***
Fjutest był niepocieszony.
Co prawda jego piwną karykaturę zastąpiła wyrżnięta w podłodze dziura, a kawałek deski z podobizną króla został spalony na popiół, który Fjutest wdeptał w ziemię w całkowitym amoku, a czterech chłopów odbywało tymczasową karę tańcząc od pięciu godzin pod jego nowo zawieszonym portretem w różowej ramie, to król wciąż czuł pewnego rodzaju niedosyt. Nawet zabicie stadka dziwnych stworzeń i oddanie ich twardych skór do zbrojmistrza, który od razu zabrał się za wykonywanie rękojeści do mieczy, tylko na chwilę poprawiło mu humor.
Król wciąż czuł się niezaspokojony i nie mógł tego znieść. Wrócił na miejsce piwnej zbrodni, stanął na środku w rozkroku i – swoim zwyczajem – oparł ręce na biodrach wysuwając miednicę. Rozejrzał się i pokręcił nosem.
– To za mało – rzekł. – Żądam natychmiastowej zemsty za to upokorzenie, co je dziś przeżyłem! – wygłosił.
Barman schował się pod ladą, zwracając jego uwagę.
– Ty! – warknął na niego Fjutest. – Do mnie! Kto rozlał to piwo?!
Karczmarz potulnie zbliżył się do króla.
– Nie wiem, panie – odpowiedział, patrząc w podłogę.
Fjutest zawołał straż. Dwóch strażników w lśniących od cekinów zbrojach zaczęło łaskotać barmana.
– Gadaj, bo zawołam trzeciego! – groził król. Każdy jego ruch owocował deszczem brokatu. Karczmarz nie wytrzymał. Fjutest uniósł rękę i zadarł nos.
– Przysięgam panie, że nie wiem kto rozlał to piwo – zaczął karczmarz wciąż chichocząc. – Miałem tu wczoraj spory ruch. Był nawet jeden wejdźmin z jakimś bardzo sceptycznym nieludziem. Natomiast nie dalej jak trzy dni temu napotkała mnie przedziwna sytuacja.
– Jaka.
– To było tak. Poranek jak co dzień, nic szczególnego. Jak zwykle stałem sobie za barem i obsługiwałem gości. Spodziewałem się rekordowego utargu pod wieczór. Pewnie bym go wyrobił, gdyby nie oni.
– Kto! – niecierpliwił się Fjutest.
– Już mówię, panie. Około północy znikąd wyrosło przede mną czterech rycerzy. Przyłbice mieli pozamykane i w ogóle się nie poruszali. Zadawali mi dziwne pytania odnośnie naszego pięknego miasta, które najjaśniejszy pan dla nas stworzył, i niestety króla wyśmiali.
– Nie! – Fjutest tupnął nogą.
– To nie wszystko – kontynuował karczmarz. – Kiedy zmęczyli się śmianiem, powiedzieli, że szukają trójki zbiegów, którzy podobno wzięli w niewolę jednego z nich i, cytuję, zjedli łamiąc tym samym święty kodeks ich księstwa. Nie umiałem im pomóc, więc orzekli, że mam im dać najsmaczniejszy alkohol jaki posiadam, inaczej wezmą mnie w niewolę i skażą na natychmiastowe stracenie poprzez łamanie kręgosłupa kołem. Przyznaję panie, że nie powinienem, ale dałem im beczkę przeterminowanego cydru, mówiąc, że to drogie wino z winnic pod Bobekłem. Kazali mi polewać sobie nim głowy, co też uczyniłem. Strasznie przy tym bulgotali. Potem jeden z nich padł jak martwy. Pozostała trójka wydała z siebie okrzyk przerażenia i nawet nie wiem, kiedy zniknęła. Wszyscy klienci wybiegli z lokalu i tyle miałem, o, z mojego utargu. Zdumiewające jednak było me odkrycie, kiedy próbowałem uprzątnąć bałagan i ocucić rycerza, który wciąż nieruchomo leżał na podłodze. Ku memu zdziwieniu, zbroja była całkowicie pusta, a w odłamkach szkła leżała ledwo zipiąca ryba, która przemówiła do mnie tymi oto słowami: „Morderca, cydr, śmierć”, a potem wyzionęła ducha.
