PAC! – rozległo się w leśnej głuszy.
– Pieprzone komary – rzekł Zołman pod nosem i zerknął na Mlaskra karmiącego Pupkę trawą. Sam też ją jadł.
Krasnolud machnął ręką i spojrzał w górę. Blask jasnego bezchmurnego nieba i promienie słońca oślepiły go na moment.
– Coś się nie zapowiada na ten potop… – burknął.
Usiadł na zwalonej kłodzie i westchnął.
Pupka zarżała. Z lasu wyłonił się lekko zdyszany wejdźmin.
– Gejralt! No wreszcie! – zawołał krasnolud. – Gdzieś ty był tyle czasu?! – zapytał, a następnie przyjrzał się poplamionym na fioletowo ubraniom wejdźmina. – Tarzałeś się w jagodach, czy co?
– Spełniałem czyjeś marzenie, Zołmanie – odparł Gejralt wyrzucając pusty flakonik po eliksirze „Coś fajnego” i wskoczył na konia całując go w główkę. Poprawił włosy i zdmuchnął kosmyk z czoła. – To co? Jedziemy?
Radosny świergot ptaków i letnia aura sprzyjały podróży. Mlaskier śpiewał w kółko to samo próbując znaleźć właściwy rym do słów „chodźmy na sianko…”, a Zołman nie mógł znieść zadowolonej miny Gejralta, który wciąż pozostawał bardzo tajemniczy w kwestiach dalszych poczynań zapobiegających biblijnemu potopowi. No i było coś jeszcze.
– …zdejmijmy ubranko – dokończył wejdźmin ku radości Mlaskra. – A ty co się tak miotasz, Zołmanie? – zapytał.
Krasnolud wymigał się od odpowiedzi, ale wejdźmin nie dawał za wygraną.
– To moje rodzinne strony – wydusił w końcu Zołman. – Nie chciałem tego mówić, ale miałbym wyrzuty sumienia, gdybym nie odwiedził matki będąc tak blisko.
Wejdźmin zeskoczył z konia i dopadł do niego.
– O rany, Zołmanie! Oczywiście, że możemy zrobić sobie mały przystanek. W końcu przedstawisz mnie rodzicom!
Zołman przeklął w myślach.
– Wiedziałem, że tak będzie – rzekł.
Malownicza mieścina Machuciachu, położona w dolinie pomiędzy dwoma urwiskami o niezbyt lotnych nazwach „Ur” i „Wisko”, tętniła życiem. Naród słynący z żenująco wielkich złoży żelaza oraz wyrobów wojennych najlepszej jakości nie znał odpoczynku.
Gejralt przyglądał się umięśnionym dłoniom krasnoludzkiego kowala, który kuł żelazo, póki gorące. Nieco się rozmarzył.
– Mam – rzekł Zołman przerywając wejdźmińskie fantazje.
– Ojej. To dla mnie, Zołmanie?
– Gejralt, kurwa, dla matki. Przecież nie pójdę z pustymi rękami.
Pani Zołmanowa krzątała się w kuchni, kiedy rozległo się pukanie. Kobieta wytarła ręce w ściereczkę w czerwoną kratę, zaklęła i otworzyła drzwi. Zobaczyła w nich syna, a nad nim dwie dziwne, pochylone postaci, z których jedna machała jej na przywitanie.
– Synuś! – krzyknęła uradowana, lecz wkrótce przeszła do tego, co mamy robią najlepiej. – Na Boga, jakie to chude wszystko! Zołmanie, zaproś koleżanki do stołu!
Kwiaty od Zołmana ustawione na stole zaczęły gubić płatki. W jadalni słychać było tylko chrupanie i stukanie sztućców o ceramiczne miski. Mama, czy też, jak wymyślił Mlaskier – Zołmama, walczyła z czymś w kuchni klnąc wniebogłosy. Gejralt postanowił być rodzinny i nieco ją uspokoić.
– A wie pani, że całkiem niedawno została pani babcią? – zagadał.
– Gejralt, stul pysk, na Boga – uciszył go Zołman.
– Ciekawe jaką ja byłbym matką… – zastanawiał się wejdźmin.
– Ty – zaczął krasnolud – to po pierwsze byłbyś ojcem, a nie matką.
– A no racja.
– A po drugie, masz Mlaskra, to sobie wyobraź.
