Dziewczynce było zimno. Była do tego przyzwyczajona. Wiedziała, że obok piekarni przy rozgrzanych ścianach komina można było uniknąć najgorszego chłodu. A i czasem rzucili kawał spalonego chleba, który wystarczał na dwa – trzy dni pożywienia. Noce były gorsze, wtedy spod piekarni gonili, i trzeba było szukać innego miejsca.
Raz w tygodniu zrywała pod miastem tulipany. Zanosiła je mamie. Grabarz sprzątał je kilka dni później, ale dopiero, kiedy usychały. Dziewczynka lubiła go. Nigdy nie był dla niej niemiły.
Kiedyś spotkała prawdziwego księcia. Złota karoca zaprzęgnięta w białe konie zatrzymała się tuż obok niej. Wysiadł bardzo młody panicz, trzymając w ręku pantofelek. Nie wiedziała, o co chodzi kiedy zabrał ją do środka i założył jej go na stopę. Nie wiedziała o co chodzi, kiedy wyrzucono ją podczas jazdy na mokry bruk, kiedy nie pasował. Wybiła sobie wtedy zęba. Ale była wdzięczna, ponieważ przez chwilę było jej ciepło.
Nie wiedziała, ile ma lat, ani jak długo już błąkała się po ulicach Wyrżnijmy. Nie rozumiała pogardliwych spojrzeń przechodniów i ponurych min właścicieli posesji, którzy czasem szczuli ją psami. Ale była dzielna.
Widziała raz pana o srebrnych włosach w towarzystwie śmiesznie ubranego barda i brodatego krasnoluda idących ulicą. Bardzo im zazdrościła. Rozmawiali i śmiali się. Też chciałaby umieć się tak śmiać.
Zasnęła powoli. Przykryła się starym, zapchlonym kocem, który znalazła kilka dni wcześniej na śmietniku na zapleczu kamienicy. To był luksus. Wiedziała, że będzie mogła korzystać z niego, dopóki jakiś włóczęga nie stwierdzi, że jemu przyda się bardziej. Tak było zawsze. Tak musiało być. Ale na razie miała koc. Bardzo go lubiła.
Świtało, kiedy otworzyła oczy i zobaczyła, że obok niej, zwinięty w kulkę, śpi zabawnie ubrany jegomość. Co dziwniejsze, wyglądał zupełnie jak ów bard, który podróżował ze srebrnowłosym panem i krasnoludem. Mlaskier obudził się i ziewnął przeciągle.
– O. Dzień dobry. – powiedział patrząc na nią ospale. – Moja głowaa…
Dziewczynka przyglądała mu się dużymi oczyma. Nauczyła się już, że od obcych należy uciekać bez zastanowienia i nie oglądać się przy tym za siebie. Ten jednak osobnik miał w sobie coś co sprawiało, że wydawał się niegroźny.
– Masz coś do jedzenia? – powiedział Mlaskier nie skończywszy ziewać.
Wiedziała, że bezpieczniej jest spełniać zachcianki większych od siebie. Wyjęła zza pazuchy kawałek stęchłego chleba, który od kilku tygodni trzymała na czarną godzinę. Podała mu go drżącą ręką i zmrużyła oczy. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie uderzenie.
– O. – powiedział grajek, wziął chleb i wciamkał go powoli. – Mm. Bardzo dobre. Jestem Mlaskier, a Ty?
Dziewczynka patrzyła.
– Jesteś niemową? – Mlaskier podrapał się po głowie. – W takim razie będziesz miała na imię ee… Porzeczka. To moje ulubione warzywo.
Porzeczka patrzyła na niego z pewną obawą; wciąż jednak nic nie wskazywało, że groziłoby jej z jego strony jakieś niebezpieczeństwo. Mlaskier podniósł się i otrzepał swoją błyszczącą tuniczkę. Przez ramię przewieszoną miał torbę, z której wystawała mała, obrastająca puchem kuleczka z oczami. Pogłaskał ją. Robił to regularnie.
Spojrzała na nią z zaciekawieniem zza krawędzi koca.
– A, to bazieliżek – powiedział Mlaskier. – Przywieźliśmy go z jednej z ostatnich wypraw. Bardzo fajny. Trzeba go głaskać, żeby nie zamienił się w potwora.
Dziewczynka też chciałaby go pogłaskać, jednak, jak wyjaśnił bard, bez specjalnego antidotum mogło to skończyć się… dziwnie. To nic, pomyślała. Przywykła, że to, co najlepsze, jest domeną innych. Mogła popatrzeć na urocze zwierzątko, i była za to wdzięczna. To musiał być dobry dzień. Bardzo lubiła taki rodzaj dnia.