– Najjaśniejszy Panie – jeden ze strażników zwrócił się do drapiącego się po głowie Fjutesta. – To mogli być rycerze królestwa O’koń.
Fjutest zmarszczył brwi.
– Cała straż do mnie! – wrzasnął. – Natychmiast! W sensie teraz, rozkazuje, że jedziemy ich wytropić i spuścić im lanie wszechczasów!… Co to są rycerze królestwa okoń? – dopytał szeptem.
***
– Mlaskier, teraz! Głaskaj go! – krzyknął wejdźmin. – Nie bój się, jestem za tobą.
Gejralt objął go mocno. Mlaskier zamknął jedno oko i krzywiąc się wyciągnął rękę przed siebie. Dyrdymał pokręcił głową. Dżemmefer złapała się za serce i spojrzała na Gejralta wzdychając. Zołman zwykł odwracać głowę, kiedy Gejralt stał za Mlaskrem. Romek telepał się w kącie, a Ruch Anna i Mundo na chwilę przestali się kłócić. Niedowierz uniósł brew.
Ryczywół ucichł na chwilę. Przystawił wielkie nozdrze do otworu w ziemi i delikatnie nim poruszając, zaczął węszyć. Kiedy trafił na znajomy zapach poety, wielkie nozdrze znieruchomiało. Gejralt bardzo powoli wykonał krok w przód. Otwarta dłoń Mlaskra dotknęła potwora. Bestia wypuściła powietrze z płuc, jak gdyby chciała odetchnąć. Nagle uniosła się na tylnych łapach i zaryczała z bólu. Kolejne kawałki sufitu posypały się, poszerzając otwór.
– Co się dzieje!? – wrzasnęła Dżemmefer. – Dlaczego nie podziałało!?
Dźwięk dudniących kopyt ryczywoła oddalał się od nich. Wejdźmin wyjrzał na zewnątrz. Konny oddział Fjutesta, z nim samym na czele, biegł wprost na potwora, strzelając do niego z kusz. To samo robił rycerzom królestwa O’koń – tyle, że ci się nie poruszali.
– Nie podziałało – zaczął Dyrdymał – bo Gejralt dwa miesiące temu zbagatelizował moje ostrzeżenie i wylał piwo! Debile! Nic nie zrozumieliście! Gdybyś go nie wylał, panie „wszystko-wiem-najlepiej”, nie byłoby paskudnej podobizny Fjutesta, ten nie wyruszyłby na polowanie i nie zabił całej rodziny ryczywoła! – grzmiał czarodziej. – Teraz ryczywół mści się na ludziach, rycerze księstwa O’koń chcą nas zabić, a my siedzimy w lochu i już nic nie da się zrobić!
Wejdźmin wrócił do środka i opadł na zwalony blok kamienny. W oddali słyszał odgłosy bitwy i szalejący ryk potwora. Wszyscy to słyszeli. Na najbardziej przerażonych wyglądały ryby w kulistych akwariach, które ze strachu nie mogły jeść pokarmu, mimo usilnych prób Mlaskra. Wejdźmin powiódł wzrokiem po przyjaciołach. Milczeli, wpatrując się w niego.
– Sam rozlałem to piwo, to sam muszę je wypić – rzekł w końcu.
W pomieszczeniu rozległo się ciche „pssst…”. Gejralt wychylił na raz butelkę wyrżnijmijskiego jasnego podwójnie chmielonego i spojrzał na niedowierza wciągając policzki.
– Wcale nie wypiłem tego piwa – oświadczył, bekając.
Niedowierz spojrzał z zaciekawieniem.
– Tylko udawałem – ciągnął wejdźmin.
Niedowierz zerknął na butelkę i przechylił głowę z niedowierzaniem.
– Wiem, że jest pusta, ale to nie dlatego, że wypiłem zawartość. Tam od początku nic nie było. Kupiłem puste piwo – kontynuował Gejralt patrząc na zdziwionego potworka. Ten cały czas słuchał, niedowierzając własnym uszom.