Mlaskier nie zauważył, że o nim mowa, bowiem był zbyt zajęty prowadzeniem wojny na swoim talerzu pomiędzy ziemniakami a grochem.
Gejralt zamyślił się.
– Nie mógłbym być ojcem Mlaskra – stwierdził.
– A to niby czemu?
Wejdźmin spojrzał zalotnie w kierunku Zołmana gładząc Mlaskra po plecach.
– Bo bym nie mógł…
Zołmama wpadła do jadalni i strzeliła w Gejralta szmatą. Oparła ręce na falujących biodrach.
– Uważa co robi! – wrzasnęła, wprawiając go w drgawki. – No przecie włosy w kartofle pakuje! Kudły długie jak u konia na zadzie. A w ogóle to czemu ty taka siwa jesteś? Jakiejś młodszej se nie mogłeś znaleźć, synu?
– Mamo… – westchnął krasnolud.
– No co, przecie widzę, jak na ciebie patrzy, rozanielona cała. To już ta druga lepsza, chociaż oczy ma normalne, a nie jak u gada jakiegoś. Źrenice jakbym w gały mojego świętej pamięci Mruczka paczała. Ta siwa synku, to jest jakaś podejrzana.
– Mamo, to jest Gejralt. Wejdźmin.
– Wejdźmin? A co ty mi tu taką hołotę do domu sprowadzasz?! Już ja swoje wiem! Niejedną hisoryję ja o was wejdźmakach słyszała!
Matka Zołmana podeszła do okna. Domy w tej części miasteczka były tak ciasno upchane, że kiedy otworzyła okiennice niemalże znalazła się w salonie sąsiadki. Mimo to wrzasnęła:
– Kochana! Chowaj syna! Wejdźmok po ulicach łazi! Jeszcze mu co zrobi!
– Jakub po jagody do lasu poszedł! – odezwał się kobiecy głos z okna na przeciwko.
Zołman ponownie spojrzał na fioletowe plamy i zdjął kawałek rozgniecionej jagody z pleców wejdźmina. Zmarszczył czoło i pokiwał głową.
– Nie moja wina – Gejralt wzruszył ramionami. – Sam chciał. Przysięgam na twoją matkę.
– I cooo? – dopytywała sąsiadkę pani Zołmanowa. – Jeszcze do domu nie doszedł?
– Nie no, doszedł… – wtrącił wejdźmin.
– Gejralt, ty się chociaż raz w życiu zamknij – krasnolud pogroził mu palcem. – I módl się, żeby chłopak nie wrócił póki my tu jesteśmy.
– Ooo… – wejdźmin machnął ręką. – Prędko to on nie wstanie.
Matka Zołmana burknęła coś pod nosem, po czym udała się do kuchni i zaczęła wyzywać wszystko co wpadło jej w oczy. Wróciła do jadalni i chwyciła Gejralta za fraki.
– Wiem, że umiesz ognie jak diaboł puszczać – zaczęła. – Widziałam ja raz wejdźmoka takiego, co całą wieś ręcami spalił! Jak już żeś przylazł, to się chociaż na coś przydaj!
Gejralt posłusznie grzał zupę w kuchni przez piętnaście minut. Powiesił też firany, starł kurze z wyższych półek i wytropił szczura w piwnicy, do którego Mlaskier przyczepił sznureczek i poszedł z nim na spacer.
Wejdźmin pokręcił się tu i tam, a potem znalazł odpowiedni moment i uciekł z domu Zołmana. Razem z Mlaskrem i szczurem zwiedzili miasto, a następnie ulokowali się tuż za nim w oczekiwaniu na krasnoluda.
Na szlaku było spokojnie. Cała trójka maszerowała do celu, którego Zołman wciąż nie znał i bardzo go to denerwowało. Krasnolud był jak zapalnik, który wybucha od najmniejszej iskry. Na co dzień przydałby mu się kubeł zimnej wody, który ugasiłby zapłon. Kubłem tym na pewno nie był wejdźmin.
Zołman westchnął.
– A powiedz mi Gejralt – zaczął spokojnie – bo w zasadzie nigdy nie pytałem. Dlaczego właściwie Dże… – wejdżmin wepchnął krasnoludowi banana do buzi, którego jadł.
– Zołmanie, do jasnej ciasnej! – krzyknął. – Nie wypowiadaj jej imienia, bo nas namierzy!
