Gdyby zebrać w jedną całość wszystkie chwile, kiedy wejdźmin mógł odpocząć pod dachem w cieple domowego ogniska, nie uzbierałby się nawet tydzień. Czasami udawało mu się spędzić dzień lub dwa w komnacie Fjutesta, jednak nie dłużej, gdyż król i tak nie dawał mu się wyspać. Łóżka w przydrożnych karczmach i miejskich tawernach z reguły były za drogie, a rzadko który właściciel zgadzał się na inną formę zapłaty. Niektórzy, w wyrazie wdzięczności za okazaną pomoc przy pozbyciu się potwora, proponowali jedzenie lub nocleg, ale z tego drugiego wejdźmin zazwyczaj rezygnował, gdyż często w nocy żona bądź córka gospodarza również chciała odwdzięczyć się w zgoła inny sposób. Zdarzają się jednak okazje, kiedy wejdźmin na swym szlaku znajduje kawałek bezpiecznego schronienia. I to za darmo.
Dźwięk trzaskającego drwa w kominku dawał uczucie odprężenia, a mieniący się ogień przyjemne, ciepłe światło. Gejralt siedział wygodnie w wielkim fotelu i czytał książkę z nogami przewieszonymi przez boczne oparcie. Co jakiś czas zerkał na Zołmana, który pieczołowicie polerował trzonek swojego topora znalezionym gdzieś na strychu preparatem do drewna. Ciężko mu było się w tej sytuacji skupić, ale bardzo chciał dowiedzieć się czy Jaś i Małgosia wydostaną się z piernikowej chatki złej czarownicy, toteż robił co mógł i czytał, przykładając książkę niemalże do czoła (choć i tak co chwilę znad niej wyglądał…)
Na dworze było zimno. Bo była zima, jak słusznie zauważył Mlaskier po wyjściu na zewnątrz, i który zażywał kąpieli w śniegu obok opuszczonej drewnianej chaty, w której wejdźmin i krasnolud próbowali sobie nawzajem nie przeszkadzać. Kiedy całkiem przemarzł na kość, wrócił do środka i udał się do pokoju kąpielnego, celem urządzenia sobie kąpieli ciepłej, tak dla odmiany. Po chwili jednak dołączył do reszty. Oczy miał duże i przerażone.
– Co się stało, Mlaskruś? – zapytał wejdźmin unosząc głowę znad czytadła.
– W wannie jest pająk. I nie mogę się umyć.
– Ojej – powiedział Gejralt i wstał.
Po drodze spytał Zołmana, czy nie boli go już ręka.
W wannie rzeczywiście był pająk. Wejdźmin podniósł za nóżkę małą, czarną kuleczkę i wyniósł ją na zewnątrz, po czym wrócił do Mlaskra i ucałował go w nosek, z którego zwisały sopelki lodu.
– Już – powiedział. – Idź się ogrzej, jesteś cały skostniały.
Mlaskier poszedł, po czym znowu wrócił.
– W wannie dalej jest pająk – powiedział.
Gejralt ponownie odłożył książkę i powtórzył czynność, ale pająk znów powrócił. Za trzecim razem wejdźmin obiecał Mlaskrowi, że zostanie z nim podczas całej kąpieli. Bardzo krótką chwilę później obiecał mu także, że zaraz go rozgrzeje.
Do uszu krasnoluda docierało zdecydowanie za dużo pluskania.
Zołman zaklął.
– Ciszej tam! – wrzasnął i wyjął ze swojej torby nauszniki z króliczego futra. Usłyszał, że może się przyłączyć. Westchnął. Zaczął energiczniej pocierać trzonek pastą. Przyglądając się coraz ładniej błyszczącemu się drewnu zorientował się, że nauszniki nie sprawdzają się w stu procentach. Natychmiast odłożył szmatkę i wstał biorąc ze sobą topór.
– Zabije ich, kurwa, jak matkę kocham… – burknął.
Drogę przeciął mu pająk. Zołman mógłby przysiąc, że macha do niego dwiema przednimi kończynami. Krasnolud zignorował go, ponieważ miał w planach coś większego do zabicia, ale ośmionóg znów stanął mu na drodze. Tym razem machał i podskakiwał. Krasnolud wzdrygnął się.
– Gejralt! – wrzasnął, nie spuszczając robaka z oczu. – Wyłaź stamtąd! Ten pająk chyba czegoś od nas chce.
