
Głęboko pod ziemią, w miejscu o którym nie wiedział nikt prócz szczurów, kretów i dżdżownic, panowała całkowita cisza. Kolorowe mikstury w skomplikowanej aparaturze chemicznej nie bulgotały, kotły pełne tajemniczych wywarów zdążyły już ostygnąć, a magiczne przedmioty i fikuśne maszyny porozstawiane tu i ówdzie w całkowitym chaosie zdawały się drzemać. Nawet białe myszy laboratoryjne przeciągały się leniwie w swoich klatkach, trącając się łapkami po rozdziawionych pyszczkach. W koło, lekko i powoli, unosiły się drobinki kurzu, widoczne w ciepłym blasku pochodni i nadtopionych świec.
Jednym słowem, czarodziej Dyrdymał zrobił sobie dzisiaj wolne.
Było tak jak lubił najbardziej – cicho. Nie odpowiadał na wiadomości z transmagicznych tuneli świetlnych, wyłączył portale teleportacyjne co do jednego i wyciszył wszystkie pikające urządzenia wkładając sobie kołki z waty do uszu. Myślał o schematach, liczbach i kompilacjach. Układał w głowie wzory, które za pomocą magicznych umiejętności wizualizowały się nad jego głową, jeden nad drugim, by w końcu wyparować wśród gorącej pary uciekającej z drewnianej misy, w której zażywał ciepłej kąpieli.
I nagle do głowy przyszła mu piosenka. „Motylem jestem… aaa, pofrunę gdzie nie byłam jeszcze, uuu…” zanucił, zupełnie nie wiedząc dlaczego właśnie to akurat teraz przyszło mu do głowy. Poczuł, że maseczka z zielonej glinki zaczyna go piec w skórę. Czarodziej wstał, zdjął plasterki ogórka z oczu, wykręcił długie wąsiki pozbywając się resztek ziołowej odżywki i opłukał twarz. Ponieważ miał tylko pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, w zasadzie nie było różnicy czy siedzi czy stoi, więc usiadł.
Siedział tak jeszcze przez chwilę kiwając się w rytm snującej się po jego głowie melodii, kiedy do jego zmysłów dotarło niepokojące dudnienie. Dyrdymał wyjął watę z uszu i zmarszczył krzaczaste brwi, próbując zlokalizować źródło odgłosów.
Ubrał niebieski szlafrok w żółte gwiazdki i puszyste bambosze w tym samym wzorze. Pobiegł na sam środek swojej tajnej bazy, podskoczył i pociągnął za dźwignię ściągając z góry rozsuwany peryskop. Bacznym okiem rozejrzał się po powierzchni ziemi. Nikogo jednak nie spostrzegł. Odgłosy zdawały się być coraz głośniejsze i przypominać ludzką mowę.
Czarodziej przyłożył policzek do jednej ze ścian i wzmocnił dźwięk zaklęciem.
– Trochę tam ciemno – usłyszał.
– Poprowadzisz?
– Wiesz, ostatnio w ciemnych miejscach lepiej sobie radzę jak jestem z tyłu.
– Hihihi… Prawda.
– Kurwa!
Przekleństwo było tak głośne i siarczyste, że Dyrdymał odskoczył od ściany jak poparzony. Natychmiast zamiótł porozrzucane płatki róż pod dywan, zrzucił szlafrok i pobiegł po bardziej odpowiednie ubranie ledwo wyrabiając zakręt, zza którego znienacka wyrosły przed nim długie nogi w obcisłych wzorzystych leginsach.
– Przeszkodziliśmy w czymś? – spytał wejdźmin.
– Aaaaa…! – czarodziej zawrócił i na powrót odział się w gwiaździstą podomkę. – Tak! – wrzasnął.
Przemyślał to jednak i…
– NIE! – dodał szybko. – To nie moje!
– Przecież masz to na sobie…
– Cicho!
Gejralt przykucnął i pomiział wciąż ciepłą wodę w małej drewnianej misce wyjmujące z niej płatek.
– Kąpałeś się w różach? – dopytywał.
– Nie! Ja się nie kąpie! – rzucił czarodziej. – Jak się tu dostaliście?!
– Tyłem.
– Tu nie ma tylnego wejścia!
