Rozdział XIII – „Okres burz”, Część II (ostatnia)

***
Fjutest był niepocieszony.

Co prawda jego piwną karykaturę zastąpiła wyrżnięta w podłodze dziura, a kawałek deski z podobizną króla został spalony na popiół, który Fjutest wdeptał w ziemię w całkowitym amoku, a czterech chłopów odbywało tymczasową karę tańcząc od pięciu godzin pod jego nowo zawieszonym portretem w różowej ramie, to król wciąż czuł pewnego rodzaju niedosyt. Nawet zabicie stadka dziwnych stworzeń i oddanie ich twardych skór do zbrojmistrza, który od razu zabrał się za wykonywanie rękojeści do mieczy, tylko na chwilę poprawiło mu humor.
Król wciąż czuł się niezaspokojony i nie mógł tego znieść. Wrócił na miejsce piwnej zbrodni, stanął na środku w rozkroku i – swoim zwyczajem – oparł ręce na biodrach wysuwając miednicę. Rozejrzał się i pokręcił nosem.

– To za mało – rzekł. – Żądam natychmiastowej zemsty za to upokorzenie, co je dziś przeżyłem! – wygłosił.
Barman schował się pod ladą, zwracając jego uwagę.
– Ty! – warknął na niego Fjutest. – Do mnie! Kto rozlał to piwo?!
Karczmarz potulnie zbliżył się do króla.
– Nie wiem, panie – odpowiedział, patrząc w podłogę.
Fjutest zawołał straż. Dwóch strażników w lśniących od cekinów zbrojach zaczęło łaskotać barmana.
– Gadaj, bo zawołam trzeciego! – groził król. Każdy jego ruch owocował deszczem brokatu. Karczmarz nie wytrzymał. Fjutest uniósł rękę i zadarł nos.
– Przysięgam panie, że nie wiem kto rozlał to piwo – zaczął karczmarz wciąż chichocząc. – Miałem tu wczoraj spory ruch. Był nawet jeden wejdźmin z jakimś bardzo sceptycznym nieludziem. Natomiast nie dalej jak trzy dni temu napotkała mnie przedziwna sytuacja.
– Jaka.
– To było tak. Poranek jak co dzień, nic szczególnego. Jak zwykle stałem sobie za barem i obsługiwałem gości. Spodziewałem się rekordowego utargu pod wieczór. Pewnie bym go wyrobił, gdyby nie oni.
– Kto! – niecierpliwił się Fjutest.
– Już mówię, panie. Około północy znikąd wyrosło przede mną czterech rycerzy. Przyłbice mieli pozamykane i w ogóle się nie poruszali. Zadawali mi dziwne pytania odnośnie naszego pięknego miasta, które najjaśniejszy pan dla nas stworzył, i niestety króla wyśmiali.
– Nie! – Fjutest tupnął nogą.
– To nie wszystko – kontynuował karczmarz. – Kiedy zmęczyli się śmianiem, powiedzieli, że szukają trójki zbiegów, którzy podobno wzięli w niewolę jednego z nich i, cytuję, zjedli łamiąc tym samym święty kodeks ich księstwa. Nie umiałem im pomóc, więc orzekli, że mam im dać najsmaczniejszy alkohol jaki posiadam, inaczej wezmą mnie w niewolę i skażą na natychmiastowe stracenie poprzez łamanie kręgosłupa kołem. Przyznaję panie, że nie powinienem, ale dałem im beczkę przeterminowanego cydru, mówiąc, że to drogie wino z winnic pod Bobekłem. Kazali mi polewać sobie nim głowy, co też uczyniłem. Strasznie przy tym bulgotali. Potem jeden z nich padł jak martwy. Pozostała trójka wydała z siebie okrzyk przerażenia i nawet nie wiem, kiedy zniknęła. Wszyscy klienci wybiegli z lokalu i tyle miałem, o, z mojego utargu. Zdumiewające jednak było me odkrycie, kiedy próbowałem uprzątnąć bałagan i ocucić rycerza, który wciąż nieruchomo leżał na podłodze. Ku memu zdziwieniu, zbroja była całkowicie pusta, a w odłamkach szkła leżała ledwo zipiąca ryba, która przemówiła do mnie tymi oto słowami: „Morderca, cydr, śmierć”, a potem wyzionęła ducha.
– Najjaśniejszy Panie – jeden ze strażników zwrócił się do drapiącego się po głowie Fjutesta. – To mogli być rycerze królestwa O’koń.
Fjutest zmarszczył brwi.
– Cała straż do mnie! – wrzasnął. – Natychmiast! W sensie teraz, rozkazuje, że jedziemy ich wytropić i spuścić im lanie wszechczasów!… Co to są rycerze królestwa okoń? – dopytał szeptem.

***

– Mlaskier, teraz! Głaskaj go! – krzyknął wejdźmin. – Nie bój się, jestem za tobą.
Gejralt objął go mocno. Mlaskier zamknął jedno oko i krzywiąc się wyciągnął rękę przed siebie. Dyrdymał pokręcił głową. Dżemmefer złapała się za serce i spojrzała na Gejralta wzdychając. Zołman zwykł odwracać głowę, kiedy Gejralt stał za Mlaskrem. Romek telepał się w kącie, a Ruch Anna i Mundo na chwilę przestali się kłócić. Niedowierz uniósł brew.
Ryczywół ucichł na chwilę. Przystawił wielkie nozdrze do otworu w ziemi i delikatnie nim poruszając, zaczął węszyć. Kiedy trafił na znajomy zapach poety, wielkie nozdrze znieruchomiało. Gejralt bardzo powoli wykonał krok w przód. Otwarta dłoń Mlaskra dotknęła potwora. Bestia wypuściła powietrze z płuc, jak gdyby chciała odetchnąć. Nagle uniosła się na tylnych łapach i zaryczała z bólu. Kolejne kawałki sufitu posypały się, poszerzając otwór.

– Co się dzieje!? – wrzasnęła Dżemmefer. – Dlaczego nie podziałało!?
Dźwięk dudniących kopyt ryczywoła oddalał się od nich. Wejdźmin wyjrzał na zewnątrz. Konny oddział Fjutesta, z nim samym na czele, biegł wprost na potwora, strzelając do niego z kusz. To samo robił rycerzom królestwa O’koń – tyle, że ci się nie poruszali.

– Nie podziałało – zaczął Dyrdymał – bo Gejralt dwa miesiące temu zbagatelizował moje ostrzeżenie i wylał piwo! Debile! Nic nie zrozumieliście! Gdybyś go nie wylał, panie „wszystko-wiem-najlepiej”, nie byłoby paskudnej podobizny Fjutesta, ten nie wyruszyłby na polowanie i nie zabił całej rodziny ryczywoła! – grzmiał czarodziej. – Teraz ryczywół mści się na ludziach, rycerze księstwa O’koń chcą nas zabić, a my siedzimy w lochu i już nic nie da się zrobić!
Wejdźmin wrócił do środka i opadł na zwalony blok kamienny. W oddali słyszał odgłosy bitwy i szalejący ryk potwora. Wszyscy to słyszeli. Na najbardziej przerażonych wyglądały ryby w kulistych akwariach, które ze strachu nie mogły jeść pokarmu, mimo usilnych prób Mlaskra. Wejdźmin powiódł wzrokiem po przyjaciołach. Milczeli, wpatrując się w niego.
– Sam rozlałem to piwo, to sam muszę je wypić – rzekł w końcu.

W pomieszczeniu rozległo się ciche „pssst…”. Gejralt wychylił na raz butelkę wyrżnijmijskiego jasnego podwójnie chmielonego i spojrzał na niedowierza wciągając policzki.
– Wcale nie wypiłem tego piwa – oświadczył, bekając.
Niedowierz spojrzał z zaciekawieniem.
– Tylko udawałem – ciągnął wejdźmin.
Niedowierz zerknął na butelkę i przechylił głowę z niedowierzaniem.
– Wiem, że jest pusta, ale to nie dlatego, że wypiłem zawartość. Tam od początku nic nie było. Kupiłem puste piwo – kontynuował Gejralt patrząc na zdziwionego potworka. Ten cały czas słuchał, niedowierzając własnym uszom.
– Nooo nie wiem – zasiał wątpliwość i zamienił się w wiaderko.

Wszystko ucichło.

Gejralt podskoczył unosząc ręce w górę i z radosnym okrzykiem wrzucił butelkę do wiaderka. Udało mu się kupić trochę czasu. Wytłumaczył towarzyszom, jak to działa – póki niedowierz był zaczarowany, całe pomieszczenie znajdowało się w innej rzeczywistości. Najwięcej pytań miał Romek, który – jak uznał wejdźmin nazywając go niegrzecznym chłopcem – musiał opuścić kilka wykładów z potworologii. Już miał się zabrać za wyznaczenie mu kary, ale przeszkodził mu w tym Zołman.
Krasnolud spędził kilka kolejnych minut tłumacząc Gejraltowi, że nie powstrzymał go dlatego, iż jest zazdrosny. Wejdźmin mu nie uwierzył. Dyrdymał gapił się w jeden punkt, którym był Mlaskier rysujący na ścianie jabłuszka. Mundo w dalszym ciągu nie rozumiał, co się stało. Ruch Anna próbowała go kopnąć, a potem ugryźć, ale kajdany skutecznie jej w tym przeszkadzały.
– Niedowierz być wiaderko – rzekł Murzyn.

Czar prysł.

***

Dziewczynka układała tulipany na zniszczonej, kamiennej płycie z zanikającymi napisami. Robiła to tak, jak lubiła mama. Wyższe kwiaty w środku, mniejsze na zewnątrz. Miała ich dzisiaj wyjątkowo dużo. Wyjęła zapałki i zapaliła świeczkę. Czasami znajdowała jeszcze takie, które dało się zapalić, chociaż na chwilę. Usiadła na kawałku drewnianej belki i zamknęła oczy. Poczuła się senna. Świat pod jej powiekami był dużo ładniejszy niż ten, który znała na co dzień.
Ziemia zadudniła. Wazon przewrócił się i rozbił, wyrywając ją z sennych marzeń. Dziewczynka stanęła na równe nogi. Spojrzała na wodę rozlewającą się po kamiennym wieku, które pod jej wpływem zaczęło ciemnieć. Na horyzoncie ujrzała wijące się tumany piachu. Po chwili do jej uszu dotarł przeraźliwy, znajomy ryk, a na wzgórzu za miastem oślepiający kulisty blask zakuł ją w oczy.

***

Ogromna magiczna sfera zmaterializowała się tuż nad ziemią. Jako pierwszy ukazał się Czarodziej Michał, a zaraz po nim grupa wejdźminów z Homo Moher.
– No, to esteśmy, chłopsy… – zaczął Wazelin, chwiejąc się na nogach. – Pszeciesz mówieem, sze zafsze moszna na nas… liszyć…
Kilku wejdźminom stojącym za nim odbiło się, a jeden zwymiotował. Ktoś w tle się przewrócił.
– To so ma.. my robiś?… – ciągnął Wazelin. – O fmorrrde… – dodał, kiedy spostrzegł ryczywoła. – A to szeszywiście tro-che… pszejebane. Sze tak pofiem. O. Romek. Zaapaeś te ryby?
Romek, Gejralt, Mlaskier, Zołman, Dżemmefer i Dyrdymał wyszli z podziemi. Dołączył do nich Fjutest, który uciekł z pola bitwy.
– Miasto! – wyjęczał idąc na kolanach. – Miasto! Ratujcie moje miasto!…
Ryczywół szalał w dolinie rozrzucając na boki wycofujących się żołnierzy. Zbliżał się do Wyrżnijmy.
– Bo myś… my se siedzieli nad tą rzeką, o tam, potem była ma-a kąpiel, co nie chłopsy…? – Wazelin mrugnął okiem. – A jak żeśmy wyszli z tej wody, tam o, to nooormalnie… zaczeo nam się kręsić w głofach jakby… nie pamiętam so by-o dalej.
Czarodziej Michał wzruszył ramionami.
– Kazaliście ich sprowadzić, to są – rzekł, wskazując na wejdźminów. – I twój koń, Gejralt.
Wejdźmin pochylił się i zajrzał zwierzęciu między nogi.
– To nie jest mój koń – oświadczył i odszedł.
– Cicho! – wtrącił Dyrdymał, po raz pierwszy w swoim życiu zrzucając swój półtora metrowy kapelusz z głowy przy innych. – Teraz jest nas trzech czarodziejów, jeden zupełnie nieprzydatny krasnolud, poeta, który napisze o was balladę jak wszyscy zaraz polegniecie, szesnastu zalanych w trupa wejdźminów i jeden po piwie. I Fjutest. Musimy mieć plan!
– A gdzie jest Gejralt? – spytał Mlaskier.

Wejdźmin siedział na krańcu wzgórza i patrzył w dal. Nie odzywał się. Do jego zmysłów dochodziły złowrogie bodźce. Medalion z serduszkiem drżał coraz mocniej. Ogarniające go uczucie niepokoju nie dawało mu spokoju. Czuł coś ważnego, ale nie umiał tego nazwać. Wyostrzył wszystkie zmysły. Odfiltrował głosy towarzyszy, zamęt walki, szum traw, oślepiający blask zachodzącego słońca, zapach powietrza i wszystko inne, co niepotrzebnie rozmydlało jego uwagę, aż pozostała tylko czysta, niczym niezmącona teraźniejszość. I wtedy ją ujrzał.
– Porzeczka… – wyszeptał.

Bestia zionęła ogniem odganiając się od raniących ją ludzi. Ciężkimi krokami kierowała się w stronę wyrżnijmijskiego cmentarza. Z kopyt wyrosły jej pazury, a jej ciało zaczęło pokrywać się czarnymi kolcami. Gejralt wiedział co się święci. Potwór był już zbyt wypełniony złymi emocjami, aby dotyk kogoś niewinnego mógł go uspokoić. Stężenie złych emocji sięgało zenitu. Ryczywół musiał pożreć Porzeczkę, aby fala spokoju mogła zalać go od środka. I potwór o tym wiedział.
Mlaskier spojrzał na wejdźmina załzawionymi oczami.
– Gejralt… – rzekł Zołman. – Nie możesz poświęcić tego dziecka…
Wejdźmin spojrzał na Mlaskra.
– Wiem… – powiedział cicho.
– To co teraz?
– Nie oddamy mu jej.
Gejralt podniósł się z ziemi i wyprostował się na tle zachodzącego słońca. Widok ze wzgórza był oszałamiający. Dolina tonęła w pomarańczowo różowym blasku, którego promienie mieniły się w przeplatającej pagórki rzece.
– No… gdyby nie te tumany kuszu… frzaski ludzi i ogień, byłoby sałkiem pszyjemnie… – wybełkotał Wazelin, który pojawił się obok Gejralta.
Wejdźmin wyprostował palec i unieruchomił go znakiem.
– Powiedziałem, że jej nie oddamy – powtórzył. – Zaopiekuj się Mlaskrem, dobrze? Powiedz mu, że za każdym razem jak zobaczy spadającą z nieba gwiazdę, to będę ja. Ty też o tym pamiętaj, Zołmanie – wejdźmin uśmiechnął się smutno.
– Gejralt… Co ty… – szepnął krasnolud.
– Michał, na mój znak. Trzymamy się planu – zwrócił się do pozostałych zrzucając z siebie miecze. – No, z jedna małą zmianą… – mruknął. Skinął głową.
Michał oplótł go magiczną wstęgą. Wejdźmin rozświetlił się i powoli stawał się coraz bardziej przeźroczysty, aż w końcu zniknął całkowicie. Do ostatniej chwili patrzył na przyjaciół.

Pojawił się nagle w samym środku bitwy spadając z kilku metrów. Wrzaski, huki, kotłujący się pył i świszczące strzały na chwilę odebrały mu panowanie nad sytuacją. Wejdźmin zaklął, a konkretnie wypowiedział słowa: nosz Jezus Maria. Upadł. Cudem uniknął stratowania przez przepełnionych strachem żołnierzy i panikujących mieszkańców Wyrżnijmy, uciekających z miasta. Wymanewrował wśród nich i stanął na nogi. Próbował zwrócić uwagę potwora.
Odbiegł od bestii, by ta mogła go zauważyć. Krzyczał i rzucał w nią czym popadnie. Wiedział, że nie powinien. Jego medalion rozgrzał się do czerwoności. Gejralt chwycił go, i choć ten rozżarzony był niczym węgiel, jemu nie sprawiał żadnego bólu. Wejdźmin zacisnął go w dłoni, po czym cisnął nim w powietrze. Mieniący się medalion pofrunął wysoko i dotknął celu. Potwór ryknął i zamotał się jak szalony. Był rozjuszony, silny i porażająco wielki. Ale miał jedną wadę.
Był wolny.
– Co on robi?! Odbiło mu? – zmartwiła się Dżemmefer.
– Freszcie srosumiał… – Wazelin uronił łezkę. – Widziaeem to fjego oczach…
– Co? – spytał Zołman, tuląc Mlaskra, który tulił Fjutesta.
– Snam… tego… chopaka… od maeego. Ot takieo bszdąca, o, takiego, o. Zafsze szukał kompromisóf. I fszystko, fszystko robił na opak. Teras… freszcie srosumiał.
– Co zrozumiał?! – wrzasnął krasnolud.
– Że czasami, to fszystko, tszeba poświęcić…
– Gejralt! – Dżemmefer zerwała się, ale Wazelin chwycił ją mocno.
– Jusz sa póśno… – rzekł.

Potwór spostrzegł w nim wejdźmina. Zaczął ociężale odwracać swe cielsko w jego stronę. Gejralt otworzył usta i opuścił ręce, a drżąca od ruchów bestii ziemia niemal zwaliła go z nóg. Ogrom ociekającego śliną monstrum sparaliżował go. Bydle opadło sapiąc i trzepnęło łbem ukazując poczerniałe kły. Wejdźmin odzyskał przytomność umysłu, kiedy koński łeb szturchnął go w plecy. Bez zastanowienia wskoczył mu na grzbiet i pognał go w stronę rzeki. Pupka dawała z siebie wszystko galopując coraz szybciej. Bestia, widząc oddalającego się wroga, ruszyła z kopyta, zakopując się w ziemi. Runęła. To dało mu chwilę czasu, by się od niej oddalić. Wiedział, że jeżeli dostatecznie rozpędzi potwora, szanse wzrosną.

