Mlaskier zmarszczył brwi, kiedy czarodziej Napastchwast po raz kolejny wziął go za fraki i odstawił na podłogę.
Mag ewidentnie nie przepadał za tym, kiedy ktoś próbuje wetknąć mu kwiatek w czubek kapelusza.
Odchrząknął.
– Jak mówiłem, drogi Gejralcie, nie ma już na świecie dżinów – to znaczy jeden jest, ale po tym, co żeście zrobili, chodzą słuchy, że porzucił wszelkie związki z magią i jest teraz pasterzem kóz gdzieś na wschodnich rubieżach Dupaju.
– To niemożliwe – zafrasował się wejdźmin. – To koniec. Potrzebny mi błyszczyk truskawkowy! Jeśli nie ma dżina, to mogę o nim zapomnieć. I co mi pozostanie? Pasanie kóz?
– Gejralcie – zastanowił się czarodziej, groźnie spoglądając na Mlaskra, który siedział teraz jakby trochę bliżej niego. – Wybacz kolokwializm, ale takie coś to pewnie sprzedaje każda baba straganna na każdym rogu każdej zapyziałej dziury w tym zapyziałym królestwie.
– Baba! – teatralnie zajęczał Gejralt. – Taka baba to nie odróżnia fuksji od fucksji – A posmarowanie miecza nawet niewłaściwym odcieniem tego ostatniego to już wielkie faux paux!
Czarodziej zamyślił się chwilę. Już miał coś powiedzieć, kiedy zauważył, że Mlaskier zniknął, a z pod stołu dobiega stłumione chichotanie. Zdjął kapelusz. Na jego czubku dyndała stokrotka. Poszukał wzrokiem pomocy u wejdźmina.
– Musisz go czymś przekupić – wzruszył ramionami Gejralt. – Inaczej się nie odczepi. Masz na czole narysowanego pieska.
Czarodziej pstryknięciem sprawił, że stół zniknął. Skulony pod nim poeta wyglądał na zaskoczonego.
Napastchwast wstał i podszedł do stojącego pod ścianą regału, a następnie zdjął z niego jakiś przedmiot. Potem skinął na poetę.
– Masz, to dla ciebie. Jest to tajemniczy artefakt z zupełnie innego czasu i wymiaru. Wyczarował się wczoraj. I tak nie bardzo wiedziałem jak się go szybko pozb… to znaczy kto byłby godzien tak wspaniałego daru.
Mlaskier wyrwał czarodziejowi z rąk dość ciężką, metalową rzecz i zataszczył ją do kąta celem inspekcji.
Napastchwast przewrócił oczami.
– Dobra – powiedział. – Jak powiem wam, że teoretycznie jest jeszcze jeden sposób na magiczne spełnienie życzeń, to w końcu sobie pójdziecie?
– Taaaaak? – Wejdźmin zrobił minę godną małego pieska na widok wielkiego talerza pełnego kiełbasy. Albo wejdźmina na widok jednej kiełbasy.
– Powiem dwa słowa: Złota Rybka. Do tej pory jej nie złapał, więc powinna być jeszcze dobra.
– Nosz trzeba było tak od razu. Gdzie ją znajdziemy? – Gejralt jeszcze przed chwilą siedział po turecku na podłodze. Czarodziej nie miał pojęcia kiedy wejdźmin znalazł się tak blisko jego twarzy że teraz ich nosy prawie się stykały.
– No, mam tu gdzieś współrzędne. Sam miałem kiedyś jej poszukać. Mam kilka spektakularnych marzeń. Ale to, żebyście stąd poszli jest warte więcej.
– Ha! – wyruszamy natychmiast. – Ucieszył się wejdźmin. Zołman na pewno będzie zachwycony. Mlaskierku! Pakuj swoje szyszki!
***
– Mam tego dość. Skąd w ogóle wniosek, że ta rybka nie będzie nas zwyczajnie miała w dupie? – powiedział Zołman. Nie spodziewał się rzeczowej odpowiedzi. – Powinniśmy się położyć – spojrzał na wejdźmina – Osobno.
– A mamy śpiworki? – zamrugał rzęsami Gejralt.
– Myślałem, że tego rodzaju zaawansowany sprzęt spakowaliście na drogę.
