna się nawet do nas zbliżyć. Istnieje duża szansa, że nawet jej nie…
Nagle zrobiło się jakoś ciemniej. Zupełnie tak, jakby cień jakiegoś krwiożerczego potwora zakrył słońce. Chwilę później wyjątkowo brzydka maszkara z hukiem opadła na ziemię. Potwór spojrzał na Zosię, i zanim ktokolwiek zdążył zareagować zjadł ją z głośnym “chaps!” i odfrunął.
Mlaskier sprawdził, czy ma wszystkie palce.
– O kurwa – przerwał ciszę Zołman.
Patrzyli na oddalający się na niebie punkcik. Z jego kierunku dobiegło ledwo słyszalne beknięcie.
– Potrzebujemy nowego planu – oznajmił Wejdźmin. Wszyscy powoli, krok za krokiem, zbliżali się z powrotem do wrót.
Ptaki ćwierkały melodie niecenzuralnych piosenek, których w wolnych chwilach Mlaskier uczył je, podśpiewując przy karmniku. Wcześniej zwykł pijać eliksir “Mały Ptaszek”, aby lepiej rozumieć swoich skrzydlatych przyjaciół. Wejdźmin, z jakiegoś powodu, nie lubił kiedy jego druh znajdował się pod wpływem tej mikstury.
Szałas, w którym siedzieli zamaskowali gałęziami i mchem, ale wprawny tropiciel mógłby rozpoznać go po kolorowych wstążkach, lampkach choinkowych i transparencie z napisem “Przytulanie za darmo” powieszonym nad wejściem.
– W zasadzie – mówił krasnolud. – Dopóki ktoś nie spróbuje jej uratować, możemy powiedzieć, że siedzi w wieży. Jak niby sprawdzą, czy to prawda? Co wy tam robicie pod kocem?
– Nic – powiedział bardzo szybko Gejralt. – Spokojnie, Zołmanie. Przygotowałem już 47 zapasowych planów działania. Niestety żaden z nich nie ma nic wspólnego z naszą sytuacją.
– Gejralt. Jak ktokolwiek dowie się, co się tu stało, to nawet na końcu świata nie ukryjemy się przed królewską strażą. Widziałeś ich? Umięśnione chłopy, pewnie każdego dnia trenują te swoje naprężone muskuły… przestań się uśmiechać. Idę siku. Nie, nie możesz popatrzeć.
Zołman wyszedł. Wrócił po kilku sekundach, blady jak ściana. To, co zobaczył sprawiło, że zbladł jeszcze bardziej, wrzasnął i wybiegł z powrotem.
– Nie było mnie tylko chwilę! – usłyszeli z zewnątrz. – Nogi nie wyginają się w takie strony! Zresztą, kurwa, ubierać się!
Światła widoczne w oddali wyglądały jak zbliżające się oddziały wojska. Tętent kopyt też brzmiał jak galopujące konie bojowe. Chorągwie z herbem sugerowały, że to mogli być królewscy rycerze. Transparent, który wieźli przedstawiał coś, co przypominało podobizny Gejralta i jego towarzyszy, z dorysowanym czymś, co wyglądało zupełnie jak szubienice. Koniec końców, uprawnione było przypuszczenie, że zbliżający się tabun nie był dostawcą pizzy.
Nie zastanawiali się długo. Piesza ucieczka przed konnymi miała tylko jedną wadę: była niemożliwa. Rzucili się więc pędem w stronę ogrodu, a kiedy tam dotarli, zatrzasnęli za sobą wrota.
Usłyszeli, jak kilka bełtów odbija się od drugiej strony bramy.
– Świetnie! Cudownie! – grzmiał Zołman. – Przecież mają klucz. Już po nas.
Gejalt wskazał na górującą nad ogrodem wieżę.
– Możemy się schować o tam. I tak chciałem dotknąć.
Mlaskier wykopał dołek rękami i zakopał go z powrotem. Wyglądał na zadowolonego. Po drugiej stronie bramy dało się usłyszeć głosy. Wrota drgnęły.
– Biegiem! – krzyknął Zołman i zorientował się, że jest sam, bo obaj towarzysze zdążyli się już oddalić. Krasnolud też rzucił się do sprintu.