– Mhm, każdy tak mówi na początku – stwierdził wejdźmin.
– Szliśmy takim wąskim ciemnym tunelem – powiedział Mlaskier, otrzepując się z piasku na podłogę.
– Co!? Wysadziłem to przejście lata temu! – krzyknął mag i oparł ręce na biodrach, zupełnie zapominając o tym, że nie zawiązał szlafroka, który bezwładnie rozchylił się na boki ukazując środkową część jego ciała. – Zresztą, jakim cudem ktoś tak wielki jak ty się tamtędy przecisnął? To był tunel awaryjny, tylko na mój rozmiar!
Gejralt przygryzł dolną wargę spoglądając na półtorametrowego czarodzieja i jego maleńką posturę.
– Mogę ci powiedzieć, Dyrdymale – zaczął – że czasami bardziej liczy się technika, a nie rozmiar.
– Dosyć tego bablania – przerwał Zołman, który dopiero co wygramolił się z tunelu. – Gejralt potrzebuje pomocy. Masz chwilę? Kurwa, co ty masz na sobie?
Problem utraty wejdźmińskich mocy był dla czarodzieja, jak i samego zainteresowanego, czymś całkiem nowym. Po zapoznaniu się z sytuacją Dyrdymał przebył cztery kilometry po swoich włościach drepcząc w tę i z powrotem pod nakazem całkowitej ciszy, podczas której dogłębnie analizował problem na wszystkie możliwe znane sobie sposoby – choć Gejralt od razu zwrócił mu uwagę, że „dogłębnie” w jego przypadku jest raczej mało możliwe.
Czarodziej zatrzymał się tuż przed wejdźminem i kazał mu się położyć. Przeszedł po nim kilkakrotnie, po czym zajrzał mu pod powieki, uszczypnął w rękę i wyrwał mu włosa z głowy. Długi srebrny włos zdawał się nie błyszczeć jak zwykle. Czarodziej wypowiedział zaklęcie, podpalił go, zrobił z niego kulkę i wsadził ją sobie do buzi. Pociamkał przez chwilę burcząc coś pod nosem, po czym wypluł ją i zadeptał.
– Tak jak myślałem! – wrzasnął w końcu, budząc Zołmana. – Jesteś kompletnie zatruty.
– Ktoś go otruł?… – spytał udający całkowitą przytomność krasnolud.
– Sam się otruł.
– Ja?… – zdziwił się Gejralt.
– Cicho! Jesteś po prostu jedną wielką chodzącą trucizną. Zademonstruję ci.
Dyrdymał podszedł do słoiczka z owadami i wyciągnął najgłodniejszego komara sadzając go na skórze Gejralta. Komar natychmiast go ugryzł i z błogim uśmiechem wciągnął porcyjkę wejdźmińskiej krwi. Chwilę później doznał ataku serca i umarł.
– Przekroczyłeś wszelkie limity zdrowego rozsądku i żyjesz jeszcze tylko dlatego, że jesteś wejdźminem – kontynuował czarodziej, nie pozwalając sobie przerwać. – Cicho! Zwykły człowiek już dawno by zszedł, albo skończył jak mój świętej pamięci kuzyn, który utopił się w sedesie, bo nie potrafił odróżnić kibla od czapki i został pochowany z klozetem na głowie, bo nie dało się go wyjąć.
Dyrdymał znów przeszedł kilka razy w tę i z powrotem nie zważając na leżącego na drodze wejdźmina, po czym uniósł wskazujący palec.
– Diagnoza i rozwiązanie! – zawołał. – Zdrowa dieta, żadnych używek, eliksirów, alkoholu i…
– To co ja będę robił? – zmartwił się Gejralt.
– Cicho! Możesz zacząć uprawiać s…
– Przecież uprawiam… – przerwał mu wejdźmin.
– Przynajmniej trzy razy w tygodniu! – dodał.
– Ooo… – jęknął wejdźmin. – To to spokojnie. Słyszeliście? – Gejralt zwrócił się do przyjaciół.
Zołman pokręcił głową.
– Sport, kretynie.
– Cicho! – wrzasnął czarodziej. – Ponieważ masz przed sobą trudne zadanie, mogę ci zaoferować natychmiastową pomoc doraźną.
