
Tej nocy lało jak z cebra. Przykryty ciemnymi chmurami księżyc nie miał najmniejszych szans na pokazanie się w całej swej okazałości, a pozbawione gwiazd niebo grzmiało napawając niepokojem. Gdzieś w oddali, pomiędzy majaczącymi na wietrze drzewami, dało się ujrzeć migoczące światełko.
Pan Gieniusz postawił nową świecę na parapecie i sprawdził szczelność wszystkich okien. Dorzucił drwa do kominka
i rozjuszył żar pogrzebaczem. Przechodząc, spojrzał na swoją żonkę i westchnął coś pod nosem kiwając głową. Zasiadł do stołu
i zanurzył chochlę w świeżo zrobionej zupie jarzynowej. Mruknął w zadowoleniu otwierając wąsatą buzię i już miał skosztować ciepłego wywaru z warzyw, gdy znajomy dźwięk skrzypiącego podestu przykuł jego uwagę.
Przed drzwiami coś się zatrzymało. A potem zapanowała cisza.
Pan Gieniusz, z wciąż uchyloną żuchwą, szybko to przekalkulował. Mogło to znaczyć dwie rzeczy: albo osoba, która tam stanęła, dalej tam stoi i to jest źle; albo obydwoje z żoną się przesłyszeli. Jej mina świadczyła o tym, że tak nie było. Kilka mocnych uderzeń sprawiło, że drewniane drzwi z hukiem wyleciały z zawiasów i runęły na podłogę, a monstrum które w nich stanęło podświetlił spadający z nieba grom. Potwór jęczał, sapał i chrapał jednocześnie, zupełnie jakby miał trzy otwory gębowe, chociaż nie było widać żadnego. Przemoczone futro na jego garbatych plecach poruszało się w rytm ciężkiego oddechu. Dwumetrowy, pokryty brązową sierścią stwór o centkowanych kończynach, zamaszystym ruchem wbił w podłogę dwa pokaźne miecze, podciągnął się na nich i – pozostawiając za sobą dwa paski rozmazanego błota – wjechał do chaty. Jęknął.
Pan Gieniusz i jego żona wrzasnęli wyrzucając chochle z rąk. Spod sterty sierści wysunęła się głowa, chudą ręką odgarnęła mokre włosy z czoła i odetchnęła.
– Ach! Te wiosenne ulewy! – zawołała szczerząc zęby.
Nagle, spod tego samego futra, wysunęła się druga głowa, cała pokryta ciemnymi kędziorkami, która mlasnęła kilka razy próbując otworzyć posklejane śpiochami oczy.
– O – powiedziała, kiedy jej się udało i przeciągnęła się zrzucając przemoczoną kapotę na podłogę. Osuwające się nakrycie ukazało trzecią głowę. Ta z kolei przeklęła siarczyście wstawiając drzwi na miejsce i padała na ziemię. Wejdźmin ściągnął Mlaskra z pleców i odczepił obłocone deski od butów, rzucając je gdzieś w kąt.
– Dobrze, że mieliśmy się czym odpychać, bo by się nie dało jechać na tych nartach – powiedział, poklepując swoje miecze z uznaniem.
Mieszkańcy domu siedzieli bez ruchu z rozwartymi żuchwami patrząc na dwa błyszczące kawałki metalu wystające
z ich podłogi, w których odbijały się ich całkiem blade twarze.
– Mogę? – ciągnął wejdźmin podchodząc do kominka. – Jest nam trochę trudniej odkąd nie mogę podpalać czego popadnie.
– Błagamy! Zostaw nas! – krzyknął Pan Gieniusz. – Nie rób nam krzywdy! – dodała jego żona.
– Ale o co wam chodzi, ludzie? Czy ja się jakoś źle zachowuję? – spytał, siadając do nieruszonej miski zupy. – Zapłacimy wam za jedzenie i nocleg. Dzień dobry, tak w ogóle. Co za czasy, zero kultury.