Mlaskier kulił się na kanapie szczelnie owinięty ręcznikiem i z daleka przyglądał się przyjaciołom, którzy próbowali znaleźć wspólny język z przedstawicielem pewnego gatunku, za którym poeta akurat niespecjalnie przepadał.
– No dobrze panie pająku – zaczął wejdźmin. – Podniesiona jedna nóżka będzie znaczyła tak, a jeśli podniesie pan dwie, powie pan nie. Zrozumiałe? – spytał Gejralt zakładając ręce.
Pająk podniósł jedną nogę i zamrugał. Wejdźmin zachichotał.
– Matko, jakie to urocze. No dobrze. Zacznijmy od początku. Co się stało, kim pan jest i dlaczego jest pan rozumnym pająkiem?
Pająk rozejrzał się.
– Jedna nóżka na tak, dwie na nie – przypomniał wejdźmin unosząc palec.
Zołman pokiwał głową burcząc coś pod nosem i spojrzał w sufit. Zwrócił uwagę przyjacielowi, że na te pytania nie da się odpowiedzieć w umówiony sposób. Wejdźmin zastanowił się i przyznał mu rację.
– Co pan tu robi? – zadał kolejne pytanie. – Nie, też nie. Czy jest pan człowiekiem?
Pająk uniósł jedną nóżkę.
– A nie prawda, bo jest pan pająkiem – jak słusznie według Mlaskra zauważył Gejralt. – Ale pewnie pomyślał pan że pytam, czy wcześniej pan był. Bo chyba nie chce mnie pan okłamać, czyż nie?
Pająk spojrzał w bok i po chwili ponownie uniósł nogę, trochę mniej pewnie niż poprzednio.
– Ja mam na imię Gejralt, jestem wejdźminem i pewnie umiałbym panu pomóc, ale nie wiem o co panu chodzi z tym byciem pająkiem.
Pająk wzruszył kilkoma nogami na raz i odszedł na bok. Wszedł na odkorkowaną butelkę, spuścił się po nitce pajęczyny do środka i napił się wina.
Wejdźmin spojrzał na połyskującą nić i zmarszczył się.
– Umie pan wyplatać litery? – zapytał.
Kilka kwadransów później starannie wyhawtowane znaki ozdobiły ścianę. Okazało się, że zaklęty w pająka jegomość ma na imię Jurek i niegdyś mieszkał w tym domu. Pewnego razu spotkał tajemniczą czarodziejkę, która obiecała spełnić trzy jego życzenia. Uradowany mężczyzna zażyczył sobie bogactwa, pięknej niewiasty z dużymi oczami oraz pałacu. Kiedy wieszczka zaprotestowała, przyszło mu być pająkiem. Owa czarodziejka mieszkała na krańcu lasu.
– Jak dokładnie brzmiały jej słowa?
Wejdźmin czekał cierpliwie aż Jurek wyplecie kolejne zdanie. Literka po literce przed jego oczami ukazała się treść.
Gejralt odczytał ją na głos.
– „Nigdzie nie będziesz mile widziany, twoją podłogą zostaną ściany, ludzie na twój widok będą krzyczeć, a ty lepiej uciekaj, jeśli chcesz zachować życie”
Wejdźmin skrzywił usta.
– To nie żadna klątwa, tylko słowa zaklęcia. Oszukała cię, Juruś. I to nie była żadna czarodziejka, tylko Wejdźma Pająkowa – wyjaśnił. – Do tego początkująca, bo musiała powiedzieć zaklęcie na głos.
– Kto taki? – spytał Zołman.
– Wejdźma Pająkowa – powtórzył Gejralt. – Taka jakby niedorobiona czarodziejka, co nie umie nic innego, tylko zamieniać w pająki.
Krasnolud nie rozumiał, toteż wejdźmin tłumaczył dalej:
– No te wejdźmy, Zołmanie, to są takie jakby „odpady” z Łoża Czarodziejek. Nie wszystkie dziewczyny się nadają. Te, które nie mogą się niczego więcej nauczyć, są wyrzucane ze szkoły. Zaszywają się wtedy w opuszczonych chatkach, na drzewach, w jaskiniach, na bagnach albo innym odludziu i nazywają siebie wejdźmami. Używają tego jednego zaklęcia, którego się nauczyły, żeby poprawić sobie humor. Są różne wejdźmy. Pająkowa, Kamieniowa, Czosnkowa…
– Po co uczą je takich bzdur?! – wzburzył się Zołman.
