Rozdział III – „Homo Moher”

Mlaskier kochał wszystkie dni. Kochał je tak bardzo, że ich nawet nie rozróżniał. Podobnie jak kolorów. Nie umiał także powiedzieć, która jest godzina i szczerze mówiąc, niewiele go to obchodziło. Lubił słońce i deszcz. Śnieg i mgłę. Kochał wschody i zachody słońca. Uwielbiał zapach róż, zbierać motyle i głaskać ptaszki. Nigdy nie skrzywdziłby muchy (no chyba, że był głodny) i bardzo dobrze wiedział, że jak ktoś jest smutny, to należy go przytulać. Czasami spędzał całe poranki mocząc stopy w górskim strumyku i podziwiając migoczące w wodzie promienie słońca, innym razem obejmował drzewa, głaskał trawę i cieszył się, kiedy ciepły wiatr przechodził mu przez palce i czesał jego falujące włosy.            Codziennie przyglądał się niebu i kształtom płynących chmur, a kiedy błękit przechodził w granat i na niebie pojawiał się księżyc – czekał na spadającą gwiazdę, zamykał oczy i wypowiadał życzenie.

– Mlaskier, kurwa! – wrzasnął Zołman. – Idziesz, czy nie? Leżeć mu się teraz zachciało, jakby nie wiedział, która już godzina. Przecież nie zdążymy!
Mlaskier otworzył oczy i posłusznie ruszył w kierunku przyjaciela.
– A gdzie Gejralt? – zapytał.
Zołman załamał ręce.
– Obudziliśmy się i go nie było. Nie pamiętasz?
Grajek pokiwał głową.
– Zostawił nam wiadomość – kontynuował. – Czeka na nas w ostatniej wsi przed górską przełęczą, czy coś takiego. Musimy tam dotrzeć o świcie.
Poeta podrapał się po głowie. Krasnolud westchnął.
– Piliśmy w Wyprutym Flaku. To pamiętasz…? – Zołman zastanowił się. – Ja w sumie też nic nie pamiętam.
– A skąd wiesz, jak iść? – spytał Mlaskier, rozglądając się po polanie.
– Idę śladem pustych flakoników po eliksirach…

Pierwszy promień słońca wpadający przez szczelinę w drewnianej ścianie zbudził wejdźmina. Pogromca potworów wstał, wyciągnął majtki z pomiędzy pośladków i przeciągnął się jęcząc.
– Gdzie to ja w ogóle jestem?… – mruknął pod nosem.
Wyjrzał przez okno. Rozpadający się znak z wypalonym napisem oświadczał, że jedyna chata w której spał, znajdowała się we wsi „Ostatnia Wieś”.
„O. Bardzo dobrze”, pomyślał, kiedy dobiegł go nieznany głos.
– Wcześnie pan wstaje.
Wejdźmin podskoczył, cofnął się, potknął o rozrzucone butelki wódki i wpadł w worki z ziemniakami.
Spojrzał na właściciela głosu i przewrócił oczami.
– Jasny gwint. Masz taki głosik, że już myślałem, że jesteś kobietą.
Odetchnął i wyszedł na papierosa.
Zanim się ubrał, zszedł ocucić się nieco w pobliskim strumyku.

– To kim w zasadzie jesteś? – zapytał Gejralt, wycierając się już w środku.
Młody, szczupły mężczyzna o jasnych krótkich włosach i wydatnej szczęce spojrzał na niego mrużąc oczy.
– Jestem Romek, przedstawiliśmy się sobie wczoraj.
– Naprawdę? Nie pamiętam.
– Przejeżdżał pan tędy, zatrzymałem pana, bo mój skowronek źle się czuł, a wy wejdźmini macie różne specyfiki… – przerwał chłopiec, wpatrując się w grymas na twarzy przybysza. – Naprawdę nic pan nie pamięta?
Gejralt przestał wycierać włosy, zerknął w bok i pokiwał głową.
– Powiedział mi pan, że doskonale zna się na ptakach, to pana zaprosiłem…
Wejdźmin przyjrzał się młodzieńcowi.
– Tak powiedziałem? – zapytał. – Hm. A ile ty masz w ogóle lat?
– Dwanaście.

Wejdźmin rozszerzył oczy i przygryzł dolną wargę.
Nic nie powiedział.

– Jedzie pan do Homo Moher, prawda?
– Skąd wiesz, że homo…?
– Wielu wejdźminów tędy przejeżdża. Zostawiają mi swoje konie, bo przełęcz jest dla nich zbyt niebezpieczna.
– A ci wejdźmini… Czy oni… No wiesz, też znali się na… Ptakach…?

Chłopiec poczerwieniał.
Gejralt wypuścił powietrze i podrapał się po czole.

– No to będę cię musiał zabrać ze sobą – rzekł. – Gratuluję. Według paragrafu pierwszego wejdźmińskiego kodeksu, właśnie cię zwerbowałem.

Zołman zszedł na pobocze i pochylił się.
– Eliksir „Ornitolog” – odczytał i wycelował buteleczką w dół urwiska. – Wcale się nie zdziwię, jak go zaraz znajdziemy urżniętego w trzy dupy pod jakimś drzewem.
Zołman często mówił sam do siebie. Każdy kto go znał wiedział, że myśli głośno i nie zawsze należy go słuchać.
– Jeszcze ta gówniana ścieżka – ciągnął. – Wąska jak dupa węża, jakby nie można było poszerzyć. Tylko czekać aż spadnie deszcz, a my pospadamy z tej skalnej półki. Mlaskier! – wydarł się nagle. – Zostaw te kamyczki, widzę jakąś chatę!