Biegli. Gejralt zahaczył nogą o jakiś sznurek. Ostre jak brzydwa wahadło wystrzeliło spomiędzy drzew lecąc prosto na jego głowę. Wejdźmin uznał to za miły aspekt sytuacji. Zarzucił włosami i przyciął rozdwojone końcówki. Prawie wpadł też do stawu z zabójczymi syrenami. Potwory o postaciach pięknych kobiet kusiły go pieśniami i swoimi ponętnymi kształtami. Przebiegł po ich głowach i zeskoczył na drugi brzeg.
Zołman pędził zygzakiem omijając zapadające się na jego drodze doły z kolcami.
Mlaskier jechał na chwilę na tygrysie, który rzucił się na niego z kępy krzaków. Kiedy zwierzę zorientowało się, że coś jest nie tak, zahamowało z piskiem, a grajek pofrunął dalej zjadając kulki z trującym gazem, które strzelały w jego stronę ze szczelin w kamieniach.
W końcu dobiegli.
1654 schodów później patrzyli z okna ciemnej komnaty na czubku wieży jak żołnierze powoli przedzierają się przez liczne pułapki.
– Teraz możemy się zrelaksować – powiedział Gejralt i przeciągnął się powoli. – Długo im to zajmie, a po drodze zje ich smok.
– Gejraalt? – zagaił Mlaskier.
– No?
– A gdzie właściwie jest ten smok?
– Właśnie – dodał krasnolud. – Gdzie właściwie…
Coś popukało go po ramieniu.
Krasnolud bardzo, bardzo powoli odwrócił się. Para świecących w ciemności oczu rozszerzyła się.
Wszyscy, łącznie z potworem wrzasnęli. Stwór zrobił krok w ich stronę, wychodząc z cienia. Jego zęby ociekały czarnym szlamem.
Gejralt bardzo, bardzo powoli sięgnął za plecy. Miał tam schowany eye-liner. Nie chciał umierać nieumalowany.
Połykorwa zbliżała się do nich warcząc. I nagle padła na pysk.
Coś ruszało się pod jej ogonem. Wychynął stamtąd mały palec, potem ręka, a potem wygramoliła się stamtąd czarna jak smoła księżniczka.
– O jezu, jak śmierdzi – powiedziała. – Chyba zepsułam smoka. Ojciec zawsze mówił, że jestem ciężkostrawna.
Trębacze odegrali hymn królestwa Tamsaint. Trójka bohaterów stała dumnie przed majestatem jego królewskiej mości.
– Wejdźminie, niezłego nam żeście napędzili stracha – mówił władca. – Kiedy doszły nas słuchy, że Zosia została zjedzona przez potwora byliśmy gotowi was ubić na kogel-mogel. Ha, ha.
Zaśmiali się nerwowo.
– A tu nagle okazuje się, że ona cała i zdrowa, a zadanie wykonane. Nawet nie wnikam, jak żeście to zrobili. Co do nagrody, mości wejdźminie, mieliśmy się dogadać. A zatem postanowiłem.
Król zrobił uroczystą pauzę. Odwrócił się do zasiadającej w ławach publiczności.
– Ogłaszam wszem i wobec, że, choć nie taki był początkowo plan, wejdźmin Gejralt wykazał się odwagą, skutecznością w działaniu oraz odpowiedzialnością. Dlatego to właśnie jemu oddaję rękę księżniczki Zosi. Spłodzą nam mnóstwo…
Stojący obok kasztelan popukał króla po ramieniu, by ten się odwrócił. Po Gejralcie i jego towarzyszach nie było śladu.
Do szałasu, w którym się ukrywali dla lepszego kamuflażu dodali jeszcze transparent z napisem “Tu nas nie ma”.
– He he, Gejralt – zagaił Zołman. – No tym razem to byś normalnie księciem został. – Ale potomstwa to by się oni raczej nie doczekali, he, he.
Wejdźmin rozmyślał o wszystkim, co ich spotkało. O księżniczkach, smokach i władcach, którzy o wszystkim decydują.
– Wiecie – odparł po dłuższej chwili. – Co mnie przeraża?
– No?
– Robale. Fuj – powiedział, wypstrykując chodzącą po jego ręce stonkę na zewnątrz szałasu.
Liczylem na ten rym do „kiwi” na końcu 🙁