– Nooo nie wiem – zasiał wątpliwość i zamienił się w wiaderko.
Wszystko ucichło.
Gejralt podskoczył unosząc ręce w górę i z radosnym okrzykiem wrzucił butelkę do wiaderka. Udało mu się kupić trochę czasu. Wytłumaczył towarzyszom, jak to działa – póki niedowierz był zaczarowany, całe pomieszczenie znajdowało się w innej rzeczywistości. Najwięcej pytań miał Romek, który – jak uznał wejdźmin nazywając go niegrzecznym chłopcem – musiał opuścić kilka wykładów z potworologii. Już miał się zabrać za wyznaczenie mu kary, ale przeszkodził mu w tym Zołman.
Krasnolud spędził kilka kolejnych minut tłumacząc Gejraltowi, że nie powstrzymał go dlatego, iż jest zazdrosny. Wejdźmin mu nie uwierzył. Dyrdymał gapił się w jeden punkt, którym był Mlaskier rysujący na ścianie jabłuszka. Mundo w dalszym ciągu nie rozumiał, co się stało. Ruch Anna próbowała go kopnąć, a potem ugryźć, ale kajdany skutecznie jej w tym przeszkadzały.
– Niedowierz być wiaderko – rzekł Murzyn.
Czar prysł.
***
Dziewczynka układała tulipany na zniszczonej, kamiennej płycie z zanikającymi napisami. Robiła to tak, jak lubiła mama. Wyższe kwiaty w środku, mniejsze na zewnątrz. Miała ich dzisiaj wyjątkowo dużo. Wyjęła zapałki i zapaliła świeczkę. Czasami znajdowała jeszcze takie, które dało się zapalić, chociaż na chwilę. Usiadła na kawałku drewnianej belki i zamknęła oczy. Poczuła się senna. Świat pod jej powiekami był dużo ładniejszy niż ten, który znała na co dzień.
Ziemia zadudniła. Wazon przewrócił się i rozbił, wyrywając ją z sennych marzeń. Dziewczynka stanęła na równe nogi. Spojrzała na wodę rozlewającą się po kamiennym wieku, które pod jej wpływem zaczęło ciemnieć. Na horyzoncie ujrzała wijące się tumany piachu. Po chwili do jej uszu dotarł przeraźliwy, znajomy ryk, a na wzgórzu za miastem oślepiający kulisty blask zakuł ją w oczy.
***
Ogromna magiczna sfera zmaterializowała się tuż nad ziemią. Jako pierwszy ukazał się Czarodziej Michał, a zaraz po nim grupa wejdźminów z Homo Moher.
– No, to esteśmy, chłopsy… – zaczął Wazelin, chwiejąc się na nogach. – Pszeciesz mówieem, sze zafsze moszna na nas… liszyć…
Kilku wejdźminom stojącym za nim odbiło się, a jeden zwymiotował. Ktoś w tle się przewrócił.
– To so ma.. my robiś?… – ciągnął Wazelin. – O fmorrrde… – dodał, kiedy spostrzegł ryczywoła. – A to szeszywiście tro-che… pszejebane. Sze tak pofiem. O. Romek. Zaapaeś te ryby?
Romek, Gejralt, Mlaskier, Zołman, Dżemmefer i Dyrdymał wyszli z podziemi. Dołączył do nich Fjutest, który uciekł z pola bitwy.
– Miasto! – wyjęczał idąc na kolanach. – Miasto! Ratujcie moje miasto!…
Ryczywół szalał w dolinie rozrzucając na boki wycofujących się żołnierzy. Zbliżał się do Wyrżnijmy.
– Bo myś… my se siedzieli nad tą rzeką, o tam, potem była ma-a kąpiel, co nie chłopsy…? – Wazelin mrugnął okiem. – A jak żeśmy wyszli z tej wody, tam o, to nooormalnie… zaczeo nam się kręsić w głofach jakby… nie pamiętam so by-o dalej.
