– Kto to jest, tatusiu? – zapytał chłopiec dłubiąc w nosie.
– To jest Gejralt, synku – rzekł właściciel głosu, gładząc go po główce. – Gejralt jest wejdźminem.
– A ten drugi? – zapytał chłopiec.
– To jest jego przyjaciel, bodajże poeta.
– A to?
– A to jest potwór, mój mały.
– A dlaczego trzymamy ich wszystkich w klatkach?
– Bo wieczorem, mój synku, wejdźmin zmierzy się z potworem na arenie, a my weźmiemy za to dużo pieniędzy – wyjaśnił mężczyzna spoglądając w błyszczące oczy skrytego w cieniu, sapiącego potwora. Zaniósł się upiornym śmiechem.
Mistrz areny, Emmanuel De Von X, znany szerzej w artystycznym światku jako Pan X, przeglądał się w lustrze w swojej gwiazdorskiej garderobie. Nabrał żel do włosów na ręce i przygładził nim czarne, równo przystrzyżone acz niesforne kosmyki, aby – jego zdaniem – ładnie błyszczały w świetle reflektorów. Jak zwykle przesadził.
Gwary dochodzące z głównej areny dodawały mu animuszu. De Von X błysnął śnieżnobiałym uśmiechem i uniósł jedną brew. Nie spodobało mu się to, co ujrzał w lustrze. Małym grzebykiem uczesał brwi, chrząknął, wyprostował się i spróbował jeszcze raz. Tym razem spojrzał na swoją wyćwiczoną minę z aprobatą. Wyrazu twarzy nie zmienił, dopóki nie przeszedł przez czerwoną kotarę i nie znalazł się na środku areny.
Wrzawa ponownie dodała mu skrzydeł. Pan X spojrzał na wiwatujących ludzi, którzy w jego oczach zamienili się w sakiewki pełne pobrzękujących monet. Mistrz ukłonił się nisko i fantazyjnym gestem wstrzymał brawa. Kazał skierować na siebie światło.
– Proszę państwa, przed wami jedyny taki pokaz! – wygłosił, skręcając w palcach swój wymyślny wąsik. – Za chwilę ujrzycie rzeczy nieprawdopodobne, które zostały przygotowane specjalnie na ten jedyny w swoim rodzaju wieczór, który sam wymyśliłem!
De Von X podszedł do płonącej donicy i podpalił pochodnię, którą wykonał kilka mających wywołać wrażenie ruchów. Odczekał chwilę na brawa, ale do jego uszu dotarł tylko dźwięk cykających świerszczy.
Odchrząknął, poprawił surdut w biało-niebieskie paski i przyłożył płomień do wąskiego kamiennego koryta wypełnionego naftą. Kiedy się pochylił, pękły mu spodnie.
Ogień natychmiast ruszył kamiennym labiryntem tworząc płonący okrąg, który oświetlił arenę. Widownia zawyła na widok zgromadzonego nań sprzętu.
De Von X zorientował się, że zapomniał najpierw wyjść z okręgu zanim go podpalił, ale jako znany artysta sceniczny zdołał zachować spokój i tylko lekko popuścił w portki.
– Mlaskier… Zgaś to światło… – usłyszał za sobą.
Wejdźmin przewrócił się na drugi bok i zaczął szukać swojego ulubionego kocyka w małe kotki, aby się nakryć. Zamiast niego wyczuł zimne wąskie pręty, układające się w kratkę. Otworzył jedno oko rozrywając powiekami śpiochy. Rozejrzał się.
– Mlaskier, coś mi się wydaje, że się jednak wczoraj sprzedaliśmy – powiedział.
Mlaskier siedział w klatce obok, która wcześniej musiała należeć do szympansa. Wisiał sobie na gałęzi i zajadał banana. Podobał mu się świat „do góry nogami”.
– No – rzekł poeta. – Tylko nie pamiętam co chcieliśmy za siebie kupić.
– Ja też nie – mruknął Gejralt. – Ale chyba to kupiliśmy, bo mam strasznego kaca… – wydedukował.
– Ale kupił nas ktoś fajny, bo jesteśmy w cyrku! – ucieszył się Mlaskier.
– Tak – potwierdził wejdźmin. – Tylko że chyba jako główna atrakcja.
– Zamknąć się! – zasyczał De Von X. – Psujecie mi występ!
Konferansjer wykonał kilka dziwnych ruchów, zaśpiewał „mi, mi, mi” uderzając się w grdykę i uniósł dłoń prostując klatkę piersiową.
– Jak już mówiłem, przed wami widowisko jakiego nie spotkacie nigdzie indziej na świecie! Obecny tu mój osobisty najprawdziwszy wejdźmin, będzie musiał pokonać ten oto wysublimowany tor przeszkód mojego autorstwa, który sam wymyśliłem i omówię go teraz pokrótce. Najpierw będzie musiał…
– Musiał i musiał. Sam se muś… – wymamrotał Gejralt i naburmuszony przesunął się w kąt. Nie lubił być w klatce.
Pan X zignorował go.
