Rozdział XII – Niezła Aukcja

12

++++++– Dzban należący pierwotnie do pierwszego władcy tych ziem! Sześcsetletni antyk! Nówka sztuka, nie śmigany! Cena wywoławcza, 50 koron! – zakrzyknął jegomość ubrany w nieskazitelny surdut, który ze smakiem uszyto w kolorach reprezentacyjnych Wyrżnijmy. – Nie widzę chętnych! O, pani w trzecim rzędzie, 50 koron, kto da więcej?
Gdzieś z tłumu zaczęła wysuwać się ręka, ale ktoś siedzący obok jej posiadacza szybko wciągnął ją z powrotem.
++++++– Mlaskierku, to nie jest nam potrzebne – powiedział Gejralt do ucha poety. Poeta pokiwał głową ze zrozumieniem.
++++++– Sprzedane za 150 koron! – ogłosił aukcjoner kiwając głową w stronę kogoś z publiczności. – Następny przedmiot! Najprawdziwsza relikwia, nos Świętego Pryncy-Pałka, który przez siedemdziesiąt dni i nocy trzymał głowę we własnym zadku i w ten sposób osiągnął szczyt religijnego oświecenia! Trzy sztuki w cenie jednej! Pan w czwartym rzędzie…
++++++– Gejralt – szepnął do Wejdźmina Zołman, łapiąc jednocześnie za rękę Mlaskra, który najwyraźniej zamierzał podbić ofertę. – Jesteś pewien, że…
++++++– Sprzedane za 200 koron, pan w cylindrze nie będzie żałował! – aukcjoner mówił tak szybko, że to, że wszyscy go rozumieli musiało budzić podziw. – A teraz hit dnia!
Jegomość zrobił wykalkulowaną pauzę, podczas której jeden z pomagających parobków wciągnął na podest uwiązanego na sznurku psa. Był to nienajmłodszy już, umorusany kundel, który starał się zapierać nogami, a jednocześnie wydrapać kilka pcheł ze swojego grzbietu.
++++++– Hit dnia! – zakrzyknął ponownie prowadzący. – Oto najprawdziwszy cud natury! Stworzony kiedyś przez starożytnego Dżina, przed wami… Dżi-Pi-Es! Dżi-Pies! Nikt nie wie skąd się wziął, ale poprzedni właśc… to znaczy, legenda, mówi, że to zaczarowane zwierzę potrafi nieomylnie i bez zastanowienia wskazać drogę do dowolnego celu! Tak! I do tego… mówi ludzkim głosem! Wystarczy go zapytać!
Aukcjoner spojrzał na wypłowiałego Dżi-Piesa, który odbywał właśnie intensywną toaletę własnych narządów płciowych.
++++++– Cena wywoławcza! – nie stracił animuszu. Ee… – Dwie korony!
++++++– … zrozumiałeś coś z tego, co mówiła ta chędożona Pani Wodospadu? – dokończył krasnolud. – Bo ja tam, he, he – Mlaskier, nie – nie za bardzo słuchałem. – Krasnolud mówił przyciszonym głosem, bo w specjalnie przystosowanym, krasnoludzkim, skórzanym pokrowcu na topór, na jego kolanach, spał sobie smacznie Junior.
++++++Wejdźmin podrapał się po podbródku.
++++++– Czuję, że to wszystko gdzieś się łączy – powiedział. Swoją drogą bardzo ładne różowiutkie nosidełko na Juniorka, w koroneczki. Ale wracając do tematu, to wciąż nie mogę sprecyzować…
++++++– Nie ważne, patrz! – przerwał mu Zołman.
++++++Dżi-Pies najwyraźniej nie okazał się hitem aukcji, bo parobek, który sprowadził go właśnie z powrotem po schodkach teraz przywiązywał sznurek do wbitego w ziemię palika. Aukcjoner trzymał w wyciągniętej ręce coś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Był to, zawieszony na łańcuszku, srebrny medalion z wygrawerowanym na środku serduszkiem.
++++++– …miński medalion! – krzyknął. – Należał kiedyś do pewnego wejdźmina, Ge… Gie… niewyraźnie tu napisali, Gieranta, którego stado wściekłych Dymonów rozszarpało na strzępy na moich własnych oczach! Gwarantuję, że wejdźmin ów dotykał go tylko w rękawiczkach! Cena wywoławcza, 500 koron!
++++++– Jednak to prawda – powiedział Gejralt, którego nagle opuścił ponury nastrój. Podniósł rękę.
++++++– Poczekaj – szepnął Zołman. – Nie mamy pewności czy jest prawdziwy! I czy jest twój!
++++++– Ja mam. Czuję, że gdy odzyskam medalion, wszystko będzie takie jak kiedyś.
++++++– Normalne?
++++++– Łatwe. Zwłaszcza młodzieńcy.
++++++– Ech.