Woda w rzece zaczęła się spiętrzać. Czarodzieje na znak Michała połączyli swoje zaklęcia i unieśli taflę rzeki niemalże do pionu. Ryczywół pędził tnąc grunt pazurami. Zbliżał się nieubłaganie. Nagle odbił się od ziemi i wzbił się w powietrze. Niebieski płomień pokrył jego czarną skórę. Rozpalił się, szybując. Otworzył paszczę z przerażającym rykiem.
Leciał wprost na niego.
– Trzymaj się Pupka – wyszeptał wejdźmin, czując na skórze wilgoć piętrzącej się rzeki i żar płonącego potwora.
Pociągnął lejce do siebie z całej siły. Koń zarżał, ślizgając się; kopytami rył ziemię, wzburzając tumany gęstego pyłu. Ryczywół przeleciał nad wejdźminem z wciąż rozwartym pyskiem. Ryknął z przeszywającym skórę dreszczem i zderzył się ze ścianą wody z nieludzką siłą. Jego tląca się skóra buchnęła żywym ogniem, doprowadzając do zapłonu resztę wody. Ognista rzeka rozprysnęła się na wszystkie strony wzmacniając przeraźliwy huk, który odbił się echem po całej okolicy.

Czas jakby na chwilę zatrzymał się.

Gejralt ocknął się leżąc na brzuchu. Poczuł palące krople na plecach. Wsparł się na rękach i obejrzał za siebie. Zobaczył opadające strugi płonącej wody.
– Dżemmefer… – wyszeptał ostatkiem sił.
Zacisnął oczy i odwrócił głowę napinając wszystkie mięśnie.

Nie miał najmniejszych szans.

Nadpalony medalion Gejralta zdążył już ostygnąć. Mlaskier siedział ze spuszczoną głową i ściskał go mocno. Starał się nie słuchać Zołmana, który przykucnął przed nim i próbował mu wytłumaczyć co się stało, najdelikatniej jak to na krasnoluda możliwe. Słońce już prawie zaszło za horyzont, a w powietrzu dało się wyczuć coś jakby zapach przypalonego jabłecznika. Fjutest zemdlał gdzieś w połowie całego zamieszania, więc wejdźmińscy bracia, którzy zdążyli już wytrzeźwieć, próbowali go ocucić na różne sposoby. Wyjątkiem był Romek, który siedział niedaleko Wazelina i obydwoje patrzyli w ziemię.
Dyrdymał obserwował zdarzenia w dolinie. Ryczywół leżał, nieprzytomny i wielki niczym okręt. Mieszkańcy okolicznych wsi schodzili się wokół niego, a żołnierze, którzy zdołali zachować życie pomagali rannym kompanom stanąć na nogi. Czarodziej mógłby przysiąc, że mała dziewczynka siedzi na grzbiecie potwora i że jeszcze przed chwilą jej tam nie było. Pokiwał głową i przetarł zmęczone oczy. Wszedł na głaz, wyciągnął zwój papieru zapisany tekstem, który przygotował już wcześniej na tę konkretną okazję, odchrząknął i zaczął:
– Za niezliczonych, mężnych żołnierzy miasta Wyrżnijma oraz za dzielnych rycerzy księstwa O’koń, którzy polegli…
– Cicho bądź – fuknął Zołman.
Wazelin westchnął.
– Wszystko robił od tyłu, wszystko… – westchnął ponownie. – Zawsze zaczynał od dupy strony. Nie dało się nad nim w żaden sposób zapanować. Ja mówię salto w przód, a on salto w tył. Ja mówię siadaj z przodu, on siada z tyłu. Nawet konia nauczył się cofać. Ale tym się właśnie wyróżniał wśród innych uczniów. Bo choć na wszystko miał swoje własne pomysły, te zawsze były znakomite. Nikt nigdy nie wiedział, co zamierza.
– Zapuszczam włosy! Na cześć Srebrnego Wilka!… – ogłosił wszem i wobec Romek, na co reszta wejdźminów wszczęła wiwat.
– No no, już. Ani mi się ważcie – pogroził im Wazelin. – Przez siedemnaście lat ganiałem tego nicponia z nożyczkami po całym Homo Moher tłumacząc, że długie włosy będą mu przeszkadzać w walce. I zaledwie raz udało mi się odciąć tylko kawałek jego czupryny. Szybki był skubaniec jak piorun.
– Mi też będzie brakować jego włosów – zachlipał Fjutest. – Miał ładny tyłek. Będę potrzebował nowego wejdźmina – król spojrzał na pochylających się nad nim rekrutów, ale nie spostrzegł nikogo, kto choćby przypominał urodą i aparycją Gejralta. Załamał się.
– A wiecie jaka była jego ulubiona sentencja z kodeksu wejdźmińskiego? – ciągnął Wazelin. – Nie?… Coś tam, coś tam, „…a jeślisz spotkasz na swej drodze niewinną istotę, będziesz jej bronił niczym wilk broniący swych pociech…”
„…i każdy kto drogi ci jest, zanim zaśnie, powinien wiedzieć, że jesteś z nim zawsze.” – dokończył Romek.
– Ciekawy ten wasz kodeks – rozgrzmiał kobiecy głos znikąd, a zaraz potem z portalu wyskoczyła Dżemmefer. – Szczególnie, że z „nim”, a nie z „nią”.
Portal nie zniknął, jak to zazwyczaj bywa. Zanim to zrobił, wypluł z siebie jeszcze jedną, do nikogo nie podobną osobę. Czarna postać jęknęła podnosząc się z ziemi i opatuliła się szczelniej grubym brązowym paltem z niedźwiedziej skóry.
Spod obszernego kaptura wysunął się różowy kosmyk.
– Jejku, jak mi zimno – oznajmił Gejralt podnosząc głowę, albowiem częsta teleportacja znacznie wychładza organizm.
Mlaskier rzucił się na niego, przewracając ich obydwu.

Zmarznięte dłonie wejdźmina ogrzewał przyjemny żar. Ognisko iskrzyło się pośrodku zebranych wokół niego przyjaciół. Mlaskier zawiesił się na szyi Gejralta i ku zdenerwowaniu Dżemmefer, nie chciał do niego dopuścić nikogo innego. Zdarzyło mu się nawet zawarczeć.

– Nie rozumiem – powiedział Dyrdymał. – Według mojego Wróżbixa 2000, to się miało skończyć inaczej. Nie żebym się nie cieszył, że żyjesz, Gejralt.
– Tfój „wróżbiks” najfidoczniej nie pszewidział cfanej natury Gejralta – skwitował Wazelin, który z okazji wytrzeźwienia postanowił się napić.
– Będę musiał oddać ten złom do sklepu. I tak już miałem do pogadania ze Złomanem – burknął Dyrdymał.
– Ach… – jęknęła Dżemmefer podpierając brodę pięściami. – W ostatniej chwili swojego życia wypowiedziałeś moje imię…
Gejralt zerknął na nią wymownie.
– Nikt inny nie zlokalizowałby mnie tak szybko – rzekł, całując Mlaskra w czółko.
Czarodziejka naburmuszyła się.
– Gerjalt…? – powiedział Zołman. – Nigdy nie widziałem, żeby ogień eksplodował po starciu z wodą! Co tam się stało?
– To nie była woda, Zołmanie – Gejralt uśmiechnął się. – To był cydr. Alkohol wzmocnił reakcję. To w tej sprawie Michał kontaktował się z Dyrdymałem przez to coś kilka dni temu.
– Jeszcze żaden alkohol nigdy nie zabił żadnego wejdźmina!… – wygłosił Wazelin, wziął łyk wódki i upadł.
– Zafundowałem ryczywołowi całkowite oczyszczenie – kontynuował Gejralt. – Najpierw trzeba było go rozdrażnić do czerwoności, aby złe emocje wyszły na zewnątrz, dlatego cały pokrył się kolcami, a potem płomieniami. Ogień oczyścił jego skórę ze złych wspomnień, a kiedy się wypalił, co trochę przyśpieszyliśmy, woda zrobiła resztę – Gejralt odwrócił się za siebie. – Koxenfurdzkie Zoo powinno być zadowolone. Cydr załatwił też sprawę rycerzy księstwa O’koń, ponieważ ten jest dla nich silnie trujący. Karczmarz z Wyprutego Flaka opowiedział mi o ich wizycie, zaledwie trzy dni przed naszą.
– Dobre rybki – powiedział Mlaskier, biorąc gryza.
– No a co z Porzeczką? – dopytywał krasnolud.
– Niedługo po tym, jak Dżemmefer teleportowała mnie nawet nie powiem gdzie, przenieśliśmy się na cmentarz, by ją zabrać.

Mała kropeczka w zielonkawej sukience siedziała na grzbiecie ryczywoła i głaskała go wytrwale. Potwór, który już na potwora nie wyglądał, napełniał się jej niewinnością, a że od momentu oczyszczenia nie zaznał niczego innego, był wyjątkowo potulny. Wydawał się też mniejszy o dobre trzy czwarte. Dziewczynka wraz z obstawą kilkuset przerażonych strażników i dobrze poinstruowanego Fjutesta (który obiecał tego nie spartolić), prowadziła go do zoo, gdzie już nigdy nie zaznał niepokoju.

– Ale zaraz – krasnolud zamyślił się. – Dżemmefer, uratowałaś Gejralta? A to ty przypadkiem nie chciałaś go zabić?…
– Ja? Gejralta? Chyba sobie żarty stroisz, ja go kocham – czarodziejka założyła ręce na piersi.
– A biblijny potop?…
– Jestem tydzień po.
– Co…? – pisnął krasnolud.
– A co z Pupką? – przerwał wejdźmin.
– Połamałeś jej wszystkie nogi, ale żyje – odparł Dyrdymał. – Poza tym osiwiała, to już jej chyba nie pomylisz, i jest jakoś dziwnie płochliwa. Męczywór się nią zajął. Michał teleportował się z nią do jego domu. Miejmy nadzieję – dodał.

Zapadła chwilowa cisza. Towarzysze wznieśli kolejny toast i kontynuowali rozmowy. Stukot szkła i śmiechy niosły się w powietrzu.
Zołman od pewnego czasu przyglądał się twarzy wejdźmina, na której malowało się zmęczenie. Zauważył też, że coś go trapi.
– Gejralt? – zapytał. – A co ty tu masz?
– Co? Gdzie?
– No tu, na policzku. Czy to jest szminka?
Wejdźmin zaczął się wycierać.
– To siniak.
– I na szyi? I na brzuchu! Ha ha! Geeejraaalt…! – śmiał się krasnolud. – Siniaki się nie rozmazują!
Dżemmefer puściła mu oczko.
– Oj Zołmanie…

Wejdźmin odkleił od siebie Mlaskra i odszedł na bok szybkim krokiem. Stanął na wzgórzu, w tym samym miejscu co wcześniej i napawał się dużo spokojniejszym widokiem. Ciepłe powietrze unosiło kosmyki jego błyszczących włosów. Spojrzał na okrągły księżyc odbijający się w falującej rzece, sennie rozświetlone miasto i wolno maszerującego ryczywoła, którego sylwetka wciąż malowała się na horyzoncie. Z nieba spadła gwiazda.

– No ale jak było? – dopytał krasnolud, pojawiając się znikąd.
Gejralt drgnął i przygryzł dolną wargę zerkając na Zołmana.
– Chcesz, to mogę ci pokazać jak się powstrzymuje biblijny potop – odparł.
– A idź w… Z tobą się gadać nie da – krasnolud machnął ręką i odszedł. – Ale cieszę się, że jesteś.
– Zołman? – zawołał Gejralt.
Krasnolud odwrócił się.
– Jest takie jedno niepisane prawo – ciągnął wejdźmin – że jeśli czarodziejka uratuje ci życie, to musisz spełnić jedno jej życzenie w zamian.
Krasnolud zastanowił się. Gejralt mówił dalej:
– My też moglibyśmy sobie zrobić takie prawo, że za każdym razem jak pomyślisz, że umarłem, będę mógł cię potem wycałować.
Zołman wypuścił powietrze.
– Spierdalaj – rzekł.
Wejdźmin uśmiechnął się sam do siebie i wyciągnął coś z kieszeni. Podrzucił przedmiot kilka razy i… zrzucił go w dół urwiska. Objął krasnoluda za ramię i dołączył do reszty.
– Oj Zołman, Zołman…

Przedmiot odbił się od kilku półek skalnych i wylądował w trawie. Przeleżał tam czas długi, doświadczając palącego słońca, wiosennego deszczu i zimnej pokrywy śnieżnej. Jego metalowa obudowa zdążyła zajść rdzą, aż stał się całkiem niewidoczny wśród jesiennych liści. Tupot małych, eleganckich bucików i równie mała rączka uniosły go trzy lata później. Drobna dziewczynka odgarnęła ręką opadające na czoło jasne włosy i obróciła przedmiot kilka razy w palcach. Nagle rozszerzyła usta wciągając powietrze.
– Mamo, mamo! – wrzasnęła biegnąc w jej stronę. – Zobacz, zobacz! Wygląda jak twoja szminka!
– Musisz wszystko powtarzać dwa razy? – kobieta zreflektowała się. Spojrzała na przedmiot i westchnęła.
– To nie moja – rzuciła. – To twojego ojca.

Rozdział XII – „Okres burz”, Część I

Barman, który sprzątał karczmę, patrzył na plamę i kiwał głową ze zrezygnowaniem. Impreza była przednia: ostatni klient, pewien niedowierz, który tej nocy został wejdźminem, wyszedł dopiero przed chwilą.
Normalnie porządki polegały na zgarnięciu łopatą kufli i niedopałków walających się po kątach, ale ta konkretna plama niosła ze sobą ryzyko. Rozlany płyn układał się w kształt niewyraźnie przypominający wyjątkowo paskudną twarz. Piwny Fjutest był jeszcze brzydszy niż w rzeczywistości.

Król nie znosił przedrzeźniania. Świtało już, a władca znany był z porannych wizyt w karczmie Wypruty Flak aby zdrowo rozpocząć dzień od kilku butelek wódki. Mówiąc ktrótko, lepiej, żeby tego nie widział. Barman przypomniał sobie, że na wyposażeniu przybytku nie znajdowała się nawet szmata, a o mopie nie było co nawet marzyć. Rozejrzał się z zakłopotaniem drapiąc się po głowie.
Drzwi otworzyły się. Fjutest natychmiast odnalazł wzrokiem swoją karykaturę. Karczmarz rozważył rzucenie się na podłogę i zakrycie jej własnym ciałem, ale król tupał już nogami i krzyczał o swoim stanowczo nie takim dużym nosie. Rycerz z jego obstawy, przypominający modela z najznamienitszych wybiegów Domu Mody Dobrze&Banana, który czekał przed drzwiami zajrzał do środka. Uspokajał króla przez dobre dziesięć minut. Zaproponował królowi polowanie, na które ten przystał przez łzy. Lubił sobie czasem coś zabić dla sportu. Chodziły później słuchy, że spotkali tam dziwne stworzenia. Żołnierze zrobili sobie potem z nich rękojeści do mieczy.

***

Wejdźmin otworzył oczy.
Zanim przyzwyczaił się do ciemności, poczuł chłód kajdan na swoich nadgarstkach. Rozejrzał się. Większość pomieszczenia tonęła w cieniu, ale nie było wątpliwości, że na ścianie po jego obu stronach byli przyczepieni Mlaskier i Zołman. Grajek dyndał sobie nogami a krasnolud wisiał ponuro, z miną mówiącą coś, od czego więdną kwiaty. W cieniu, kilka metrów przed nim stała w cieniu jakaś postać.
– Dżemmefer – powiedział do postaci wejdźmin.
– Och, Gejralt – usłyszał głos czarodziejki. Tyle, że nie dochodził on od strony strażnika. Dżemmefer, jak się okazało, była przykuta do ściany zaraz za Zołmanem.

– Gejralt. Co to ma znaczyć? Kim oni są i dlaczego nas uwięzili?!

To było dziwne. Wejdźmin wytężył wzrok, aby przyjrzeć się postaci, która stała w półmroku przed nimi nieruchomo. W otwartej przyłbicy odbijało się światło pochodni. Z wnętrza hełmu wystawało zaś coś, co wyglądało na szklany pojemnik, w środku którego dawał się poznać niewyraźny kształt ryby.
– Zamknąć się! – krzyknął strażnik bulgocząc. – Jesteście teraz więźniami księstwa O’koń! Będziecie grzecznie oczekiwać egzekucji! Hahahaha!
– E tam – przewrócił oczami wejdźmin wyjmując swoje chude ręce z kajdan. – Więźniami, więźniami. Mamy większe problemy.

Przy akompaniamencie gróźb strażnika lekko zeskoczył na ziemię. Wypił sobie eliksir “Mały Robaczek”, który, jak wyjaśnił, miał sprawić, że na chwilę jego palec stałby się tak mały, że można by go było wsunąć do zamków w kajdanach. Eliksir zadziałał, i wejdźmin począł uwalniać towarzyszy. Wszyscy odwrócili wzrok, ale nic nie powiedzieli. Po latach znajomości z Gejraltem i tak żadne z nich nie liczyło, że to będzie palec.
Gejralt uwolnił Mlaskra, który w podskokach podbiegł do strażnika, wyjął akwarium z hełmu i wziął je sobie pod pachę z wyraźnym zadowoleniem. Zołman burknął coś pod nosem i ocierał nadgarstki. Dżemmefer na wszelki wypadek wejdźmin pominął, ale za to wyswobodził Romka i Dyrdymała, którzy wisieli w drugim kącie lochu. Zastanowił się chwilę.

– Dyrdymał? – powiedział.
– Nie. Święta Kalkuta z krainy Jeży – odparł czarodziej. – Teraz i tak już za późno.
– Romek? – powiedział Gejralt. – Na co za późno?
– Dostałem zlecenie na jakieś ryby – powiedział smutno Romek. – Ale złapali mnie.
– Na wszystko za późno, kretynie! – krzyknął czarodziej, który, stojąć już na ziemi, sięgał wejdźminowi do pewnej wysokości. Pospiesznie zrobił krok w tył. – Zobaczyłem przeszłość w mojej magicznej kuli. Najnowszy model, Wróżbix 2000. Ma zasięg dwóch miesięcy w czasie i praktycznie nielimitowanej odległości. Najnowsza wersja systemu trochę muli, ale wciąż czekam na aktualizację.
Wejdźmin zamrugał oczami.

– A, tak – otrząsnął się Dyrdymał. – Czy ty wiesz, co żeście narobili?
– Noo – powiedział Gejralt i zrobił krok w przód. – Przecież oni totalnie byli raczej trochę pełnoletni. Zresztą w niektórych księstwach wiek…
– Cicho! Żeście musieli to wy wszystko spowodować. Ale już się stało! – Dyrdymał zrobił krok w tył. – To musiało być wtedy co zachlaliście z tym całym Niedowierzem!
– Nooo nie wiem – odezwał się syczący głos ze ściany w kącie. Wiszący w kajdanach niedowierz podniósł jedną brew. Dyrdymał przez chwilę przyglądał się mu, westchnął i odchrząknął. Zamachał w powietrzu rękami.
– Może jeszcze da się to odkręcić – burknął. – Spróbuję was ostrzec. Ale po takim czasie moje zaklęcie potrwa tylko chwilę. – Mam nadzieję, że, debile, zrozumiecie przesłanie.