Łódź kołysała się spokojnie na oceanie. Dobiegał wieczór, a pomarańczowe słońce opadało z sił i zmierzało w stronę horyzontu. Istnieje możliwość, że po prostu nie chciało przebywać w widocznym dla wejdźmina miejscu podczas nocy. Kiedy Gejralt ponownie zatrzepotał rzęsami, trochę jakby przyspieszyło.
– Ależ Zołmanku, chyba nie przypuszczałeś, że o was zapomniałem? Wziąłem ze sobą piękny trzyosobowy śpiworek – wejdźmin zgrabnie zeskoczył z burty, na której siedział, i zniknął pod niskim pokładem. Wyłonił się stamtąd po chwili prezentując coś, co przypominało uszytą na drutach prezerwatywę wielkości dorosłego człowieka.
– Gejralt, po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak trzyosobowy śpiwór, a po drugie wewnątrz tego… czegoś nawet ty sam ledwo byś się zmieścił. A po trzecie nawet gdybyśmy mieli trzyosob…
– Zmieścimy się – Gejralt powiedział powoli i z naciskiem. Nie uśmiechał się.
Zołman zbladł.
– Rób co chcesz – wzdrygnął się w końcu. – Ja kładę się tu i teraz.
Wejdźmin westchnął przeciągle i począł wciskać się do środka “śpiworka”, co przywodziło na myśl scenę rzucania skóry przez węża oglądaną wspak. Księżyc wychynął już znad horyzontu, ale ujrzawszy Gejralta podczas tej osobliwej czynności natychmiast schował się z powrotem. Kiedy większość wejdźmina była już wewnątrz ‘pokrowca na patyk’, jak w myślach nazywał tę rzecz Zołman (aczkolwiek szybko się za to skarcił), Gejralt z zadowoleniem stwierdził, że w środku jest już Mlaskier. Grajek trzymał w rękach rzecz, którą dostał od Napastchwasta.
Teraz wejdźmin mógł przyjrzeć jej się lepiej. Przedmiot był dość spory, pękaty, wykonany z metalu przypominającego żelazo i opatrzony napisem w nieznanym języku. Napis ten głosił “Use extreme caution. Atomic Bomb.”
Nie było to wielce interesujące, zatem Gejralt pogilał poetę pod paszkami. Potem Mlaskier pogilał Gejralta. Potem ekran spiesznie przeniósł się na śpiącego na pokładzie krasnoluda.
Zołman obudził się. “No tak” – burknął do siebie. – “Ale żaden nie pomyślał, że trzeba trzymać wartę”.
Przez chwilę rozważał zajrzenie do “śpiworka” i zakomunikowanie swoich przemyśleń przyjaciołom, ponieważ jednak z wewnątrz legowiska dobiegały coraz dziwniejsze dźwięki, krasnolud wykoncypował, że najlepiej, najbezpieczniej i najmniej traumatycznie będzie samemu stanąć na warcie, i do tego się napić.
Ku jego zdziwieniu, ze śpiworka wytoczył się jakiś przedmiot. Był żelazny i kulisty, a na boku opatrzony był napisem w nieznanym języku. Dodatkowo przywykłe do ciemności oczy Zołmana dostrzegły, że na czubku tajemniczego przedmiotu znajdowała się jakby szklana płytka, pod którą co rusz zmieniały się świetliste symbole.
“30…” “29…” “28…” “27…” “26…” – przemieniał się napis, który wygłaszały.
Symbole te nic krasnoludowi nie mówiły.
Tajemniczy przedmiot powoli doturlał się do krawędzi łodzi i, chwilę później, przy mocniejszym zakołysaniu na falach, wypadł za burtę.
Zapadła cisza morska. W tej ciszy można było niemalże usłyszeć szelest skrzydełek świetlików unoszących się nieopodal stadem nad taflą gładkiej wody. To znaczy, można by było usłyszeć, gdyby nie zagłuszały go odgłosy śpiworka, te jednak mózg krasnoluda przywykł odfiltrowywać w stu procentach. Było więc idealnie cicho.
Eksplozja nie była spektakularna.
Powiedzieć o niej, że była spektakularna, to tak jak powiedzieć o Biblijnym Potopie, że “trochę pokropiło”.
Niebo rozświetliło się szalejącymi gromami, ryk rozbryzgujących się mas wody przypominał wzmocniony po tysiąckroć łoskot wyrżnijmnijskiego wodospadu Nieogara a sama woda zabłysnęła rażącym zielono-różowym kolorem.