– Przecież zrobię ci krzywdę – stwierdził wejdźmin.
– Cicho! I za mną!
Szklana tuba, którą zjechali kolejno na najniższy poziom sekretnej jaskini Dydrymała, przemieszczała się niemal bezszelestnie. Po przebyciu skomplikowanego skalnego labiryntu i przeskoczeniu przez fosę z lawy, dotarli do pustej ściany.
Czarodziej zaczął wymachiwać rękami by po kilku chwilach przez ich oczami ukazały się żelazne drzwi z tabliczką:
„SEKRETNE LABORATORIUM NAJWIĘKSZEGO , NAJPOTĘŻNIEJSZEGO I NAJWIĘKSZEGO CZARODZIEJA-WYNALAZCY NA ŚWIECIE”.
Za tymi drzwiami, według maga, kryły się cuda nie z tej ziemi. Nie wolno było niczego dotykać, a oglądać można było tylko z odległości jednego metra. Plusem było to, że wszystkie urządzenia były dość malutkie, aby można je było bez problemu schować do kieszeni, toteż Mlaskier właśnie to dokładnie robił.
– Dyrduszka S-35 – zaczął czarodziej. – Mój najnowszy magiczny wynalazek. Precyzja magii nad przewagą kunsztu nad precyzją i przewagą magii w jednym.
– Jakaś nowa przyprawa do rosołu?… – spytał wejdźmin.
– Cicho! – oburzył się czarodziej. – To tylko tak wygląda jak kostka rosołowa, dla bezpieczeństwa.
– A co to? – zainteresował się Mlaskier.
– Wystarczy tutaj potrzeć i proszę!
Złocisty sześcianik zrobił PYK! i zamienił się w puszystą poduchę.
– No to rzeczywiście… – burknął krasnolud. – Dobrze, że ta niebezpieczna rzecz jest w formie kostki rosołowej.
– Cicho! A tu mam jeszcze coś lepszego. Dyrdymolix V-kropka-1500. Wirtuozeria w najczystszej postaci połączona z maestrią i szczyptą najwyższej techniki rodem z elfiego lasu.
Wejdżmin wziął do ręki patyk.
– Czyli…? – spytał.
Dyrdymał sięgnął po jabłko i przyłożył do niego swój wynalazek, którego końcówka po kontakcie ze skórką rozżarzyła się zielonym światłem.
– Można nim wycinać napisy na owocach – wyjaśnił. – Nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. A tu – Dyrdymał wbiegł po drewnianych schodach przystawionych do regału i ściągnął z półki metalowe kółko wielkości monety. – Dyrdymerek Z, wersja druga!
Czarodziej położył ją wejdźminowi na dłoń. Obręcz zakręciła się i wypuściła ze środka małą chmurkę, która falując ułożyła się w mglistą liczbę.
– Sześćdziesiąt dziewięć…? – zapytał Gejralt.
– Przykład niesamowitej zręczności poruszania się w arkanach magii zatopiona w morzu piękna i majestatu koła. Pokazuje liczbę, o której najczęściej myślisz – chrząknął mag.
– A co robiła wersja pierwsza?
– Nic – odparł. – A tu! Dyrdycianka X53!
– Dyrdymał – odezwał się Zołman. – Masz coś, co zastąpi Gejraltowi chociaż część wejdźmińskich umiejętności? Albo chociaż kiedykolwiek się przyda?
– Ja chcę Dyrdyciankę Iks Pięćdziesiąt Trzy! – Mlaskier założył ręce na piersi i naburmuszył się. – Daj mi.
Poeta uspokoił się dopiero wtedy, kiedy dostał upragniony przedmiot. Wspólnie zadecydowali, że rzecz ta jest na tyle bezpieczna, aby Mlaskier mógł ją posiadać na wyłączność. Dyrdycianka serii „X” o numerze „53” zmieniała kolor, kiedy jajko było ugotowane.
Zaopatrzeni w wynalazki Dyrdymała, opuścili podziemną twierdzę w ciszy. Zołman szedł drapiąc się po głowie i myślał o czymś bardzo intensywnie, patrząc na Mlaskra, który sprawdzał, czy każda napotkana rzecz nie jest przypadkiem ugotowana. Wejdźmin zerwał śliwkę z drzewa i usiadł na głazie.