Pupka, przywiązana do słupka przed domem Romka zarżała, kiedy spostrzegła cztery oddalające się postaci. Przełęcz, którą musieli przebyć, nie była pobłażliwa. Wymagała odpowiedniego skupienia. Romek szedł pierwszy.
– Gejralt, pogramy w grę, co ją właśnie wymyśliłem? – zagaił Mlaskier, kiwając się na boki.
– No, a jakie są zasady? Nie kiwaj się, bo spadniesz.
– Złap zapałkę!
Gejralt, nie zastanawiając się zbytnio, złapał.
– Hi hi hi – roześmiał się Mlaskier. – Przegrałeś! Miałeś złapać zapałkę, a nie za pałkę!
– Nie wiedziałem, że masz zapałkę – rzekł, odbierając ją Mlaskrowi. – Dobra, teraz ja. Złap…
– Na litość boską – wtrącił Zołman. – Możecie chociaż raz w życiu iść normalnie?!
Wejdźmin spojrzał z góry na krasnoluda i przejechał siarczaną główką po skałach.
– Widzisz tę wypalającą się zapałkę, Zołmanie? – zwrócił się do niego. – Oto właśnie metafora mego życia – rzekł.
– Gejralt, co ty pieprzysz?
Wejdźmin spojrzał na siebie i Romka z nie byle jaką miną.
– Teraz akurat nic – odparł.

Chłopiec był nieco przerażony. Nie silnym wiatrem, który nim bujał. Nie przepaścią, która rozciągała się pod jego stopami, ani nawet mocno nadwerężonym mostem linowym, który przyszło mu przebyć, ale tym, co właśnie usłyszał. Chłopiec nie miał wyboru. Musiał odbyć pierwszy test… Drugi test sprawdzający jego fizyczne umiejętności, czyli w ogóle dotrzeć do Homo Moher. Uprzedzony przez wejdźmina wiedział, że jeśli powinie mu się noga, to trudno.

Homo Moher, pradawna forteca ulokowana na dwóch najwyższych szczytach w okolicy, napawała grozą. Strzeliste wieże, kraty w oknach, ostrokoły i czerwone ślady rozmazane na murach podejrzliwie pachnące martwymi truskawkami skutecznie odstraszały nieproszonych gości. Przed samą bramą panował przeszywający aż do kości chłód, padał deszcz i grzmiało. Zołman cofnął się o krok, bo krok wcześniej już nie padało.
Wejdźmin ominął deszcz i dopasował swój medalion do wyżłobienia w kształcie serca. Ciężka, czterometrowa zbrojona kolcami brama zaskrzypiała rozwierając się. Kłęby dymu wzbiły się w górę, powoli opadając.
Gejralt zamknął oczy i wciągnął powietrze nosem unosząc podbródek. Uśmiechnął się przy tym lekko. Do jego uszu dochodziły coraz głośniejsze dźwięki dudniącej muzyki. Zapach truskawek, odżywki do włosów i blask cekinów mieniących się na jego twarzy sprawiły, że się rozmarzył.
– Czuję się jak w domu… – wyszeptał.
– Gejralt, kurwa – zaczął Zołman. – Przecież ty jesteś w domu.
Wejdźmin przeszedł przez bramę tanecznym krokiem pozdrawiając sędziwego starca, który lał wodę ze szlaucha przed wejście i imitował dźwięki burzy, wesoło popierdując w coś na kształt trąby.

Homo Moher, kompleks zamkowy z siedemdziesięcioma eleganckimi pokojami, dziewięćdziesięcioma pięcioma łazienkami, jadalnią w kształcie serca, wyrafinowanym zespołem spa, czternastoma wykwalifikowanymi masażystami, sauną, rozległym dziedzińcem z licznymi basenami o osobliwych kształtach i eleganckim barem pośrodku, tętniła życiem. Grała muzyka z hitami z pierwszych list przebojów, drinki i ostrzałki do golenia nóg rozdawano tu za darmo, świeciło słońce, a na leżakach wygrzewali się błyszczący od olejków wejdźmini popijając kolorowe trunki. Inni pływali na różowych materacach przemierzając baseny wzdłuż i wszerz (no, głównie wzdłuż), lub zjeżdżali na fikuśnych ślizgawkach, co też czynili z wielką frajdą. Mlaskier pobiegł w ich stronę.

– Gejralt! Kupę lat! – zawołał Wazelin, najstarszy z wejdźmińskiego cechu i zarazem ojciec wszystkich wejdźminów, doskonały nauczyciel, stary zboczeniec i pierwszy imprezowicz. – Nic się nie zmieniłeś! Chociaż przydałby ci się odprężający masaż i jakaś maseczka na podkrążone oczy. Roberto, zajmij się Gejraltem. Zaraz zrobimy cię na bóstwo!
Wazelin rozłożył ramiona.
– Zołman! Ty tu chyba pierwszy raz? Witaj po tej stronie Homo Moher, gdzie w jacuzzi są oliwki, w martini pływają bąbelki, na drzewach rosną życzenia, a gruszki spełniają marzenia! Czy coś takiego. O! – wrzasnął nagle. – Gejralt, widzę że przyprowadziłeś nowego rekruta. No no, nada się. Chłopcze, możesz być z siebie dumny. Zostałeś… „zwerbowany” – rzekł, puszczając mu oczko – przez najlepszego wejdźmina, jaki stąpał po tej ziemi. Choć no tu, niech cię ucałuję!
– Nawet nie chcę na to patrzeć – burknął Zołman.