Magiczne iskry, które krążyły przez chwilę jak świetliki powoli ułożyły się w kształt okna, które zawisło w przestrzeni. Dyrdymał otworzył je, i wychylił się do środka. Zaledwie po kilku sekundach okno rozprysło się z głośnym POP!, a czarodziej został odrzucony do tyłu.
– Nie zrozumieliście – powiedział. Skoncentrował się na powrót i wyczarował okno drugi raz.
Cała sytuacja powtórzyła się. Czarodziej opadł z sił i dał za wygraną, chociaż zdążył jeszcze raz otworzyć portal i wyjąć sobie z niego kieliszek wódki.

– Wódka niezdrowa – rozległ się głos z narożnika. – Mundo nie lubić wódka.
– Zamknij się! Uwolnij nas i wszystkich ich natychmiast pozabijaj! – warknęła wisząca obok Murzyna Ruch Anna.
– Mundo być zakuty – odparł wyniośle niski głos. – Zresztą Mundo nie zabijać. Mundo pacynka.
– Pacyfista, cholera. Jak już – poprawiła Anna. – I tak, Mundo być zakuty!

Wejdźmin nie miał przy sobie eliksiru Pies, ale jego oczy przywykły już do ciemności. Musiał sobie poradzić widząc na kolorowo. Powiódł wzrokiem po wiszących na ścianach postaciach oraz pustej zbroi stojącej u wejścia. I drugiej zbroi zawierającej akwarium, której jeszcze przed chwilą tam nie było.
– Co to za hałasy! – wrzasnęła ryba. Z przerażeniem spojrzała na Mlaskra, trzymającego pod pachą akwarium – Ej, ty! Natychmiast uwolnij zakładnika!

Ryba krzyczała na nich wypluskując trochę wody ze swojego hełmu. Reszta jej zbroi stała nieruchomo, ponieważ, jak zauważył wejdźmin, z tyłu miała przyczepiony stojak. Gejralt zastanawiał się przez chwilę, jak właściwie rycerze księstwa O’koń robią… cokolwiek. Na przykład się przemieszczają. Albo zakuwają ludzi w kajdany. I wtedy wszystko stało się naraz.

Dżemmefer straciła cierpliwość i wyczarowała dwie ogniste kule, które rozświetliły pomieszczenie. Lada chwila miała je wystrzelić, ale jeszcze rozglądała się, w kogo. Romek zacisnął oczy i podkulił nogi. Zołman począł biec w kierunku wyjścia. Mundo toczył z Ruch Anną zażartą dyskusję na temat wyzyskiwania przez rządzące elity zwykłego obywatela. Dyrdymał ostatkiem sił wyczarował drzwi, wbiegł do nich, ale zapomniał najpierw otworzyć. Podniósł się z ziemi, potarł czoło, otworzył je, wbiegł do środka i nie stało się nic, ponieważ były to całkiem zwyczajne drzwi. Stał więc po drugiej stronie nieco zdezorientowany. Niedowierz patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Mlaskier wyjął sobie drugiego strażnika i karmił rybki. Kule ognia w rękach Dżemmefer zagrzmiały mocno topiąc jej kajdany i wtedy… zatrzęsła się ziemia. Zatrzęsła się tak, że puste zbroje rozsypały się, z sufitu poleciał gruz a wszyscy, którzy jeszcze stali zachwiali się na nogach.

Wejdźmiński medalion z serduszkiem zadrżał mocno.

Kule zgasły. Zapadła martwa cisza. W suficie pojawiły się wyrwy, przez które wpadało światło słońca i tworzyło promienie w unoszącym się kurzu. Wejdźmin bez słowa wybiegł na zewnątrz, omijając walające się na podłodze kawałki zbroi. Światło dnia oślepiło go na chwilę. I zobaczył.
Gigantyczne, czarne kolumny wyrastały z grup rozgniecionych jak wykałaczki drzew. Wysoko nad nim z rogatego pyska miarowo buchała ognista para. Wielkie cielsko majestatycznie dominowało nad okolicą niczym całe pasmo górskie. Mikroskopijny wejdźmin, znacznie mniejszy niż marmurowe kopyta potwora zadarł głowę. Martwą ciszę przerywało tylko sapanie ryczywoła. Ptaki nie śpiewały.
Ze schodzącego pod ziemię wejścia do lochu wygrzebał się Mlaskier, który nic nie zauważył.
– Gejraaalt – powiedział. – Co to są farfocle?

Wejdźmin przyłożył palec do ust, nie odrywając wzroku od zakrywającego większą część nieba łba. Grajek podążył za jego wzrokiem i zrobił słodką, zmarszczoną minkę.
– Hm – wzruszył ramionami. – Zawsze nam przerwie porządną niebezpieczną sytuację. To coś.

Wejdźmin kalkulował. Nie dało się uciec. Ani uratować wszystkich. Wtedy powoli w uszach zadźwięczało mu to, co właśnie powiedział jego towarzysz. Zadźwięczało, po czym leniwie przespacerowało się po nerwie słuchowym do mózgu. Tam rozsiadło się na fotelu i poczęło być znaczące. Wejdźmin powoli spojrzał na przyjaciela, a jego oczy stawały się coraz większe.
– Mlaskier! – powiedział. – Ryczywół odbiera emocje przez skórę. Porzeczka miała do ciebie tyle sympatii!
– To moje ulubione warzywo – powiedział Mlaskier.
– Rozumiesz? – krzyknął wejdźmin. – Pojawia się, kiedy ci coś grozi! Ona chce cię obronić!
– Aha – powiedział grajek.
– Idź i go pogłaskaj!

Rozdział XI – „Zoł-mama”

PAC! – rozległo się w leśnej głuszy.

– Pieprzone komary – rzekł Zołman pod nosem i zerknął na Mlaskra karmiącego Pupkę trawą. Sam też ją jadł.
Krasnolud machnął ręką i spojrzał w górę. Blask jasnego bezchmurnego nieba i promienie słońca oślepiły go na moment.
– Coś się nie zapowiada na ten potop… – burknął.
Usiadł na zwalonej kłodzie i westchnął.
Pupka zarżała. Z lasu wyłonił się lekko zdyszany wejdźmin.
– Gejralt! No wreszcie! – zawołał krasnolud. – Gdzieś ty był tyle czasu?! – zapytał, a następnie przyjrzał się poplamionym na fioletowo ubraniom wejdźmina. – Tarzałeś się w jagodach, czy co?
– Spełniałem czyjeś marzenie, Zołmanie – odparł Gejralt wyrzucając pusty flakonik po eliksirze „Coś fajnego” i wskoczył na konia całując go w główkę. Poprawił włosy i zdmuchnął kosmyk z czoła. – To co? Jedziemy?

Radosny świergot ptaków i letnia aura sprzyjały podróży. Mlaskier śpiewał w kółko to samo próbując znaleźć właściwy rym do słów „chodźmy na sianko…”, a Zołman nie mógł znieść zadowolonej miny Gejralta, który wciąż pozostawał bardzo tajemniczy w kwestiach dalszych poczynań zapobiegających biblijnemu potopowi. No i było coś jeszcze.

– …zdejmijmy ubranko – dokończył wejdźmin ku radości Mlaskra. – A ty co się tak miotasz, Zołmanie? – zapytał.
Krasnolud wymigał się od odpowiedzi, ale wejdźmin nie dawał za wygraną.
– To moje rodzinne strony – wydusił w końcu Zołman. – Nie chciałem tego mówić, ale miałbym wyrzuty sumienia, gdybym nie odwiedził matki będąc tak blisko.
Wejdźmin zeskoczył z konia i dopadł do niego.
– O rany, Zołmanie! Oczywiście, że możemy zrobić sobie mały przystanek. W końcu przedstawisz mnie rodzicom!
Zołman przeklął w myślach.
– Wiedziałem, że tak będzie – rzekł.

Malownicza mieścina Machuciachu, położona w dolinie pomiędzy dwoma urwiskami o niezbyt lotnych nazwach „Ur” i „Wisko”, tętniła życiem. Naród słynący z żenująco wielkich złoży żelaza oraz wyrobów wojennych najlepszej jakości nie znał odpoczynku.
Gejralt przyglądał się umięśnionym dłoniom krasnoludzkiego kowala, który kuł żelazo, póki gorące. Nieco się rozmarzył.
– Mam – rzekł Zołman przerywając wejdźmińskie fantazje.
– Ojej. To dla mnie, Zołmanie?
– Gejralt, kurwa, dla matki. Przecież nie pójdę z pustymi rękami.

Pani Zołmanowa krzątała się w kuchni, kiedy rozległo się pukanie. Kobieta wytarła ręce w ściereczkę w czerwoną kratę, zaklęła i otworzyła drzwi. Zobaczyła w nich syna, a nad nim dwie dziwne, pochylone postaci, z których jedna machała jej na przywitanie.
– Synuś! – krzyknęła uradowana, lecz wkrótce przeszła do tego, co mamy robią najlepiej. – Na Boga, jakie to chude wszystko! Zołmanie, zaproś koleżanki do stołu!

Kwiaty od Zołmana ustawione na stole zaczęły gubić płatki. W jadalni słychać było tylko chrupanie i stukanie sztućców o ceramiczne miski. Mama, czy też, jak wymyślił Mlaskier – Zołmama, walczyła z czymś w kuchni klnąc wniebogłosy. Gejralt postanowił być rodzinny i nieco ją uspokoić.
– A wie pani, że całkiem niedawno została pani babcią? – zagadał.
– Gejralt, stul pysk, na Boga – uciszył go Zołman.
– Ciekawe jaką ja byłbym matką… – zastanawiał się wejdźmin.
– Ty – zaczął krasnolud – to po pierwsze byłbyś ojcem, a nie matką.
– A no racja.
– A po drugie, masz Mlaskra, to sobie wyobraź.

Mlaskier nie zauważył, że o nim mowa, bowiem był zbyt zajęty prowadzeniem wojny na swoim talerzu pomiędzy ziemniakami a grochem.

Gejralt zamyślił się.
– Nie mógłbym być ojcem Mlaskra – stwierdził.
– A to niby czemu?
Wejdźmin spojrzał zalotnie w kierunku Zołmana gładząc Mlaskra po plecach.
– Bo bym nie mógł…
Zołmama wpadła do jadalni i strzeliła w Gejralta szmatą. Oparła ręce na falujących biodrach.
– Uważa co robi! – wrzasnęła, wprawiając go w drgawki. – No przecie włosy w kartofle pakuje! Kudły długie jak u konia na zadzie. A w ogóle to czemu ty taka siwa jesteś? Jakiejś młodszej se nie mogłeś znaleźć, synu?
– Mamo… – westchnął krasnolud.
– No co, przecie widzę, jak na ciebie patrzy, rozanielona cała. To już ta druga lepsza, chociaż oczy ma normalne, a nie jak u gada jakiegoś. Źrenice jakbym w gały mojego świętej pamięci Mruczka paczała. Ta siwa synku, to jest jakaś podejrzana.
– Mamo, to jest Gejralt. Wejdźmin.
– Wejdźmin? A co ty mi tu taką hołotę do domu sprowadzasz?! Już ja swoje wiem! Niejedną hisoryję ja o was wejdźmakach słyszała!

Matka Zołmana podeszła do okna. Domy w tej części miasteczka były tak ciasno upchane, że kiedy otworzyła okiennice niemalże znalazła się w salonie sąsiadki. Mimo to wrzasnęła:
– Kochana! Chowaj syna! Wejdźmok po ulicach łazi! Jeszcze mu co zrobi!
– Jakub po jagody do lasu poszedł! – odezwał się kobiecy głos z okna na przeciwko.
Zołman ponownie spojrzał na fioletowe plamy i zdjął kawałek rozgniecionej jagody z pleców wejdźmina. Zmarszczył czoło i pokiwał głową.
– Nie moja wina – Gejralt wzruszył ramionami. – Sam chciał. Przysięgam na twoją matkę.
– I cooo? – dopytywała sąsiadkę pani Zołmanowa. – Jeszcze do domu nie doszedł?
– Nie no, doszedł… – wtrącił wejdźmin.
– Gejralt, ty się chociaż raz w życiu zamknij – krasnolud pogroził mu palcem. – I módl się, żeby chłopak nie wrócił póki my tu jesteśmy.
– Ooo… – wejdźmin machnął ręką. – Prędko to on nie wstanie.

Matka Zołmana burknęła coś pod nosem, po czym udała się do kuchni i zaczęła wyzywać wszystko co wpadło jej w oczy. Wróciła do jadalni i chwyciła Gejralta za fraki.
– Wiem, że umiesz ognie jak diaboł puszczać – zaczęła. – Widziałam ja raz wejdźmoka takiego, co całą wieś ręcami spalił! Jak już żeś przylazł, to się chociaż na coś przydaj!
Gejralt posłusznie grzał zupę w kuchni przez piętnaście minut. Powiesił też firany, starł kurze z wyższych półek i wytropił szczura w piwnicy, do którego Mlaskier przyczepił sznureczek i poszedł z nim na spacer.
Wejdźmin pokręcił się tu i tam, a potem znalazł odpowiedni moment i uciekł z domu Zołmana. Razem z Mlaskrem i szczurem zwiedzili miasto, a następnie ulokowali się tuż za nim w oczekiwaniu na krasnoluda.

Na szlaku było spokojnie. Cała trójka maszerowała do celu, którego Zołman wciąż nie znał i bardzo go to denerwowało. Krasnolud był jak zapalnik, który wybucha od najmniejszej iskry. Na co dzień przydałby mu się kubeł zimnej wody, który ugasiłby zapłon. Kubłem tym na pewno nie był wejdźmin.
Zołman westchnął.
– A powiedz mi Gejralt – zaczął spokojnie – bo w zasadzie nigdy nie pytałem. Dlaczego właściwie Dże… – wejdżmin wepchnął krasnoludowi banana do buzi, którego jadł.
– Zołmanie, do jasnej ciasnej! – krzyknął. – Nie wypowiadaj jej imienia, bo nas namierzy!
Krasnolud wypluł banana. Już miał powiedzieć, gdzie mu go wepchnie, jeśli coś takiego kiedykolwiek się powtórzy, ale powstrzymał się, bo po głębszej analizie nie był pewny, czy to na pewno będzie dla niego kara. Uspokoił się po raz kolejny tego dnia.
– Dlaczego ONA się właściwie tak za tobą ugania?
– Bo jestem jej ostatnią nadzieją, Zołmanie.

Gejralt wytłumaczył krasnoludowi, że młode kobiety podczas przemiany w czarodziejkę prawie całkowicie tracą możliwość posiadania potomstwa. Łoże Czarodziejek nie dba o te sprawy, w przeciwieństwie do wejdźmińskich braci.
Podczas przemiany w wejdźmina Gejralt stał się niezwykle płodny.
– W zasadzie – kontynuował Gejralt przeżuwając banana – gdybym był hetero, miałbym już jakieś tysiące dzieci. To dlatego Dżemmefer z uporem lasodymacza próbuje mnie dorwać, kiedy tylko może. Płodność u czarodziejek jest bardzo obniżona i ona wie, że tylko wejdźmin byłby w stanie coś zdziałać, a to i tak nie jest pewne na sto procent.
Mlaskier zaśmiał się.
– Poczekaj, bo nie wiem czy dobrze rozumiem – krasnolud zatrzymał się i chwycił się za głowę. – Możemy wszyscy zginąć w biblijnym potopie, bo TY nie chcesz iść raz, jeden raz, kurwa, do łóżka ze zgrabną czarodziejką?!
– Zołmanie, to nie takie proste jak myślisz. Ta okropna kobieta łazi za mną odkąd pamiętam, a jak już mnie dorwie, to upaja jakimiś śmierdzącymi rzeczami, otumania czarami i wydaje jej się, że może ze mną robić, co chce. Zazwyczaj udaje mi się uciec, ale kolejny raz tego nie wytrzymam.
– No co ty nie powiesz – burknął Zołman przypominając sobie te niezliczone sytuacje, kiedy budził się rano w objęciach Gejralta.

Wejdźmin albowiem miał tylko jedną traumę i tylko jedna rzecz na świecie przerażała go bardziej niż kobieta. Były nią kajdany. W Homo Moher dzieją się różne rzeczy o których nikt nie mówi głośno, ale jeśli oprócz kocich oczu istnieje jeszcze jakiś skutek uboczny przemiany w wejdźmina to jest on taki, że każdy jeden wejdźmin na świecie nie cierpi być krępowany.
– To może z łaski swojej zrobisz jej tę przyjemność i wszyscy będą mieli spokój? – grzmiał krasnolud. – No przecież co ci się stanie?!
– No właśnie nie stanie, Zołmanie.
– Gejralt! Zobacz! – krzyknął Mlaskier.

Na ścieżce stała Dżemmefer.
Zamarli.

Czarodziejka wyszczerzyła zęby i uniosła ręce. Z ziemi wyrosły karłowate konary zamykając całą trójkę w środku. Dżemmefer zaniosła się szaleńczym śmiechem i zemdlała.
Mlaskier, nie zastanawiając się zbytnio, zaczął robić podkop. Gejralt zdołał się przecisnąć przez powykrzywiane gałęzie i bezszelestnie podszedł do czarodziejki.
– Ale jest pijana – stwierdził, kiedy pochylając się nad nią poczuł silną woń alkoholu. – Krasnoludzki absynt, Zołmanie. O, nawet trochę zostało.

Wejdźmin wyprostował się i wziął łyka. Ledwie zdążył połknąć ciecz, poczuł się skołowany. Jaskrawe kolory zawirowały mu w głowie. „Nie, nie, nie, nie, nie…” powtarzał w myślach, próbując wyciągnąć niwelujący skutki zatrucia eliksir z torby, ale jego dłonie sztywniały. Nie zdążył. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Bezwładnie runął na ziemię tuż obok niej. Był przytomny, ale nie mógł się poruszyć. Poczuł jak bicie jego serca spowalnia, raz po raz próbując złapać oddech. Zobaczył, jak czarodziejka otwiera jedno oko i ponownie szczerzy zęby. Coś zaczęło dudnić w jego głowie, a potem przeszywający umysł pisk niemal rozsadził mu czaszkę. Jego powieki zsiniały i zaszły łzami. Wejdźmin ujrzał jasne światło, a potem całkowitą ciemność.

Stracił przytomność.

Rozdział X – „Poniedziałek”

Dżemmefer była zła i to już od dłuższego czasu.