– Czarodziejki zaczynają naukę od najprostszych rzeczy. Jak któraś ledwo radzi sobie z zamienianiem jednej rzeczy w drugą, to znaczy, że czarodziejki z niej nie będzie. Tak samo jest z wejdźminami. Myślisz, że od razu umiałem wyczarować ogień? Na początku ledwo wychodziła mi iskierka i to do tego zimna. Nazwałem ją „Zimny ogień”. A wiesz, ile się musiałem nacałować, żeby nauczyć się wpływać na czyjąś wole? Masakra.
– Tak jeszcze tylko spytam… – Zołman podrapał się po głowie. – W Homo Moher nie ma żadnych kobiet? I nie było?
– Nie, a co?
– Nic…
Pająk Jurek zastukał piąstką w butelkę wina, aby zwrócić na siebie uwagę. Pytająco rozłożył przednie kończyny.
– Racja – przyznał wejdźmin. – Nim wyruszymy, powinniśmy się napić.
Droga na kraniec lasu była kręta, stroma i niewprawionego tropiciela mogłaby wyprowadzić na manowce. Wiła się niemal niezauważalnie pośród skrzypiących drzew i wystających ze śniegu gałęzi. Pająk Jurek jednak dobrze pamiętał tę drogę. Przemierzał ją wiele razy w snach, w których był człowiekiem trzymającym błyszczący i bardzo ostry miecz, którego końcówka wbita była w drewnianą ścianę. Pomiędzy jego ręką trzymającą ostrze, a ścianą, w które było wbite, była wejdźma.
– Jureeek – zagaił Gejralt. – Weź chodź na chwilę i pokaż Mlaskrowi, że jesteś miły.
Poeta tak bardzo bał się Jurka, że wejdźmin całą drogę niósł go na plecach. Pająk zatrzymał się nagle i podbiegł do niego. Zaczął podskakiwać i wskazywać kierunek. Mlaskier się popłakał.
– O – powiedział Gejralt. – Jest chatka wejdźmy. Eee… – jęknął po chwili. – Myślałem, że będzie chociaż z piernika. Jak w tej książce.
– Z… z piernika…? – wyłkał Mlaskier przez łzy.
Chata wejdźmy w żadnym wypadku nie była jadalna. Ale była malutka, jak na przyzwoite lokum wejdźmy przystało. Zapadający się dach z krzywym kominem i połatane ściany porośnięte czarnym bluszczem sugerowały zachowanie ostrożności. Kiedy w końcu udało się odczepić zęby Mlaskra od sparciałego parapetu, Gejralt delikatnie zapukał w małe drzwiczki.
– Przecież to się zaraz wszystko rozleci… – powiedział, kiedy jego oczom ukazała się wejdźma.
Miała jakieś sto dziewięćdziesiąt lat i tak też wyglądała. Przypominała swój rozpadający się dom, tyle że zamiast bluszczem, była porośnięta głębokimi zmarszczkami i kępkami włosów w losowych miejscach na twarzy. Niektóre z tych kępek podnosiły się i przenosiły w inne miejsca na ośmiu szybkich nogach.
– Dzień dobry – przywitał się Gejralt, który tym razem nie poczuł się zawiedziony. To była Wejdźma Pająkowa z prawdziwego zdarzenia.
Sucha zgarbiona starucha wyjęła sobie jedno oko i przyjrzała się zadowolonej twarzy przybysza. Następnie rzuciła okiem w jego towarzyszy.
– Czego tu? – wyrwała.
Wejdźmin uśmiechnął się ukazując sznurek zębów.
– Jaaa, patrzcie jaka fajna! – zwrócił się do przyjaciół odwracając głowę. – No aż normalnie nie mogę. Można?
Mlaskier zemdlał. Wejdźma zostawiła otwarte drzwi i weszła do środka.
– Jeszcze takich debili to nie widziałam… – mruknęła do siebie i rozpaliła ogień pod kotłem.