Masażysta pocierał ciepłe dłonie olejkiem kokosowym i z wielką gracją przyłożył je do idealnie gładkich, jasnych pleców, odgarniając uprzednio pasemka srebrnych włosów. Powietrze było ciężkie i senne. Słodkawe zapachy, czuły Roberto i iskrzący ogień rozluźniły roznegliżowanego wejdźmina.
– To co cię do nas sprowadza, Srebrny Wilku? – wtrącił Wazelin, przyglądający się Gejraltowi z drugiego końca sali. Palił fajkę waniliową uważając przy tym, by nie podpalić swej bujnej, fioletowej brody. – Przyszedłeś podszkolić młodych rekrutów?
– Hmm, nie – mruknął Gejralt w półśnie. – Już jednego młodego wczoraj wyszkoliłem… Tak jakby… niechcący.
– A więc?
– Nie chce mi się już tego masażu. Idę do sauny – odparł i zniknął w wielkiej drewnianej, parującej beczce.

Uroczysta kolacja była już prawie gotowa. Zniecierpliwieni rekruci siedzieli ciasno przy sercowym stole, wyczekując nadejścia legendy. Wielu znało Srebrnego Wilka tylko z opowiadań, toteż ekscytacja sięgała zenitu.
Na sali rozległ się pomruk zdumienia, a potem zbiorowe westchnienie. Gejralt, ubrany w biały dublet ze srebrnymi wstawkami, giętko zszedł ze schodków, przeczesał gęste włosy i spoczął na samym czubku sercowego stołu, uśmiechając się zalotnie. Wiedział, jak zrobić wrażenie.
– Może pralinkę? – odezwał się kelner.
– A żebyś wiedział – zaczął ochoczo Zołman, siedzący obok Gejralta.
– Zołmanie, nie jedz tego – rozkazał wejdźmin.
– A to niby czemu?
– Jak sama nazwa wskazuje, ta pra-linka to coś bardzo starego. Czyli nieświeża.
Zołman zdębiał.
– Jak prababcia. Albo prawidło – tłumaczył wejdźmin, wywracając oczami.
Krasnolud zjadł pralinkę.
– E he. A możesz mi w takim razie powiedzieć, co to jest „widło”? – zapytał.
– Taki duch, Zołmanie – szepnął Gejralt. – Nie zadawaj takich oczywistych pytań głośno, bo się będą z ciebie śmiać.
Kiedy Srebrny Wilk skończył opowiadać młodym rekrutom o swoich ostatnich przygodach, Zołman był już zbyt pijany, aby bronić się przed ściskającymi go wejdźminami. Mlaskier zaczął mówić wierszem. Było grubo po północy.

Gejralt zamilkł nagle. Wyciągnął zapałkę, odpalił ją i uniósł. Tańczący płomień odbijał się w jego zmartwionych, błyszczących oczach. Nikt prócz Wazelina nie zwrócił na to uwagi.
– Kończy mi się czas, Wazelinie – rzekł wejdźmin.
– Czas na co? – dopytywał nauczyciel.
– Przyjechałem zregenerować siły. Być może po raz ostatni.
– Jak zwykle dramatyzujesz, Gejralt.
– Nie tym razem. Jestem w czarnej dupie.
– Tak, słyszałem o Mundo.
Gejralt przewrócił oczami.
– Nie o to mi chodziło – odparł. – Być może niedługo będę potrzebował pomocy wszystkich braci.
– Powiesz mi, co się dzieje?
– Mmm… – wejdźmin zastanowił się. – Nie.
– Wiedz, że zawsze możesz na nas liczyć – wygłosił Wazelin i przysnął na moment.

Na sali skończył się alkohol i eliksiry, toteż większość wejdźminów popadła w czarną rozpacz.

– To co teraz będziesz robił? – dopytał Wazelin, ocknąwszy się na okrzyk „jest wódka!”.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jutro ruszam z powrotem do Wyrżnijmy, Fjutest ciągle mi wisi. Ale najpierw… – dodał, wychylił kielicha i wmieszał się w tłum młodych rekrutów.

Mlaskier wyszedł na zewnątrz. Przejechał palcem po czerwonej mazi na murach i uśmiechnął się. Lubił dżem truskawkowy. Wdrapał się na jedną z wież i usiadł na dachu, z którego rozciągał się widok na całe Homo Moher. Pod sobą miał obszerny dziedziniec, bardzo różniący się od tego z basenami i radosną muzyką. Zrobiło mu się smutno i poczuł się samotnie. Pomyślał wtedy o Gejralcie.
Spojrzał na rozgwieżdżone niebo, zamknął oczy i podkulił kolana.
– Chciałbym, żeby Gejralt dostał to, czego pragnie najbardziej – szepnął.
Jedna z gwiazd rozbłysnęła, mrugnęła i zniknęła, pozostawiając za sobą mieniący się ogon.

Rozdział II – „Raz, dwa, trzy”

Na przestrzeni lat cech wejdźminów wypróbował różne strategie pozyskiwania nowych rekrutów. Najbardziej mistyczną, a zarazem najsłynniejszą było prawo niespodziewanki. Polegało ono na tym, że zamiast zapłaty w formie finansowej, klient wejdźmina mógł zgodzić się na oddanie mu pierwszej rzeczy, którą zastanie po powrocie do domu, a której się nie spodziewał. W ten sposób cech wzbogacił się o kilka kulawych zwierząt, liczne listy od poborców podatkowych i sądów, tort urodzinowy, dziurę w dachu i tyfus. Raz po powrocie do domu klientka wejdźmina Lamparta zastała w łóżku swojego męża kochanka, ale okazało się, że to Gejralt, a on wejdźminem już był. Trzeba więc było szukać innych sposobów, i po licznych deliberacjach część Wielkiej Rady ustaliła, że najlepiej będzie po prostu się napić. Część ta składała się dokładnie z jednego, srebrnowłosego wejdźmina.

