Rozdział X – „Za pan brat”

Po tajemniczej historii z wonszołakami i niepamiętnym tygodniu spędzonym pod wsią Polędwica, budżet całej trójki poważnie ucierpiał. Po czternastu nieudanych recitalach Mlaskra, wspólnie zadecydowali, że od dzisiaj to krasnolud Zołman będzie trzymał pieczę nad ich budżetem, oraz że ich ostatnią nadzieją na odbicie się od dna jest wejdźmin Gejralt, który rozpaczliwie szukał zleceń we wszystkich okolicznych wsiach, aby nie umrzeć z głodu. Zołman co prawda doszedł już do siebie, choć po dziś dzień czuje nieprzyjemne mrowienie na karku, kiedy wypowiada słowa: ja pierdolę.
Szczęście uśmiechnęło się do nich dopiero we wsi Dmuchawięc, ostatniej wsi położonej na wschód od Vinogradu.

– A tam, pierdolenie – skwitował Zołman, po piętnastominutowej wypowiedzi wejdźmina. – Przestałbyś ubierać się jak baba, to może moglibyśmy przechodzić przez wioski nie wzbudzając aż takiej sensacji.
– No dobrze, powiem wprost. Myślałem, że tak będę ci się bardziej podobał – wyjaśnił Gejralt.

Krasnolud postanowił tego nie komentować. W milczeniu podeszli do tutejszej tablicy ogłoszeń, gdzie Gejralt wnikliwie przejrzał wszystkie anonse matrymonialne, oświadczenia o bankructwie i zawiadomienia o zaślubinach, kiedy to uwagę krasnoluda przykuło jedno zlecenie. Była to rozpaczliwa prośba sołtysa wsi o uporanie się ze skrzydlatym potworem, który uwił sobie gniazdo na pobliskim wzgórzu. A przynajmniej tak twierdzili chłopi, co było również umieszczone w treści ogłoszenia, bardzo tłustym drukiem.
Zołman pożyczył szczęścia przyjacielowi i odprawił go machnięciem ręki. Znudzony wejdźmin przewrócił oczami, albowiem nie przepadał za skrzydlatymi stworzeniami, i rzekł na odchodne:

– Zołmanie, pilnuj Mlaskra. Nie czuje się najlepiej po swoich ostatnich występach.

Mlaskier, włócząc nogami, przechadzał się pomiędzy domami i patrząc w ziemię, zbierał co lepsze kąski. Wszyscy wiedzieli, kiedy się nachylał, bo po wsi rozchodził się śmiech i gwizdanie.

– Ech – jęknął krasnolud.

Już miał podejść do grajka, kiedy na jego drodze stanął niewielkich rozmiarów jegomość. Mimo iż dzierżył na plecach dwa miecze i wyglądał nieco inaczej niż go zapamiętał, Zołman dobrze znał owego krasnoluda.

– Złoman… – wyszeptał. – Co… Co tu robisz?
– Witaj braciszku. A więc znów się spotykamy.

Gwoli wyjaśnienia, Złoman, brat bliźniak Zołmana, nie pałał do niego braterską miłością. Bracia pokłócili się przed laty o dziewczynę o imieniu Helenka, a ich spór do dzisiaj nie został rozstrzygnięty.

– Co u Heli? – zapytał Złoman, wyciągając jeden ze swych potężnych mieczy.
– Nie wiem… – wybełkotał Zołman. – Chciałem zapytać o to samo… Co ty z tym mieczem…? Słuchaj, dajmy już temu spokój. Było minęło, nie ma co roztrząsać dawnych spraw…
– Haa! – wrzasnął Złoman. – My wejdźmini, nigdy nie zapominamy!
– Zostałeś wejdźminem…? Ale jak?
– A tak!

Złoman zabłyszczał swymi wypolerowanymi mieczami przed oczami brata, wprawiając go w oszołomienie. Następnie pchnął go pulchną nogą, aż ten znalazł się na ziemi. Wbił ostrza pomiędzy jego kolana, uniósł ręce i wytworzył kulę ognia, która swym blaskiem oślepiła Zołmana. Złoman cisnął nią o ziemię z grymasem na twarzy tuż obok osłaniającego się rękami brata.
Z perspektywy leżącego na ziemi krasnoluda, wszystko to wyglądało wyjątkowo imponująco.
Złoman, zadowolony z efektu, pogroził jeszcze zdezorientowanemu bratu i odszedł w stronę pobliskiej chaty podciągając obszerne spodnie.
Zołman usiadł zastanawiając się, co się właściwie stało, po czym spostrzegł Mlaskra kulącego się na sianie przy stajni i szaleńczo drapiącego się po rzyci. „Cholera”, pomyślał. Zaraz potem usłyszał znajomy głos.