Medytujący w milczeniu od czterech tysięcy lat na szczycie odległej o setki tysięcy mil Góry Spokoju mnich umarł nagle na zawał serca.
Dwa wulkany szykujące się do erupcji w okolicznym archipelagu wysp Hajaje popadły w kompleksy i postanowiły zostać zwykłymi górami. Za to ich mniejszy sąsiad, Gejzer Łukasz, z radości wytrysnął gorącą wodą na niespotykaną dotąd wysokość.
Czterej Jeźdźcy Apokalipsy odwołali koniec świata. Po prostu nie było sensu.
Niebo zakryły naelektryzowane chmury.
– Gejralt! Gejralt! – usłyszał nad sobą głos Mlaskra. Powoli otworzył oczy.
– Mówiłem ci! – ucieszył się Grajek. – Że żyje! Wisisz mi wiesz-co!
Wejdźmin powoli podniósł głowę. Rozejrzał się.
Na brzegu jaskini, miotane rozbijającymi się o niego falami, leżały nieliczne kawałki łodzi. Nad nim stał, nieco poobijany, ale wciąż kompletny jeden jego przyjaciel, a drugi siedział na ziemi nieopodal; z tym tylko, że temu ostatniemu czegoś brakowało. Były to końce włosów, brody i wąsów, które były teraz dość krótkie i osmolone.
Wejdźmin gwałtownie pomacał końcówki swoich własnych włosów. Ku jego uldze, były jednak na miejscu.
– Co się…
– Był sztorm! – wyjaśnił dramatycznie Grajek. – I się rozbiliśmy!
– Ten “sztorm”, to może mógł mieć coś wspólnego z tą waszą zabawką, co? – powiedział krasnolud. – Zaraz po tym jak wpadła do wody…
– Skąd wiesz o zabawce? – zdziwili się jednocześnie Gejralt i Mlaskier.
Krasnolud zmarszczył brwi.
– Nie, zabawka jest wciąż. Tam – zachichotał Mlaskier.
– He, he, he, he ,he – zawtórował mu Wejdźmin pokasłując.
– Dobra, nieważne – przewrócił oczami krasnolud. – Idę sprawdzić czy głębiej w tej jaskini nie ma czegoś z czego moglibyśmy zbudować tratwę. Albo coś.
Zołman zniknął w ciemności. Nie było go długo.
Kiedy w końcu wrócił, usiadł na swoim poprzednim miejscu.
– No i? – podniósł jedną brew wejdźmin.
– Nie ma. W każdym razie nic pożytecznego.
– A co jest?
– Ciemno. I śmierdzi.
– Hmm… no to być może spędzimy ze sobą tutaj resztę naszego życia… – zamyślił się Gejralt.
– Jesteśmy w dupie – załamał ręce Zołman. – I to bez alkoholu!
– Taak – odpowiedział ktoś.
– No tak, kurwa, tak – zajęczał krasnolud, zanim uświadomił sobie, że głos nie należał do żadnego z jego przyjaciół. – Zaraz, słyszeliście to?
– Taaak – odpowiedział głos.
Zołman poderwał się na nogi i pobiegł do ciemnego zakamarka, z którego dobiegał głos. Kiedy stamtąd wyszedł, miał pod pachą rybę.
– Dzieeń doobry – powiedziała ryba przeciągle. Wyglądała jak karp.
– Dzień dobry – powiedział Mlaskier. – Rybo.
Gejralta zmrużył oczy.
– Gadająca rybo, czy to przypadek, że jesteś tutaj akurat tu i teraz?
– Gdyybym się tuu nie schowaał to bym juuż nie żyył… – powiedział karp. – Wypuśćcie mniee do woodyy…
Zołman wzruszył ramionami i zrobił krok w stronę wyjścia jaskini, ale Gejralt powstrzymał go znaczącym spojrzeniem.
– Nie rozumiesz? – podszedł i szepnął mu do ucha. – To jest Złota Rybka.
– Skąd wiesz? Nie jest szczególnie… złota – odszeptał krasnolud. – Da się to jakoś sprawdzić?
– Tak – szepnął wejdźmin. – Pani rybo. To znaczy panie rybo. Czy jest pan Złotą Rybką? Tylko szczerze.