– Gejralt – powiedział krasnolud Zołman, siedząc przy barze w urokliwej knajpce o nazwie Wypruty Flak. – Ty nie miałeś czasem zrobić sobie dnia bez alkoholu?
– Miałem, miałem. – odpowiedział wejdźmin znad kufla wyrżnijmijskiego piwa. – Ale pojawiły się nowe okoliczności.
– W sensie, jednak stwierdziłeś, że ci się nie chce.
– To nieprawda – powiedział Gejralt. – Chociaż muszę przyznać, że to prawda. Posłuchaj, Zołmanie, potrzebujemy nowych członków.
Krasnolud wpatrywał się w Gejralta z kamienną twarzą.
– Oj Zołmaaan, przecież wiesz o co mi chodzi.
– Ten jeden raz dam ci kredyt zaufania – powiedział ostrożnie krasnolud, po raz trzydziesty czwarty podczas całej ich znajomości. – Gdzie chcesz ich szukać?
– Myślałem, że tutaj. Ale jakoś nikt mi nie wpadł w oko. Przy okazji, szukając tych członków, moglibyśmy też rozejrzeć się za nowymi kandydatami do cechu wejdźminów. Ale to akurat będzie trudne, bo rytuał przemiany w wejdźmina to nie przelewki
– Nie skomentuję tego. Gejralt, wiesz dlaczego nikt do tej pory nie przykuł tu twojej uwagi?
– No?
– Bo tutaj, kurwa, nikogo nie ma.

Rozejrzeli się. W całym lokalu oprócz nich nie było żywej duszy. Nawet miejsce, gdzie powinien stać barman świeciło pustkami. Każdy wiedział, że nie istniało takie zjawisko jak pusty, wyrżnijmijski pub, więc sytuacja wymagała natychmiastowej uwagi. Na domiar złego, tam, gdzie wcześniej stały otworem drzwi wyjściowe była teraz ściana, nie zakłócona niczym z wyjątkiem wiszącego sobie, jakby nigdy nic, obrazka z pieskiem.

– Jak to możliwe? – powiedział powoli Zołman.
– Nie wiem – rozejrzał się wejdźmin z niepokojem. Po chwili zatrzepotał rzęsami. – Ale skoro już jesteśmy całkiem sami…

Nie dokończył, bo całe pomieszczenie rozświetliło się magicznym blaskiem, a pomiędzy nim a krasnoludem zmaterializowało się w powietrzu okno. Nie okno, takie jak, na przykład, okno na świat, ani okno tunelu czasoprzestrzennego, tylko zwykłe okno w drewnianej oprawie. Gwałtownie otworzyło się i wysunęła się z niego górna połowa czarodzieja Dyrdymała, która, nie zwlekając, złapała Gejralta za fraki. Czarodziej był rozczochrany, nie miał na sobie kapelusza i mówił, a właściwie krzyczał w wielkim pośpiechu.

– Gejralt! Przybywam z niedalekiej przyszłości. Mam tylko kilka sekund! Ważą się losy świata. Jesteście uwięzieni! To bardzo ważn… Puf! – Okno zniknęło w jednej chwili wraz z Dyrdymałem.
Krasnolud i wejdźmin spojrzeli na siebie pytająco.
– Co to kur… – zaczął mówić Zołman, ale portal z Dydrymałem pojawił się ponownie.
– To bardzo ważne! Nie wylej dziś piwa! Zapoczątkuje to łańcuch zdarzeń, które… – wrzasnął czarodziej, ale w tym samym momencie znów zniknął.
Towarzysze odczekali chwilę, żeby upewnić się, że tym razem zniknął na dobre.
– Powiedz, że chociaż trochę wiesz o co tu chodzi. – powiedział Krasnolud.
– Zaczynam podejrzewać – zamyślił się Gejralt.

Powietrze rozbrysnęło na sekundę. Znów pojawiło się okno, ale czarodziej mruknął tylko coś do siebie i sięgnął po stojący na stoliku kieliszek wódki, schował się w portalu i zniknął.
Tym razem odczekali dłuższą chwilę. Sytuacja nie powtórzyła się.
– Wygląda na to, że mamy problem, Zołmanie – powiedział wejdźmin.
– Nie pierdol. Nie wiem, co tu jest grane, ale bardzo mi się to nie podoba.
– Wygląda na to, że w jakiś sposób zostaliśmy przeniesieni do innej rzeczywistości. Ktoś, kto to zrobił mógł być bardzo potężnym czarodziejem, co jest raczej wątpliwe. Szczególnie, że Dyrdymał, mimo swoich wyobrażeń o potędze, jest raczej… no w każdym razie bardziej prawdopodobne jest, mój drogi, że padliśmy ofiarą niecnych knowań niedowierza.
– Oczywiście, że tak – pacnął się w czoło krasnolud. – Ech. Co to jest?
– Hmm… No, to takie jakby złe zamiary.
– Wiem, co to są knowania – Zołman po tych wszystkich latach wykształcił w sobie pewien rodzaj specyficznej cierpliwości. – Co to jest niedo-cośtam?