– No ładnie. To ja haruje, a wy sobie leżycie.
Gejralt wyglądał dość mizernie.

– Upolowałeś tę mizernę?
– Mhm. Nudy. Tam jest – powiedział, biorąc łyk z flakonika bez etykietki.

Wskazał na szarpiącego się na sznurku niewielkich rozmiarów ptakowatego, jak twierdził Gejralt, potwora. Mizerna trzepotała barwnymi skrzydełkami popiskując, ale Pupka, do której była przywiązana, pozostawała nieugięta.

– Strasznie mizerna ta mizerna. I w zasadzie wygląda jak papuga – skomentował Zołman. – Dlaczego wciąż żyje?
– A dlaczego miałaby nie żyć? Przecież to tylko papuga. Tylko nie mów nikomu – dodał szeptem.

Krasnolud chciał coś nawet powiedzieć, ale zrezygnował.

– Nie ważne – skwitował. – Dobrze, że jesteś. Jak cię nie było, Mlaskier chyba coś zeżarł i dostał wysypki.
– Gdzie?
– Tam pod pieńkiem, na sianku.
– Pytam, gdzie ta wysypka.
– Tam gdzie słońce nie dochodzi. Chociaż, akurat w jego przypadku, dochodzi.

Gejralt poradził Mlaskrowi, aby udał się do miejscowej zielarki, bo ta wysypka, jak stwierdził, jest w złym miejscu. Zołman nie chciał wiedzieć dlaczego, choć się domyślał. Sam udał się do sołtysa po nagrodę. Sędziwy mężczyzna o ogorzałej twarzy nie był całkiem zadowolony z pracy wejdźmina, toteż Gejralt był zmuszony przystrzyc skrzydełka owej „mizerny” i przekonał go, aby została miejscową atrakcją. Bogatszy o kilkanaście koron, dołączył do krasnoluda, który zniecierpliwiony wypatrywał Mlaskra. Wejdźmin mruknął podejrzliwie zerkając na wystawną chatę znachorki.
– Bogata ta zielarka – zauważył. – Kupimy coś do jedzenia i pójdziemy po Mlaskra – zadecydował, rozglądając się za odpowiednim straganem. – Zołmanie? Dlaczego stoisz po drugiej stronie wioski, przebrany za grubiutkiego wejdźmina?
– Co ty pieprzysz, Gejralt?
– No tam!
– Aaa… Zapomniałem. To mój braciszek…
– O mój Boże, jest tak słodziutki, że nie wytrzymam!
– Gejralt, nie! On jest bardzo niebezpieczny! – wołał Zołman, ale Gejralt, znany ze swojego zamiłowania do wszystkiego, co malutkie, błyskawicznie znalazł się po drugiej stronie wioski.

Podniósł krasnoluda na wysokość swoich oczu i wyprostował ramiona.
– Co ty robisz?! Postaw mnie debilu! – wrzeszczał krasnolud machając rączkami.
– O rany! Jaki on mięciutki! – zachwycał się Gejralt. – Zołmanie, nigdy nie mówiłeś, że masz młodszego braciszka!

Zołman próbował przekonać przyjaciela, że jego brat niewiele ma wspólnego ze słodkościami, ale po raz kolejny tego dnia poniósł porażkę. Gejralt wpatrzony był w niego jak w obrazek, szczerząc się bez przerwy.
– O matko, jest jeszcze mniejszy od ciebie! – ciągnął wejdźmin. – To najsłodsza rzecz, jaką widziałem w życiu!
– Słyszałem, że to samo mówiłeś o Sralineczce – zauważył Zołman.
– Nie przypominaj mi. Patrz! – wrzasnął nagle. – Zrobił sobie na rączce malutką ognistą kuleczkę!
– Gejralt, zdenerwujesz go tylko. To nie jest kuleczka, tylko…
Wejdźmin delikatnie zdmuchnął płomyk, przechylił głowę na bok uśmiechając się i postawił krasnoluda na ziemię tyłem do siebie.
– O rany, popatrz! Jakie ma malutkie wejdźmińskie mieczyki!
Wejdźmin uklęknął i zdjął jeden z nich z pleców krasnoluda.
– Aj ti ti ti! – zaczął, zabawnie drażniąc się z krasnoludem. – Aj ti ti ti! No kto to ma taki malutki wystający brzuszek?