– Ja wiem co ty jesteś! Ja żem cytał! – Gieniusz rzucił się za widły.
– Oj – zareagował Gejralt na moment przerywając jedzenie. – Żebym nie musiał zaraz wstać, bo mi się nie chce.
Małżonka puknęła się w czoło i podbiegła do mieczy, próbując je wyciągnąć.
Wejdźmin mruknął.
– Nidyrydy – powiedział. – Musiałabyś najpierw dotknąć mojego… Zresztą nieważne – urwał i podszedł do mieczy wyciągając je kolejno, po czym schował je do pochwy (nienawidził tego robić, ale czasem musiał) i oparł się o stół.
– O co wam chodzi? – zapytał rzucając na nich cień.
Płonący za jego plecami ogień sprawił, że wciśnięte teraz
w kąt małżeństwo z otwartymi ustami ściskało siebie nawzajem, widły i dywan.
– Bo ja żem się zląkł – ocknął się pan Gieniusz. – Tak naprawdę, zamiast tych wideł, chciał żem ja wziąć se cu innego do ręki.
– Nie pokazuj mu! – szepnęła jego żona. – Przeto cię ubije!
– Nie nie, można pokazać – wtrącił Gejralt.
– Cicho siedź, Hanna! – powiedział pan Gieniusz. – Panie wejdźmin, przepraszam za tamto, i to, i tamto o tu, ale we wszystkich gazetach piszą!
Mężczyzna trzęsącą się ręką podał dzisiejszą prasę wejdźminowi.
– Tylko niech nas pan oszczędzi! My nic nie powiemy, żeś pan u nos był! My to się nawet cieszymy, żeś go pan ubił!
Gejralt niewiele już z tego rozumiał.
– Mlaskier masz, bo mi się nie chce czytać tej gazety teraz – rzucił.
Poeta wziął prasę do ręki i zmarszczył czoło. Coś mu w tych literkach nie pasowało.
– A – powiedział w końcu i stanął na głowie. – Teraz lepiej. W zeszłym tygodniu we wsi Nictuniema skradziono: cztery dziewice, osiem krzeseł, dwa…
– Nie to – przerwał gospodarz. – Na góze pan cyta.
Mlaskier spojrzał na gospodarza i zastanowił się chwilę.
– Mam czytać z sufitu? – zapytał.
Poirytowany krasnolud wstał i wyrwał mu gazetę z rąk. Mlaskier stracił równowagę, na szczęście wejdźmin zdążył go złapać za kostki. Postanowił się z nim trochę podroczyć. Zołman usiadł na krześle. Nagle rozszerzył oczy.
– Gejralt, tu piszą że zamordowałeś Fjutesta – powiedział.
– No błagam.
– Gejralt, piszą, że król zniknął krótko po twojej wizycie. Jest nawet nagroda za twoją głowę.
– Przecież widzieliśmy Fjutesta zaledwie dwa dni temu, w tej kolejce pełnej półnagich mężczyzn, co mi nie dałeś popatrzeć, zazdrośniku.
– Gejralt, tu jest nawet twój portret.
Wejdźmin zerknął na artykuł wychylając się zza ramienia Zołmana.
– Boże Święty – powiedział. – Zołmanie powiedz szczerze, czy ja mam taki nos?
– Kurwa, czy to ważne!? Będzie na ciebie polował każdy zapchlony obdartus w tym kraju!
Wejdźmin oparł Mlaskra o ścianę i usiadł na krześle, nie zważając na to, że zajmuje je krasnolud. Przeleciał oczami pierwszą stronę i mruknął.
– No. I to rozumiem – powiedział. – Następny artykuł mówi o tym, że razem z królem z miasta zniknął także smród. I ten smród to jest akurat moja zasługa, proszę państwa. I nikogo przy tym nie „ubiłem”.
Wieśniak wstał z podłogi i otrzepał rękę.
– Gieniusz Zwiędlak jestem, panie wejdźmin – powiedział. – I wierzę panu. A to moja żonka, Hanna Zwiędlakowa.