Wiedziała, że cmoki nie istnieją i wiedziała, że Gejralt coś kombinuje, ale po cichu miała nadzieję, że to wszystko mogło być jakimś wymyślnym planem, który zaplanował wejdźmin aby w końcu porzucić swoje dziwne zapędy i skraść jej całusa. Kiedy, już po wszystkim, połączyła fakty i okazało się że przedmiotem niecnych knowań Gejralta był Zołman, była zła.
A złość czarodziejki to nie przelewki.
Na ścianie usiadł komar.

Czarodziejka wyczarowała małą czarną dziurę, która wciągnęła pół ściany, biurko, zabytkową wazę i spinacz. Komar się uratował i przefrunął na półmisek z owocami, na którym zrobił kupę.
Dżemmefer zaklęła. Odwróciła się na pięcie aby dramatycznie wyjść z pomieszczenia, zapomniała jednak, że stała na krawędzi schodów. Dziewiętnaście fikołków później była na parterze swojej wieży. Czarodzieje na trzech niewielkich obrazkach wiszących na ścianie podnieśli do góry kartki z ocenami.

Wstała, uderzyła się w głowę o belkę i przypomniała sobie, że w jej wieży jest jeszcze piwnica. Po dwunastu fikołkach w dół i krótkiej wspinaczce na górę, dotarła do salonu.

Po drodze, wściekła, kopnęła wiaderko stojące przy ścianie i stwierdziła empirycznie, że wcześniej należało do robotników wykonujących jej ostatni remont, co tłumaczyło, dlaczego jest pełne betonu. Po dokuśtykaniu do kanapy opadła na nią ciężko. Niestety, dwa dni wcześniej przestawiła kanapę w drugi koniec pokoju. Kiedy się podniosła i w końcu opadła we właściwym miejscu, postanowiła się zdrzemnąć.
Zamiar ten udaremnił cichutki dźwięk bzyczenia. Znowu komar. Dżemmefer rozejrzała się nie zmieniając wyrazu twarzy. Owad siedział na jej ulubionej lampce w kolorze indygo. Trudno, pomyślała strzelając w niego kulą ognistą. Zdążył umknąć mijając pocisk o włos, i gdyby Dżemmefer nie podejrzewała, że z tego wszystkiego zaczyna już mieć halucynacje, byłaby pewna, że zobaczyła jak mijając jej ogniste zaklęcie odpalił sobie od niego malutkiego papieroska.
Po ugaszeniu stołu, firanek i stojących pod oknem skrzynek z dynamitem, oraz upewnieniu się że komar gdzieś poleciał, wróciła na kanapę i opadła na nią ciężko. Myślała o Gejralcie.

Pamiętała, jak wiele lat temu poznała go u wrót tej właśnie wieży. Zapukał do jej drzwi, a ona otworzyła. Był takim męskim, prawdziwym facetem. No, może “męski” to złe słowo. Ale był facetem. No, w każdym razie był prawdziwy. Myślała, że trafiła na swojego księcia z bajki. Jej hobby, pokaźna kolekcja przedmiotów o osobliwych, głównie podłużnych kształtach nie mogła przecież zastąpić miłości. W każdym razie nie w stu procentach. No, może i mogła, i to w stu procentach, ale chodziło o zasadę.
Okazało się wtedy, że Gejralt przyszedł właśnie w tej sprawie. Usłyszał o kolekcji i wykoncypował, że mogłaby mu to i owo pożyczyć. Założyła, że pewnie pomyślał, że z tą podłużnością to chodzi o miecze, albo coś takiego. Wojownik z krwi i kości. Myliła się.
Zdarła z siebie szaty i rzuciła się w jego ramiona. Wejdźmin zapiszczał, unieruchomił ją znakiem i uciekł.
Wydostała się z pułapki dopiero tydzień później. Była tak zła, że dogoniła go i wtrąciła do lochu, choć szczerze mówiąc, złość była tylko pretekstem, by zakuć go w kajdany. Kiedy właśnie zacierała ręce, aby zrobić użytek z sytuacji, na ratunek przyszli mu śmieszny poeta i krasnolud. Wtedy ich poznała. Tak ją to rozczuliło, że odpuściła. Powiedziała im tylko na odchodne, żeby jej nie wkurzali, bo będzie biblijny potop. Często bywała zła przed potopem. Nie była pewna, czy zrozumieli, że chodziło o jej okres.

Na zewnątrz zaczynało właśnie padać. Jeszcze tylko tego brakowało – pomyślała – pogody pod psem. I ten pieprzony komar wciąż latał gdzieś pobzykując sobie wesoło. Dżemmefer strzeliła w niego prawdziwą błyskawicą.

Po wydarzeniach związanych z cmokiem nie chciała więcej widzieć wejdźmina. Ale przeszło jej. Zatęskniła i szukała go po całym świecie. Odkryła, że Gejralt z jakiegoś powodu najwyraźniej został kupcem mydła. Podążając szlakami deficytów tego cennego surowca dotarła w końcu z powrotem na znajome ziemie, do Wyrżnijmy. Nie zdążyła jednak spotkać się z wybrankiem, ponieważ po całym dramacie z ryczywołem (Fjutestowi już dawno urwałaby pewną część ciała, gdyby nie to, że nigdy nie chciałaby jej dotknąć) miasto pogrążyło się w chaosie. Wyśledziła ich w końcu ponownie ale akurat wtedy idioci wpakowali się wprost na bandytów, którzy, o ironio, zabrali ich do tego samego lochu w którym kiedyś ona trzymała Gejralta.

Musiała działać szybko, bo wyczuwała, że w tamte okolice zbliżało się monstrum. Specjalnie monitorowała ryczywoła magią, chcąc później odnaleźć jego legowisko. Nie codziennie ma się możliwość badania najrzadszego stworzenia świata. Ach, cóż to piękne było za zwierzę.
Bandytów pozbyła się szybko. Najpierw ogłuszyła ich swoją autorską techniką polegającą na błyskawicznym zrzuceniu sukni, nie mając nic pod spodem. Dopracowała tę technikę ćwicząc ją na Gejralcie, który z jakiegoś powodu był na nią zupełnie odporny. Pewnie przez wejdźmińskie szkolenia. Następnie zamieniła ich w czosnek.

Ledwo jednak zdążyła dostać się do lochu aby uwolnić Gejralta i jego towarzyszy, bestia rozerwała całą okolicę na kawałki. Zdążyła tylko krzyknąć, żeby uważali. Na szczęście dla nich był z nimi jakiś czarodziej i rozpłynęli się w powietrzu. Teraz już nie miała zielonego pojęcia, gdzie ich szukać. Dopóki nie wypowiedzieliby jej imienia, nie była w stanie ich namierzyć. Co oznaczało, że nie wypowiedzieli go od dość dawna. To już najbardziej ją frustrowało.

Bzzzz.

Zdjęła kapeć i rzuciła z całej siły w kierunku dźwięku. Kapeć odbił się od donicy, którą przewrócił i uderzył ją w twarz.
Wzięła kilka powolnych, uspokajających oddechów i policzyła do dziesięciu. Spojrzała na obrazek przedstawiający Gejralta wiszący na ścianie, tak jakby intensywne wpatrywanie się w niego mogło coś tu pomóc. Miała tylko nadzieję, że nie wpakował się w żadne kłopoty. On i jego drużyna. Banda kretynów.

Bzzz.

Komar siedział na talerzu, a właściwie uprawiał nierząd z leżącą na plecach muchą. Oba owady bzykały sobie wesoło. Dżemmefer wstała. Wysadziła w powietrze cały stół. Bzzz. Na ślepo strzeliła Promieniami Destrukcji. Rzuciła komodą. W końcu wywołała w pomieszczeniu prawdziwą burzę pustynną. Wyczarowała armatę i odpaliła ją bez wahania w kierunku przelatującego komara. Zaczęła wrzeszczeć.
Dziwny odgłos wyrwał ją z amoku. Ściany wieży drżały. Naruszone licznymi eksplozjami, wyrwami i dziurami grzmiały ostrzegawczo, a z sufitu sypał się gruz.
Zdążyła teleportować się na zewnątrz sekundy przed tym kiedy w chmurze pyłu, cegieł i połamanych belek, wieża runęła, rozrywając powietrze hukiem słyszanym z odległości wielu mil.

Dżemmefer westchnęła i udała się piechotą w stronę miasta. To był dzień na krasnoludzki absynt.
Z gruzów wyfrunął komar i poleciał jej śladem.

Rozdział IX – „Śliski interes”

– Potańczyłbym – westchnął Gejralt.
Leżał na brzuchu co jakiś czas puszczając wiązkę ognia w stronę akwarium z bulgoczącym rybim strażnikiem, które wziął ze sobą Mlaskier. Cała trójka od kilku godzin czekała na czarodzieja Michała, który na polecenie wejdźmina, poszedł skontaktować się z Dyrdymałem poprzez Hipermegaszybkoskopofon (lub „To Coś” jak zwykł nazywać je Gejralt), toteż całe towarzystwo nieco się rozleniwiło, albowiem wiadomo było, że w przypadku akurat tego czarodzieja, może to zająć dłuższą chwilę.

Zołman spał – pierwszy raz od bardzo dawna zasnął naprawdę mocno i bez strachu, że coś mu się przydarzy. Michał, zanim odszedł, wyczarował mu magiczną bańkę, przez której pole siłowe nawet mucha – a tym bardziej wejdźmin – nie mogła się przedostać.
Mlaskier zbierał patyki, szyszki i inne leśne drobiazgi, potrzebne na ukończenie domku dla rodziny żołędzi, którą stworzył według własnych wzorców – jeden ludzik był mniejszy od innych, drugi miał szyszkę zamiast głowy, a trzeci długie włosy z jasnej trzciny i dwa miecze z patyków.

– Już mi się nie chce podpalać tej ryby – oznajmił nagle wejdźmin, przekręcając się na plecy.
Spojrzał na ciemniejące od chmur niebo, które przybrało szaro-granatowy odcień. Sięgnął do torebki i wyciągnął pierwszą z brzegu buteleczkę. Stwierdził, że eliksir „Śmieszne Wąsy” całkowicie się nadaje.

Ku radości wejdźmina, ochronna bańka Zołmana prysnęła, jednak miało to ścisły związek z powrotem czarodzieja.
– Załatwione – rzekł Michał. – Co ty masz na twarzy? – zapytał spoglądając na Gejralta.
– Nie było cię tak długo, że urosły mi wąsy – zażartował wejdźmin.
Michał nie odpowiedział, ale jego zdaniem wąsy wyglądałyby inaczej.
– Zgodził się? – spytał Gejralt.
– Tak. Miał już nawet jakiś plan. Dziwne – Michał podrapał się po głowie – bo miał go zanim cokolwiek powiedziałem, a powiedziałem niewiele, bo kazał mi być cicho. Ale zgodził się.
Wejdźmin wzruszył ramionami. Chwycił Pupkę za lejce i oddalił się.
– Nie wyruszę dalej z wami – usłyszał za sobą.
– Jak to? – zwrócił się do Michała.
– Skoro ten cały potop to prawda, mam kilka własnych spraw do załatwienia. Ale nasza umowa obowiązuje. W końcu to dzięki wam znów jestem na wolności. Do zobaczenia na miejscu. Bywajcie!
Czarodziej Michał, po dwudziestu czterech nieudanych próbach otworzenia portalu, pozostawił po sobie stosik różnorodnych przedmiotów i zniknął. Mlaskier włożył je sobie wszystkie w spodnie.
– Już niedaleko – oznajmił wejdźmin i ruszyli w głąb lasu.

Drewniana chatka porośnięta mchem i grzybem, była niemal niezauważalna. Z biegiem lat tak wtopiła się w bujną roślinność wiekowego lasu, że dziś wyglądała bardziej jak same drewniane drzwi prowadzące do wnętrza ziemi.
– Uwaga na pułapki – ostrzegł wejdźmin i poczuł, że coś zapadło się pod jego kolejnym krokiem. Spod gęstej trawy, jak z bicza strzelił, ogromna sieć zwinęła się i ze świstem wystrzeliła w górę, zamykając wszystkich w środku. Łącznie z Pupką.
– O ho ho, kogo widzą me ocęta! – rozległo się nagle. – Wejdźmin Gejłalt, kłasnołud Zołman i misc Młaskieł we własnej niepodłobionej osobie! Cekałem na was.
Spod sterty gałęzi wychyliła się rozczochrana ruda głowa, a potem reszta ciała w ubraniu zrobionym głównie z liści rozmaitych roślin, niekoniecznie zasłaniających całe ciało. Zgarbiona postać szybkim krokiem podeszła do pułapki uwalniając swe ofiary i stanęła przyglądając się im w ciszy. Miętosząc sakiewkę z nasionami zawieszoną na biodrach, nerwowo kręciła stopami. Na nogach nosiła sandały, jak ocenił Gejralt na oko, „z koziej pały”.

Większość druidów, bo o jednym z nich mowa, była bardzo zestresowana. Przesiadujący tylko w otoczeniu roślin zielarze, którzy nie wypuszczali się dalej niż dwadzieścia centymetrów od swojego domu i ogrodu, płochliwsi byli od zajęcy. Z powodu swego strachliwego usposobienia, zachowywali się i mówili bardzo nerwowo, a płoszeni każdym odgłosem stali się w oczach innych wyjątkowymi dziwakami. Byli jednak nieocenieni w kwestiach zielarstwa, a ci mieszkający w Kurvijskim lesie byli szczególnie obdarzeni niezwykłymi zdolnościami i pamięcią. To oni wiedzieli co to jest crataegejus, thymusz vulgaris i jak zrobić piwo z szyszek chmielu. To od nich uczyli się najlepsi znachorzy, medycy, najsławniejsi czarodzieje, a także wejdźmini wszech czasów. To oni potrafili wyrecytować z pamięci całe tysiące składników i przekazywali kolejnym pokoleniom już dawno zapomniane przepisy.
– Ale nie za dałmo! – zasugerował druid ukazując pożółkłe zęby. – Męcywół tes musi scegoś zyć.

Nikt dokładnie nie wiedział jak nazywa się ten konkretny druid, ale po odszyfrowaniu wad jego wymowy, najbardziej prawdopodobną wersją było: Męczywór.
Druid odwrócił się do nich tyłem i założył ręce. Jego dom był tak niski, że klękać nie musiał tylko Zołman. I Męczywór, rzecz jasna, który z natury był zgarbiony. We wnętrzu pachniało ziołami.
– To będzie duzo kostowało – ciągnął druid, klepiąc się po głowie.
– Jak duzo? – wtrącił Zołman. – Znaczy, jak DUŻO? – poprawił się krasnolud.
– Ctełysta kułvijskich kołon.

Gejralt, Mlaskier i Zołman przetrzepali kieszenie. Łącznie uzbierali siedem koron z różnych stron Dilerii, dwa żołędzie, szyszkę (którą wejdźmin natychmiast wyrzucił przez okno a Mlaskier pobiegł po nią równie szybko co z nią wrócił) kamyk i kawałek wyschniętego sera. Grajek dorzucił też konewkę, słoik piasku, guziki i inne pozostawione przez czarodzieja Michała efekty uboczne rzucania zaklęć.
Męczywór spojrzał na przedmioty mrucząc coś do siebie pod nosem.
– Nie, nie – zaskrzeczał. – To się akułat nie psyda.
Mlaskier zachichotał.
– A powiedz: rabarbar – zaczął. – RA-BAR…
– Mlaskier! Bo nam nie da – skarcił go wejdźmin i zwrócił się do druida: – Nie mamy tyle pieniędzy, to może zapłacę inaczej?
– Jak na psykład?
– No skoro już klękam, to może… Masaż?
– Masas? Nie, nie, nie. Znajdzies! – zaczął druid unosząc wskazujący palec, który dotknął sufitu. – Moją zgubę! Z mojego tełałium uciekła młówka. Znajdź ją, a podam ci poządany pses ciebie psepis.
– Co uciekło? – dopytał Zołman.
– Młówka. To była moja ulubiona młówka, taka w pasecki – wytłumaczył druid wskazując na terarium.
Gejralt westchnął.
– Jak mam znaleźć mrówkę w lesie? – zapytał drapiąc się po pośladkach i kichnął opluwając Zołmana.
– Nie wiem! – zdenerwował się Męczywór. – A kto ją wypatsy, jak nie jakiś wejdźmin!
– Wejdźmin, wejdźmin. To jak ją rozpoznam? – zapytał, wycierając krasnoluda różową chusteczką.
– Ja ją łozpoznam. Psynieś mi młówkę, a ja ci powiem, cy to ta.
– Masakra – podsumował Gejralt. – Dawno uciekła?
– Łok temu, tsynastego siełpnia.

Wejdźmin spojrzał na druida z politowaniem. Kichnął. Mlaskier pobiegł na dwór i rzucił się na ziemię. Wrócił z czterema mrówkami. Męczywór przetarł okulary, przyjrzał się pierwszemu stworzeniu bardzo dokładnie i mruknął coś jakby w zamyśle, uderzając się w ucho.
– To nie ta – rzucił. – Ta tes nie. I ta tes nie. A ta to jus na pewno nie.
Mlaskier posmutniał.
– A może być to? – zapytał wyciągając kuliste akwarium z torby.
– Łyba? – zapytał Męczywór niemal wkładając głowę do środka.
Ryba przebudziła się i miała już zacząć wszystkich wyzywać, ale Gejralt widząc zainteresowanie druida, szybko unieruchomił ją znakiem Syrden, a potem Fucksji – żeby się męczyła. Miał jej serdecznie dość, szczególnie po ostatniej nocy, kiedy bulgotała w akwarium do białego świtu.
– A smacna chocias? – zapytał druid.
Wejdźmin przytaknął, a Zołman zaproponował, aby zjeść ją od razu.

Po smacznym posiłku, idealnie doprawionym ziołami przez Męczywora, przyszedł czas na interesy.
– No dobze – powiedział druid. – Tełaz Męcywół poda wejdźminowi tajne składniki pładawnej mikstuły na cydł. Chocias jest to wbłew pławu.
Gejralt znowu kichnął.
– Cy ty mas na coś uculenie, mój chłopce? – spytał zielarz. – Nie wazne. Oto psepis!