Niedowierz, jak wyjaśniał Wielki Wejdźmiński Bestiariusz z misiem na okładce, potrafił więzić swoje ofiary w zaczarowanej rzeczywistości. Posiadał też zdolność zmieniania się w dowolny przedmiot, dzięki czemu bardzo trudno było go znaleźć. Aby wywabić go z kryjówki, należało zlokalizować rzecz, w którą się przemienił i wykorzystać największą słabość Niedowierza. Postanowili zająć się tym pierwszym, nic jednak na pierwszy rzut oka nie wydawało się szczególnie podejrzane.

Po dalszych poszukiwaniach zwrócili uwagę na dziwne urządzenie stojące na komódce. Jak wyjaśnił wejdźmin, widział coś takiego kiedyś podczas wyprawy do Hin. Składało się z dwóch połączonych pionowo naczyń, w których przesypywał się piasek. Z tego co Gejralt pamiętał, nazywało się Klep Se Wydra, i służyło do odmierzania czasu. Było jednak kompletnie nie znane w tej części świata. Zołman odwrócił urządzenie i obaj cierpliwie poczekali kilka minut aż cały piasek przesypie się.

– No i? – powiedział Zołman patrząc na Klep Se Wydrę sceptycznie. – Która jest godzina?
– Nie wiem, myślałem, że to… będzie wiadomo. – powiedział Gejralt. – To jakieś gówno. Niedowierz nie zmieniłby się w takie gówno.
Poszukiwania trwały.
Na ścianie wisiało antyczne zdobione zwierciadło, które wydawało się skupiać na sobie uwagę większą, niż reszta pomieszczenia. Gejralt podszedł do niego ostrożnie. W zwierciadle zmaterializowała się twarz, która spojrzała na niego uważnie, pokiwała głową z aprobatą i przemówiła.
– Ależ ja mam piękny nosek – zakomunikowała. – Zołman, czy ty widzisz jaki ja mam piękny nosek?
– Gejralt, zostaw to lustro i chodź. Mam coś lepszego. – odkrzyknął krasnolud z drugiego końca pomieszczenia.

Mop stojący obok starego regału sam w sobie nie miał nic nadzwyczajnego. Towarzysze jednak spojrzeli na siebie i parsknęli śmiechem. Dowolna rzecz służąca utrzymaniu czystości, stanowiła w wyrżnijmijskich pubach tak nieodłączny element krajobrazu jak wieloryb w sklepie z ręcznikami.

– To na pewno on. Teraz patrz. Pokażę Ci, dlaczego niedowierz tak się nazywa. – powiedział Gejralt.
– Hej, ty – zwrócił się do mopa. – Jestem wejdźminem.
Mop zachwiał się lekko.
– Mam na imię Gejralt, a to jest Zołman.
Potwór nie mógł oprzeć się pokusie. Mop zadrżał i w jednej chwili przemienił się w wysoką, bladą postać o małych, głęboko osadzonych oczkach.
– Nie wydaje mnie się – powiedział niedowierz patrząc na nich z niedowierzaniem.
– To prawda. Uwięziłeś nas tu, a teraz nas wypuścisz.
– Czyżby? – niedowierz podniósł jedną brew.
Zołman chciał wytłumaczyć mu dlaczego właśnie to za chwilę zrobi, ale Gejralt wyjaśnił, że niedowierz o zawartości topora w głowie przekraczającej zero nie będzie w stanie ich uwolnić.
– Niedowierzu – powiedział wejdźmin. – Bardzo chcielibyśmy wrócić do domu.
– Ha ha ha – syknęło monstrum. – No chyba nie. Zostaniecie tu na zawszszszszsze! – krzyknął a następnie rozbłysnął niebieskim światłem i zniknął.
– Znowu się w coś zmienił – wejdźmin rozejrzał się po sali.
– Gejralt, zaczyna mnie to wszystko wkurwiać – przyznał szczerze krasnolud.
– Mam pewien pomysł. Zmusimy go do przeniesienia nas z powrotem do normalnej rzeczywistości. Posłuchaj mnie uważnie…

– Naprawdę tak to wygląda? – powiedział Zołman. – Serio?
– Tak, a co w tym dziwnego? – wzruszył ramionami Gejralt. – Uwaga, zaczynamy.
– Mam w kieszeni coś fajnego! – krzyknął głośno. Krasnolud stał obok lustrując otoczenie. Wskazał na stojącą w kącie donicę, która poruszyła się nieznacznie. Gejralt pokiwał głową i podszedł do niej powoli.
– Baardzo fajnego. Mam to. Tra la la, ale fajne.
Donica dygotała przez chwilę lekko i w końcu z głośnym “Pop!” zamieniła się w stwora, który wstał i dopadł do Gejralta.
– Wąątpięę! – wysyczał.
– Ależ owszem. – powiedział wejdźmin nonszalanckim tonem. – Patrz.
Potwór wpatrywał się w rękę Gejralta, którą ten włożył do kieszeni. Kiedy ją wyjął, była to wciąż pusta dłoń. Gejralt klepnął nią potwora w ramię i skrzyżował palce.
– Wejdźmin! – krzyknął. – Raz…

Niedowierz rozejrzał się zdezorientowany i chciał nawet nie uwierzyć, ale uśmiechnięta mina Gejralta z przymrużonymi oczami nawet jemu nie pozostawiała żadnego pola do wątpliwości. Potwór rozejrzał się panicznie, i ruszył w stronę Zołmana z wyciągniętą łapą, ten jednak również uśmiechnął się i podniósł dłoń pokazując skrzyżowane palce.
– …dwaaa… – odliczał Gejralt.