– Mało – zmienił temat Mlaskier i mlasnął. – Idę na kebab. – Zastanowił się nad czymś i zaczął odchodzić. Kilka kroków dalej zatrzymał się jednak, odwrócił się i spojrzał na Porzeczkę. – Idziesz?
Dziewczynka nie była pewna, czy to wszystko to nie jakiś podstęp. Nie wiedziała też, co to jest kebab. Nie wiedziała, że ludziom, którzy śpią na ulicy wolno jeść coś innego niż stary chleb i wyrzucone na śmieci resztki. Zmarszczyła brwi i skuliła się bardziej.
– To idziesz? – powtórzył Mlaskier dłubiąc sobie w uchu.
Fjutest siedział na różowym tronie w najwyższej izbie pałacu, a Gejralt i Zołman patrzyli na niego wyczekująco. Targowanie się o wejdźmińskie nagrody nigdy nie było łatwe. Zwłaszcza, że Fjutest najchętniej płaciłby w cekinach, używanych majtkach i cukierkach. Królewski skarbiec był pełen takich rzeczy.
– Dobrze. Dwadzieścia koron. I trzy cukierki. – powiedział wejdźmin finalnie. – Masz brokat na nosie.
– Co? Skąd on mógł się tam wziąć? – król potarł dłonią twarz.
– Fjutest, ty nawet pierdzisz brokatem – powiedział Zołman. – Jeśli jest jedno miejsce na świecie gdzie jego obecność nikogo nie dziwi, to jest ono gdzieś na tobie.
Król starał się wymyślić ripostę.
Nie zdążył. Nagle zatrzęsła się ziemia a z półek spadły wszystkie kryształowe figurki o niedwuznacznych kształtach. Fujtest zachwiał się na nogach i rozejrzał się zdezorientowany. Wstrząs powtórzył się. Z zewnątrz dobiegł ich łoskot przypominający lawinę i liczne krzyki. Król podbiegł do okna.
– O kurwa – powiedział cicho. – Gejralt. Patrz.
Wejdźmin podbiegł do okna. Rozpościerał się z niego widok na kilka przypałacowych ulic i dalej na plac miejskiego rynku. Potwór, który miotał się na placu był duży. Bardzo duży. Górował nad przylegającymi do rynku kamienicami, a dęby rosnące wzdłuż alei prowadzącej do pałacu wyglądały przy nim jak kwiatki. Przypominał gigantycznego, czarnego byka ze skrzydłami i czerwonymi, świdrującymi ślepiami.
Zamachnął się łbem i jednym uderzeniem rogów zburzył kamienicę. Do rynku dobiegli już żołnierze, którzy ciskali w niego dzidami i strzelali z kusz, ale miało to tyle sensu, co rzucanie wykałaczkami w nadciągający lodowiec. Zdążono nawet przywlec trebusz, jednak zanim ktokolwiek mógł nakręcić kołowrót, monstrum zionęło ogniem z wielkiego nosa paląc machinę na popiół wraz ze schowanym za nią operatorem.
– Ryczywół – powiedział cicho Gejralt. – Myślałem, że to legenda.
– Zaraz po centrum miasta zostanie tylko legenda! – wrzasnął Fujtest. – Mój pomnik! Właśnie wdeptał w ziemię mój pomnik!
Gejralt podszedł do krzesła, zdjął z niego wiszący na oparciu rynsztunek i założył go na siebie.
– I to rozumiem – Fujtest złapał się pod boki. – Idź i coś z nim zrób!
– Ja nie idę nic z nim zrobić – powiedział spokojnie Gejralt. – Ja stąd jak najszybciej wyjeżdżam.
Zołman, który wyjrzał właśnie przez okno wskazał coś palcem i zawołał Gejralta. Pośród ludzi w panice ukrywających się w bramach, domach i innych zakamarkach, na środku ulicy stał zdezorientowany Mlaskier. Wyglądał jakby czegoś szukał.
– Świetnie – mruknął Wejdźmin i westchnął. – Zołmanie, znajdziemy się potem. Tylko uważaj na siebie!
Krasnolud skinął głową. Gejralt zbiegł po schodach aby ratować Mlaskra.
Kiedy go dogonił, grajek był już prawie na głównym placu rynku, na którym znajdował się potwór. Wejdźmin złapał go i wciągnął w bramę. Mlaskier wyrywał się.
– Gejralt! Nie rozumiesz! Jedliśmy sobie kebab kiedy wszystko zaczęło się walić! Porzeczka zniknęła! Gejralt, musimy ją znaleźć!
– O czym ty mówisz? Nie możemy się stąd ruszyć – powiedział wejdźmin. – Jeśli wyjdziesz teraz na otwartą przestrzeń, i ryczywół cię zobaczy, to spali cię, zadepcze, albo zabije w jakiś inny wymyślny sposób.