Czarodziej Michał wzruszył ramionami.
– Kazaliście ich sprowadzić, to są – rzekł, wskazując na wejdźminów. – I twój koń, Gejralt.
Wejdźmin pochylił się i zajrzał zwierzęciu między nogi.
– To nie jest mój koń – oświadczył i odszedł.
– Cicho! – wtrącił Dyrdymał, po raz pierwszy w swoim życiu zrzucając swój półtora metrowy kapelusz z głowy przy innych. – Teraz jest nas trzech czarodziejów, jeden zupełnie nieprzydatny krasnolud, poeta, który napisze o was balladę jak wszyscy zaraz polegniecie, szesnastu zalanych w trupa wejdźminów i jeden po piwie. I Fjutest. Musimy mieć plan!
– A gdzie jest Gejralt? – spytał Mlaskier.
Wejdźmin siedział na krańcu wzgórza i patrzył w dal. Nie odzywał się. Do jego zmysłów dochodziły złowrogie bodźce. Medalion z serduszkiem drżał coraz mocniej. Ogarniające go uczucie niepokoju nie dawało mu spokoju. Czuł coś ważnego, ale nie umiał tego nazwać. Wyostrzył wszystkie zmysły. Odfiltrował głosy towarzyszy, zamęt walki, szum traw, oślepiający blask zachodzącego słońca, zapach powietrza i wszystko inne, co niepotrzebnie rozmydlało jego uwagę, aż pozostała tylko czysta, niczym niezmącona teraźniejszość. I wtedy ją ujrzał.
– Porzeczka… – wyszeptał.
Bestia zionęła ogniem odganiając się od raniących ją ludzi. Ciężkimi krokami kierowała się w stronę wyrżnijmijskiego cmentarza. Z kopyt wyrosły jej pazury, a jej ciało zaczęło pokrywać się czarnymi kolcami. Gejralt wiedział co się święci. Potwór był już zbyt wypełniony złymi emocjami, aby dotyk kogoś niewinnego mógł go uspokoić. Stężenie złych emocji sięgało zenitu. Ryczywół musiał pożreć Porzeczkę, aby fala spokoju mogła zalać go od środka. I potwór o tym wiedział.
Mlaskier spojrzał na wejdźmina załzawionymi oczami.
– Gejralt… – rzekł Zołman. – Nie możesz poświęcić tego dziecka…
Wejdźmin spojrzał na Mlaskra.
– Wiem… – powiedział cicho.
– To co teraz?
– Nie oddamy mu jej.
Gejralt podniósł się z ziemi i wyprostował się na tle zachodzącego słońca. Widok ze wzgórza był oszałamiający. Dolina tonęła w pomarańczowo różowym blasku, którego promienie mieniły się w przeplatającej pagórki rzece.
– No… gdyby nie te tumany kuszu… frzaski ludzi i ogień, byłoby sałkiem pszyjemnie… – wybełkotał Wazelin, który pojawił się obok Gejralta.
Wejdźmin wyprostował palec i unieruchomił go znakiem.
– Powiedziałem, że jej nie oddamy – powtórzył. – Zaopiekuj się Mlaskrem, dobrze? Powiedz mu, że za każdym razem jak zobaczy spadającą z nieba gwiazdę, to będę ja. Ty też o tym pamiętaj, Zołmanie – wejdźmin uśmiechnął się smutno.
– Gejralt… Co ty… – szepnął krasnolud.
– Michał, na mój znak. Trzymamy się planu – zwrócił się do pozostałych zrzucając z siebie miecze. – No, z jedna małą zmianą… – mruknął. Skinął głową.
Michał oplótł go magiczną wstęgą. Wejdźmin rozświetlił się i powoli stawał się coraz bardziej przeźroczysty, aż w końcu zniknął całkowicie. Do ostatniej chwili patrzył na przyjaciół.