Karp milczał przez chwilę.
– Taak – odparł w końcu ze zrezygnowaniem i przewrócił oczami, co wyglądało osobliwie, ponieważ był rybą. – Ech. No doooobra. Jak mnie wypuściiicieee, to speełnięęę waszee żyyyczeeeniee.
Gejralt uśmiechnał się szeroko.
– Ha! Już nigdy nie zabraknie nam błyszczyka!
– Nawet o tym nie myśl – zmarszczył czoło Zołman. – Sam żeś nas w to wpakował, to teraz ładnie zażyczysz sobie, żebyśmy teleportowali się do domu.
Gejralt podrapał się po głowie.
– No, ee, zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce – powiedział. – Zołmanie, wypuść rybkę.
Zołman, którego pacha była dość już mokra i klejąca od trzymanej pod nią ryby, podszedł do krawędzi jaskini. Zamiast jednak wypuścić stworzenie na wolność, zamarł.
– Gejralt?
– Tak?
– Jakby to powiedzieć. Coś płynie prosto na nas.
Mlaskier i Wejdźmin podbiegli do krasnoluda. Ujrzeli coś bardzo niecodziennego, nawet według ich standardów.
W niedalekiej odległości pośród fal widoczna była wyspa. Wyspa ta wydawała się niewielka i piaszczysta, a na jej środku rosła palma. Ale nie to było najdziwniejsze. Wyspa bowiem dość szybko płynęła prosto na nich.
***
Plusk fal rozbijających się o piaszczystą plażę był już wyraźnie słyszalny. Stanęli mocniej na nogach, ale i tak wszyscy prawie się poprzewracali, kiedy wyspa uderzyła w brzeg jaskini.
Towarzysze spojrzeli na siebie. Bez słów zapadła decyzja, że jakikolwiek ląd to i tak awans w porównaniu do spędzenia życia w jaskini. Pierwszy przeskoczył na wyspę Mlaskier, ponieważ zauważył tam rosnące na palmie kokosy. Za nim przeskoczył Gejralt. Następnie zrobił to Zołman. Karp, którego trzymał pod pachą wyślizgnął mu się i spadł na piasek. Szybko jednak przeteleptał się do wody i wystawił z niej głowę.
Gejralt postanowił nie tracić czasu.
– Panie rybo! – krzyknął. – Skoro już jest pan wypuszczony, to czy nie pora na nasze życzenie?
– He he – zaśmiał się karp. – Frajerzy. Ja stąd spadam! A wy sobie siedźcie na tej pięknej wysepce!
– To.. Nie jest pan Złotą Rybką?
– He he he he – zarechotała znowu ryba. – Ty tak serio?
Ryba zniknęła pod wodą. Spod powierzchni jeszcze przez chwilę dobiegało stłumiony rechot.
– Widzisz, Zołmanku – powiedział smutno Gejralt. – Nici z błyszczyka.
– Błyszczyka?! – rzekł krasnolud. – Umrzemy tu z głodu! Jak powiesz teraz coś na temat, że przecież znaleźliśmy suchy ląd to…
– Gejraalt – zagaił Mlaskier.
– No?
– A ja znalazłem złotą rybkę.
Wejdźmin odwrócił się w stronę przyjaciela i podążył wzrokiem za jego spojrzeniem. Dopiero teraz zobaczył w pełnej krasie wejście do jaskini, w której wcześniej się znajdowali. Wyglądało na to, że to nie wyspa dryfowała po oceanie, ale oni. O plażę oparty był obiekt. Wyglądał jak tył wielkich rozmiarów ryby. Właściwie ryba była znacznie większa niż wyspa. Jego powierzchnia pokryta była złotymi łuskami. Na samym środku znajdował się pewien otwór.
Zołman otworzył usta i zamarł w takiej pozycji na dobre kilka minut. I bez słowa poszedł się wykąpać.
– No – powiedział, kiedy już się umył. – To ona już chyba nie spełni żadnych życzeń. Eksplozja musiała ją zwyczajnie zapierdolić.
Gejralt westchnął.
– Oj, Gejralt – poklepał go krasnolud spoglądając na kilkanaście ton martwej Złotej Rybki. – Patrz na jasne strony. Z głodu to my tu jednak nie umrzemy.