Zaszczyt zanotowania przepisu przypadł w roli Mlaskrowi, głównie dlatego, że tylko on miał cokolwiek do pisania. Grajek notował skrzętnie, a po wszystkim zwinął kartkę w kulkę i ją zjadł. Wejdźmin zaczynał podejrzewać, że jego eliksiry mogą mieć zły wpływ na stan umysłowy Mlaskra, albowiem nie mógł pozbyć się wrażenia, że poeta na początku ich znajomości był jakby mądrzejszy. Męczywór zgodził się podać przepis jeszcze raz. Tym razem wejdźmin pilnował, aby kartka nie wylądowała w brzuchu przyjaciela, więc sam ją zjadł. Zgodził się później, że nie przemyślał tego do końca. Zirytowany druid przestrzegł, że przepis podaje po raz ostatni. Gejralt zmarszczył się, przerzucił sobie Mlaskra przez kolano i podciągnął mu koszulkę. Skorzystał również ze wzmocnionego atramentu jagodowego zielarza. Zołman przestał reagować na jakiekolwiek działania wejdźmina odkąd Mlaskier połknął kartkę i wyszedł. Początkowo chciał przeczekać na pryczy, ale druid ostrzegł go, by tego nie robił, ponieważ dzisiaj zdarzyło mu się po raz pierwszy od bardzo dawna „zasłać łózko”. Krasnolud wolał nie sprawdzać, którego słowa chciał użyć druid.

Zadowolony grajek szedł przodem podskakując wesoło co parę metrów. Podążał leśną ścieżką od czasu do czasu próbując spojrzeć na swoje plecy. Zołman również przyglądał się jego plecom.

– Przypomnij mi Gejralt – zaczął krasnolud – bo chyba zapomniałem. Po co nam przepis na CYDR, wytatuowany na Mlaskrze, podczas potopu?
– Oj Zołmanie, tyle wody, przecież to trzeba wykorzystać!
– Gejralt… – pogroził mu krasnolud. – Mów prawdę. Dokąd teraz?
Kropla wody rozbiła się na ramieniu wejdźmina. W oddali zagrzmiało. Gejralt wystawił rękę i spojrzał w niebo.
– Zaczyna padać – powiedział.

Rozdział VIII – „Albo rybka…”

– W powietrze?! – odkrzyknął wejdźmin.
– Miało być bardziej horyzontalnie! – powiedział Michał, obserwując Mlaskra i Zołmana spadających nieopodal. Mlaskier zdjął majtki i przyglądał się efektom tego czynu. Zołman zbliżał się do nich rozpaczliwie płynąc w powietrzu żabką.
Znajdowali się tak wysoko, że drzewa pod nimi wydawały się mieć wielkość wykałaczek. Ale szybko rosły. Trzeba było działać. Michał jeszcze raz przyjrzał się znakom na kartce z zaklęciem. Odczytał je gardłowym głosem. Nic się nie stało.

– Dziwne – powiedział przyglądając się zaklęciu. – Przysiągłbym, że…
– Zrób coś! Bo cię zabiję! – krzyknął płynący Zołman, który był już znacznie bliżej. Grunt zbliżał się z nieubłaganą prędkością.
– Już wiem! – krzyknął czarodziej przekręcając kartkę. – Trzymałem to w złą stronę!
– Ha ha – odkrzyknął Wejdźmin. – Też tak czasem mam!

Michał odwrócił kartkę do pionu z zamiarem teleportowania ich z powrotem na ziemię. Wyciągnął rękę przed siebie. Fszt! – Kartka zatrzepotała i pofrunęła w górę. Zołman przysiągłby, że odlatując na chwilę ułożyła się w kształt pięści z wysuniętym środkowym palcem.
– Ups – powiedział Michał.

Przez chwilę lecieli w milczeniu. Wejdźmin spojrzał w dół i zobaczył Dżemmefer, która, niepomna spadających w jej stronę postaci, właśnie znikała w wyczarowanym przez siebie portalu.
– Zrób coś! – wrzasnął Zołman. – Użyj jakiegoś zaklęcia!
Michał pospiesznie wyszperał z kieszeni jakąś kartkę i odczytał jej treść wskazując palcem ziemię.

Czar powiększający wystrzelił z jego palca zaledwie kilka sekund przed lądowaniem. Całkowitym przypadkiem, na ziemi pod nimi leżała jedwabna chusteczka. Musiała ją upuścić czarodziejka. Wykonana z najznamienitszego jedwabiu zbieranego przez niewinne sierotki w najbardziej nasłonecznionych miejscach Bananowego Raju oraz haftowana srebrną nicią we wzorek w małe, puszyste poduszeczki i pachnąca wiosną, znajdowała się wprost na linii lecącego z prędkością światła zaklęcia. No, prawie. Bo dokładnie na tej linii leżał krowi placek.

Niemal kwadrans zajęło im wygrzebywanie się z “poduszki asekuracyjnej”, jak nazwał ją Michał. To, jak nazwał ją Zołman nie nadaje się do przytoczenia. Ale i tak brzmiało ładniej niż to, jak nazwał Michała. Wejdźmin chodził po okolicy przyglądając się ziemi, aż w końcu uklęknął i zaczął w niej grzebać.
– Ha! – powiedział wyjmując z dołka mydło. – Wiedziałem, że warto było poświęcić na to pół roku życia. Czarodzieju Michału, czy możemy prosić o prysznic?

Michałowi udało się wyczarować prysznic dopiero za trzecim razem. Za pierwszym wyszła mu konewka, a za drugim stado tygrysów. Po ich pokonaniu, obarczonym co prawda śmiercią Michała, przyszedł czas na kąpiel. Gejralt z Mlaskrem, znani ekolodzy, postanowili nie marnować wody kąpiąc się razem. Zołman próbował w tym czasie wydłubać sobie oczy, ale dał za wygraną, bo został ochlapany szamponem i przestał cokolwiek widzieć. Minęło trochę czasu, zanim towarzysze, czyści i pachnący, byli gotowi aby skonsultować dalsze modus operandi.
– No dobra – powiedział Zołman. – W każdym razie żyjemy. Hej, co to?

Krasnolud spoglądał w górę. Na tle nieba rysowała się spadająca sylwetka. Szybko zauważyli, że była to Pupka, która najwidoczniej została teleportowana na wyższy od nich pułap. Koń uderzył w “poduszkę asekuracyjną” z całym impetem, ponownie pokrywając wszystkich grubą warstwą “waty” z której była zrobiona.

– W każdym razie żyjemy – powiedział wolniej Zołman, mając znacznie bardziej ponurą minę.

Na ziemi nieopodal coś się zakotłowało. Małe światełko rosło i rosło, aż w końcu zgasło, pozostawiając za sobą uśmiechniętego czarodzieja.
– To ja! – powiedział Michał. – Ha, ha. Myśleliście, że tygrys mnie pożarł? Nic z tych rzeczy. Zmniejszyłem się do rozmiarów mrówki, żeby zrobić wam niespodziankę. Koniec żałoby!
– Michał, Michał…? – zamruczał wejdźmin. – A, tak. To fajnie.
– Kurwa – powiedział Zołman.
Mlaskier w ogóle tego nie zauważył.

Michał zbulwersował się i chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył, ponieważ tuż przed swoim nosem zobaczył czubek włóczni. Do czubka przyczepiona była włócznia właściwa. Do włóczni przyczepiona była ręka, a do niej ciężkozbrojny rycerz na koniu. Do rycerza był przyczepiony oddział co najmniej tuzina innych. Do ostatniego w formacji przyczepione było jedno babie lato.

– Pójdziecie z nami – powiedział rycerz przez zamkniętą przyłbicę. – I to już.

– Jesteście oskarżeni o zakłócanie spokoju, zburzenie zabytkowego zamczyska i nierząd w miejscu publicznym – tłumaczył im dowódca oddziału w drodze do, jak udało im się usłyszeć, „gmachu sądu”. – Który, nawiasem mówiąc, wciąż trwa. A im dłużej ten głupi nie przyodzieje bryczesów tym wyrok będzie bardziej srogi. Takie jest prawo księstwa O’koń.
Mlaskier, acz niechętnie, przystanął i wygrzebał z plecaka spodnie.
– To nie my! – zaoponował Michał. – To ryczywół, legendarny potwór, a właściwie taka czarodziejka, co to nas…
– Zamknąć się! Zostaniecie poddani najwyższemu z naszych sądów – kontynuował dowódca straży. – Będziecie osobiście sądzeni przez srogiego Don Emanuela zwanego Młotodzierżcą i Zgniataczem Kości.
Kiedy strażnik wypowiedział te przydomki, inni rycerze z prowadzącego ich oddziału ucichli. Nie dało się jednak odczytać ich emocji przez zamknięte hełmy.

– Gejralt, coś tu się niedobrego dzieje – powiedział Mlaskier. – Boję się.
– To dziwne – uprzedził wejdźmina w odpowiedzi Zołman. – Nigdy nie słyszałem o księstwie O’koń. Ale jest wśród krasnoludów taka legenda, psia mać. Że gdzieś na świecie, niewidoczna dla śmiertelników znajduje się kraina pełna splendoru i przepychu. Mają zaczarowane miasto, pełne budynków przerastających najwyższe sekwoje, i maszyny oblężnicze potrafiące zgładzić oflankowany mur jednym uderzeniem. Ich wojownicy mają po cztery ręce a ich sądy są tak srogie, że kiedyś mucha, która w sposób nieprzepisowy przeleciała na wskroś uliczki została skazana na poćwiartowanie. Ich marmurowe gmachy…

Gmach sądu składał się z pojedynczego pnia na polanie niespełna siedemnaście kroków od miejsca ich lądowania. Na pniu stało kuliste akwarium.

– Jam jest sędzia Don Emanuel zwany Zgniataczem Kości i Młotodzierżcą! – powiedziała ryba pływająca wewnątrz. Otaczający ich rycerze nie poruszyli się, ale zakrzyknęli „Wiwat!” – A teraz odbędzie się sąd!
– He, he. Gejralt, patrz! – Mlaskier przyglądał się sędziemu. – On jest rybą.
– No. Ale Mlaskier. Uszanujmy wolę gospodarzy – Zwrócił się wejdźmin do Sądu. – Ale, ha ha. Nie no, panie sędzio. Pan jest rybą.
– Zamknąć się! – krzyknął sędzia. – Bo wam powyrywam…

Michał podszedł do akwarium i nasypał sędziemu wyjętych z kieszeni drobinek suchego chleba. Sędzia podpłynął do powierzchni wody, wciamkał kilka z nich, po czym na powrót przybrał srogi wyraz pyszczka.
Zołman rozglądał się zdezorientowany.
– Coś tu bardzo nie gra – powiedział krasnolud. – Albo powiem inaczej. Co tu się, kurwa, dzieje?
– Cicho! – krzyczała ryba. – Prawo księstwa O’koń jest najświętsze i nieubłagane! Skażę was na śmierć! Już was w zasadzie skazuję! Brać ich!

Inni rycerze otoczyli ich konno, ale nic innego się nie stało.

– Hm – Zastanowił się wejdźmin i podszedł do jednego z nich. – Mam pewne przypuszczenie, że… Ha ha ha ha ha!
Otworzył ręką przyłbicę najbliżej stojącego rycerza. Wewnątrz hełmu było akwarium z rybą.
– Zamknij to! – krzyknął dowódca straży. – Sprzeciw! Przywołuję cię do porządku!
– Oni są rybami! – powiedział uśmiechnięty Wejdźmin. – To tak słodkie że aż normalnie nie wiem!
Ponieważ rycerze próbowali stratować ich konno, towarzysze zdjęli z każdego z nich hełm zawierający akwarium i postawili je wszystkie na ziemi.

– Wsadź mnie z powrotem do zbroi! – krzyczał dowódca straży.
– Skazuję was na śmierć przez łamanie kołem! – wyrokował sędzia.
– Zgniecie zaraz śmiercią haniebną! – groziła inna „głowa”. – Rzucam wam rękawicę! Poodgryzam wam członki!

Śmiali się przez dobre dziesięć minut. Następnie uradzili, że trzeba ruszać w drogę. Niebo na dalekim południu ciemniało. Źle to wróżyło. Zbliżała się pora, aby przedsięwziąć przygotowania.
– Czeluść was pochłonie! – słyszeli za sobą.
– Ruszamy za wami w pościg! Nie ukryjecie się – krzyczała jedna z rybek niemal wywracając się razem z akwarium i hełmem.
– Ażeby was pożarł glonojad! – dodała inna.
– Urwiemy wam głowy i nasypiemy soli do kręgosłupa! – włączył się kolejny głos.

Towarzysze oddalili się niespiesznie.

– No, w każdym razie żyjemy – powiedział Zołman. – He he he he he he he….

Rozdział VII – „Początek problemów”

Zołmana zbudziło uporczywe kołysanie. Ocknąwszy się, otworzył sklejone oczy i rozejrzał się. Niewiele dostrzegł. Czuł natomiast, że głowa mu pęka, że jest czymś przykryty i ktoś nieustannie szturcha go w pośladki. Odwrócił głowę i poczuł zapach truskawek. Poczerwieniał. Wydarł się na wejdźmina, zamachnął się chcąc go odepchnąć i pociągnął za sobą brzęczący łańcuch, który jeszcze bardziej go do niego zbliżył.
– Ałć, Zołmanie. Nie tak ostro – mruknął Gejralt. – Jesteśmy skuci jednym łańcuchem.
Zołman zdezorientował się.
– Jak to skuci jednym łańcuchem?! – zapytał całkowicie przytomniejąc.
– No jak szarpniesz, to mnie pociągniesz, bo jestem na tym samym sznurku.
– Gejralt, do cholery! Pytam dlaczego?!
Wejdźmin zamilkł na chwilę.
– Bo ktoś nas skuł – burknął.
– Gejralt, jak mi robisz jakieś sadomaso, to przysięgam na swoją matkę, że utnę ci łeb, a potem…!
Krasnolud urwał i zastanowił się.
– Zaraz… Czy my gdzieś jedziemy?… To dlatego tak buja? – rzucił.
– Mhm – potwierdził wejdźmin. – Szkoda, że tak krótko… – westchnął.

Konie zarżały i bryczka zatrzymała się. Zbliżające się kroki ściągnęły z nich czarną plandekę oślepiając ich światłem lamp naftowych. Zanim czterech bandytów wyciągnęło ich z drewnianego wozu i obudziło smacznie śpiącego Mlaskra, założono im worki na głowy. Gejralt zdążył puścić oczko do jednego z nich, ale nie podziałało.
Siedemdziesiąt siedem stopni niżej w miejscu o zapachu mokrej szmaty, kazano im usiąść, zaczepiono łańcuchy o haki wystające ze ściany, odsłonięto im oczy i bez słowa zamknięto za nimi potężną stalową kratę.
– Dzień dobry – przywitał się Mlaskier, spoglądając na białą postać wiszącą w kącie. – Bardzo ładny loch.
– Mlaskier, zostaw pana – pouczył go wejdźmin.

Nieznajomy przyglądał się im przez dłuższą chwilę. Miał na sobie, jak oceniłby Zołman, białe prześcieradło i śmieszną czapkę z krzywym stożkiem, spod której wystawały niebieskawe, nieco wypłowiałe włosy. Na twarzy namalowane miał wzory w tym samym kolorze w kształcie symetrycznie posplatanych ze sobą okręgów, a Gejralt ocenił jego brodę na kilkutygodniową i paznokcie na bardzo zadbane, choć trochę za długie.

– To może… Dobry wieczór – spróbował ponownie Mlaskier.
– Przedstawcie się – odezwał się nieznajomy.
Wejdźmin uniósł brwi.
– Przed kim? – zapytał.
– Jam jest wielkiej sławy czarownik, władca północy i południa, wschodu i zachodu, włodarz zdarzeń niewydarzonych, wodzirej zagubionych, przodownik całego powstania, pogromca burz, mórz i oceanów; jam zagładą i ocaleniem, panem ziemi po której stąpają wszelkie żywe i nieżywe istoty… Apsik! – splunął nagle. – Zaschło mi w gardle.
Gejralt wywrócił oczami.
– Czyli KTO? – zapytał.
– Czarodziej Michał – odparł. – W zasadzie mam tylko jedną wadę. Jak się mocno zdenerwuję, to plączą mi się zaklęcia. Aha, i nie zdążyłem dodać, że posiadam umiejętności potrzebne do zrobienia absolutnie wszystkiego. Cześć.
– Cześć! No jasne, że cześć! – ucieszył się Mlaskier. – A umiesz robić naleśniki z serem?
– Nie – odburknął czarodziej obrzucając poetę krzywym spojrzeniem. – Loch okryty jest zaklęciem, które uniemożliwia mi działać. W tej chwili nic nie mogę. W przeciwnym wypadku nie siedziałbym tu od dwóch miesięcy. Nigdy nie spotkałem się z tak silnym czarem.
– A upiec ciasto truskawkowe z galaretką, umiesz? – dopytywał grajek. – Jestem głodny – oznajmił i stracił zainteresowanie.
Czarodziej nie odpowiedział, bo zdumiony otworzył buzię.
– Jak… Jak… – wymamrotał, patrząc na wstającego z podłogi wejdźmina, całkiem wolnego od kajdan.
– Ooo… – jęknął Gejralt rozmasowując obolałe nadgarstki. – Już z ciaśniejszych miejsc wyciągałem ręce.

Mlaskra i czarodzieja udało się oswobodzić z okowów stosując pradawną technikę wejdźmińską (co prawda stosowaną w innym celu, ale ta okazała się być skuteczną), natomiast krasnoludzkie krzepkie ręce nijak nie chciały się jej poddać. Postanowili zająć się tym w następnej kolejności.
Wejdźmińskie znaki – podobnie jak zaklęcia czarodzieja, przekleństwa Zołmana i mlaskanie Mlaskra – nie działały. Spróbowali więc tradycyjnie. Podłoga i sufit z litego kamienia, żadnych przerw, poluzowanych elementów, żadnych okien ani innych otworów, a karty tak solidne, że nawet czterdzieści minut uporczywego piłowania kradzionym pilniczkiem do paznokci ledwie drasnęło konstrukcję.
Wejdźmin wsadził głowę pomiędzy kraty aż rozciągnęły mu się powieki i chwycił się grubych stalowych prętów.
– Obawiam się najgorszego.
– Gejralt, mów normalnie – burzył się krasnolud.
– Ona już wie, Zołmanie.

Wejdźmin wiedział to od samego początku. Już sam czyn nasłania na nich bandytów kiedy spali, pasował do niej jak ulał. I tylko ona potrafiłaby powstrzymać się od nieuniknionej złości, aby móc się nad nim poznęcać – jeszcze chwilę, jeszcze trochę – nim rozpęta prawdziwe piekło i każe mu na nie patrzeć.
Cieszył się, że Mlaskier nawet się nie obudził, bo tak jak Zołman dostałby pałką w łeb. Jego samego próbowali wpierw zgwałcić, ale zrezygnowali kiedy okazało się, że nie jest kobietą, po czym zapakowali całą trójkę na wóz i ruszyli w drogę. Wiedział dokładnie gdzie jedzie.