Pojawił się nagle w samym środku bitwy spadając z kilku metrów. Wrzaski, huki, kotłujący się pył i świszczące strzały na chwilę odebrały mu panowanie nad sytuacją. Wejdźmin zaklął, a konkretnie wypowiedział słowa: nosz Jezus Maria. Upadł. Cudem uniknął stratowania przez przepełnionych strachem żołnierzy i panikujących mieszkańców Wyrżnijmy, uciekających z miasta. Wymanewrował wśród nich i stanął na nogi. Próbował zwrócić uwagę potwora.
Odbiegł od bestii, by ta mogła go zauważyć. Krzyczał i rzucał w nią czym popadnie. Wiedział, że nie powinien. Jego medalion rozgrzał się do czerwoności. Gejralt chwycił go, i choć ten rozżarzony był niczym węgiel, jemu nie sprawiał żadnego bólu. Wejdźmin zacisnął go w dłoni, po czym cisnął nim w powietrze. Mieniący się medalion pofrunął wysoko i dotknął celu. Potwór ryknął i zamotał się jak szalony. Był rozjuszony, silny i porażająco wielki. Ale miał jedną wadę.
Był wolny.
– Co on robi?! Odbiło mu? – zmartwiła się Dżemmefer.
– Freszcie srosumiał… – Wazelin uronił łezkę. – Widziaeem to fjego oczach…
– Co? – spytał Zołman, tuląc Mlaskra, który tulił Fjutesta.
– Snam… tego… chopaka… od maeego. Ot takieo bszdąca, o, takiego, o. Zafsze szukał kompromisóf. I fszystko, fszystko robił na opak. Teras… freszcie srosumiał.
– Co zrozumiał?! – wrzasnął krasnolud.
– Że czasami, to fszystko, tszeba poświęcić…
– Gejralt! – Dżemmefer zerwała się, ale Wazelin chwycił ją mocno.
– Jusz sa póśno… – rzekł.
Potwór spostrzegł w nim wejdźmina. Zaczął ociężale odwracać swe cielsko w jego stronę. Gejralt otworzył usta i opuścił ręce, a drżąca od ruchów bestii ziemia niemal zwaliła go z nóg. Ogrom ociekającego śliną monstrum sparaliżował go. Bydle opadło sapiąc i trzepnęło łbem ukazując poczerniałe kły. Wejdźmin odzyskał przytomność umysłu, kiedy koński łeb szturchnął go w plecy. Bez zastanowienia wskoczył mu na grzbiet i pognał go w stronę rzeki. Pupka dawała z siebie wszystko galopując coraz szybciej. Bestia, widząc oddalającego się wroga, ruszyła z kopyta, zakopując się w ziemi. Runęła. To dało mu chwilę czasu, by się od niej oddalić. Wiedział, że jeżeli dostatecznie rozpędzi potwora, szanse wzrosną.
Woda w rzece zaczęła się spiętrzać. Czarodzieje na znak Michała połączyli swoje zaklęcia i unieśli taflę rzeki niemalże do pionu. Ryczywół pędził tnąc grunt pazurami. Zbliżał się nieubłaganie. Nagle odbił się od ziemi i wzbił się w powietrze. Niebieski płomień pokrył jego czarną skórę. Rozpalił się, szybując. Otworzył paszczę z przerażającym rykiem.
Leciał wprost na niego.
– Trzymaj się Pupka – wyszeptał wejdźmin, czując na skórze wilgoć piętrzącej się rzeki i żar płonącego potwora.
Pociągnął lejce do siebie z całej siły. Koń zarżał, ślizgając się; kopytami rył ziemię, wzburzając tumany gęstego pyłu. Ryczywół przeleciał nad wejdźminem z wciąż rozwartym pyskiem. Ryknął z przeszywającym skórę dreszczem i zderzył się ze ścianą wody z nieludzką siłą. Jego tląca się skóra buchnęła żywym ogniem, doprowadzając do zapłonu resztę wody. Ognista rzeka rozprysnęła się na wszystkie strony wzmacniając przeraźliwy huk, który odbił się echem po całej okolicy.
Czas jakby na chwilę zatrzymał się.
Gejralt ocknął się leżąc na brzuchu. Poczuł palące krople na plecach. Wsparł się na rękach i obejrzał za siebie. Zobaczył opadające strugi płonącej wody.