Potwór podjął szybką decyzję. Zacisnął oczy, i wykonał kilka skomplikowanych ruchów palcami. Powietrze zamigotało magicznymi iskrami i w tej chwili wszyscy trzej stali pośród gwaru pełnego gości pubu. Niedowierz nie zwlekał. Klepnął w ramię przechodzącego kelnera sycząc “Wejdźmin!”, ale nie zdążył. Sekundę wcześniej Gejralt powiedział już “Trzy!” i chcąc czy nie chcąc, od tej chwili, po wsze czasy, stwór był wejdźminem. Opadły mu ręce i posmutniał. Nabrał też dziwnej ochoty aby zrobić się na bóstwo. “No nie wierzę.” – jęknął do siebie. Skoro jednak i tak nie dało się nic na zaistniałą sytuację poradzić, postanowił jak najszybciej wdrożyć się w tajniki nowego zajęcia, zamówił więc kufel krasnoludzkiego absyntu z zamiarem picia na umór do rana. Do rana dwa dni później.

Zołman otarł pot z czoła, a Gejralt pokiwał głową z satysfakcją. Postanowili pójść w ślady niedowierza. Usiedli przy barze, tym razem wśród muzyki dla ich uszu, którą był gwar dobrze prosperującego lokalu. W tle przygrywał na lutni Mlaskier, prezentując swoją najnowszą kompozycję pod tytułem “Idę równo, wdepnę w błoto”, choć jeszcze coś mu się w tym tytule nie podobało. Okazjonalnie ktoś rzucał w niego pomidorem, którego Mlaskier zjadał w locie i odzyskiwał wiarę w ludzkość, ponieważ ludzkość pokazywała, że jednak jest coś takiego, jak jedzenie za darmo.

Gejralt zapalił cienkiego papierosa. Sięgając po popielniczkę zahaczył o stojące na ladzie piwo, które zachybotało się, przewróciło i rozlało się na blacie. Nikt nie zwrócił na to uwagi.

Rozdział I – „Powrót do czystości”

Po powrocie z odległych krain wszedł do znajomej karczmy i rozejrzał się. Badawczym spojrzeniem objął całe wnętrze i szybko zlokalizował bratnie twarze. Przypomniał sobie, jak bardzo mu ich brakowało, kiedy (zaraz potem, jak Zołman przestał ganiać go z toporem wokół Vinogradu) samotnie wyruszył w zamorską podróż, by przygotować świat na najgorsze.
Najpierw odwiedził skutą lodem Gwintlandię, gdzie stracił poczucie czasu i świadomość na dłuższą chwilę, aby zaraz potem udać się na spalone słońcem pustynie Amen Ryki, skąd niezwłocznie popłynął do Kraju Kwitnącej Śliwki, gdzie dostał najdoskonalszą parę japonek, jaką widział w swoim długim życiu.
Zaprzyjaźniony marynarz, Szaleniec Wojciech, pomógł mu również dostać się do Asstralii, gdzie w miejskiej operze zrozumiał, dlaczego Mlaskier nie może odnieść sukcesu w sztuce, chociaż samej sztuki nie zrozumiał (jednakowoż brawo bił najgłośniej).
W tyfetańskiej świątyni złożył śluby dożywotniego milczenia przed samym Dalej Lamo, których przestrzegał rygorystycznie do momentu, w którym natknął się na małego kotka w czarne paski, czyli przez jakieś pięć minut. W następstwie, goniony przez stado tygrysów, dobiegł aż do Hin, gdzie nauczył się starożytnej sztuki walki Kung-Fuj, której przysiągł sobie nigdy – ale to przenigdy – nie używać.

Podróż swą zakończył wśród czarnych plemion Afri-ki-ki-ki, gdzie ratując pewnego wojownika przed wyjątkowo zawziętym lasodymaczem, zyskał jego dożywotnią miłość, przychylność i osobistego fryzjera, gdyż ten bardzo lubił go czesać.
Ale żaden, nawet najbardziej oddany druh, nie mógł zastąpić mu starych przyjaciół i tego, co poczuł w spodniach, kiedy po siedmiu miesiącach tułaczki i podkradania wszelkiego rodzaju mydeł z najodleglejszych zakątków świata, spostrzegł jednego z nich.
– Zołmanie! – zawołał unosząc ręce.
Krasnolud rozpromienił się i zbliżył do wejdźmina. Nawet by go utulił, gdyby zza jego pleców nie wyłonił się potężny, ponad dwumetrowy, ciemnoskóry człowiek.