Już kiedyś mu to zrobiła; była wtedy na niego bardzo wściekła. Wspomnienie chwil tu spędzonych wywoływało u niego dreszcze. Dobrze pamiętał wyboistą drogę, siedemdziesiąt siedem stopni, wijące się łańcuchy, jej śmiech, zapach mokrej szmaty, psa i aresztu. Tym razem jej złość była co najmniej tysiąckrotnie silniejsza – pomyślał.
– Jestem już trupem – powiedział. – Podobnie jak wy, kiedy rozpocznie się biblijny potop, więc choć jeden z was musi coś dla mnie zrobić. Tu i teraz, pomijając mało kameralne okoliczności.
– Gejralt! – krzyknął Mlaskier. – Ja! Wybierz mnie! Mnie wybierz!
Wejdźmin ucałował Mlaskra w czółko.
– Wiem Mlaskier, wiem. Ale tym razem chodzi o coś innego. Potrzebuję kogoś… Silnego, zdecydowanego iii… – ukradkiem zerknął na Zołmana. – …konsekwentnego iii… przystojnego?…
– Ja to zrobię – wyrwał krasnolud.
Wejdźmin znalazł się przed nim w mgnieniu oka.
– Naprawdę, Zołmanie? O rany, no nie wiem. Jesteś pewny? Bo wiesz, żeby potem nie było, że byłeś związany, czy coś.
– Nie wiem o co chodzi z tym potopem – wtrącił się czarodziej – ale może zrobimy to po prostu wszyscy razem, skoro i tak już jesteśmy martwi?
Wejdźmin zastanowił się chwilę uznając, że pomysł czarodzieja jest najlepszy.
– Trochę to co prawda niehigieniczne – dodał po namyśle siadając na zatęchłej pryczy – zważywszy na to, że Michał siedzi tu tak długo, ale rozwiązałby się problem braku intymności i…
– Gejralt, o czym ty mówisz? – spytał Zołman.
Wejdźmin zrobił dzióbek z ust i spojrzał w bok.
– Noo… – przeciągnął rozkładające ręce. I nogi.

Mury zadrżały, coś zadudniło w powietrzu aż wszystkim zakręciło się w głowach. Kilka mniejszych kamieni wypadło z pomiędzy większych bloków. Mury zatrzęsły się ponownie, strącając ich z nóg, a głuchy dźwięk ponownie zagościł im w uszach. Wejdźmin wytężył słuch próbując dowiedzieć się, co się dzieje.
– Zaklęcie! – wrzasnął czarodziej wyrywając go ze skupienia. – Zaklęcie słabnie!
Wejdźmin dopadł do Zołmana i stopił łańcuchy znakiem Mignij. Ponownie wytężył słuch. Trzepot masywnych skrzydeł, iskrzący się ogień, przeraźliwy ryk i odgłosy przypominające burzę z piorunami dotarły do jego uszu. „Ryczywół…? Nawet ona nie da rady… Ta forteca się zawali”, pomyślał, jak myślał, ale powiedział to na głos, wprawiając towarzyszy w lament.

Zołman zaczął biegać w kółko wydając z siebie wysokie dźwięki, które układały się w słowa „nie chcę umierać”, a Mlaskier plótł coś o egzystencjalności w świadomości na wyższych poziomach rzeczywistości. Gejralt chwycił czarodzieja za fraki i potrząsając nim wrzasnął:
– Człowieku, teleportuj nas! – ale Michał z przerażenia zaczął śpiewać.
Spadające odłamki muru i sypiący się pył zagęszczały się. Wejdźmin rozejrzał się szybko i kazał wszystkim jak najmocniej chwycić się krat. Sam zrobił to samo.

Zacisnął oczy.

Na pogorzelisku, w otoczeniu skruszonych kamieni i płonących kotar, w ogromnej dziurze w ziemi uchowało się klika krat z fragmentem wzmocnionych murów nad nimi. Jedna z nich ugięła się w nadpiłowanym miejscu i powoli opadając runęła na ziemię przygniatając cztery przytwierdzone do niej osoby. Wejdźmin, wciąż kurczowo trzymając się prętów (podobnie jak reszta), otworzył oczy i zobaczył spokojnie płynące białe chmury na tle bezkresnego błękitu. Przez chwilę myślał, że nie żyje, ale zaraz potem poczuł zapach aresztu. A potem psa i pomyślał, że na pewno tak właśnie wygląda piekło. Następnie zobaczył nad sobą Dżemmefer, której krzyk odbił się echem w jego uszach i ucichł równie szybko jak się pojawił, zamieniając się we wiatr targający jego włosami. Nawet te włosy zobaczył – wszystkie przed sobą. Zrobiło mu się też zimno w plecy i poczuł się lekko.
„Dlaczego chmury zniknęły?”, pomyślał i uzyskał odpowiedź zaraz po tym, jak przefrunął przez jedną z nich.
– Teleportowałem nas! – oświadczył Michał przelatując obok.

Rozdział VI – „Jajka”

Wschodzące słońce wzbiło się ponad wyrżnijmijskie domy i okryło złotym światłem porośnięte cekinami dachy. Przyroda budziła się tu do życia dwa razy szybciej z powodu licznych odblaskowych powierzchni, a cichy śpiew oślepionych ptaków przerywało nieustanne…

– Ile?! – krasnolud chwycił się za głowę. – ILE?
– Tyle, co powiedziałem – rzucił Gejralt, zamykając mosiężne wrota banku Fifaldich.
Założył okulary przeciwsłoneczne. Okulary były niezbędnym gadżetem w Wyrżnijmie w słoneczne dni.
– ILE?! – powtarzał krasnolud.
– Zołmanie, nie wrzeszcz tak, głowa mi pęka, przesadziłem wczoraj z alkoholem, a Fjutest przesadził ze mną. Po tej całej akcji z ryczywołem, nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
– Fjutest dał ci tyle kasy za nic? ZA NIC? Przecież to Porzeczka załatwiła potwora! Ty nic nie zrobiłeś!
– Zrobiłem zrobiłem, Zołmanie. Załatwiłem innego… –  Gejralt zastanowił się – …potwora.
– Jezus Maria! Gejralt! Już nigdy nie będziesz musiał pracować! Możemy kupić sobie wszystko! Domy, konie, wozy! Wóz! Tak WÓZ! Kupmy sobie WÓZ!

Pomysły Zołmana nie miały końca. Krasnolud chodził w tą i z powrotem i z obłędem na twarzy wymachiwał rękami. Wejdźmin pozostawał niewzruszony. Miał kaca.
Mlaskier też miał pomysł. Splótł ręce pod brodą i z nadzieją zajrzał w oczy wejdźmina.
Gejralt uśmiechnął się i poklepał poetę po kędziorkach. Jego spojrzenie zawsze wywoływało w nim przyjemne ciepło.
– Prowadź – rzekł.

Z przyczyn bliżej dla Zołmana niewyjaśnionych, Gejralt stał się niewyobrażalnie zamożnym wejdźminem. Z przyczyn jeszcze bardziej dlań niezrozumiałych, nie kupił wozu. Wszystkie pieniądze oddał Porzeczce, zostawiając sobie tylko kilka par majtek i worek cukierków, którymi jak nigdy obdarował go Fjutest.
Mlaskier pomógł urządzić dziewczynce mały pokoik tuż nad jej ulubioną piekarnią, który Gejralt wytargował stosując wachlarz sztuczek wejdźmińskich (tych niestety nie da się tu opisać). Zadbali też o czyste ubrania i jedzenie, chociaż minęło sporo czasu nim nauczyła się, że może jeść więcej niż jedną kromkę chleba dziennie.
Porzeczka pokazała innym, że nawet najbardziej przerażający potwór może być dobry, a kiedy podrosła, stworzyła pierwszy przytułek w mieście, gdzie każdy był mile widziany. Rozsławiona przez ballady miszcza Mlaskra dziewczyna już nigdy nie zaznała chłodu, a „Krater Porzeczki” codziennie wypełniał się podarunkami od zamożnych mieszkańców, które Porzeczka przekazywała swoim podopiecznym. Nawet sam Fjutest wrzucił tam raz cukierka…

Wyrżnijma o tej porze roku wyglądała wyjątkowo. Wyjątkowo, jak sądził Zołman, obciachowo. Miasto pod rządami króla Fjutesta kwitło we wszystkich kolorach tęczy, albowiem władca (zdobywca dziewięciu statuetek ustanowionej przez siebie nagrody dla Najlepszego Króla Ever) słynął z zamiłowania do wszystkiego co mieniące się, błyszczące i ładne. Z tego samego powodu uwielbiał też swój tyłek. Jego skarbiec – pełen słodkości, kosztowności, majtek, cekinów – i monet (wybijanych przez bankierów zawsze wtedy, kiedy król uważał, że ma ich za mało) potrafił topić się niewyobrażalnie szybko i z tego król też był znany. No i jeszcze z paru innych rzeczy, o których może innym razem.

Ponieważ aura sprzyjała rozrywce i zbliżały się Święta Wielkanocne, wejdźmin, wspólnie z kompanami zadecydował, że zostaną kilka dni w mieście. Zołman co prawda protestował, ale przegrał w „papirus, nożyce, kamień”, a ustanowiona przez króla w niedalekiej przyszłości tradycja wkrótce sprawiła, że jeszcze bardziej znienawidził Wyrżnijmę – choć z biegiem lat nauczył się sobie z nią radzić. Znał kilka zaułków, do których królewska władza nigdy nie zaglądała, poza tym akurat dziś wolał unikać Fjutesta po tym, jak podbił mu oko. Wszedł do worka po kartoflach i poszedł spać.

Mlaskier, nie tracąc czasu na fochy krasnoluda, postanowił napisać nową balladę, toteż skierował się do miejskiego parku, gdzie otoczony flamingami z plastiku i prostytutkami niewiadomej płci zabrał się do roboty, uznając to wyjątkowe miejsce za odpowiednie.

Gejralt udał się na główny rynek, gdzie jak co dzień o świcie rozpoczynało się gwarne targowisko. Był głodny. Wśród licznych kupców, dopiero co rozkładających swoje stragany, spostrzegł słup ogłoszeniowy, a na nim długą wąską kartkę. Ubrudził ją bułką z czekoladą, którą wyłudził od cukiernika nim ten zdążył się zorientować i przeżuwając ją dokładnie i powoli, przeczytał tajemniczą wiadomość. Mruknął marszcząc brwi i schował ją do kieszeni.
Mijając robotników stawiających nowy pomnik Fjutesta, dostrzegł wysoką wieżę, której nigdy wcześniej nie widział. Tylko w sobie znany sposób skojarzył długą wąską kartkę i wysoką wieżę i spacerkiem ruszył w jej stronę.

Przesadnie szpiczasta budowla, opleciona schodami ze szpalerem półprzytomnych strażników na każdym stopniu, mogła należeć tylko do jednej osoby.
Gejralt podał ogłoszenie stojącemu pod drzwiami strażnikowi, a ten, spojrzawszy na nie smętnie, rzekł:
– Kto?
– Wejdźmin Gejralt.
– Nie znam.
– Ale on zna. Ja w sprawie ogłoszenia.
– Dobra, niech idzie.

Czterysta stopni później Gejralt przywitał się z kolejną przeszkodą. Służący, wyczekujący pod komnatą swego pana, spoglądał nieprzychylnym wzrokiem na postać przed sobą. Nie mogąc już znieść widoku oblizywanych z czekolady palców i towarzyszącemu temu uporczywemu mlaskaniu, zgodził się zapowiedzieć przybysza.

– Najwyższy Czarodzieju! – zaczął, otwierając kamienne wrota. – Wejdźm…
– Cicho – odezwała się wysoka czarna sylwetka w szpiczastym kapeluszu wyglądająca przez okno.
– Kazałeś nazywać się „najwyższym”? – spytał wejdźmin. – Żal. Nie możesz się po prostu… nie wiem, powiększyć jakimś zaklęciem?
– Już się powiększyłem – odparł czarodziej. – Poza tym, cicho!
Dyrdymał zeskoczył z drabiny, odpiął dolną część swej szaty, poprawił półtorametrowy kapelusz i wygodnie rozsiadł się w kartonie po jajkach machając nóżkami w bucikach ze szpiczastym czubkiem.
– Cicho powiedziałem! – wrzasnął ponownie. – Jak ominąłeś moją straż? Wynająłem tysiąc najlepszych mężczyzn w boju!
„Chyba w upoju”, pomyślał wejdźmin, włożył do buzi cukierka i rzekł:
– Powiedziałem im, że cię znam.
Dyrdymał rozszerzył oczy i przez chwilę nie ruszał się wcale. Nakazał służącemu zwolnić całą straż i zatrudnić nową. Wejdźmin poradził mu, aby polecenie wykonał w odwrotnej kolejności.
– I kup mi więcej jajek! – dorzucił jeszcze Dyrdymał.
Służący ukłonił się nisko. Kiedy wyszedł, Gejralt zwrócił się do czarodzieja, odgarniając włosy na bok.
– Przyniosłem ci dwa jajka – zagaił, rozglądając się po pokoju, w którym roiło się od pisanek. Zastanowił się. – To tego dotyczyło ogłoszenie, prawda?
Dyrdymał zaczął nerwowo chodzić w tą i z powrotem przyprawiając Gejralta o mdłości. Mogła to być też wina cukierków.
– Cicho! Mam plan – oznajmił zatrzymując się w końcu. – Będziesz moim ochroniarzem, na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie zamordować.
– A jajka?
– Malowanie kurzych jaj mnie odstresowuje – wyjaśnił czarodziej.
Gejralt nadymał usta.
– Malowanie?… – jęknął. – Trzeba było się jaśniej wyrazić w tym ogłoszeniu…
– Cicho! Zgadzasz się czy nie?

Gejralt wzruszył ramionami. Dyrdymał uznał to za tak, toteż wejdźmin udał się do pobliskiej tawerny, w której przesiadywała większa część jego straży. Zamówił martini z oliwką uznając, że fucha jaką właśnie zdobył jest całkiem przyjemna. Po chwili skupił wzrok na znajomej twarzy.
– Jędrek…? – zaryzykował zapytać.
Pękaty mężczyzna w czapce z futra niedźwiedzia zmrużył oczy.
– Gejralt? Kupę lat! – wrzasnął nagle stanowczo uderzając wejdźmina w plecy. – Ledwo cię poznałem!
– Ja ciebie też, ale sądząc po uderzeniu, dalej rąbiesz drewno – wykaszlał wejdźmin próbując złapać oddech.
– Mylisz się, siadaj! Powspominamy dawne czasy! – ucieszył się. – Lubię takie chwile! – kontynuował zaraz po wlaniu w siebie kufla piwa. – Tłuste żarcie, wódka bez popitki, męskie rozmowy o kobietach!
Gejralt odstawił martini i zdjął nogę z nogi.
– Tak – potwierdził.
Czasami się zapominał. A w zasadzie zawsze. Lub nigdy. On po prostu taki był.
– A co ty jesteś tak dziwnie ubrany? – zapytał Jędrek.
Gejralt poznał Jędrka, kiedy jako młody chłopak opuścił mury Homo Moher i spotkał grupę wędrownych drwali, z którą spędził niecały miesiąc. Opleciony cuchnącymi skórami niedźwiedzi, spał pod gołym niebem, jadł rękami, nie mył się za często, targał drewniane bale na własnych barkach, a nawet czołgał się w błocie, aby sprawdzić, jak to jest być – jak powszechnie uważano – prawdziwym mężczyzną.

Znudziło mu się.

– Pal licho te kozaczki – kontynuował drwal – ale ten różowy rzemyk to już przesada. I wychudłeś jakoś. Te spodnie z lamparciej skóry przywarły ci do tych szczudlastych nóg. I koszula jakaś za krótka, podarła ci się? Chyba nie powodzi ci się najlepiej, co?
Gejralt obrzucił spojrzeniem nadmuchany brzuch towarzysza i jego nieszczery uśmiech, sięgnął po kieliszek na długiej nóżce i odwrócił się bokiem na powrót zakładając nogę na nogę.
– Tobie chyba za to aż za dobrze – rzekł.
Gejralt nigdy nie lubił Jędrka. W myślach nazywał go Kutasem z Dębowego Pola.
– He! A żebyś wiedział! – chełpił się drwal. – Widzisz ten pasek? Najwyższej jakości, nie jakieś byłe co.
– A po co ci pasek? Raczej nic z ciebie nie spadnie… – burknął pod nosem wejdźmin.
– A wiesz, z czego jest mój żakiet?
– Nie wiem, ale dobrze, że materiał się rozciąga…
– Ze skóry małych owieczek! Sam zabijałem! A ty czyją krew masz na włosach?
– Słucham?
– Ten różowawy kosmyk… Jakiś triumfalny potwór, co? Ależ żeś nas wtedy zadziwił, jak wyznałeś, żeś jest wejdźminem! He! Chłopaki nie mogli uwierzyć. Rąbanie drewna nie szło ci najlepiej, ale mieliśmy chociaż z ciebie ubaw! No, ale jak na tych bagnach przegoniłeś te… no te…! Jak im tam było?
– Udupielce.
– No! Udupielce właśnie, tośmy nabrali do ciebie z chłopakami szacunku! – rzekł, ponownie waląc Gejralta w plecy. – Ale nie na długo! He he!
– Jezus Maria… Nie tak mocno – wykaszlał Gejralt, ale Jędrek po raz kolejny nie zwrócił na niego uwagi.
– A żeśmy się cały czas zastanawiali, po kiego wuja ci te dwa miecze i jeszcze noszone na plecach, jak jakaś fujara! No, ale gdyby nie ty, to pewnie byłoby już po nas. Pożarłyby nas żywcem!
– Niekoniecznie. Ale raczej by się wam nie spodobało – rzekł wejdźmin żałując, że wtedy pozbył się tych udupielców. Zmienił temat.  – Co sprowadza cię do Wyrżnijmy?
Jędrek podrapał się po głowie.
– A co mi tam! – machnął. – Powiem ci, boś jest swój… – zastanowił się i nie dokończył. – Jesteśmy kolegami po fachu. Zostałem płatnym mordercą.
– To nie po fachu – skwitował Gejralt.
– Zabiję każdego, byle płacili złotem. – Jędrek pochylił się w stronę wejdźmina i pokazał mu portret. – To moje pierwsze zlecenie.
– Przepra-szam najmoc-niej, panie morder-co – wtrącił chwiejący się strażnik. – Czy mógłby mi pan podać tam-ten stojak ze-solą…?
– Kto jest zleceniodawcą? – zapytał Gejralt ubiegając Jędrka w podaniu soli.
– He! Sam król! Rozmawiałem z nim osobiście. Przyjął mnie wczoraj w swojej sypialni. Obok leżała jasnowłosa niewiasta, goluśka cała, a jaki tyłeczek miała… Ech! Taki król, to ma życie!
– Dzię-ku-ję… mości… panie …nko – strażnik oddalił się.
– Ale co ty tam możesz wiedzieć – ciągnął drwal. – To ja poznałem króla osobiście. Dał mi nawet sakiewkę złota na zaliczkę – rzekł, obgryzając ociekające tłuszczem świńskie udko.
Gejralt przewrócił oczami, na co Jędrek zareagował niekontrolowanym śmiechem. Według Gejralta nie było na świecie niczego gorszego niż jeść i śmiać się jednocześnie.
– Ale żeśmy mieli z ciebie ubaw! Po pachy! No teraz to wszystko mi się przypomniało! Ty i te twoje ruchy! A pamiętasz jak kazaliśmy ci zbierać szyszki do koszyczka? – Jędrek zanosił się coraz to bardziej drwiącym rechotem. Niewiele mógł już powiedzieć, więc ponownie uderzył pijącego martini wejdźmina w plecy, co tym razem nie odbiło się bez echa. Pech chciał, że Gejralt właśnie wciągnął oliwkę.