– Dżemmefer… – wyszeptał ostatkiem sił.
Zacisnął oczy i odwrócił głowę napinając wszystkie mięśnie.
Nie miał najmniejszych szans.
Nadpalony medalion Gejralta zdążył już ostygnąć. Mlaskier siedział ze spuszczoną głową i ściskał go mocno. Starał się nie słuchać Zołmana, który przykucnął przed nim i próbował mu wytłumaczyć co się stało, najdelikatniej jak to na krasnoluda możliwe. Słońce już prawie zaszło za horyzont, a w powietrzu dało się wyczuć coś jakby zapach przypalonego jabłecznika. Fjutest zemdlał gdzieś w połowie całego zamieszania, więc wejdźmińscy bracia, którzy zdążyli już wytrzeźwieć, próbowali go ocucić na różne sposoby. Wyjątkiem był Romek, który siedział niedaleko Wazelina i obydwoje patrzyli w ziemię.
Dyrdymał obserwował zdarzenia w dolinie. Ryczywół leżał, nieprzytomny i wielki niczym okręt. Mieszkańcy okolicznych wsi schodzili się wokół niego, a żołnierze, którzy zdołali zachować życie pomagali rannym kompanom stanąć na nogi. Czarodziej mógłby przysiąc, że mała dziewczynka siedzi na grzbiecie potwora i że jeszcze przed chwilą jej tam nie było. Pokiwał głową i przetarł zmęczone oczy. Wszedł na głaz, wyciągnął zwój papieru zapisany tekstem, który przygotował już wcześniej na tę konkretną okazję, odchrząknął i zaczął:
– Za niezliczonych, mężnych żołnierzy miasta Wyrżnijma oraz za dzielnych rycerzy księstwa O’koń, którzy polegli…
– Cicho bądź – fuknął Zołman.
Wazelin westchnął.
– Wszystko robił od tyłu, wszystko… – westchnął ponownie. – Zawsze zaczynał od dupy strony. Nie dało się nad nim w żaden sposób zapanować. Ja mówię salto w przód, a on salto w tył. Ja mówię siadaj z przodu, on siada z tyłu. Nawet konia nauczył się cofać. Ale tym się właśnie wyróżniał wśród innych uczniów. Bo choć na wszystko miał swoje własne pomysły, te zawsze były znakomite. Nikt nigdy nie wiedział, co zamierza.
– Zapuszczam włosy! Na cześć Srebrnego Wilka!… – ogłosił wszem i wobec Romek, na co reszta wejdźminów wszczęła wiwat.
– No no, już. Ani mi się ważcie – pogroził im Wazelin. – Przez siedemnaście lat ganiałem tego nicponia z nożyczkami po całym Homo Moher tłumacząc, że długie włosy będą mu przeszkadzać w walce. I zaledwie raz udało mi się odciąć tylko kawałek jego czupryny. Szybki był skubaniec jak piorun.
– Mi też będzie brakować jego włosów – zachlipał Fjutest. – Miał ładny tyłek. Będę potrzebował nowego wejdźmina – król spojrzał na pochylających się nad nim rekrutów, ale nie spostrzegł nikogo, kto choćby przypominał urodą i aparycją Gejralta. Załamał się.
– A wiecie jaka była jego ulubiona sentencja z kodeksu wejdźmińskiego? – ciągnął Wazelin. – Nie?… Coś tam, coś tam, „…a jeślisz spotkasz na swej drodze niewinną istotę, będziesz jej bronił niczym wilk broniący swych pociech…”
– „…i każdy kto drogi ci jest, zanim zaśnie, powinien wiedzieć, że jesteś z nim zawsze.” – dokończył Romek.
– Ciekawy ten wasz kodeks – rozgrzmiał kobiecy głos znikąd, a zaraz potem z portalu wyskoczyła Dżemmefer. – Szczególnie, że z „nim”, a nie z „nią”.