Krasnolud wypluł banana. Już miał powiedzieć, gdzie mu go wepchnie, jeśli coś takiego kiedykolwiek się powtórzy, ale powstrzymał się, bo po głębszej analizie nie był pewny, czy to na pewno będzie dla niego kara. Uspokoił się po raz kolejny tego dnia.
– Dlaczego ONA się właściwie tak za tobą ugania?
– Bo jestem jej ostatnią nadzieją, Zołmanie.
Gejralt wytłumaczył krasnoludowi, że młode kobiety podczas przemiany w czarodziejkę prawie całkowicie tracą możliwość posiadania potomstwa. Łoże Czarodziejek nie dba o te sprawy, w przeciwieństwie do wejdźmińskich braci.
Podczas przemiany w wejdźmina Gejralt stał się niezwykle płodny.
– W zasadzie – kontynuował Gejralt przeżuwając banana – gdybym był hetero, miałbym już jakieś tysiące dzieci. To dlatego Dżemmefer z uporem lasodymacza próbuje mnie dorwać, kiedy tylko może. Płodność u czarodziejek jest bardzo obniżona i ona wie, że tylko wejdźmin byłby w stanie coś zdziałać, a to i tak nie jest pewne na sto procent.
Mlaskier zaśmiał się.
– Poczekaj, bo nie wiem czy dobrze rozumiem – krasnolud zatrzymał się i chwycił się za głowę. – Możemy wszyscy zginąć w biblijnym potopie, bo TY nie chcesz iść raz, jeden raz, kurwa, do łóżka ze zgrabną czarodziejką?!
– Zołmanie, to nie takie proste jak myślisz. Ta okropna kobieta łazi za mną odkąd pamiętam, a jak już mnie dorwie, to upaja jakimiś śmierdzącymi rzeczami, otumania czarami i wydaje jej się, że może ze mną robić, co chce. Zazwyczaj udaje mi się uciec, ale kolejny raz tego nie wytrzymam.
– No co ty nie powiesz – burknął Zołman przypominając sobie te niezliczone sytuacje, kiedy budził się rano w objęciach Gejralta.
Wejdźmin albowiem miał tylko jedną traumę i tylko jedna rzecz na świecie przerażała go bardziej niż kobieta. Były nią kajdany. W Homo Moher dzieją się różne rzeczy o których nikt nie mówi głośno, ale jeśli oprócz kocich oczu istnieje jeszcze jakiś skutek uboczny przemiany w wejdźmina to jest on taki, że każdy jeden wejdźmin na świecie nie cierpi być krępowany.
– To może z łaski swojej zrobisz jej tę przyjemność i wszyscy będą mieli spokój? – grzmiał krasnolud. – No przecież co ci się stanie?!
– No właśnie nie stanie, Zołmanie.
– Gejralt! Zobacz! – krzyknął Mlaskier.
Na ścieżce stała Dżemmefer.
Zamarli.
Czarodziejka wyszczerzyła zęby i uniosła ręce. Z ziemi wyrosły karłowate konary zamykając całą trójkę w środku. Dżemmefer zaniosła się szaleńczym śmiechem i zemdlała.
Mlaskier, nie zastanawiając się zbytnio, zaczął robić podkop. Gejralt zdołał się przecisnąć przez powykrzywiane gałęzie i bezszelestnie podszedł do czarodziejki.
– Ale jest pijana – stwierdził, kiedy pochylając się nad nią poczuł silną woń alkoholu. – Krasnoludzki absynt, Zołmanie. O, nawet trochę zostało.
Wejdźmin wyprostował się i wziął łyka. Ledwie zdążył połknąć ciecz, poczuł się skołowany. Jaskrawe kolory zawirowały mu w głowie. „Nie, nie, nie, nie, nie…” powtarzał w myślach, próbując wyciągnąć niwelujący skutki zatrucia eliksir z torby, ale jego dłonie sztywniały. Nie zdążył. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Bezwładnie runął na ziemię tuż obok niej. Był przytomny, ale nie mógł się poruszyć. Poczuł jak bicie jego serca spowalnia, raz po raz próbując złapać oddech. Zobaczył, jak czarodziejka otwiera jedno oko i ponownie szczerzy zęby. Coś zaczęło dudnić w jego głowie, a potem przeszywający umysł pisk niemal rozsadził mu czaszkę. Jego powieki zsiniały i zaszły łzami. Wejdźmin ujrzał jasne światło, a potem całkowitą ciemność.
Stracił przytomność.