Wejdźmin kaszlnął i wypluł ją. Ta, szybując z dużą prędkością, odbiła się od przyłbicy jednego z bardziej pijanych strażników, który najwyraźniej stwierdził, że oberwał i upadł. Oliwka wylądowała w gardle próbującego napić się wódki innego strażnika. Gejralt wykonał gest Zołmana i przykładając dłoń do czoła próbował się za nią ukryć. „Naciśnijcie go z całej siły tuż pod brzuchem!” – krzyknął ktoś z tłumu, ale duszący się biedak był przecież w zbroi. Z pomocą – pokaźnym toporem i chwiejnym krokiem – ruszył dowódca straży, zamachnął się i rozłupał beczkowatą metalową zbroję. Nie dobrał jednak dobrze siły i wbił topór również w kark nieszczęśnika, który to w końcu wykrztusił oliwkę i padł na ziemię zahaczając o stół zastawiony żarciem. Dowódca uznał zadanie za pomyślnie wykonane. Oliwka wraz z jedzeniem ze stołu poszybowała w górę i trącając żyrandol rozbujała go, po czym z powrotem wpadła do kieliszka Gejralta. Znalazło się w nim też obgryzione kurze udko. Wejdźmin skrzywił się, po czym spojrzał na trzeszczący żyrandol. Następnie utkwił wzrok na spadającej, idealnej kropli wosku, która kapnęła Jędrkowi prosto na czoło. Potem druga. Trzecia. Potem spadła cała świeczka. A potem cały żyrandol huknął i runął na Jędrka, wzniecając niewielki pożar.

Gejralt siedział w bezruchu poruszając tylko gałkami ocznymi. Czuł na sobie wzrok całej gwardii. Spojrzał na wciąż uśmiechniętego, nie ruszającego się drwala, na oliwkę, na martwego strażnika, na żyrandol, znów na oliwkę i w końcu na tłum wlepionych w niego strażników.
– Cóż za… niefortunny ciąg zdarzeń – rzekł, odstawił martini, wstał, chrząknął i wyszedł.

Przedarł się przez czterysta stopni omijając czterystu urżniętych strażników i wszedł do komnaty Dyrdymała.

– Cicho! Moi strażnicy właśnie donieśli mi, że nic podejrzanego się nie dzieje – rzekł czarodziej na jego widok.
Gejralt zrobił dzióbek z ust.
– Znalazłem twojego mordercę – oznajmił.
Dyrdymał upuścił jajko.
– Pozbyłeś się go? – zapytał czarodziej.
– Tak jakby.
– Tak jakby?!
– Powiedzmy, że umarł ze śmiechu. Resztę będzie musiał wyjaśnić Fjutest. Chodź.

W tawernie pod wieżą zaczęto zapalać świece, bo po stracie żyrandola zrobiło się tu zbyt ciemno. Dyrdymał podarował właścicielowi swoje jajcarskie prace jako zadośćuczynienie, a ten postanowił przyozdobić nimi swój lokal. Gejralt wyjrzał za okno i podał Mlaskrowi kolejną pisankę, do której właśnie skończył przytwierdzać sznureczek.
– Nie widziałeś Zołmana? – zapytał.
Grajek pokiwał głową.

Orszak króla był już prawie na miejscu.

– Co tu się kurwa wyprawia! Tyle straży w moim mieście? Przecież tu się kurwa w ogóle nic nie dzieje – powiedział Fjutest zrzucając cekinową pelerynę na ziemię w towarzystwie królewskiego szwadronu, który wchodząc wyważył drzwi. – Pomijając wczorajszy incydent z jakimś zjebanym potworem, co rozpierdolił mój pomnik. Kurwa, jak tu ładnie! Dlaczego ja nie mam takich ładnych jajek?
Wejdźmin zachichotał po czym pomyślał, że rzeczywiście – nie ma.
– Gejralt! – ciągnął król. – Po co kazałeś mi przychodzić do tej zatęchłej dziury akurat o osiemnastej? Nie wiesz, kurwa, że o tej porze biorę kąpiel? Daj, kurwa, chociaż dotknąć włosów.
Fjutest podszedł do wejdźmina i już miał go szarpnąć za czuprynę, kiedy coś przykuło jego uwagę.
– Znam tego gościa – oznajmił król spoglądając na przygniecione żyrandolem uśmiechnięte zwłoki. – Kto to jest?
– To jest Jędrek – wyjaśnił wejdźmin. – Podobno go wynająłeś, aby pozbył się Dyrdymała.
– Co ty Gejralt, pojebało cię? Nie pamiętasz jak było? No ty akurat rzeczywiście możesz nie pamiętać – stwierdził chwilę później król klepiąc go w tyłek, po czym zwrócił się do czarodzieja:
– Sorry Dyrdymał, na śmierć o tym zapomniałem, najebany byłem. Gejralt zasnął ryjem w poduszkę i ni chuja nie dało się go obudzić, a że mnie ciągle brało na pieszczoty, to przejrzałem ogłoszenia, patrzę: Jędrek Żelazna Ręka, pomyślałem: No! Tego mi właśnie trzeba! A tu przychodzi taki obleśny typ i mówi, że zabije każdego, kogo wskażę. No myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale że byłem w nastroju do żartów i miałem twój portret na szafce nocnej, to mu dałem dla jaj, bo portretu Gejralta szkoda mi było oddawać. I ot kurwa, cała historia.

Fjutest oparł ręce na biodrach i wysunął miednicę do przodu. Rozejrzał się.

– To co, skoro już wyszedłem z domu, to muszę do niego wrócić. Albo nie! – krzyknął niespodziewanie. – Kurwa, w końcu są Święta! Zapraszam wszystkich na ucztę do tej tawerny i ustalam nową tradycję na cześć mojego przyjaciela Dyrdymała, wedle której, od tej pory, podczas Wielkanocy wszystkie jajka w mieście mają być pomalowane! A ciebie Gejralt – dodał psotnie – zapraszam na twoje ulubione martini z oliwką! A potem do mnie.
Wejdźmin westchnął.
– Tym razem wypiję bez – zadecydował. – Same problemy przez te oliwki, co nie Mlaskier?
Wejdźmin spojrzał na przyjaciela.
– Mlaskier? Mlaskier, do jasnej ciasnej! Te jajka nie!

Rozdział V – „Porzeczka”

Dziewczynce było zimno. Była do tego przyzwyczajona. Wiedziała, że obok piekarni przy rozgrzanych ścianach komina można było uniknąć najgorszego chłodu. A i czasem rzucili kawał spalonego chleba, który wystarczał na dwa – trzy dni pożywienia. Noce były gorsze, wtedy spod piekarni gonili, i trzeba było szukać innego miejsca.

Raz w tygodniu zrywała pod miastem tulipany. Zanosiła je mamie. Grabarz sprzątał je kilka dni później, ale dopiero, kiedy usychały. Dziewczynka lubiła go. Nigdy nie był dla niej niemiły.

Kiedyś spotkała prawdziwego księcia. Złota karoca zaprzęgnięta w białe konie zatrzymała się tuż obok niej. Wysiadł bardzo młody panicz, trzymając w ręku pantofelek. Nie wiedziała, o co chodzi kiedy zabrał ją do środka i założył jej go na stopę. Nie wiedziała o co chodzi, kiedy wyrzucono ją podczas jazdy na mokry bruk, kiedy nie pasował. Wybiła sobie wtedy zęba. Ale była wdzięczna, ponieważ przez chwilę było jej ciepło.

Nie wiedziała, ile ma lat, ani jak długo już błąkała się po ulicach Wyrżnijmy. Nie rozumiała pogardliwych spojrzeń przechodniów i ponurych min właścicieli posesji, którzy czasem szczuli ją psami. Ale była dzielna.
Widziała raz pana o srebrnych włosach w towarzystwie śmiesznie ubranego barda i brodatego krasnoluda idących ulicą. Bardzo im zazdrościła. Rozmawiali i śmiali się. Też chciałaby umieć się tak śmiać.

Zasnęła powoli. Przykryła się starym, zapchlonym kocem, który znalazła kilka dni wcześniej na śmietniku na zapleczu kamienicy. To był luksus. Wiedziała, że będzie mogła korzystać z niego, dopóki jakiś włóczęga nie stwierdzi, że jemu przyda się bardziej. Tak było zawsze. Tak musiało być. Ale na razie miała koc. Bardzo go lubiła.
Świtało, kiedy otworzyła oczy i zobaczyła, że obok niej, zwinięty w kulkę, śpi zabawnie ubrany jegomość. Co dziwniejsze, wyglądał zupełnie jak ów bard, który podróżował ze srebrnowłosym panem i krasnoludem. Mlaskier obudził się i ziewnął przeciągle.
– O. Dzień dobry. – powiedział patrząc na nią ospale. – Moja głowaa…
Dziewczynka przyglądała mu się dużymi oczyma. Nauczyła się już, że od obcych należy uciekać bez zastanowienia i nie oglądać się przy tym za siebie. Ten jednak osobnik miał w sobie coś co sprawiało, że wydawał się niegroźny.
– Masz coś do jedzenia? – powiedział Mlaskier nie skończywszy ziewać.
Wiedziała, że bezpieczniej jest spełniać zachcianki większych od siebie. Wyjęła zza pazuchy kawałek stęchłego chleba, który od kilku tygodni trzymała na czarną godzinę. Podała mu go drżącą ręką i zmrużyła oczy. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie uderzenie.
– O. – powiedział grajek, wziął chleb i wciamkał go powoli. – Mm. Bardzo dobre. Jestem Mlaskier, a Ty?

Dziewczynka patrzyła.

– Jesteś niemową? – Mlaskier podrapał się po głowie. – W takim razie będziesz miała na imię ee… Porzeczka. To moje ulubione warzywo.
Porzeczka patrzyła na niego z pewną obawą; wciąż jednak nic nie wskazywało, że groziłoby jej z jego strony jakieś niebezpieczeństwo. Mlaskier podniósł się i otrzepał swoją błyszczącą tuniczkę. Przez ramię przewieszoną miał torbę, z której wystawała mała, obrastająca puchem kuleczka z oczami. Pogłaskał ją. Robił to regularnie.
Spojrzała na nią z zaciekawieniem zza krawędzi koca.
– A, to bazieliżek – powiedział Mlaskier. – Przywieźliśmy go z jednej z ostatnich wypraw. Bardzo fajny. Trzeba go głaskać, żeby nie zamienił się w potwora.
Dziewczynka też chciałaby go pogłaskać, jednak, jak wyjaśnił bard, bez specjalnego antidotum mogło to skończyć się… dziwnie. To nic, pomyślała. Przywykła, że to, co najlepsze, jest domeną innych. Mogła popatrzeć na urocze zwierzątko, i była za to wdzięczna. To musiał być dobry dzień. Bardzo lubiła taki rodzaj dnia.
– Mało – zmienił temat Mlaskier i mlasnął. – Idę na kebab. – Zastanowił się nad czymś i zaczął odchodzić. Kilka kroków dalej zatrzymał się jednak, odwrócił się i spojrzał na Porzeczkę. – Idziesz?
Dziewczynka nie była pewna, czy to wszystko to nie jakiś podstęp. Nie wiedziała też, co to jest kebab. Nie wiedziała, że ludziom, którzy śpią na ulicy wolno jeść coś innego niż stary chleb i wyrzucone na śmieci resztki. Zmarszczyła brwi i skuliła się bardziej.
– To idziesz? – powtórzył Mlaskier dłubiąc sobie w uchu.

Fjutest siedział na różowym tronie w najwyższej izbie pałacu, a Gejralt i Zołman patrzyli na niego wyczekująco. Targowanie się o wejdźmińskie nagrody nigdy nie było łatwe. Zwłaszcza, że Fjutest najchętniej płaciłby w cekinach, używanych majtkach i cukierkach. Królewski skarbiec był pełen takich rzeczy.
– Dobrze. Dwadzieścia koron. I trzy cukierki. – powiedział wejdźmin finalnie. – Masz brokat na nosie.
– Co? Skąd on mógł się tam wziąć? – król potarł dłonią twarz.
– Fjutest, ty nawet pierdzisz brokatem – powiedział Zołman. – Jeśli jest jedno miejsce na świecie gdzie jego obecność nikogo nie dziwi, to jest ono gdzieś na tobie.
Król starał się wymyślić ripostę.
Nie zdążył. Nagle zatrzęsła się ziemia a z półek spadły wszystkie kryształowe figurki o niedwuznacznych kształtach. Fujtest zachwiał się na nogach i rozejrzał się zdezorientowany. Wstrząs powtórzył się. Z zewnątrz dobiegł ich łoskot przypominający lawinę i liczne krzyki. Król podbiegł do okna.
– O kurwa – powiedział cicho. – Gejralt. Patrz.

Wejdźmin podbiegł do okna. Rozpościerał się z niego widok na kilka przypałacowych ulic i dalej na plac miejskiego rynku. Potwór, który miotał się na placu był duży. Bardzo duży. Górował nad przylegającymi do rynku kamienicami, a dęby rosnące wzdłuż alei prowadzącej do pałacu wyglądały przy nim jak kwiatki. Przypominał gigantycznego, czarnego byka ze skrzydłami i czerwonymi, świdrującymi ślepiami.
Zamachnął się łbem i jednym uderzeniem rogów zburzył kamienicę. Do rynku dobiegli już żołnierze, którzy ciskali w niego dzidami i strzelali z kusz, ale miało to tyle sensu, co rzucanie wykałaczkami w nadciągający lodowiec. Zdążono nawet przywlec trebusz, jednak zanim ktokolwiek mógł nakręcić kołowrót, monstrum zionęło ogniem z wielkiego nosa paląc machinę na popiół wraz ze schowanym za nią operatorem.
– Ryczywół – powiedział cicho Gejralt. – Myślałem, że to legenda.
– Zaraz po centrum miasta zostanie tylko legenda! – wrzasnął Fujtest. – Mój pomnik! Właśnie wdeptał w ziemię mój pomnik!
Gejralt podszedł do krzesła, zdjął z niego wiszący na oparciu rynsztunek i założył go na siebie.
– I to rozumiem – Fujtest złapał się pod boki. – Idź i coś z nim zrób!
– Ja nie idę nic z nim zrobić – powiedział spokojnie Gejralt. – Ja stąd jak najszybciej wyjeżdżam.

Zołman, który wyjrzał właśnie przez okno wskazał coś palcem i zawołał Gejralta. Pośród ludzi w panice ukrywających się w bramach, domach i innych zakamarkach, na środku ulicy stał zdezorientowany Mlaskier. Wyglądał jakby czegoś szukał.
– Świetnie – mruknął Wejdźmin i westchnął. – Zołmanie, znajdziemy się potem. Tylko uważaj na siebie!
Krasnolud skinął głową. Gejralt zbiegł po schodach aby ratować Mlaskra.
Kiedy go dogonił, grajek był już prawie na głównym placu rynku, na którym znajdował się potwór. Wejdźmin złapał go i wciągnął w bramę. Mlaskier wyrywał się.
– Gejralt! Nie rozumiesz! Jedliśmy sobie kebab kiedy wszystko zaczęło się walić! Porzeczka zniknęła! Gejralt, musimy ją znaleźć!
– O czym ty mówisz? Nie możemy się stąd ruszyć – powiedział wejdźmin. – Jeśli wyjdziesz teraz na otwartą przestrzeń, i ryczywół cię zobaczy, to spali cię, zadepcze, albo zabije w jakiś inny wymyślny sposób.
Wejdźmin wychylił się z bramy przytrzymując Mlaskra i pokazał palcem na wielką górę czarnego cielska miotającą się po starówce.
– Może gdzieś się schowała – zrezygnował po kilku kolejnych próbach ucieczki Mlaskier głaszcząc uspokajająco przestraszonego bazieliżka w swojej torbie. – Chyba jest w tym dobra…

Ryczywół wściekle zionął ogniem i szczerzył zęby.