Portal nie zniknął, jak to zazwyczaj bywa. Zanim to zrobił, wypluł z siebie jeszcze jedną, do nikogo nie podobną osobę. Czarna postać jęknęła podnosząc się z ziemi i opatuliła się szczelniej grubym brązowym paltem z niedźwiedziej skóry.
Spod obszernego kaptura wysunął się różowy kosmyk.
– Jejku, jak mi zimno – oznajmił Gejralt podnosząc głowę, albowiem częsta teleportacja znacznie wychładza organizm.
Mlaskier rzucił się na niego, przewracając ich obydwu.
Zmarznięte dłonie wejdźmina ogrzewał przyjemny żar. Ognisko iskrzyło się pośrodku zebranych wokół niego przyjaciół. Mlaskier zawiesił się na szyi Gejralta i ku zdenerwowaniu Dżemmefer, nie chciał do niego dopuścić nikogo innego. Zdarzyło mu się nawet zawarczeć.
– Nie rozumiem – powiedział Dyrdymał. – Według mojego Wróżbixa 2000, to się miało skończyć inaczej. Nie żebym się nie cieszył, że żyjesz, Gejralt.
– Tfój „wróżbiks” najfidoczniej nie pszewidział cfanej natury Gejralta – skwitował Wazelin, który z okazji wytrzeźwienia postanowił się napić.
– Będę musiał oddać ten złom do sklepu. I tak już miałem do pogadania ze Złomanem – burknął Dyrdymał.
– Ach… – jęknęła Dżemmefer podpierając brodę pięściami. – W ostatniej chwili swojego życia wypowiedziałeś moje imię…
Gejralt zerknął na nią wymownie.
– Nikt inny nie zlokalizowałby mnie tak szybko – rzekł, całując Mlaskra w czółko.
Czarodziejka naburmuszyła się.
– Gerjalt…? – powiedział Zołman. – Nigdy nie widziałem, żeby ogień eksplodował po starciu z wodą! Co tam się stało?
– To nie była woda, Zołmanie – Gejralt uśmiechnął się. – To był cydr. Alkohol wzmocnił reakcję. To w tej sprawie Michał kontaktował się z Dyrdymałem przez to coś kilka dni temu.
– Jeszcze żaden alkohol nigdy nie zabił żadnego wejdźmina!… – wygłosił Wazelin, wziął łyk wódki i upadł.
– Zafundowałem ryczywołowi całkowite oczyszczenie – kontynuował Gejralt. – Najpierw trzeba było go rozdrażnić do czerwoności, aby złe emocje wyszły na zewnątrz, dlatego cały pokrył się kolcami, a potem płomieniami. Ogień oczyścił jego skórę ze złych wspomnień, a kiedy się wypalił, co trochę przyśpieszyliśmy, woda zrobiła resztę – Gejralt odwrócił się za siebie. – Koxenfurdzkie Zoo powinno być zadowolone. Cydr załatwił też sprawę rycerzy księstwa O’koń, ponieważ ten jest dla nich silnie trujący. Karczmarz z Wyprutego Flaka opowiedział mi o ich wizycie, zaledwie trzy dni przed naszą.
– Dobre rybki – powiedział Mlaskier, biorąc gryza.
– No a co z Porzeczką? – dopytywał krasnolud.
– Niedługo po tym, jak Dżemmefer teleportowała mnie nawet nie powiem gdzie, przenieśliśmy się na cmentarz, by ją zabrać.
Mała kropeczka w zielonkawej sukience siedziała na grzbiecie ryczywoła i głaskała go wytrwale. Potwór, który już na potwora nie wyglądał, napełniał się jej niewinnością, a że od momentu oczyszczenia nie zaznał niczego innego, był wyjątkowo potulny. Wydawał się też mniejszy o dobre trzy czwarte. Dziewczynka wraz z obstawą kilkuset przerażonych strażników i dobrze poinstruowanego Fjutesta (który obiecał tego nie spartolić), prowadziła go do zoo, gdzie już nigdy nie zaznał niepokoju.