– Wygrawerowałem sobie serduszko – powiedział. – Kiedyś potrafiłem to zrobić bez dyrdy-czegoś-tam. Jestem do niczego.
Krasnolud usiadł obok wejdźmina, pierwszy raz od bardzo dawna z własnej woli.
– Uszy do góry, Gejralt – powiedział. – Jest nas trzech, poradzimy sobie i bez twoich nadludzkich zdolności. Zresztą, po co ci one. I bez tego jesteś dość pomysłowy.
– Hi hi – zachichotał grajek. – Prawda. Wczoraj w nocy…
– Mlaskruś, to akurat nie ma nic wspólnego z moimi nocami. Mocami, znaczy się.
– Nie to nie – rzucił Mlaskier i odwrócił się obrażony.
Zołman zastanowił się.
– Z Dyrdymałem nie wyszło. To może w Homo Moher ci pomogą?
– Możliwe.
Krasnolud westchnął.
– Powiesz wreszcie jaki jest ten twój plan? – zapytał.
– A ja znam plan – powiedział z dumą Mlaskier odwracając się. – Gejralt wszystko mi wczoraj opowiedział.
– Tobie?
– Tak. A więc – poeta nabrał powietrza, skupił się bardzo mocno i lekko się zarumienił. – Jak już wydostaniemy się z tego gąszczu samych niewiadomych – zaczął głaskając się po włosach – zeskoczymy na moje czółko i sprawdzimy, czy żaden kłopot nie wpadł mi do oczek. Następnie wejdziemy na sam czubek mojego noska, gdzie rozejrzymy się za potencjalnymi możliwościami dalszej wędrówki. Stamtąd spostrzeżemy, że niżej są dużo ciekawsze rzeczy. Zanim jednak ruszymy na dobre na południe, zboczymy trochę z głównej trasy i zajrzymy najpierw za wschodnie uszko, a potem zachodnie, bo nigdy nie wiadomo co uda nam się tam usłyszeć. Następnie będziemy się powoli i dokładnie przesuwać w dół po szyjce, aż dotrzemy do dwóch bliźniaczych malutkich pagórków, gdzie spędzimy troszkę więcej czasu próbując wyssać trochę wiedzy na temat utraty wejdźmińskich mocy. W międzyczasie zasięgniemy języka, aby upewnić się, że o niczym ważnym nie zapomnieliśmy. Wracając, ominiemy pagórki i pójdziemy dalej w dół zahaczając o największe żebrowe metropolie, gdzie odwiedzimy kilku starych przyjaciół, aż dotrzemy do małej dziurki na środku brzuszkowej polanki, gdzie rozpalimy duże ognisko i może nawet uwarzymy kilka eliksirów. Dalszą drogę wskaże nam wąska, porośnięta kłosami ścieżka i tu będziemy musieli uważać, żeby nie spaść z biodrowej skarpy. Stamtąd zaczniemy niebezpiecznie zbliżać się do miejsca pobytu przynajmniej jednego z wejdźmińskich mieczy, który najpierw oswobodzimy, a potem użyjemy troszkę siły i odwrócimy…
– Dobra! Wystarczy! – wrzasnął Zołman ocknąwszy się w porę.
Wejdźmin puścił Mlaskrowi oczko i uśmiechnął się lekko.
– Tak – przyznał. – Tyle wystarczy. Dalej już troszkę zabrakło mi weny.
– Winszuję wyobraźni – rzucił krasnolud. – A teraz po ludzku.
– No nic – odparł wejdźmin po chwili namysłu i dał Zołmanowi śliwkę z serduszkiem. – Zrobię to, co umiem najlepiej. Wstanę i pójdę przed siebie – powiedział.
Chwilę później, gdzieś w głębi lasu, rozbrzmiał wesoły śpiew przy akompaniamencie jednej, jak się okazało, zupełnie nieugotowanej lutni…
– Motylem jestem… mm-mmmm… na na na na, motylem jestem, uu-uuu… Pofrunę gdzie nie byłem jeszcze, aa-aaa…, zatrzymaj bo nie wróóócę więcej…!