Wejdźmin wychylił się z bramy przytrzymując Mlaskra i pokazał palcem na wielką górę czarnego cielska miotającą się po starówce.
– Może gdzieś się schowała – zrezygnował po kilku kolejnych próbach ucieczki Mlaskier głaszcząc uspokajająco przestraszonego bazieliżka w swojej torbie. – Chyba jest w tym dobra…
Ryczywół wściekle zionął ogniem i szczerzył zęby.
We wnęce po przeciwnej stronie przecznicy pojawił się Fujtest z obstawą kilku żołnierzy. Po chwili dołączył do nich Zołman, który otworzył sobie piersiówkę i wypił ją duszkiem patrząc przed siebie z połączeniem strachu i podziwu.
– Musiałem to zobaczyć z bliska – sapnął Fujtest. – Ja pierdolę. Skąd to się do cholery wzięło?
– Musiało mieć powód – odpowiedział Gejralt. – Ten potwór to najniebezpieczniejsze stworzenie na świecie. I mówię to całkiem dosłownie. Nikt go tu wcześniej nie widział?
– No, prawdę mówiąc spotkaliśmy ostatnio coś takiego podczas eee… Patrolu pod miastem! Tak, tak właśnie było. Specjalnie pojechałem zobaczyć, bo nikt o takiej maszkarze wcześniej nie słyszał. Tylko że, kurwa, było dużo mniejsze. Wielkości na ten przykład krowy. I kilka malutkich. To większe rzuciło się na nas z rogami, czterech naszych zginęło zanim ostatecznie ubiliśmy gnoja idąc kupą. Nawet te małe z nami walczyły. Zrobiliśmy z ich rogów rękojeści do mieczy.
– To był samiec i młode – powiedział Gejralt wzdychając. – Samica jest trochę większa.
– Fujtest! Kurwa mać – krzyknął Zołman. – Nic dziwnego, że jest wściekła. Zajebaliście jej całą rodzinę i jeszcze macie pretensje?
– Wasze pociski nic jej nie zrobią – powiedział Gejralt. – Ale nie to jest najgorsze. Zgodnie z legendą, ryczywół odbiera emocje i myśli przez skórę. Każdy pocisk, każda włócznia, którą w niego dziś wystrzeliliście niosła ze sobą przejęte od żołnierzy mordercze myśli, agresję, nienawiść i strach. Jeśli wcześniej potwór był wściekły, to teraz jest w kompletnym amoku. To koniec tego miasta. – Wejdźmin wzruszył ramionami i wyjął sobie lakier do paznokci. – Zołman, Mlaskier. Uciekamy jak tylko nadarzy się okazja.
Dostrzegli, że z zaułka po przeciwnej stronie placu rynku coś się wyłoniło. Dreptało powoli na małych stópkach w kierunku gigantycznego ryczywoła. Dystans nie był duży, ale dla krótkich nóżek stanowił wyzwanie.
Porzeczka szła patrząc przed siebie niepewnie. Nie rozumiała, dlaczego stworzenie było złe. Było przecież duże i silne i na pewno nikt go nie bił tylko dlatego, że spał pod kawałkiem dachu na jego podwórku, żeby nie zmoknąć. Szła robiąc małe kroczki i patrząc zmrużonymi ze strachu oczyma. Nauczyła się ostatnio, że czasem, aby coś nie było potworem, trzeba to pogłaskać.
Mlaskier bez słowa rzucił się w kierunku placu ale Wejdźmin zatrzymał go znakiem.
– Mlaskier – szepnął. – Nic nie możesz zrobić.
Potwór ryknął w powietrze tak głośno, że znów zatrzęsła się ziemia. Mierzył wściekłym spojrzeniem otoczenie szukając ofiar. Dudnienie jego ciężkich kroków niosło się echem na mile. Ogromne rogi mieniły się marmurem a z pyska buchał ogień. W końcu wzrok stwora spoczął na małej istotce zbliżającej się do niego z wolna. Ponownie przeciągle zaryczał, tak że wszyscy zakryli uszy, i mocno tupnął kopytem o ziemię robiąc w miejscu mały krater. Zasadzono w nim później krzaczek porzeczkowy, otoczono zdobionym płotkiem i nazwano Kraterem Porzeczki. Dziewczynka szła.
Ryczywół chuchnął z nozdrzy gorącą parą. Podmuch przeszedł górą, ale zmiótł Porzeczkę z nóg. Ta podniosła się jednak i wciąż stawiała jeden kroczek za drugim.
Mlaskier próbował uwolnić się ze znaku wejdźmina, ale opadł już z sił.