Pająk Jurek wszedł na taboret i machając nóżkami spokojnie czekał aż wejdźmin załatwi sprawę. Póki co, niewiele na to wskazywało. Gejralt, jak gdyby nigdy nic, oglądał wnętrze chatki i przyznał jej właścicielce, że lepiej sobie tego nie wyobrażał. Pierwszy raz spotkał wejdźmę. Wejdźma z kolei przyglądała się Zołmanowi mrucząc coś pod nosem i doprawiała bulion, co jakiś czas mieszając wywar drewnianą chochlą. Krasnolud w końcu ocucił Mlaskra, ale kazał mu nie otwierać oczu. Gejralt uspokoił go Znakiem i dał mu szyszkę do pociumkania. Zniecierpliwiony Jurek w końcu pociągnął wejdźmina za nogawkę.
– A tak, bo właśnie – zaczął wejdźmin. – Mam taką prośbę. Kiedyś zamieniłaś pewnego poczciwego człowieka w pająka.
– I to nie jednego – skwitowała wejdźma, zanosząc się skrzeczącym rechotem.
Gejraltowi się to nie spodobało.
– Nie możesz tak po prostu zamieniać ludzi w pająki – powiedział.
– Mogę – odrzekła wejdźma i skinęła dwa razy palcem.
Stojący obok Gejralta Zołman i Mlaskier natychmiast się skurczyli. Mlaskier tak się siebie wystraszył, że zaczął przed sobą uciekać. Zaplątał się w swoją własną sieć. Zołman poszedł mu pomóc, ale na niewiele się to zdało, bo sam też był pająkiem. Jurek złapał się za głowę. Gejralt znieruchomiał. Wejdźma schwytała Zołmana w szklankę i razem z tą szklanką wrzuciła go do kotła. Następnie go odczarowała. Krasnolud stał do połowy w podgrzewającym się bulionie. Próbował się ruszyć, ale w kotle było zbyt ciasno. Wlepił wzrok w Gejralta.
– A ty kochasiu – rzekła wejdźma do wejdźmina zacierając ręce – posłużysz mi do czegoś innego.
– Do…? Czego?… – Gejralt cofnął się o krok.
– Z twoich błyszczących żółtych oczu zrobię sobie kolczyki, z twoich perłowych ząbków naszyjnik, a z twoich gęstych, srebrnych włosów szalik na drutach – zamyśliła się. – Zawsze chciałam mieć srebrny szal – powiedziała, po czym wróciła do złowieszczego tonu:
– Ale zacznę od tego, co masz między nogami – wejdźma uśmiechnęła się paskudnie.
Wejdźmin zrobił kolejny krok w tył.
– I…? Co to będzie? Też szalik? – zagadywał, cofając się w stronę okna. Siedzący na parapecie czarny kocur zasyczał wystawiając kły. Gejralt bardzo powoli wziął go na ręce. – Czyli mnie akurat nie chcesz zamienić w pająka?
– Oczywiście, że nie – odparła zalotnie, ukazując jedyną pozostałość sugerującą niegdyś posiadane uzębienie.
– A w kota trafisz? – rzekł tuląc zwierzę. – Czy to już za trudne dla nieprawdziwej czarodziejki?
Wejdźma zmarszczyła się szpetnie. Burknęła coś w złości i buchnęła zaklęciem w stronę kocura. Wejdźmin natychmiast wypuścił futrzaka z rąk. Wiązka czerwonego światła mknęła tnąc powietrze. Swą drogę skończyła na wejdźminie. Gejralt upadł na osiem czarnych nóg i wmieszał się w tłum podobnych sobie.
Wejdźma złapała się za głowę. Próbowała nie zgubić go z oczu – w końcu miała co do niego ściśle określone plany – jednak mieszające się ze sobą pajęczaki wyglądały dokładnie tak samo. Zorientowała się, że teraz już nie wie który jest który. Zaczęła strzelać zaklęciami, ale ciągle nie mogła trafić w tego, w którego chciała. Przypadkiem odczarowała Mlaskra, który na widok tylu pająków, zaczął piszczeć bardzo wysokim jednostajnym dźwiękiem. Jej chata z zewnątrz pobłyskiwała łunami światła wydobywającymi się przez brudne okna, a z jej wnętrza co rusz wybiegali przypadkowi ludzie. Zestresowana wejdźma zaczęła mylić zaklęcie odczarowania z zaczarowaniem. Mlaskier piszczał coraz wyżej, tworząc pęknięcia na szklanych przedmiotach. Zołman zdołał przewrócić kocioł, w którym się znajdował, i wyturlał się z chatki taranując drzwi i połowę ściany. Ucieszył się, ale szybko spostrzegł stromy minus tego czynu. Mina mu zrzedła.