– …przejść po linie omijając rozhuśtane maczugi, by następnie przepłynąć basen z moimi piraniami. Po wyjściu napotka drogę wybrukowaną zatrutymi kolcami i mojego znakomitego pomocnika, który będzie w niego rzucał moimi tasakami. Tę część nazwałem „wirujące tasaki”, ha ha, bardzo mi się to udało. Następnie będzie musiał przepchnąć głaz blokujący wejście do jaskini, w której czeka na niego stado wygłodniałych węży. Jeśli jeszcze go ujrzymy, to wspinającego się po linie, którą osobiście podpalę w trakcie! Na jej końcu, jak państwo widzą, znajdują się jego miecze, które bardzo mu się przydadzą do wykonania ostatniego zadania. I teraz najlepsze – De Von X omal zadławił się z podniecenia. – Wejdźmin będzie musiał uwinąć się przed potworem, który po otwarciu klatki uda się jedyną możliwą drogą, która to prowadzi do tego oto nieszczęśnika… – prezenter spojrzał na Mlaskra i przerwał na moment. – …do tego nieszczęśnika, który… Czy on w ogóle wie, że zaraz może zginąć? – zapytał jednego z pomocników, który popukał w klatkę z Mlaskrem i pogroził mu palcem. Mlaskier odłożył banana. Pomocnik wzruszył ramionami.
– Tak czy inaczej… na czym to ja byłem… – zamyślił się, drapiąc się po głowie. – Potwór!
De Von X udał się do przykrytej czarną kotarą klatki i wygiął się przybierając prezencyjną pozę. Siedzący w cieniu starzec ocknął się i zaczął uderzać w werbel. Mistrz areny szarpnął za kotarę. Bębniarz zakończył uderzając pałką w talerz. Nic się nie stało, bo materiał zaczepił się o jeden z prętów. Szarpnął drugi raz, trzeci, za czwartym razem zaparł się nogami o klatkę i zawisł w powietrzu. Kotara w końcu odpuściła. Mlaskier zachichotał i spadł z gałęzi. Pan X też upadł. Wejdźmin wstał chcąc dojrzeć potwora i parsknął śmiechem.
De Von X próbował w szale wydostać się spod czarnego materiału i prawie się przy tym popłakał. Kiedy mu się w końcu udało, usłyszał werbel.
Wziął kilka głębszych oddechów, wykrzywił się w swoim scenicznym uśmiechu numer jeden i kontynuował:
– Jak widzicie, klatka wejdźmina jest dla utrudnienia obwiązana łańcuchem. Jeśli wejdźmin zdąży się z niej wydostać, a następnie pomyślnie ukończy tor przeszkód, który, przypominam, sam wymyśliłem, zmierzy się z tym oto straszliwym potworem, aby…
– Mogę coś powiedzieć? – przerwał mu Gejralt podnosząc rękę.
– Czego! – wrzasnął De Von X.
– To jest lasodymacz.
– Dobrze, a zatem – westchnął. – Wejdźmin zmierzy się z tym oto lasodymaczem…
– Nie nie nie – ponownie wszedł mu w zdanie. – LASODYMACZ – powtórzył dobitniej.
De Von X rozłożył ręce.
Gejralt przewrócił oczami stękając „ojej, no”, po czym otworzył górną pokrywę klatki i wyskoczył na zewnątrz.
Pan X wytrzeszczył oczy.
Wejdźmin spalił latające maczugi, uśpił nożownika Znakiem, spokojnie wskoczył do basenu z piraniami (wiedział, że zaatakują tylko jeśli poczują krew – a on ranny nie był) i zdziwił się, że woda sięga mu zaledwie do kolan. Machając ręką z cichym „sio sio sio, rybki” nacisnął ukryty w baseniku czerwony guzik by schować zatrute kolce, po czym otworzył klatkę z potworem. Do jaskini nawet nie wchodził.
Widownia zawyła z przerażenia.
– Spokojnie – powiedział wejdźmin. – Lasodymacze nie są groźne, kiedy się boją. A ten jest przerażony.
Gejralt pstryknął paznokciami i uspokoił potwora. Lasodymacz przewrócił się na plecy, a wejdźmin pogłaskał go po brzuszku. Po widowni rozszedł się pomruk śmiechu.
– Co to ma być! – grzmiał De Von X. – Dałem za niego tysiąc koron na targu! Zrób coś z nim! To potwór! Niech robi co do niego należy!
– Noo… – jęknął Gejralt spoglądając na pęknięte spodnie Pana X. – Lepiej nie.
Mistrz areny poczerwieniał ze złości. Zszedł z podwyższenia i obszedł klatkę z potworem. Zezłościł się. Kopnął w nią. Wypchnął Gejralta, nazwał go patałachem amatorem i sam wszedł do środka. Potwór zdziwił się wstrzymując oddech. Zamruczał.
Wejdźmin też mruknął, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Założył ręce i zmrużył oczy uśmiechając się lekko.
Spod brzuszka lasodymacza wysunęło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Oprócz wejdźmina oczywiście – i Mlaskra, który zaopatrzył się w kolejnego banana.
Niektórzy się śmiali, inni uznali to za obrzydliwe i wyszli. Pan X darł się wniebogłosy, ale potem jakby trochę mniej.
Wejdźmin podniósł kotarkę z ziemi i założył ją na klatkę, zapewniając zakochanym odrobinę prywatności. Ukłonił się i pomachał wiwatującej widowni.
– Chodź Mlaskier – powiedział uwalniając przyjaciela. – Chyba nauczyłem się czegoś nowego od tego lasodymacza.