We wnęce po przeciwnej stronie przecznicy pojawił się Fujtest z obstawą kilku żołnierzy. Po chwili dołączył do nich Zołman, który otworzył sobie piersiówkę i wypił ją duszkiem patrząc przed siebie z połączeniem strachu i podziwu.
– Musiałem to zobaczyć z bliska – sapnął Fujtest. – Ja pierdolę. Skąd to się do cholery wzięło?
– Musiało mieć powód – odpowiedział Gejralt. – Ten potwór to najniebezpieczniejsze stworzenie na świecie. I mówię to całkiem dosłownie. Nikt go tu wcześniej nie widział?
– No, prawdę mówiąc spotkaliśmy ostatnio coś takiego podczas eee… Patrolu pod miastem! Tak, tak właśnie było. Specjalnie pojechałem zobaczyć, bo nikt o takiej maszkarze wcześniej nie słyszał. Tylko że, kurwa, było dużo mniejsze. Wielkości na ten przykład krowy. I kilka malutkich. To większe rzuciło się na nas z rogami, czterech naszych zginęło zanim ostatecznie ubiliśmy gnoja idąc kupą. Nawet te małe z nami walczyły. Zrobiliśmy z ich rogów rękojeści do mieczy.
– To był samiec i młode – powiedział Gejralt wzdychając. – Samica jest trochę większa.
– Fujtest! Kurwa mać – krzyknął Zołman. – Nic dziwnego, że jest wściekła. Zajebaliście jej całą rodzinę i jeszcze macie pretensje?
– Wasze pociski nic jej nie zrobią – powiedział Gejralt. – Ale nie to jest najgorsze. Zgodnie z legendą, ryczywół odbiera emocje i myśli przez skórę. Każdy pocisk, każda włócznia, którą w niego dziś wystrzeliliście niosła ze sobą przejęte od żołnierzy mordercze myśli, agresję, nienawiść i strach. Jeśli wcześniej potwór był wściekły, to teraz jest w kompletnym amoku. To koniec tego miasta. – Wejdźmin wzruszył ramionami i wyjął sobie lakier do paznokci. – Zołman, Mlaskier. Uciekamy jak tylko nadarzy się okazja.
Dostrzegli, że z zaułka po przeciwnej stronie placu rynku coś się wyłoniło. Dreptało powoli na małych stópkach w kierunku gigantycznego ryczywoła. Dystans nie był duży, ale dla krótkich nóżek stanowił wyzwanie.
Porzeczka szła patrząc przed siebie niepewnie. Nie rozumiała, dlaczego stworzenie było złe. Było przecież duże i silne i na pewno nikt go nie bił tylko dlatego, że spał pod kawałkiem dachu na jego podwórku, żeby nie zmoknąć. Szła robiąc małe kroczki i patrząc zmrużonymi ze strachu oczyma. Nauczyła się ostatnio, że czasem, aby coś nie było potworem, trzeba to pogłaskać.
Mlaskier bez słowa rzucił się w kierunku placu ale Wejdźmin zatrzymał go znakiem.
– Mlaskier – szepnął. – Nic nie możesz zrobić.
Potwór ryknął w powietrze tak głośno, że znów zatrzęsła się ziemia. Mierzył wściekłym spojrzeniem otoczenie szukając ofiar. Dudnienie jego ciężkich kroków niosło się echem na mile. Ogromne rogi mieniły się marmurem a z pyska buchał ogień. W końcu wzrok stwora spoczął na małej istotce zbliżającej się do niego z wolna. Ponownie przeciągle zaryczał, tak że wszyscy zakryli uszy, i mocno tupnął kopytem o ziemię robiąc w miejscu mały krater. Zasadzono w nim później krzaczek porzeczkowy, otoczono zdobionym płotkiem i nazwano Kraterem Porzeczki. Dziewczynka szła.
Ryczywół chuchnął z nozdrzy gorącą parą. Podmuch przeszedł górą, ale zmiótł Porzeczkę z nóg. Ta podniosła się jednak i wciąż stawiała jeden kroczek za drugim.
Mlaskier próbował uwolnić się ze znaku wejdźmina, ale opadł już z sił.
– Gejralt no! Puszczaj! – krzyczał ale znak pochłaniał każdy dźwięk. Nie można było ryzykować.
Wejdźmin wiedział, że teraz mogli już tylko czekać i zobaczyć co się stanie.

Porzeczka stanęła przed potworem. Wyglądała przy nim jak mała myszka w porównaniu do słonia. Stada słoni. Ryczywół wiercił się wściekle, i tupał, tak że musiała balansować rękami, aby znowu nie upaść.
– Potwór jest zupełnie zaskoczony. Do tej pory każdy od niego uciekał, albo do niego strzelał. – pomyślał Gejralt. – Jeśli ktoś inny wyjdzie teraz na plac, wszyscy zginą.
Nikt jednak nie wyszedł.
Monstrum zarzuciło łbem i warcząc wściekle obniżyło go do poziomu samej ziemi aby zobaczyć, czym jest stojące przed nim stworzonko. Same jego zęby były większe od małej Porzeczki, musiał więc przekręcić pysk aby oko znalazło się na odpowiedniej wysokości.
Porzeczka wyciągnęła drżącą rączkę w kierunku krawędzi wielkiego nozdrza. Potwór prychnął, ale nie podniósł łba. W pierwszej chwili cofnęła się, ale podeszła jeszcze raz. Mała dłoń spoczęła w końcu na ogromnym pysku i niepewnie go pogłaskała. Dziewczynka otworzyła zaciśnięte wcześniej ze strachu oczy.
– Usłyszy jej myśli… – szepnął do siebie Gejralt. – Teraz stać się może wszystko.
Kiedy rączka dotknęła rozgrzanego, czarnego nozdrza ryczywoła, warczenie stopniowo ustało. Potwór znieruchomiał. Nie chcąc tego zajrzał wgłąb jej duszy, zobaczył i poczuł wszystko; cała jej historia rozpłynęła się po jego mózgu jak potop. Trwali tak w bezruchu w absolutnej ciszy, gigantyczne cielsko potwora i malutka, umorusana, nic nie znacząca dziewczynka, która patrzyła na niego dużymi oczyma. Trwało to kilka minut.
Fujtest chciał dać znak wojsku aby wykorzystało moment i zaatakowało ponownie pełną siłą. Jedno spojrzenie Gejralta powstrzymało go jednak.
Bestia podniosła się powoli. Nie ryczała już, ale z jej krtani wydobywało się basowe sapanie. Ryczywół stał, górując nad okolicznymi budynkami i jeszcze raz zmierzył całe otoczenie. Ukryci w zakamarkach mieszkańcy patrzyli na niego z obawą. Nikt nie wiedział co się stanie. Ale nie stało się nic. Zwierzę nie miało już w oczach szału ani agresji. Patrzyło teraz smutno, z nieskończoną pogardą i nienawiścią. Nie chciało tu być. Gejralt mógł przysiąc, że w jego czerwone ślepia zaszkliły się łzą. I wtedy odleciał. Tak po prostu. Uderzył gigantycznymi skrzydłami, aż poleciały szyby z okien, i nikt go więcej nie widział.
Gejralt puścił Mlaskra, który pobiegł do Porzeczki, którą podmuch skrzydeł zwiał na drugi koniec placu i przytulił ją mocno.
Fujtest podrapał się po tyłku.
– No ja pierdolę – zaśmiał się nieco nerwowo. – To nam się uwaliło. Tym razem to naprawdę było blisko.

Zołman przywalił mu w twarz.

Mlaskier i Porzeczka spacerowali po podmiejskiej łące. Dziewczynka wciąż nie odzywała się, ale Mlaskier opowiedział jej wszystkie przygody swoje, wejdźmina Gejralta i krasnoluda Zołmana, żywo przy tym gestykulując. Mówił o tym godzinami. Obślinił się przy tym tylko dwa razy.
– Mam pomysł! – powiedział później – Posłuchaj, Gejralt jest wejdźminem, nie? Ostatnio szukał nowych kandydatów. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, ale może spróbować zamienić cię w jednego z nich! Albo raczej… wejdźmę! Będziesz miała super zdolności, mocną głowę do alkoholu i będziesz podróżować z nami po całym świecie! Hm?
Dziewczynka patrzyła na niego długo. Później, po raz pierwszy odkąd pamiętała, uśmiechnęła się szeroko. Więc to takie uczucie – pomyślała. Bardzo przypadło jej do gustu. Ucałowała Mlaskra w policzek. Pokręciła głową przecząco, odwróciła się i odeszła w stronę miasta. To był dzień zrywania tulipanów.

Rozdział IV – „Bazieliżek”

– Gejralt – rozeszło się w ciszy.
– Gejralt – rozbrzmiało mu w uszach.
– Gejralt! – wrzasnął Zołman kopiąc go w łydki. – Wytrzeźwiałeś już?
Wejdźmin ocknął się otwierając do połowy jedno oko. Znajdował się w lesie, jak ocenił, gdzieś w połowie drogi do Wyrżnijmy.
– Możliwe – wychrypiał.
Zołman westchnął.
– Mlaskier dziwnie się zachowuje – oznajmił. – To znaczy, jak na siebie.
Gejralt wyprostował tułów podpierając się na rękach, pomrugał i zlokalizował problem.
– Od dawna liże te bazie? – zapytał.
– Odkąd wstałem. Nic do niego nie dociera.
– Niedobrze – skwitował wejdźmin i zasnął.
– Gejralt, kurwa!
– Tak, tak. Już idę – wymamrotał i ustawił swe wątłe ciało w pionie. – Zjadłbym coś.

Ścieżka, utworzona z orzeszków, kończyła się nieopodal krzaczka akacji, za którym siedział przyczajony wejdźmin i zestresowany krasnolud. Gejralt wypił eliksir, skrzywił się i bezszelestnie odstawił butelkę.
– „Silna wola”? – spytał Zołman czytając etykietkę.
Wejdźmin uciszył przyjaciela.
Chwilę później obydwoje usłyszeli przyjemne chrupanie. Na orzeszkowej ścieżce pojawiła się mała, puszysta kuleczka o dużych, błyszczących, błękitnych oczach.
– Ojejku – pisnął cichutko Gejralt i przyłożył obie pięści do podbródka. – Nie wytrzymam.
– To ma być ten potwór? – zdziwił się Zołman.

Gejralt przytaknął, wciąż popiskując cieniutko. Do jego wpatrzonych w zwierzątko oczu napłynęły łzy szczęścia i tęsknoty, kiedy włochata kulka zbliżyła się przyjemnie gruchając. Malutkimi zwinnymi łapkami chwyciła ostatniego orzeszka, ucieszyła się i schrupała go, zabawnie poruszając włochatymi policzkami.
Krasnolud, widząc jak wola przyjaciela słabnie, podał mu kolejny eliksir, który wejdźmin wypił bezzwłocznie.

– Dziękuję – opanował się. – Bo widzisz, Zołmanie, bazieliżek jest przesłodki, a jego mięciutkie puszyste futerko jest przewspaniałe w dotyku. Najfajniejszy jest brzuszek – ciągnął coraz cieniej, powoli zbliżając dłoń do stworka. – Tylko że jego futerko jest trujące i…
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud bijąc wejdźmina po łapach.
Wejdźmin, od tego, że nie może dotknąć bazieliżka, dostał drgawek.
– Cały problem polega na tym, że jak go nie pogłaskasz, to…
Śnieżnobiałe futerko bazieliżka poczerniało, a oczy zmniejszyły się i zaczerwieniły. W ułamku sekundy wyrósł przed nimi trzymetrowy obślizgły potwór, który rzucił na nich złowieszczy cień.
– …to zaczyna się denerwować – dokończył wejdźmin, ale krasnoluda już dawno przy nim nie było.
Gejralt stał przed dyszącym stworem i bardzo powoli sięgał do rękojeści miecza. Nie dobył go jednak.
– A pieprzyć to – rzekł pod nosem i też uciekł.

Bestia nie dała za wygraną. Uchwyciła się gałęzi i jednym susem przeskoczyła wejdźmina stając na jego drodze. Gejralt spostrzegł że tuż obok, za kamieniem, kuli się Zołman.
– Poczekaj! Dotknę cię! – krzyknął, asekurując się rękami. – To znaczy… Zołman cię dotknie! – dodał, i podnosząc krasnoluda, przystawił go tuż przed pysk potwora.
Potwór zastanowił się. Sapnął kilka razy, usiadł i na powrót przybrał swą kuszącą postać.
– Zołmanie, pogłaskaj go – rozkazał wejdźmin.
– Gejralt, kurwa, nigdy!
– Zołmanie, ufasz mi?
– Nie!
– Do jasnej ciasnej, głaskaj! – wrzeszczał, potrząsając krasnoludem. – Mam plan – szepnął. – Szybko, zanim bazieliżek znów się zdenerwuje.

Zołman westchnął i zamknął oczy. Postanowił jeszcze raz zaufać przyjacielowi (po raz trzydziesty piąty). Wystawił rękę i dotknął, jak szybko stwierdził, najprzyjemniejszej rzeczy, jakiej w życiu dotykał. Na jego zwykle naburmuszonej twarzy pojawił się błogi uśmiech, kiedy jego dłoń raz po raz zaciskała się na futrzanym stworzonku. Gejralt usunął się i nie szczędząc mikstury, pokropił czymś białe futerko, a następnie schwytał potworka w worek.
– Ha! – zatriumfował unosząc zdobycz. – Widzisz Zołmanie, zadziałało.
Worek, który unosił, stawał się coraz cięższy, aż w końcu pękł w szwach. Cień ponownie przysłonił Gejralta.
– No tak, tego nie przewidziałem. To jednak nie zadziałało, Zołmanie.
Krasnolud nie odpowiadał, bo był bardzo zajęty lizaniem bazi.
Dyszący stwór ociekał czymś cuchnącym. Nie był zadowolony. Potężną łapą zagarnął wejdźmina i ryknął, ukazując zaśliniony pysk.
– Zaraz, zaraz, panie potworze – zaczął Gejralt. – Obiecałem ci, że Zołman cię pogłaska i pogłaskał. Czyż nie?
Potwora ponownie ogarnęło zdziwienie.
– Teraz obiecuję ci, że zaprowadzę cię do wioski pełnej ludzi, którzy zagłaskają cię na śmierć.
Potwór skrzywił się.
– To znaczy, nie na śmierć śmierć. Tak się tylko mówi. Lubisz, jak się ciebie głaska, prawda?
Potwór rozochocił się.

Pupka, przewieszona Mlaskrem i Zołmanem, szła powoli prowadzona za lejce. Gejralt, popijając ósmy eliksir „Silna wola”, starał się nie patrzeć na oblizujących gałązki bazi wypiętych przyjaciół. Ubrał także satynowe rękawiczki. Tak na wszelki wypadek. Puchata kuleczka podskakiwała tuż obok niego. Na nią też starał się nie patrzeć. Nieustanne powstrzymywanie się od dwóch ulubionych rzeczy nieludzko go wycieńczyło.

Wejdźmin zatrzymał konia tuż przed wioską Wąskichrust, wypił kolejny eliksir i kucnął przed bazieliżkiem. Przekonał go, aby ten ukrył się w worku, a kiedy zbierze się wystarczająca ilość głaskaczy, wejdźmin wypuści go. Dla lepszego rezultatu. Potwór początkowo nie chciał się zgodzić, ale koniec końców uległ Gejraltowi. Wszak w worku czy nie, i tak będzie mógł wyjść w każdej chwili.
Wejdźmin przywiązał go do konia i wbiegł do sklepu zielarza. Spod lady wysunęła się rozczochrana głowa.
– Jam jest Bożyn z Jarzyn! – wygłosił sklepikarz na jego widok. – Najlepszy sprzedawca ziół, maści na świąd i prawdziwego zakwasu na chleb w południowej Dilerii!
– Człowieku! Szybko! – wydyszał Gejralt, podpierając się o ladę.
– Czym mogę pomóc?
– Tam na zewnątrz są moi przyjaciele. Jeśli nie przestaną lizać bazi, ich ciała zwątlą się i bazieliżek złoży w nich jaja!
– Bardzo mi przykro, ale nietrzeźwym nie sprzedaje towaru.
– Posłuchaj człowieku, nie mam czasu. Potrzebuję uwarzyć około pięćdziesięciu eliksirów powstrzymujących działanie silnie trującej substancji, która pokrywa futro najsłodszego potwora na świecie.
– Jak mówiłem. Nietrzeźwym. Nie. Sprzedaję. Towaru.
Gejralt, lekko zielony od ilości wypitych eliksirów, chwycił sprzedawcę za fraki i przyciągnął do siebie, nie zważając na ladę pomiędzy nimi. Zajrzał mu głęboko w oczy. Rzekł:
– Udostępnisz mi swoje zielarskie laboratorium i dasz wszystko czego potrzebuję. Teraz – następnie gwałtownie go pocałował.
Bożynowi zakręciło się w głowie.
– Tak, oczywiście… Proszę tędy – wymamrotał zielarz i powłóczył nogami na zaplecze.
– Boże Święty, jakie to wpływanie na czyjąś wole jest męczące – skwitował wejdźmin i ruszył za sprzedawcą.

Wyposażony w skrzynkę eliksirów, które roboczo nazwał „Miodolizacz” (albowiem dodał trochę miodku, aby mieszanka była smaczniejsza), ustawił się na głównym placu Wąskiegochrusta, gdzie zainicjował prowizoryczną atrakcję. Za bardzo się nie starał, gdyż w miejscach takich jak to już sama obecność kogoś takiego jak wejdźmin przysparza wiele zainteresowania. Ludzie zgromadzili się tłumnie. Gejralt wsypał bazieliżka do skrzynki z napisem „Jedno głaskanko – 5 koron”, dodając gratis Miodolizacza, którego należało wypić przed samą czynnością głaskania. Na jednych działało, na innych nie. Ważne, że bazieliżek był głaskany.
Sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli. Oczarowani słodkością ludzie, wkrótce naparli na wejdźmina i sforsowali zyskowne stanowisko, dopadając skrzynkę z rozanielonym stworzeniem. Każdy chciał go dotykać. Bazieliżek zaczął się trząść, po czym rozbłysnął białym światłem i obracając się wokół własnej osi eksplodował, zasypując wioskę białym puchem. Łyse teraz stworzonko posmutniało – futerko nie odrasta tak szybko…

Zołman ocknął się i zaczął pluć, starając się pozbyć cierpkiego posmaku z ust.
– Co się, kurwa, dzieje? – oprzytomniał.
Mlaskier spadł z Pupki i zaczął tarzać się w baziach, zastanawiając się, dlaczego śnieg tej zimy jest taki ciepły.
Wejdźmin odetchnął.
Chmura oberwała się i zagrzmiało.
– Geeejraaalt? – odezwał się Mlaskier klepiąc mokre od deszczu bazie. – Ulepimy bałwana?

Sześć bałwanów później, cała trójka ruszyła w drogę.
– Mam dość bazi do końca życia – skwitował Zołman.
– Ja też – zgodził się Gejralt.
– Wymyśliłem zagadkę! – oznajmił Mlaskier. – Co to takiego, co jest lepsze od wszystkiego innego?
Zołman westchnął.
– Bazie? – rzucił.
– Nie.
– Trzech gejfrendów podróżujących razem w poszukiwaniu przygód? – zgadywał wejdźmin.
– Hm – Mlaskier zastanowił się. – Nie.
– Co, kurwa? – spytał krasnolud, słysząc to ostatnie.
– To, co robię za darmo? – próbował dalej Gejralt.
– Ta. Bo ty byś za darmo coś zrobił – zauważył krasnolud.
– Za darmo, za darmo. Trzeba z czegoś żyć, Zołmanie.
– To wiecie czy nie? – niecierpliwił się grajek.
– Nie wiemy – odpowiedzieli.
– No bazie! Ha ha! – ucieszył się Mlaskier.
– Przecież mówiłem – zauważył krasnolud.
– Nie mówiłeś!
– Mówiłem, na samym początku.
– Nie-e – upierał się poeta.
– Mówił, Mlaskier – potwierdził wejdźmin.
– Nie mówił. Nikt nie zgadł! Ha ha!
– Mówiłem przecież, że bazie…

Słońce powoli kończyło swą wędrówkę po niebie. Choć aura była przyjemna, wejdźmin Gejralt wiedział, że w każdej chwili świat ten, świat pełen magicznych niezwykłości, może zamienić się w piekło, a cały ciężar z tym związany spocznie na jego barkach – czy będzie tego chciał, czy nie. W drodze do Wyrżnijmy myśl ta nie dawała mu spokoju.