Choć pani domu nie do końca wierzyła, to zaprosiła przybyszy do stołu. Żadne z gospodarzy nie chciało jednak obok nich usiąść. Państwo Zwiędlakowie przyglądali się swoim gościom w obawie o własne życie, jednak z każdą kolejną minutą okazywało się, że naburmuszony krasnolud jest po prostu zmęczony i głodny, beztroski grajek żyje w innej rzeczywistości, a w oczach wejdźmina panuje raczej spokój i nie widać tam śmierci. Zołman brał już trzecią dokładkę, a Mlaskier przyjął sobie za cel zjadać wszystko w kolejności alfabetycznej, toteż miał problem, bo przed nim była tylko zupa. Gejralt poradził mu, żeby jadł w kolejności anal-fabetycznej i zaczął od tyłu, po czym zwrócił się do gospodarza.
– Dzieje się coś u was, na tym wygwizdowie?
– A dzie tam – odchrząknął pan Gieniusz. – U nos to spokój jest przez calusieńki rok. Czasem tylko jaka maszkara z lasu wyjdzie i skradnie nam jajko czy kurę. Nie pamiętam co było pierwsze. A tak to nic, nic się u nos nie dzieje. Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi ojciec i matka całe życie powtarzali.
– Czyli żadnych złych mocy, czarnych kotłujących się energii, złowieszczych aur, mgieł, ciemności w środku dnia?…
– Ja tam nie zauważył. Ino moja Haneczka obciążona niewygodną klątwą jest. Co rusz zachodzi w ciąże.
Wejdźmin spojrzał na brzemienną kobietę. Ta właśnie zabijała męża wzrokiem.
– To chyba nie jest kwestia klątwy… – zachichotał.
– Panie, jak nie jak tak? Jak ja z nią w ogóle już nie tego-tego? A tu dziewiąte dziecko w drodze! Ja ni mom siły już!
– Ach, te klątwy… – mruknął Gejralt.
– A no klątwy! Kiedyś przyszła do nos tako wieszczka, co za nią moja żonka sowicie zapłaciła. Siedziały razem chyba z gudzinę! No i ta wieszczka w końcu obwieściła, że jakoby moja Hania jest wybranką Bogini jakiejś i będzie dla niej dzieci rodziła
i nic się zrobić nie da!
Gejralt zerknął na drzwi do drugiego pokoju, które od jakiegoś czasu uchylały się i przymykały. Zauważyła to też pani Zwiędlakowa, która prędko skomentowała to jako przeciąg.
– A ta wieszczka – zaczął Gejralt – co była u pana żony, to pamiętacie jak miała na imię? – spytał.
– Marmulada, czy jakoś tak? – Gieniu podrapał się po głowie. – Skąd mam wiedzieć przecie. Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi ojciec i matka całe życie powtarzali.
Wejdźmin nie odrywał wzroku od poruszających się drzwi, aż w końcu dojrzał kilka par oczu, jedne nad drugimi.
– Ładny mi przeciąg – skwitował.
– Hanna, no! No nie narażaj się, no! – skarcił ją mąż, a następnie zwrócił się do Gejralta z uśmiechem. – Jak już pan tak patrzy, to przedstawię.
Pan Gieniusz gwizdnął i po domu rozległ się tupot małych bosych stópek, które ustawiły się rzędem równo na środku pokoju.
– Ten najstarszy to Krzyś – zaczął. – Osiem lat ledwo skończył gałgan, a zaraz wszystkich nas przerośnie! A brzydki..! Na tego żółtego mówimy Kreska, bo takie skośne oczy ma. Obok stoi Marysia, ta pulchniutka taka w kręconych włosach i zielonych oczach; a ta ładna szczupła niebieskooka blondyneczka z tym lichym warkoczykiem to Zosia. Ten czarny to Dżordż, a ten niziutki z brązowymi oczami, co mi trochę kowala z miasta przypomina tak swoją drogą, to Józiu. Na tego ostatniego Rudy wołamy, no bo rudy jest, to jak inaczej.
Wejdźmin uniósł brwi.
– No to może byś pan z żoną od czas do czasu jednak „tego-tego”? – zasugerował. – Wtedy pani Klątwa, znaczy KLĄTWA, byłaby mniej… Aktywna?
– Nie, ja tam się boję – rzucił Gieniusz. – Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi….
– Tak, tak. Tak panu ojciec i matka całe życie powtarzali.
– Panie wejdźmak, a może pan?
– Ja?
– No jakby pan tam zajrzał i z tą Boginią porozmawiał, co? Tylko tak ostrożnie, bo jak następne mi się siwe urodzi, to już chyba oszaleje.
Zołman zakrztusił się zupą.
– Ja się trochę znam na klątwach – powiedział, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
Gejralta zastanawiało coś innego.
– Tylko że… – zaczął. – Wspomniał pan o dziewiątce, tu jest siedem, ósme w brzuchu. Gdzie jest dziewiąte dziecko?
Pan Gieniusz ściągnął beret z głowy i zaczął go miętosić pocąc się przy tym cały.
– No bo… To dziewiąte to akurat nie moje… – przyznał.
– Dzieciarnia! – przerwała Hanna. – Czas spać!
Dzieci jednak nie posłuchały. Wszystkie zgromadziły się wokół nieznajomych i poczęły ich wnikliwie oglądać, nie zabraniając sobie dotykać, rozciągać ubrania, wchodzić na kolana i ciągnąć za włosy. Pan Gieniusz rozpromienił się.
– Ciekawskie są, bo do nas to prawie nikt nie przychodzi – rzekł.
Hanna chrząknęła.
– Dosyć tego – powiedziała. – Dzieci, do łóżek! Państwo przyjezdni też. Pościelę wam na zapiecku.
– Ja to bym jeszcze coś zjadł – powiedział Gejralt.
Zosia, która jako jedyna wpatrywała się w niego bez ruchu, wypluła z buzi landrynkę i wyciągnęła rękę.
– Tak, dziękuję dziewczynko – powiedział wejdźmin unosząc brwi. – Zostawię sobie na jutro.
– Proszę paaanaaaa… – zagaił jeden z chłopców, wiercąc dziurę w uchu swojego misia. – A opowiecie nam bajkę na dobranoc? Bo tata zna tylko jedną.
– E tam bajkę! Prawdziwą wejdźmińską historię! – wykrzyknął najstarszy z rodzeństwa unosząc w górę drewniany miecz.
– He he – zaśmiał się Zołman i zwrócił do przerażonego Gejralta. – Przyzwyczajaj się. Chociaż
z tym, że wejdźmińską, to bym uważał…
Wejdźmin usiadł na fotelu w pokoju sypialnym i wcisnął plecy w oparcie. Nie był pewny, która z jego przygód byłaby odpowiednia. Pomyślał o dymonach z Koxenfurdzkiego ZOO i o machaniu mieczem przed lasodymaczami, a także o uroczystości u Króla Elfów ze Schuja’tel i pamiętnej oliwce; o tym jak Zołman wypił eliksir „Ja pierdolę” i jak zapłodniły go zgwałty, o podstępnym cmoku, cwanych wonszołakach i o podróży do Afrikiki, z której przywiózł sobie Murzyna podobnego do Dżordża. Obawiał się jednak, że zbyt wiele istotnych szczegółów w większości z tych historii mogłoby spotkać się ze sprzeciwem rodziców, z kolei inne mogłyby nie przypaść do gustu dzieciom. W akcie desperacji wyjął jedno z urządzeń Dyrdymała, ale szybko je schował. Nie był pewny do czego służy, a po ostatniej próbie wiedział, że nazwa „Dyrdypączek na fąfel” może oznaczać wszystko. Siedem par wpatrzonych w niego oczu (plus Mlaskier) zaczynało się niecierpliwić. Wejdźmin związał włosy, pochylił się i postanowił zacząć od początku.