– Ale zaraz – krasnolud zamyślił się. – Dżemmefer, uratowałaś Gejralta? A to ty przypadkiem nie chciałaś go zabić?…
– Ja? Gejralta? Chyba sobie żarty stroisz, ja go kocham – czarodziejka założyła ręce na piersi.
– A biblijny potop?…
– Jestem tydzień po.
– Co…? – pisnął krasnolud.
– A co z Pupką? – przerwał wejdźmin.
– Połamałeś jej wszystkie nogi, ale żyje – odparł Dyrdymał. – Poza tym osiwiała, to już jej chyba nie pomylisz, i jest jakoś dziwnie płochliwa. Męczywór się nią zajął. Michał teleportował się z nią do jego domu. Miejmy nadzieję – dodał.
Zapadła chwilowa cisza. Towarzysze wznieśli kolejny toast i kontynuowali rozmowy. Stukot szkła i śmiechy niosły się w powietrzu.
Zołman od pewnego czasu przyglądał się twarzy wejdźmina, na której malowało się zmęczenie. Zauważył też, że coś go trapi.
– Gejralt? – zapytał. – A co ty tu masz?
– Co? Gdzie?
– No tu, na policzku. Czy to jest szminka?
Wejdźmin zaczął się wycierać.
– To siniak.
– I na szyi? I na brzuchu! Ha ha! Geeejraaalt…! – śmiał się krasnolud. – Siniaki się nie rozmazują!
Dżemmefer puściła mu oczko.
– Oj Zołmanie…
Wejdźmin odkleił od siebie Mlaskra i odszedł na bok szybkim krokiem. Stanął na wzgórzu, w tym samym miejscu co wcześniej i napawał się dużo spokojniejszym widokiem. Ciepłe powietrze unosiło kosmyki jego błyszczących włosów. Spojrzał na okrągły księżyc odbijający się w falującej rzece, sennie rozświetlone miasto i wolno maszerującego ryczywoła, którego sylwetka wciąż malowała się na horyzoncie. Z nieba spadła gwiazda.
– No ale jak było? – dopytał krasnolud, pojawiając się znikąd.
Gejralt drgnął i przygryzł dolną wargę zerkając na Zołmana.
– Chcesz, to mogę ci pokazać jak się powstrzymuje biblijny potop – odparł.
– A idź w… Z tobą się gadać nie da – krasnolud machnął ręką i odszedł. – Ale cieszę się, że jesteś.
– Zołman? – zawołał Gejralt.
Krasnolud odwrócił się.
– Jest takie jedno niepisane prawo – ciągnął wejdźmin – że jeśli czarodziejka uratuje ci życie, to musisz spełnić jedno jej życzenie w zamian.
Krasnolud zastanowił się. Gejralt mówił dalej:
– My też moglibyśmy sobie zrobić takie prawo, że za każdym razem jak pomyślisz, że umarłem, będę mógł cię potem wycałować.
Zołman wypuścił powietrze.
– Spierdalaj – rzekł.
Wejdźmin uśmiechnął się sam do siebie i wyciągnął coś z kieszeni. Podrzucił przedmiot kilka razy i… zrzucił go w dół urwiska. Objął krasnoluda za ramię i dołączył do reszty.
– Oj Zołman, Zołman…
Przedmiot odbił się od kilku półek skalnych i wylądował w trawie. Przeleżał tam czas długi, doświadczając palącego słońca, wiosennego deszczu i zimnej pokrywy śnieżnej. Jego metalowa obudowa zdążyła zajść rdzą, aż stał się całkiem niewidoczny wśród jesiennych liści. Tupot małych, eleganckich bucików i równie mała rączka uniosły go trzy lata później. Drobna dziewczynka odgarnęła ręką opadające na czoło jasne włosy i obróciła przedmiot kilka razy w palcach. Nagle rozszerzyła usta wciągając powietrze.
– Mamo, mamo! – wrzasnęła biegnąc w jej stronę. – Zobacz, zobacz! Wygląda jak twoja szminka!
– Musisz wszystko powtarzać dwa razy? – kobieta zreflektowała się. Spojrzała na przedmiot i westchnęła.
– To nie moja – rzuciła. – To twojego ojca.