– Gejralt no! Puszczaj! – krzyczał ale znak pochłaniał każdy dźwięk. Nie można było ryzykować.
Wejdźmin wiedział, że teraz mogli już tylko czekać i zobaczyć co się stanie.
Porzeczka stanęła przed potworem. Wyglądała przy nim jak mała myszka w porównaniu do słonia. Stada słoni. Ryczywół wiercił się wściekle, i tupał, tak że musiała balansować rękami, aby znowu nie upaść.
– Potwór jest zupełnie zaskoczony. Do tej pory każdy od niego uciekał, albo do niego strzelał. – pomyślał Gejralt. – Jeśli ktoś inny wyjdzie teraz na plac, wszyscy zginą.
Nikt jednak nie wyszedł.
Monstrum zarzuciło łbem i warcząc wściekle obniżyło go do poziomu samej ziemi aby zobaczyć, czym jest stojące przed nim stworzonko. Same jego zęby były większe od małej Porzeczki, musiał więc przekręcić pysk aby oko znalazło się na odpowiedniej wysokości.
Porzeczka wyciągnęła drżącą rączkę w kierunku krawędzi wielkiego nozdrza. Potwór prychnął, ale nie podniósł łba. W pierwszej chwili cofnęła się, ale podeszła jeszcze raz. Mała dłoń spoczęła w końcu na ogromnym pysku i niepewnie go pogłaskała. Dziewczynka otworzyła zaciśnięte wcześniej ze strachu oczy.
– Usłyszy jej myśli… – szepnął do siebie Gejralt. – Teraz stać się może wszystko.
Kiedy rączka dotknęła rozgrzanego, czarnego nozdrza ryczywoła, warczenie stopniowo ustało. Potwór znieruchomiał. Nie chcąc tego zajrzał wgłąb jej duszy, zobaczył i poczuł wszystko; cała jej historia rozpłynęła się po jego mózgu jak potop. Trwali tak w bezruchu w absolutnej ciszy, gigantyczne cielsko potwora i malutka, umorusana, nic nie znacząca dziewczynka, która patrzyła na niego dużymi oczyma. Trwało to kilka minut.
Fujtest chciał dać znak wojsku aby wykorzystało moment i zaatakowało ponownie pełną siłą. Jedno spojrzenie Gejralta powstrzymało go jednak.
Bestia podniosła się powoli. Nie ryczała już, ale z jej krtani wydobywało się basowe sapanie. Ryczywół stał, górując nad okolicznymi budynkami i jeszcze raz zmierzył całe otoczenie. Ukryci w zakamarkach mieszkańcy patrzyli na niego z obawą. Nikt nie wiedział co się stanie. Ale nie stało się nic. Zwierzę nie miało już w oczach szału ani agresji. Patrzyło teraz smutno, z nieskończoną pogardą i nienawiścią. Nie chciało tu być. Gejralt mógł przysiąc, że w jego czerwone ślepia zaszkliły się łzą. I wtedy odleciał. Tak po prostu. Uderzył gigantycznymi skrzydłami, aż poleciały szyby z okien, i nikt go więcej nie widział.
Gejralt puścił Mlaskra, który pobiegł do Porzeczki, którą podmuch skrzydeł zwiał na drugi koniec placu i przytulił ją mocno.
Fujtest podrapał się po tyłku.
– No ja pierdolę – zaśmiał się nieco nerwowo. – To nam się uwaliło. Tym razem to naprawdę było blisko.
Zołman przywalił mu w twarz.
Mlaskier i Porzeczka spacerowali po podmiejskiej łące. Dziewczynka wciąż nie odzywała się, ale Mlaskier opowiedział jej wszystkie przygody swoje, wejdźmina Gejralta i krasnoluda Zołmana, żywo przy tym gestykulując. Mówił o tym godzinami. Obślinił się przy tym tylko dwa razy.
– Mam pomysł! – powiedział później – Posłuchaj, Gejralt jest wejdźminem, nie? Ostatnio szukał nowych kandydatów. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, ale może spróbować zamienić cię w jednego z nich! Albo raczej… wejdźmę! Będziesz miała super zdolności, mocną głowę do alkoholu i będziesz podróżować z nami po całym świecie! Hm?
Dziewczynka patrzyła na niego długo. Później, po raz pierwszy odkąd pamiętała, uśmiechnęła się szeroko. Więc to takie uczucie – pomyślała. Bardzo przypadło jej do gustu. Ucałowała Mlaskra w policzek. Pokręciła głową przecząco, odwróciła się i odeszła w stronę miasta. To był dzień zrywania tulipanów.
Zajebiste.
Tak inaczej. Cóż nawet się trochę gdzieś tak w środku wzruszyłam. Ogólnie świetne są wszystkie opowiadania 🙂