Krasnolud, cały czerwony z nerwów, wściekł się jeszcze bardziej, kiedy końcówka jego miecza po raz kolejny delikatnie ukłuła go w brzuch.
– Dość tego! – wrzasnął wyjmując swój drugi miecz i machnął nim z całej siły wytrącając wejdźminowi ostrze z rąk.
Gejralt zdębiał.
– No to był bardzo gruby nietakt, mój drogi Mniejszy Zołmanie – rzekł, grożąc mu palcem.
– Dość powiedziałem! Nie jestem żaden twój! Mam na imię Złoman, mam trzydzieści jeden lat i jestem prawdziwym rekrutem Krasnoludzkiej Szkoły Wejdźmińskiej!
– Tak, tak, oczywiście, że jesteś – skwitował Gejralt, klepiąc go po szpiczastej czapeczce.
– Argh! Zaraz ci pokażę ty chuda tyczko! – warknął krasnolud ruszając na niego z impetem.
– Ciii…! – szepnął Gejralt.

Wejdźmin powstrzymał szarżę Złomana leniwie blokując go dłonią i wytężył słuch. Krasnolud naciskał z całej siły, ale nijak mógł poradzić sobie z ręką wejdźmina na czole.
– Co to za dźwięk? – zastanawiał się Gejralt. – Coś jakby szuranie…? Malutki Zołmanie, przestań się pchać!
– Nigdy! – warknął krasnolud-wejdźmin.
Gejralt przewrócił oczami, wyjął swój czterokrotnie dłuższy miecz i wbił go w ziemię, pomiędzy ubranie krasnoluda a jego skórę.
– No – rzekł, opierając ręce na biodrach. – Nie szarp się, bo się skaleczysz. A teraz tu na nas ładnie poczekaj.

– Zołmanie, twój brat ma pewne problemy umysłowe. Już go nie chcę – powiedział chwilę później Gejralt, kiedy oddalili się na bezpieczną odległość.
– A to to ja wiem.
Obydwoje wychylili się zza chaty. Owe szuranie, które Gejralt dosłyszał z daleka, okazało się być ciężkim worem ciągniętym po suchej ziemi przez Mlaskra.
– Dużo tej maści na wysypkę – zauważył Zołman.
– Hop, hop! – zawołał Mlaskier na widok swoich przyjaciół. – Patrzcie, co kupiłem!
Zołman otworzył lniany wór i wyjął z niego kilka przedmiotów.
– Mlaskier, wydałeś nasze ostatnie pieniądze na… na śmieci…? Kurwa! Co to w ogóle jest? – wrzasnął Zołman wymachując kawałkiem podeszwy w kształcie serca.
Grajek rozweselił się.
– Mlaskier, jak wygląda ta zielarka? – zapytał Gejralt, odkładając drewniane przyrodzenie do worka.
– Noo, kudłata jak pies. Tyle, że taki w kształcie człowieka. Wyprostowany. Na dwóch nogach. I miała przepiękny uśmiech…
– Taki pies, jak hiena? – dopytywał wejdźmin.
– O. Tak. Miała tyle do kupienia… – westchnął.
– To nie żadna zielarka – zaczął Gejralt, zwracając się do Zołmana. – To skubkup. Oczarował go i oskubał ze wszystkich pieniędzy.
– Sku-co?
– Skubkup. Taki potwór co powstaje, jak kupiec umiera w nieszczęściu.
– Aha.
– Jest tylko jeden sposób, aby pokonać skubkupa.