Wejdźma wrzeszczała goniąc swoje ulubione zatyczki do uszu, które schowały się pod łóżkiem wraz ze świecznikiem, szklaną rybą i parą kalesonów. Do środka z hukiem runął komin.
– Nie! – powtarzała próbując odczarowywać rozbiegające się pająki. Nagle spostrzegła, że jeden z nich w ogóle się nie rusza. Strzeliła w niego zaklęciem i uradowana uniosła ręce w górę. Gejralt błyskawicznie chwycił Mlaskra i wyskoczył z nim przez okno, wprost na zaspę śniegu, która stłumiła pisk nie do wytrzymania.
– Geeejraaalt…!!! – darł się Zołman, który toczył się w dół powoli zamieniając się w pierwszą część bałwana.
Wejdźmin zatrzymał go Znakiem – dało mu to jakieś pięć minut czasu. Wrócił do środka. Wejdźma natychmiast wskoczyła mu na plecy.
– Jurek! Gdzie ty jesteś?! – zawołał, próbując zrzucić z siebie staruchę. Na szczęście miała tylko metr dwadzieścia wzrostu i była lekka jak spróchniałe drewno, więc zbytnio mu nie przeszkadzała.
Jeden z pająków zaczął znajomo podskakiwać. Gejralt wypowiedział słowa zaklęcia i wycelował w niego ręką wejdźmy, a właściwie trzymanym w niej drutem, z zaczętym już srebrnym szalikiem.
– Nosz! – zdziwił się Gejralt. – Jak?! Kiedy?!
Mężczyzna podniósł się z ziemi i z niedowierzaniem spojrzał na swoje starcze dłonie. Wejdźmin przerzucił szydełkującą wejdźmę przez plecy wprost na łóżko, które złamało się na pół.
– Krystyna?… – usłyszał.
Starszy, zgarbiony pan stojący na środku tego, co pozostało z chatki wejdźmy, wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.
– Jurek?… – odparła wejdźma.
Wejdźmin oparł ręce na biodrach.
– Ktoś mi wyjaśni, co tu się do jasnej ciasnej dzieje? – zapytał.
– To Krystyna… – wyszeptał Jurek. – Jako pająk widziałem bardzo niewyraźnie… Teraz widzę… Tyle lat…! Krysiu…! – krzyknął starzec i wpadł w objęcia wejdźmy. – Moja pierwsza miłości!
Okazało się, że wtedy przed laty, kiedy wejdźma Krystyna podająca się za czarodziejkę spotkała Jurka, ten nie rozpoznał w niej swej pierwszej młodzieńczej miłości, gdyż nie miał na to najmniejszych szans. Zamaskowana wejdźma, rozzłoszczona jego ignorancją, postanowiła się zemścić. Pod przykrywką trzech życzeń chciała poznać to, czego mężczyzna pragnie najbardziej. Ponieważ żadne z marzeń nie dotyczyło jej samej, zamieniła go w pająka.
Wejdźmin pomyślał, że to strasznie bzdurna historia miłosna i wyszedł na dwór wykopać Mlaskra spod zaspy śniegu. Jak się okazało po jego wyciągnięciu, poeta wciąż piszczał i choć Gejralt robił już absolutnie wszystko, żaden ze sposobów zatkania mu buzi nie pomagał.
– Dobra, trudno – powiedział w końcu i ustawił go w pozycji klęczącej.
Już miał odwołać się do ostateczności, kiedy chatka wejdźmy zadrżała w posadach i runęła na ich tle.
Mlaskier zamilkł.
Wejdźmin przygryzł wargę. Postanowił nie mówić poecie, że w środku byli ludzie.
– Mlaskier? – zapytał. – A gdzie jest Zołman?
Kiedy wejdźmin Gejralt przypomniał sobie ostatni raz kiedy widział krasnoluda i natychmiast pobiegł go ratować, spod opadającego pyłu na stosie cegieł, wyłoniła się nóżka, a zaraz potem siedem kolejnych. Nóżki te wciągnęły na szczyt gruzowiska kolejne osiem kończyn. Właściciel pierwszych nóg zaczął na nich podskakiwać, a właścicielka drugiego zestawu sprytnych kończyn opleciona była pięknym, srebrnym szalem zrobionym z własnej, pajęczej sieci.
KONIEC