– Gejralt, kurwa. Kto to jest? – spytał, poważniejąc.
Wejdźmin westchnął i opuścił przygotowane do ściskania ramiona.
– To jest Mundo. Mundo, to jest Zołman, Zołmanie, to jest Mundo – rzekł szybko i na powrót przygotował się do przytulania.
– Dlaczego Mundo jest…? – krasnolud odsunął się nieco. – Dlaczego on ma na sobie tylko pasek?
Mundo pomachał Zołmanowi, ale po reprymendzie wejdźmina zawstydził się i uczynił to samo ręką.
– Trochę więcej tolerancji Zołmanie – rzekł Gejralt. – Mundo pochodzi z plemienia Zulugolasów. Tam są takie zwyczaje.
– Co jak co, Gejralt – oburzył się krasnolud. – Ale tolerancji, TOLERANCJI, to ty mi nie wypominaj!
– Uprzedzając twoje kolejne pytanie; uratowałem mu życie, a wedle tamtejszego prawa, za taką przysługę, należy mi się dożywotnia posługa.
– Wejdźmin być dobry dla Mundo – wydukał przybysz. – Mundo kochać wejdźmin i zrobić dla wejdźmin wszystko.
Zołman stał chwilę w bezruchu błądząc oczami.
– W… wszystko? – wymamrotał w końcu.
– Wszystko, wszystko – odparł Gejralt uśmiechając się psotnie. – Chociaż, tak między nami Zołmanie, gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądało, to bym go zostawił z tym lasodymaczem. Może by się podszkolił.
– Dobra! – przerwał krasnolud. – Nic więcej nie chcę wiedzieć! Aczkolwiek nie – rzekł po krótkiej chwili. – Mam jeszcze jedno pytanie, chociaż nie jestem pewien, czy rzeczywiście chcę znać odpowiedź.
– Kto pyta nie błoci – zachęcił Gejralt.
– Błądzi.
– Kto błądzi?
– Mówi się: kto pyta, nie błądzi – wyjaśnił krasnolud. – No nieważne. To pytam: Dlaczego ten cały Mundo taszczy na plecach worek mydła?
– Mydła? A tak, mydła. To jest mydło, do zakopywania w ziemi. Ale można się też nim umyć. Mogę cię namydlić, chcesz? Dać ci jedno?
Krasnolud tracił cierpliwość.
– Nie pojechałem na wycieczkę, Zołmanie – oburzył się Gejralt. – Przez dwadzieścia osiem tygodni zakopywałem mydła we wszystkich znanych mi krainach. Na wypadek potopu, pamiętasz?

Krasnolud pamiętał. Owy „biblijny potop” to określenie na pewnego rodzaju tajemnicze zjawisko, które powstaje wówczas, gdy ktokolwiek zdoła oszukać czarodziejkę – i to nie byle jaką – ale Dżemmefer, bo o niej mowa, do zwyczajnych wieszczek nie należała.
– I to mydło, to po co? – spytał krasnolud. – Żeby mogła się umyć, gdziekolwiek akurat będzie?
– Nie, Zołmanie, pomyśl czasem. Będzie potop, czyli dużo wody. Zakopane co kilka metrów mydło spieni się po kontakcie z nią. I będzie dużo piany! A wtedy…
Krasnolud machnął ręką.
– Nie, nie – rzekł. – O pianie to ty sobie porozmawiaj z Mlaskrem. Na pewno się ucieszy.
– To tylko pierwszy etap przygotowań – podsumował Gejralt. – Czeka nas jeszcze dużo pracy. A właśnie, gdzie jest Mlaskier? Przed chwilą go widziałem…
Zołman zaśmiał się.
– Nasz grajek się zakochał! – zatriumfował.
– Zakochał?
– A żebyś wiedział. Ma dziewczynę.
– Mlaskier ma dziewczynę? Jesteś pewny? Ale taką…? Dziewczynę… dziewczynę?
– No a jaką!
– Ale jak to?

Mundo, wciąż stojący niczym góra gliny za Gejraltem, rzucił wór mydła na ziemię i natychmiast zawiesił się na jego plecach obejmując go szczelnie wielkimi łapami.
– Wejdźmin nie smuta – rzekł. – Mundo nigdy nie opuścić.
Wejdźmin posmutniał jeszcze bardziej.

Gejralt nie mógł uwierzyć własnym oczom. Mlaskier był ubrany – i to nawet w pełnej długości spodnie (choć strój ten w dalszym ciągu odzwierciedlał jego infantylną osobowość i zamiłowanie do pewnego koloru). Szedł, nucąc coś pod nosem, i wyglądał jakby chciał namówić swoją towarzyszkę do tańca, co mu kompletnie nie wychodziło. Jej mina mówiła sama za siebie: przestań idioto.
– Mlaskier! – zawołał Zołman. – Zostaw na chwilę swoją pannę i chodź zobacz kto przyszedł!
Oczy Mlaskra rozszerzyły się. Grajek pociągnął dziewczynę za rękę i w podskokach dotarł do wejdźmina.
– Geeejraaalt…! – zaśpiewał, próbując wtulić się gdzieś pomiędzy niego, a zaciśnięte ramiona Munda. – Patrz co mam!
Mlaskier wskazał na stojącą za nim szczupłą niewiastę o niebieskich włosach i zmrużonych czerwonych oczach, które wpatrywały się w niego złowieszczo.
– To moja dziewczyna – pochwalił się grajek.
– Cześć – odparła wyciągając rękę. – Ruch Anna jestem. A ty to pewnie ten słynny wejdźmin Gejralt?
Gejralt skrzywił się. W duchu cieszył się, że jest unieruchomiony i nie może się fizycznie przywitać, ponieważ każde dotknięcie dziewczyny przywoływało w nim najokrutniejsze wspomnienia.
– Ładne imię – zauważył za to. – Witaj Ruchanno.

Gejralt, przekonawszy Munda, że jest już szczęśliwy i nie trzeba go więcej tuli-tulić, dołączył do stolika przyjaciół, gdzie właśnie wznoszony był toast na cześć jego powrotu.
Ponieważ brakowało krzesła, Zulugolas natychmiast pochylił się – na nieszczęście Zołmana w jego stronę – i przybrał pozę „na czworaka”, aby wejdźmin mógł spocząć.
Wejdźmin spoczął i chwycił lampkę wina odginając mały palec.
– Gdzie byłeś cały ten tydzień! – krzyknął Mlaskier.
– Tydzień? – zdziwił się Gejralt. – Nie było mnie dokładnie sto dziewięćdziesiąt sześć dni.
Mlaskier próbował sobie wyobrazić tyle dni, ale mu nie wychodziło. Wspomógł się nawet wsadzeniem sobie palca do nosa, za co od razu oberwał od swojej wybranki.
Gejralt obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem. Dziewczyna nie była mu dłużna, a kiedy spostrzegła, że Mlaskier zamierza pociamkać pachnący winem korek, ponownie zamachnęła się, uważnie obserwując przy tym wejdźmina.
Gejralt nie wytrzymał. Wstał, zacisnął pięści, zapowietrzył się i wyszedł na fajkę.