– Dawno, dawno temu, w ukrytej głęboko za groźnymi górami szkole, zupełnie innej niż wasza przyjazna wiejska podstawówka…
– My nie chodzim do szkoły. W ogóle – wtrącił Józiu pociągając nosem. – Tata mówi, że i tak będziem głupi.
– Tak. W każdym razie – kontynuował Gejralt. – Ta sekretna, schowana przed światem za wysokim murem…
– Homo Moh’er? – znów przerwał Józiu.
– Nie, smarku – wejdźmin zdziwił się. – Cicho siedź. Ojciec ci nie powtarza, że lepiej się nie wychylać? Wracając do historii…
– No ale o cym jes ta histolia? – zapytała Zosia.
Wejdźmin westchnął.
– No właśnie chcę powiedzieć, że jest to historia o tym skąd się wzięli wejdźmini, czyli tacy jak ja. Najlepsi poskramiacze stworów i wszelkich potworów, którzy nie lubią jak się im przerywa, tak swoją drogą – dorzucił Gejralt, zerkając na mądralę, która mu podpadła.- Czegokolwiek.
– Takich stworów jak Pan Klinkenflinkental też? – rzucił Dżordż.
– Jak co? – spytał Gejralt.
– Eee, to taki ich zmyślony przyjaciel – wtrącił Gieniusz, a jego żona przytaknęła.
– Aha. No w każdym razie, w pewnej wsi pod Vinogradem
o wdzięcznej nazwie Penistaje, przed małą chatką, przypominającą stajnię dla jednego konia, siedział wieśniak, którego imienia niestety nikt nie zapamiętał…
– A moze być ksiąze? – spytała Zosia. – Co spotyka pięęęękną księznicke, któla tak naplawdę jest kozą i mają dziwnego dzidziusia!
Wejdźmin zdębiał na moment i zerknął na Gieniusza.
– Ale to nie był książę i nie miał kóz – sprostował.
Dziewczynka posmutniała.
– No tludno – powiedziała.
Wejdźmin kontynuował.
– No dobrze.. No więc pod tą stajnią siedział wieśniak,
który to niczego nie lubił. Nie lubił ludzi, nie lubił dzieci, nie lubił zwierząt ani roślin, nie znosił pracować i…
– To z czego żył? – padło kolejne pytanie.
– Został mnichem. Ale o tym później.
– Cym? To jakaś odmiana mchu?
– Nie kochanie, mnich to nie jest żadna odmiana mchu, tylko… Dobra, od tej pory, ten kto się odezwie, śmierdzi – wejdźmin podniósł głos. – Zanim ów wieśniak wstąpił do klasztoru, aby ukryć przed państwem malwersacje podatkowe swojej przyszłej działalności, spędzał cały swój czas na obserwacji. Popalając swoją zniszczoną, starą fajkę, nie rozmawiał z nikim, za to całe dnie wszystkich obserwował. Co robią, z kim… rozmawiają, jak długo, kiedy gdzie i po co. Wiedział wszystko o każdym. Można więc powiedzieć, że ów wieśniak był księciem informacji, Zosiu. Czasami sprzedawał je za kilka miedziaków zrozpaczonym wdowom, zakochanym nastolatkom, złodziejom i burdelmamom.
Jego wioska była jednak zbyt mała i mieszkała w niej niewystarczająca ilość osób aby mógł się na tym wzbogacić, a on sam był już po trzydziestce i uznał iż jest zbyt stary by ruszyć w świat. Obserwował więc dalej, aż pewnego dnia jego uwagę przykuła jedna, z pozoru nieistotna, ale nagminnie powtarzająca się rzecz: panny często prosiły chłopców o pomoc.
A to pozbyć się szczura ze spiżarni, w której akurat stała prycza, uporczywego kreta kradnącego marchewki w ogródku przy krzakach, utłuc pająka zza nigdy nie odsuwanej komody, powiesić półkę, naprawić stół czy tam inne łóżko; i wtedy w jego głowie zrodził się pomysł: A co, gdybym tak miał swoją własną armię wyspecjalizowanych przystojnych robotników? Od razu wziął się do roboty. Zebrał kilku najpopularniejszych młodzieńców i pobierał opłaty za wynajęcie ich, płacąc im procent od zakończonej fuchy.
W krótkim czasie jego stajnia dorobiła się piętra i stała się centrum wszelkiego ratunku. Z czasem wieść rozeszła się dalej i po pomoc przychodzili ludzie z sąsiednich wiosek, a listy zaczęły przychodzić nawet z najodleglejszych krain. Interes stał się bardzo zyskowny, a pomocnicy coraz lepsi. Wtedy właśnie wstąpił do klasztoru, bo państwo zbyt mocno zaczęło interesować się jego działaniami. Był tak pochłonięty liczeniem pieniędzy, że nie zauważył nawet, iż najczęściej rzekomy szkodnik, do których posyłał swoich robotników, to była tylko wymówka, aby ściągnąć przystojnego chłopca do domu. A jeżeli nawet coś tam było, to mało która samotna panna miała z czego zapłacić. Na ich szczęście pomocnicy byli wyrozumiali i przyjmowali każdą inną formę…
– Gejralt, nie rozpędzaj się – wtrącił Zołman.
– Śmierdzisz! – rzucił Józio.
– Nie, nie śmierdzi – wejdźmin zmarszczył brwi, po czym kontunuował. – Nie trudno się domyślić, że nie trzeba wykwalifikowanego specjalisty, aby pozbyć się pajęczyny spod łóżka, toteż nasz wieśniak postanowił posunąć się o krok dalej i stworzyć prawdziwego pogromcę wszelkich ohyd i szkarad tego świata, wliczając w to nękające ludzkość potwory również nie z tej ziemi. Poświęcając wszystko, wraz z dwoma innymi mnichami, założył bractwo w wysokich górach, z dala od wszelkich pokus, – tak Józio, w Homo Moh’er – które z czasem i biegiem wydarzeń tam zachodzących zaczęto określać mianem „wejdź mi na” – a na co, to już nie mogę powiedzieć.
Młodzi mężczyźni szkoli się tam od najmłodszych lat pod okiem magów, czarodziejów, prostytutek, żigolaków, zielarzy i druidów, aby jak już dorosną, stać się najlepszymi w swoim fachu, to jest oczywiście między innymi i przede wszystkim, w usuwaniu prawdziwie strasznych i często magicznych stworów. Panny płaciły chętnie, za to – i za tamto drugie też, albowiem każdy wejdźmin był bardzo sprawny fizycznie i posiadał zestaw specyfików mających na celu ułatwić mu starcie z silniejszym przeciwnikiem, opracowanym przez najtęższe głowy. Młodzieńcy znaleźli dla nich jednak dużo ciekawsze zastosowania niż dezorientacja potwora. Strzałem w dziesiątkę okazał się eliksir „Pies” pozwalający widzieć w całkowitych ciemnościach, albowiem większość panien woli przy zgaszonym świetle… yyy… rozwiązywać krzyżówki i ktoś musi pomóc czytać im hasła.
Niestety, posiadający tak niezwykłe możliwości wejdźmini, którzy w wyniku przemian przestali się starzeć, po wyjściu ze szkoły rozchodzili się po całym świecie i już nigdy do niej nie wracali. Większość z nich ginęła próbując zaimponować bogatej mieszczance, a placówka – choć często odwiedzana przez bogaty kler – z braku funduszy bardzo podupadła. Ze strachu przed śmiercią, większość rekrutów zaczęła pałać się głównie… naprawianiem łóżek. Najgorszą sławą cieszył się pewien wejdźmin o francuskich korzeniach, któremu wszyscy wejdźmini do dziś zawdzięczają powiedzonko „Ma-dame, poru-cham i spa-dam”. Z czasem wejdźmini zrobili się tak ładni, że zaczęli zwracać uwagę również panów.
– Chyba już wystarczy – wtrąciła pani Zwiędlakowa.
– Już kończę – powiedział Gejralt. – Był jednak jeden wejdźmin, który po wielu latach wrócił do szkoły. Nikogo tam już nie było. Ów wejdźmin postawił sobie za cel odbudować cieszące się niegdyś dobrą sławą bractwo. Miesiącami ślęczał z nosem w rozpadających się księgach, by zgłębić całą wiedzę swych licznych twórców. Nic jednak, prócz alkoholu, nie dawało mu satysfakcji, a po świecie rozeszła się wieść, że szkoła jest przeklęta i nikt nie chciał się w niej uczyć.
Zrozpaczony, opętany myślami wejdźmin, w końcu zaczął porywać dzieci takie jak wy z takich domów jak wasz i popadł w szał eksperymentalnego tworzenia, wciąż próbując udoskonalać swoją armię. Niewielu dobrych wejdźminów udało mu się stworzyć, ale z całą pewnością osiągnął sukces. Wazelin, bo tak miał na imię, wkrótce całkowicie popadł w alkoholizm. Nie przestał jednak próbować i choć często ledwo stał na nogach, nigdy się nie poddał. I tak, po wielu latach prób i tysiącach butelek wódki dalej, wreszcie miał chłopca, który odpowiadał jego oczekiwaniom. Z jakiegoś powodu był inny niż reszta dzieci i co najważniejsze, po przeobrażeniu się w wejdźmina nie oszalał ani nie stracił zdolności samodzielnego myślenia. Niestety Wazelin stworzył go po pijaku i nie pamiętał jak. Nie mogąc sobie przypomnieć receptury, znów zaczął pić aż…
– Umar? – ziewnął Józiu. – Nasz dziad tak zszedł.
– Nie, ciągle żyje – odparł Gejralt, nakrywając go kocem. – I ciągle pije.
– A jak miał na imię ten chłopiec? Ten co się najbardziej udał? – dopytała Marysia przecierając oczy.
– Po wielu latach okazało się, że jednak nie był taki doskonały – wejdźmin ucałował ją w czółko.
– To jaki jest molał? – Zosia przytuliła poduszkę.
– „Molał”, dziecko? – Gejralt podał jej misia.
– Kazda histolja ma molał.
– Aaa… no tak. Ale ta się jeszcze nie skończyła – powiedział i poczuł, że coś złapało go za rękaw.
Usiadł.
– Mam pod łózkiem tsy pajonki – ciągnęła dziewczynka. – Zabiezes je?
Gejralt zajrzał pod pryczę, ale było zbyt ciemno aby mógł cokolwiek dostrzec.
– Teraz ich nie ma – powiedział.
– Są stlasne.
– Będę tutaj gdyby wróciły – odparł wejdźmin. – Dobranoc, dzieci – powiedział po chwili, położył się obok i zasnął.
Kiedy wszystkie świece już zgasły, a sen na dobre zmógł mieszkańców, kilka desek w podłodze zaczęło się poruszać. Drgając coraz szybciej, jedna po drugiej, zdawały się przemierzać cały pokój. Nagle jedna podskoczyła wyżej niż reszta i uderzyła wejdźmina w opuszczoną poza łóżko rękę. Gejralt otworzył oczy nie poruszając się i spojrzał w dół. Spod podniesionego kawałka parkietu wydobywało się blade światło a zaraz za nim coś, czego nawet on nie spodziewał się zobaczyć.
– Zołmanie?… – szepnął najciszej jak umiał. – Śpisz?…
Krasnolud burknął coś pod nosem.
– Bo chyba już wiem, czyje jest to dziewiąte dziecko.
– Gejralt, kurwa, chuj mnie to obchodzi teraz…
– A powinno, bo jest twoje.
Krasnolud rozszerzył oczy, jakby w ogóle nigdy nie spał.
– Pan Kazimierz…? – wybełkotał.
– Klinkenflinkental… – wyszeptało stworzenie i powoli zsunęło się pod podłogę.