Gejralt chwycił wór i wrzucił go z powrotem do chaty podszywającego się pod zielarkę potwora. Wór grzmotnął o drewniana podłogę wzbijając w powietrze tumany kurzu, który powoli osiadł na bogato zaopatrzonych półkach sklepowych, które zresztą też były na sprzedaż. Piętrzące się towary przytłaczały każdego, kto przechodził przez próg. Ale nie wejdźmina.
– Dzień dobry. Chciałbym dokonać zwrotu – zaczął Gejralt.
Grajek, usłyszawszy to,  błagalnie złożył dłonie, a z jego smutnych oczu wyciekła duża łza. Wejdźmin westchnął.
– No dobrze. Nie lubię jak płaczesz – rzekł, całując grajka w czółko.
Skubkup spojrzał na przybyszy spode łba szczerząc żółte kły.
– Zzzwrotów i tak nie ma – wysyczał, pukając czarnym pazurem w drewnianą tabliczkę z wyrytym nań napisem.
– Nie ma, nie ma – przedrzeźnił go wejdźmin. – A co jest?
– Wszyssstko – wysyczała hiena.
– Znaczy się, że jest też obeschnięty patyk z trzema listkami?
– Jessst.
– A mały żółty kamyczek z czarną kropką pośrodku?
– Jessst.
– A Wysublimowany Zaklinacz Myszy?
– Jessst. Tssszy pięćdziesssiąt…!

Gejralt zmrużył oczy, zrobił dzióbek z ust, wyprostował się i założył ręce na piersi.

– A prostokątne kółko z pergaminu z trzema wierzchołkami? – zapytał.
– Nie maaa!
– A metrowy sznur z kamienia z tylko jednym dwumetrowym końcem?
– Nieee maaa…! – syczał potwór powoli zachodząc się płomieniami.
– A… – zaczął wejdźmin, ale jego kolejne pytanie przerwał nadlatujący krasnolud z rozchechłanym tyłem ubranka.
– Stop! On jest mój! – wrzasnął Złoman. – Zabiję go i będę pławił się w bogactwie!
Krasnolud odbił się od podłogi i z zadartym w górę mieczem przeleciał tuż obok klatki piersiowej Gejralta.
Wejdźmin chwycił go w locie za szelki, zmarszczył się, zdjął swój drugi miecz z pleców, ponownie wbił go, tym razem między klepki w podłodze sklepu, i zawiesił krasnoluda na rękojeści. Bezradny malec wierzgał nóżkami popiskując złowieszczo.
– Uspokój się, bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę – poradził wejdźmin, wyjmując mu z ręki mieczyk, którym zaczął dłubać sobie w zębach.
– A… – zamyślił się, ponownie zwracając się do skubkupa. – Stuletnie drzewo kasztanowe w małej, czerwonej doniczce?
– Nieeeee maaaaa…! – syknął potwór, zamieniając się w obłok gęstego dymu, który wypełnił wnętrze sklepu i wydostając się przez okna, zaalarmował mieszkańców wsi.

Miejscowi wieśniacy w popłochu otoczyli chatę łapiąc się za głowy.
– Panie! Co my teraz poczniemy?! – lamentował tłum.
– Jak to co? – zdziwił się Gejralt, odganiając rękami gryzący dym. – Uwolniłem was od najbardziej pazernego potwora na świecie. Teraz możecie żyć normalnie i kupować to, co jest wam potrzebne, a nie wszystko jak leci.
– Rzeczywiście… Jakoś tak… Lżej mi na rzyci, że kupować nie muszę… – powiedział jeden z chłopów, drapiąc się po głowie.
– Ale to był nasz jedyny sklep! – dodał inny.
Wejdźmin zastanowił się chwilę.
– Wciąż go macie – oznajmił w końcu – tylko właściciel się zmienił. Ogłaszam, że od teraz, właścicielem tego przybytku jest krasnolud Złoman, brat mego przyjaciela, który…
– Gejralt, co ty pieprzysz! – przerwał mu Zołman. – Ja pierdo… Aaaał!
– Który… – kontynuował wejdźmin. – Który co właściwie?
– Który będzie najuczciwszym i najlepszym sprzedawcą w całej Dilerii, albowiem wie, jak ważne są prawa konsumenckie w dzisiejszym owładniętym biedą i ubóstwem świecie!
– Mlaskier…? – zapytał wejdźmin niepewnie. – Dobrze się czujesz?
– No co. Tak mi się powiedziało

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *