Mlaskier był zbyt zajęty, aby zwrócić swoją nieprzeciętną uwagę na coś innego, niż Dyrdymałowy ślimak. Miział go po skorupce i mięsistym ciałku, co jakiś czas wydając z siebie głoskę „Ooo…”. Dyrdymał machał zaciśniętymi w pięści oczami na czułkach i z nerwów w nadmiarze produkował obślizgłą substancję, która bardzo podobała się poecie. Już miał użyć jej do sklejenia swojego ostatniego poematu o muchach, kiedy głośne „PUK!” odbijającego się od szklanej bańki Ducha Minionych Świąt wyrwało go ze skupienia.
– Tere fere ku ku – powiedział Gejralt. – Może i jest pan sobie duchem, ale to jest specjalny Pałkołap nieprzepuszczający żadnej zjawy.
Duch Minionych Świąt zastukał palcem w magiczne szkło i skonfundowany spojrzał na wejdźmina.
– Próbowałem być dla pana miły, ale jak nie, to nie – podsumował Gejralt zakładając ręce.
– Jestem Duchem Przeszłych Świąt!… – zagrzmiało widmo, ale jego i tak już z natury spowite pogłosem słowa niosły się w przestrzeni jako potrójne echo wydobywające się z wnętrza słoika. – Mnie nie można tak po prostu zamykać!…
Wejdźmin, pomimo znakomitego słuchu, zmarszczył czoło.
– Co pan mówi? Że przeszedł panu świąd i moszna w nosie znikła?…
Duch wybałuszył oczy i znieruchomiał. On albowiem słyszał wszystko doskonale. Wejdźmin odczekał chwilę, ale duch zamilkł. Wolał już nic nie mówić.
– Udam, że tego nie słyszałem – Gejralt zastanowił się chwilę i zwrócił się w stronę towarzyszy. – Pozostaje tylko problem przetransportowania tej szklanej kuli do pałacu Fjutesta. Jakiś pomysł, Dyrdymale?
Czarodziej schował się w skorupce.
– W takim razie – wejdźmin uniósł palec i spojrzał w górę – będziemy turlać.
Odczepienie szklanej bańki od rusztowania przy jednoczesnym zachowaniu jej magicznych właściwości było nie lada wyzwaniem. Kiedy mieniąca się aparatura wreszcie spoczęła na ziemi, krasnolud oparł na niej dłonie, zaparł się na nogach pochylając się do przodu i zrobił pierwszy, mozolny krok. Wejdźmin natychmiast znalazł się nad nim, jak gdyby nigdy nic.
– No dobra, to pchamy – powiedział.
Mlaskier przypatrywał się temu przedsięwzięciu przechylając głowę na bok.
– Gejraaalt?… – zagadnął poeta. – A ślimak?
– Mlaskruś, nie teraz… – zadyszał wejdźmin. – Albo dobra – dodał po chwili namysłu. – Na ślimaka zawsze jest czas.
***
Król Fjutest prężył swoje (jak mu się zdawało) mięśnie przed lustrem w samych majteczkach i ubolewał nad losem wszystkich ludzi, którzy nie wyglądali tak jak on. Szybko jednak zmienił zdanie, kiedy do jego komnaty wtargnął znajomy mu wejdźmin.
– Hm – stęknął król i ponownie spojrzał na swoje odbicie. – Gejralt, do mnie. Stań tu obok mnie przed lustrem.
– Wykonałem twoje zlecenie – wydyszał wejdźmin, oparł się plecami o zaśnieżoną kulę i zjechał po niej aż znalazł się na podłodze. Mlaskier położył mu zimnego ślimaka na czole.
– Gejraltku, proszę cię, nie umieraj… – powiedział.
– Nie, nie, Mlaskruś. Nie umieram. Muszę… Tylko… Chwilę… Odpocząć.
Zołman padł obok dysząc głośno. Nie chcąc mieć Dyrdymała na czole od razu powiedział, że też nie umiera.
Wypity przez niego eliksir „Ach, Koza” co prawda zaczął działać i spanikowany krasnolud myśląc, że ujeżdża antylopę gonioną przez stado hipopotamów, znacznie przyśpieszył transport kuli, niestety mikstura działała tylko przez kwadrans, toteż przez resztę drogi – coraz cięższą, bo oblepioną coraz grubszą warstwą śniegu kulę – trzeba było pchać własnymi siłami. Jakby tego było mało, pałac Fjutesta wzniesiony był na wysokiej górze nad Wyrżnijmą. Po drodze mijali biedne domostwa, bo mimo reprezentacyjnego wyglądu miasta (na które Fjutest nie szczędził środków płynących z wysokich podatków) ludziom żyło się tu dość skromnie. I chociaż czasu do Wigilii było mało, w świątecznym ferworze znalazło się kilku mieszkańców, którzy pomagali pchać kule śniegu na różnych odcinkach drogi.
– Do mnie, natychmiast! – ponownie rozkazał Gejraltowi Fjutest. – Mam tu teraz coś ważniejszego na głowie, niż jakieś twoje obsrane duchy.
Wejdźmin wziął oddech i na czworakach doczłapał do króla.
– Wstań – wydał polecenie Fjutest. – Albo nie. Zniż się, żebyś był niższy niż ja.
– Fjutest, mam tego ducha co chciałeś w Pałocapie… – wtrącił Gejralt.
– Cicho bądź. Ugnij kolana. I zgarb się. I zrób brzydką minę.
Zadowolony król wyprostował pierś i spojrzał na odbicie swoje i wejdźmina, i z przerażeniem stwierdził, że Gejralt w dalszym ciągu wygląda lepiej niż on. Fuknął.
– To gdzie ten duch, co go chciałem mieć? – zmienił temat.
– W tej magicznej bańce – wyjaśnił wejdźmin.
– Jakoś ja tu tylko widzę kulę śniegu, która paskudzi mi podłogę.
– A – mruknął Gejralt. – Rozpalę w kominku żeby śnieg szybciej się stopił…
– NIE KURWA! Tylko nie w kominku! – huknął Fjutest, po czym odchrząknął. – Nie będziesz palił w żadnym kominku w mym pałacu, ponieważ czekam dzisiaj na wyjątkowego jegomościa. Niech się samo stopi.
– No dobra, to czekaj… – wejdźmin, ostatkiem sił, puścił strumień ognia roztapiając śnieg w mgnieniu oka. – Proszę bardzo. Duch Minionych Świąt.
Fjutest zarechotał.
– I co teraz, cwaniaczku! – pogroził mu palcem. – Nie będziesz mnie zmieniał ty obleśny staruchu. Ja jestem idealny. Zaraz, co to ma być?
Duch był przyklejony do ścianki kuli, a że ta akurat znalazła się do góry nogami, to jego luźne odzienie ulegając sile grawitacji, obnażyło jego nagie pośladki. Fjutest uznał to za zniewagę majestatu, a następnie nakazał służącym przenieść szklana kulę do głównej sali balowej dokładnie w tej samej pozycji, aby mógł ją podziwiać w trakcie kolacji i kazał się wszystkim wynosić.
– Zaraz, zaraz – wtrącił Zołman. – Gejralt za pracę w święta liczy sobie podwójnie.
– Naprawdę?… – zdziwił się wejdźmin.
– Co? – jeszcze bardziej zdziwił się król.
– Wykonał zlecenie, należy się zapłata – ciągnął krasnolud. – Podwójna.
– No dobrze, to dwa cukierki… Niech stracę…
W międzyczasie do króla podbiegł księgowy prosić o podpis pod rachunkiem opiewającym na siedem tysięcy koron za nową dostawę pozłacanych stringów na specjalne zamówienie. Fjutest podpisał dokument bez mrugnięcia okiem.
Wejdźmin wziął cukierki, ale wyraźnie pogardził taką formą zapłaty.
– A niech mnie! – warknął król. – Dobra, kurwa, niech stracę! Zapraszam was na Świąteczną Ucztę Wyrżniminijną. Co prawda miałem do niej przystąpić całkiem sam, ale niech wam będzie.
Długi na osiemdziesiąt metrów stół ułożony w olbrzymią literę „F” był suto zastawiony jedzeniem. Była na nim chyba każda potrawa, jaką można było sobie wyobrazić. Wszystko pachniało tak wspaniale, że nawet wejdźmińskie kiszki zaczęły grać marsza. Gejralt zwrócił uwagę królowi, że wykarmiłby tym całe miasto i oberwał w łeb za głupie pomysły. Fjutest wzruszył ramionami. W końcu na królewskim stole nie mogło być pusto w święta, nawet jeśli spędzał je sam.
– A co ta choinka taka dziwna? – spytał Mlaskier.
Choinka Fjutesta stała na samym środku owej wystawnej, gigantycznej sali. Wysoka na ponad dziesięć metrów robiłaby wrażenie, gdyby nie to, że gałęzie zaczynały się mniej więcej od jej połowy. Król kazał odciąć dolne pędy, aby zrobić więcej miejsca na prezenty. Specjalny gość na którego czekał, powinien być tu lada chwila. Fjutest wysłał mu nawet imienne zaproszenie na dzisiaj na dwudziestą drugą pod groźbą wysadzenia go w powietrze dnia następnego, jeżeli nie przyjdzie.
Długa wskazówka zegara przeskoczyła na dwunastkę poganiając tym samym swoją mniejszą koleżankę na godzinę dziesiątą. Zegar rozpoczął wybijanie dzwonów, a w kominku zaczął kotłować się pył. Fjutest zacisnął pięści i wyszczerzył zęby. Czarny proszek zaczął sypać się coraz silniej, aż w końcu z rozciągniętym na całą długość komina i coraz głośniejszym dźwiękiem „Aaa…!” buchnął mu w twarz. Spod opadającego popiołu wyłonił się wielki czerwony zadek z dwoma krótkimi nóżkami przyczepionymi do jego końca. Tajemniczy jegomość podniósł się stękając, otrzepał ubranie i rozejrzał się szybko lokalizując gospodarza w żenująco wielkiej koronie.
– Dziękuję za urocze zaproszenie, królu – gość ukłonił się nisko.
– Ha ha! – ryknął Fjutest podskakując z podniecenia. – Widzicie jaki szacunek mam?! Od dzisiaj wy też będziecie mi się kłaniać do samej ziemi! Wszyscy będą!
Mlaskier splótł ręce pod brodą i wlepił swoje wielkie błyszczące oczy w przybysza.
– Święty Mikołaj… – wyszeptał. – Widzisz Gejralt, mówiłem ci, że on istnieje.
Wejdźmin nieco się zawstydził.
– Dzień dobry – powiedział Zołman, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Oczywiście, że istnieje – potwierdził Mikołaj spoglądając na wejdźmina.
– Dobra! – warknął Fjutest. – Dosyć tej bezsensownej paplaniny! Dawaj prezenty, spaślaku!
Mikołaj odwrócił się rzucając cień na króla.
– Przebyłem długą drogę, aby tu dotrzeć. Nie poczęstujesz mnie nawet ciasteczkami?
– Jakimi znowu, kurwa, ciasteczkami!
Wejdźmin sięgnął do kieszeni i oddał Mikołajowi dwa cukierki.
– Ja mam tylko to z rzeczy do jedzenia – powiedział.
– Dziękuję – odparł Mikołaj. – A więc zaczynamy. Kto pierwszy?
Fjutest złapał się pod boki i popłakał ze śmiechu.
– Oczywiście, że ja – oznajmił.
– A zatem – rzekł Mikołaj i wręczył mu ładnie zapakowany prezent.
Fjutest wyszarpał mu go z ręki, przegryzł wstążeczkę, porwał papier na strzępy i uniósł swój prezent.
– Ha! – zawołał, by po chwili zdębieć. – A co to jest za patyk? – spytał. – Jakiś magiczny?
– Nic z tych rzeczy – odpowiedział Święty Mikołaj. – To zwykły patyk. Tak zwana rózga.
– RÓZGA?!! Jak śmiesz! To ja cię ugaszczam w moim pałacu, a ty mi zwykłą rózgę przywozisz?!
– Każdy dostaje to, na co zasłużył.
– Ja nie mogę, jak ty mnie wnerwiasz, dziadu! – zapiszczał król. – To przynajmniej spełnij moje życzenie! Nakazuję ci żebyś sprawił, żebym wyglądał tak jak on – Fjutest wskazał palcem na wejdźmina.
– Nie mogę tego zrobić – odparł Mikołaj. – Każdy jest inny i każdy jest wyjątkowy. I tak ma zostać.
Fjutest zaczął tupać nogą. Kiedy skończył robić „bla, bla, bla”, wywrzeszczał w całkowitym szale, że nienawidzi świąt i Świętego Mikołaja. Jakby tego było mało, dodał, że nienawidzi również wszystkich świąt jakie kiedykolwiek były i będą. A tych nienawidzi najbardziej.
W tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Duch Minionych Świąt rozświetlił się z ogromną siłą. Szklana kula wyglądała zupełnie jak słońce. Pełne nienawiści do świąt słowa Fjutesta przywołały jeszcze nigdy nieużywanych do tej pory Duchów – Teraźniejszych i Przyszłych Świąt. Zjawa złączyła się w jedność i powiększyła swą postać kilkakrotnie, rozbijając magiczną bańkę w drobny mak. Duch podfrunął do Fjutesta i pochylając się nad nim zbliżył swoją ogromną i ogromnie wściekłą trój-twarz do czoła króla. Zaryczał:
– ŚWIĘTA SĄ FAJNE, KUMASZ?!
– Tak tak tak tak tak – wymamrotał blady jak ściana Fjutest i zemdlał.
Święty Mikołaj poprawił pasek na swym dorodnym brzuchu i zwrócił się do pozostałych:
– Straszne z niego skąpiradło. Kto następny po prezent?
– Ja! Ja! Wybierz mnie! Mnie wybierz! – cieszył się Mlaskier.
Dostał przepiękną, błyszczącą lutnię i lalkę Barbie przypominającą mu pewną bliską osobę i wydał z siebie najdłuższe „o” jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się wyśpiewać. Zołman otrzymał nowiuśki topór obwiązany czerwoną kokardą.
– Ja pier… dziele! Skąd wiedziałeś, że kocham topory?! – wykrzyknął uradowany krasnolud.
– Po prostu wiedziałem – oznajmił Mikołaj. – Tak samo jak wiem to, że nigdy ich nie używasz.
Święty Mikołaj bowiem posiadał magiczną moc wyczuwania i rozpoznawania każdej żyjącej istoty, dlatego też czarodziej Dyrdymał dostał świeżutką główkę sałaty. Wykrzywił się szeroko w bezzębnym uśmiechu i z błogością wymalowaną na ślimaczych oczkach wciamkał kawałek zielonego liścia. Jego policzki zamieniły się w dwie małe kuleczki, na co wejdźmin zareagował wdzięcznym uśmiechem.
– Gejralcie – zwrócił się do niego Mikołaj. – Dla ciebie też coś mam. Zbliż się.
– Dla mnie?…
– No idź – dodał mu otuchy Mlaskier.
Wejdźmin niepewnie podszedł do Mikołaja. Na jego prośbę wyciągnął zamkniętą dłoń. Kiedy ją otworzył, zobaczył małą, mieniącą się figurkę.
– Co to takiego? – zapytał.
– Mały ptaszek – odparł Mikołaj puszczając mu oczko i zachichotał psotliwie. – Żartowałem – dodał. – No może nie do końca. To jedyny w swoim rodzaju kolorowy ptak z rozpostartymi skrzydłami. Jest inny niż wszystkie i może pofrunąć gdzie tylko zechce. Niesie ze sobą radość, wszędzie tam gdzie się pojawi i trzepnie włosami… SKRZYDŁAMI, znaczy się.
Gejralt przyglądał się figurce z rozchylonymi ustami i mrużąc oczy obracał ją delikatnie zmieniając kąt padania światła na przedmiot, który mienił się we wszystkich kolorach tęczy, i za każdym razem w zupełnie inny, niezwykły sposób.
– Podoba mi się – przyznał.
Święty Mikołaj skinął głową. Spojrzał na zadowolone twarze i rozpromienił się unosząc w górę rumiane policzki. Ogłosił, że na niego już pora. Miał przed sobą jeszcze kawał drogi i miliony prezentów do rozdania. W końcu wszystkie dzieci – te duże i te małe – czekały na niego z niecierpliwością.
– Święty Mikołaju?… – zaczął wejdźmin spoglądając na swój prezent. – Czy mógłbyś w tym roku odwiedzić jeszcze Homo Moher? Tam też jest sporo dzieci.
– Homo Moher…? – zdziwił się Mikołaj. – Nigdy nie słyszałem o takim miejscu.
– Wiem.
Mikołaj spojrzał na wejdźmina, który uśmiechnął się lekko i spuścił wzrok.
– Teraz już wiem, dlaczego we mnie nie wierzyłeś – powiedział. – A więc w drogę! – zahuczał i klaskając w ręce przywołał swoje sanie.
Magiczny rydwan ciągnięty przez dostojne renifery wparował z łomotem otwierając wrota do komnaty balowej i spowił żółtym światłem całe pomieszczenie. Wszystkie tysiąc świec na stole zapłonęło w jednym momencie, w kominku wreszcie pojawił się ogień, a choinka rozbłysnęła magicznym blaskiem. I dobrze się stało, że Fjutest kazał przyciąć dolne gałęzie, bo przerwa ta w zaczarowany sposób wypełniła się górą prezentów. Święty Mikołaj zrobił jeszcze kilka kółek rozniecając wszędzie złocisty pył, a kiedy w końcu udało mu się skierować renifery w stronę wyjścia, roześmiał się, pomachał i strzelił lejcami.
– Wiecie co robić!… – zawołał jeszcze i pognał swój orszak.
Zapadła cisza, chociaż wydawać by się mogło, że wszystko w koło wydaje z siebie delikatny dźwięk obijających się o siebie mieniących się magicznych drobinek. Mlaskier wpatrywał się w to wszystko jak zaklęty z szeroko otwartymi oczami i ustami. Zabrakło mu tchu, żeby wydać z siebie jakiekolwiek „o”. Zołman wyprostował się, oparł ręce na biodrach i spojrzał na Gejralta. Ten podrapał się po karku.
– Tyle jedzenia! – zawołał nagle rozkładając ręce. – Przecież to się nie może zmarnować. Mlaskier, sprawdź czy przy każdym krześle są talerze. Za chwilę będziemy mieć tu dużo gości! Masz Zołmanie – wejdźmin podał flakonik krasnoludowi. – Wpij jeszcze jeden eliksir „Ach, Koza” i przebiegnij się po mieście.
Wejdźmin wyglądał na niezwykle zadowolonego.
– Ten jeden raz mogę to zrobić. I to z przyjemnością – krasnolud wyciągnął korek i spojrzał na buteleczkę. – Tylko się upewnię, że to na pewno to.
Gejralt przewrócił oczami…