Na dworze było ciemno. Taras na piętrze rozpostarł przed nim przyjemny widok. Płomienne latarnie oświetlały brukowane ulice, a w powietrzu dało się wyczuć zapach przemokniętych ciepłym deszczem drewnianych chat.
Wejdźmin oparł się o skrzeczącą balustradę, wypił eliksir „Nostalgia”, spojrzał na miasto i zamyślił się.
– Potwornie się pogubiliście – rzekł nagle. – Nie powinienem was zostawiać samych na tak długo.
– Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
– Od dwóch minut słyszę jak oddychasz – wyjaśnił Gejralt.
Krasnolud wychylił się zza porośniętej bluszczem przypory.
– Nawet się ze mną nie przywitałeś Zołmanie – ciągnął, odwracając się. – W ogóle już mnie nie potrzebujecie.
– Ejże, Gejralt! – zawołał Zołman, klepiąc przyjaciela po plecach, najwyżej jak sięgał. – Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniliśmy!
– No właśnie widzę – rzekł, krzyżując ręce. – Jeszcze ta Ruchanna…

Okno nad nimi otworzyło się z hukiem. Rozpostarte skrzydła z impetem uderzyły o ścianę uwalniając szyby z ram. Ostre końce błyszczących kawałków szkła zaczęły zmierzać w kierunku tarasu.
Gejralt złapał je w Syrden i unieruchomił. Rozłożył ręce.

– No bardzo przepraszam, ale nikt nie będzie w ten sposób traktował Mlaskra! – kontynuował, chodząc w tą i z powrotem. – Poza tym…

Z dachu posypały się dachówki pobrzękując. Wejdźmin od niechcenia wytworzył strumień ognia Znakiem Migni i wycelował w nie, aż całkiem się skruszyły.

– …nie podoba mi się to wasze zasiedlenie się w Vinogradzie. A najbardziej nie podoba mi się to, że…
– Gejralt – przerwał mu Zołman stojący jak słup soli.
Taras pod ich stopami zaczął trzeszczeć.
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud.
Drewniane poszycie obsunęło się, kiedy wsporniki podtrzymujące konstrukcję trzasnęły, łamiąc się w pół. Deski, na których stali, grzmotnęły o ziemię z łomotem.

W powietrzu zawiesił się pył. Tłum ludzi wybiegł z karczmy rozglądając się wokół, a pośród niego – Mlaskier z Anną i Mundo.
– Tam! Tam u góry! – wydarł się jeden z mieszczan, kiedy kurz opadł.
Na metalowej rurce z flagą Vinogradu wisiał Gejralt, którego w ostatniej chwili zdążył chwycić się Zołman.
– …że Mlaskier ma dziewczynę – dokończył wejdźmin.
– Aaaaaah! – krzyknęła Ruchanna z dołu, tupiąc nogą. – Od pół roku męczę się z tym kretynem, z tą zakutą pałą, żeby być blisko ciebie, kiedy nadejdzie odpowiednia okazja! Od pół roku planuję twoją śmierć i czekam na moment, w którym wrócisz z tej swojej przeklętej podróży i w końcu będę mogła cię zabić! – wrzeszczała, rzucając w niego kamieniami.
– Że co proszę? – zapytał Gejralt, odbijając kamienie. – Kretyn? Zakuta pała?
– Aaaaaah! Przez ciebie moja kariera legła w gruzach! A Pac al Pruk mnie ostrzegał! Oj ostrzegał! Przez wiele dni i nocy zapisywałam każde jego słowo, które wypowiadał raz dziennie! Nie posłuchałam go! Nie posłuchałam…! Powinnam być ostrożniejsza!
– Pacan kto? – Gejralt zamyślił się.

Ruchanna od początku mu się nie podobała, szczególnie teraz, kiedy oczy Mlaskra zaszły łzami.
– Mundo – rzekł wejdźmin bardzo powoli zwracając się do Zulugolasa. – Ruchanna jest smutna.
Murzyn zastanowił się chwilę. Podrapał się po głowie i spojrzał na niebiesko-włosą dziewczynę.
– Mundo rozumieć. Mundo opiekować się Ruchanna do końca życia. Nie opuścić. Pa pa – wybełkotał wielkolud „machając” Gejraltowi i ścisnął skrytobójczynię, po czym zniknął w ciemnej uliczce, nie zważając na jej protesty.

Metalowa rurka zatrzeszczała pod zaciśniętą dłonią wejdźmina i ugięła się pod ich ciężarem. Zołman mocniej chwycił Gejralta i zmarszczył twarz czekając na twardy upadek. Flaga zafalowała i zsunęła się na ziemię.
– Ludzieee? – rzucił ktoś z gapiów mrużąc oczy. – A na cym ten krasnolud się cyma?
Tłum spojrzał w górę i przechylił głowy.
Zołman też spojrzał w górę.
Gejralt spojrzał w dół, zachichotał i puścił mu oczko.
– Zołmanie – zaczął. – Uznaję to za serdeczne przywitanie.
Krasnolud nie mógł się doczekać, aż dorwie ten worek z mydłem i umyje ręce.