++++++– Sześcset koron! – ogłosił aukcjoner. – Pani w trzecim rzędzie!
++++++Gejralt obejrzał się na staruszkę, która skinęła przyjaźnie w jego stronę głową. Potem podniósł rękę.
++++++– Siedemset koron, srebrnowłosy pan w pierwszym rzędzie! – podekscytował się ten w surducie.
++++++Staruszka nie dała za wygraną.
++++++– Osiemset koron, pani w… dziewięćset koron! Srebrnowł… Tysiąc koron! Pani…
++++++– Nie mogę tak – westchnął wejdźmin. – To jakaś miła staruszka.
++++++– Co ty opowiadasz? – zestrofował go Zołman. – Przecież powiedziałeś, że musisz mieć ten medalion!
++++++– Tak, ale załatwimy to inaczej.
++++++– Sprzedane pani w trzecim rzędzie za tysiąc koron! – padło z ambony.

++++++Staruszka była garbata i miała tak pomarszczone oczy, że w ogóle nie było ich widać. Mimo to, zdaniem wejdźmina, budziła sympatię.
++++++– Droga Pani – powiedział. – Czy byłaby pani skłonna rozważyć oddanie mi nabytego wcześniej medalionu z serduszkiem? W zamian mogę zaoferować szeroki wachlarz wejdźmińskich usług…
++++++– Jaki miły chłopiec – wypiszczała staruszka. – Chce ciasteczko?
++++++– …polegających na rozwiązywaniu problemów, głównie z potworami.
++++++– Chłopiec ciasteczko chce?
++++++– Właściwie to trochę mi się spieszy z tym medalionem…
++++++– Ciasteczko… CHCE?
++++++– Ech. No dobrze, zjem ciasteczko, ale później porozmawiamy o medalionie?
++++++– Ma ciasteczko.

++++++Wejdźmin przewrócił oczami i wziął od babuni okrągłe ciastko ozdobione kulkami z czekolady. Staruszka wpatrywała się w niego szparkami oczu i uśmiechała zachęcająco. Kiedy je ugryzł, natychmiast stracił kontakt z rzeczywistością.
++++++

++++++– Mlaskier. To jest zwykły pies – powiedział Zołman do poety, którego radość nie znała końca, ponieważ z absolutnego braku chętnych aukcjoner zgodził się odsprzedać mu Dżi-Piesa za kilka szyszek i pokazanie jak robi fikołka.
++++++– Mylisz się, kochany – odparł Mlaskier przemądrzale zadzierając nos. – On wie, gdzie jest WSZYSTKO. Patrz. – Piesku, gdzie jest drzewo? – zwrócił się do kundla który od jakiegoś czasu leniwie patrzył na rosnącą nieopodal sosnę.
++++++Poeta wbił w Zołmana znaczące spojrzenie. Ten tylko westchnął.
++++++– No dobrze. A pomyślałeś, co teraz zamierzasz z nim zrobić? Chyba nie sądzisz, że go zatrzymamy?
++++++– Zołmanku, nie mów tak, bo będzie mu przykro.
++++++– TO JEST PIES – krasnolud podniósł głos, ale od razu odwrócił głowę, żeby posłuchać czy przypadkiem nie obudził kimającego w nosidełku na plecach Juniora.
++++++Jego uszu dobiegło tylko ciche pochrapywanie, ale krasnolud zaniepokoiło coś innego.
++++++– Mlaskier, nie widzę nigdzie Gejralta! Ani tamtej staruszki… No i co, może ten twój, cholera, Dżi-Pies wie gdzie poszedł?

++++++Nieopodal, z drzewa, które obserwował kundel, zsunęła się kępa czarnej sierści. Dżi-Pies najeżył grzbiet i wiódł za nią oczami. Kiedy kot znalazł się na ziemi, też go zauważył, zesztywniał, i przygotował się do ucieczki.
++++++– No pewnie, że tak – stwierdził oczywistość Mlaskier. – Proszę bardzo. Dżi-Piesie, zaprowadź nas do Gejraltusia.
++++++HAŁHAŁHAŁHAŁHAŁ!!! – zaszczekał kundel i puścił się w pogoń za kotem, ciągnąc za sobą Mlaskra, który w ostatniej chwili zdążył złapać sznurek.
++++++– Zołmanku, za nami! – krzyknął poeta ledwo nadążając z przebieraniem nogami w ślad za pędzącym psem. – On WIE!
++++++– Nosz kurwa – burknął krasnolud i pobiegł.

++++++Gejralta obudził potworny ból głowy. Przez chwilę nie mógł nawet otworzyć oczu, a kiedy w końcu mu się udało, uznał sytuację za interesującą.
++++++On sam przywiązany był do postawionego na sztorc drewnianego stołu. To nie była dla niego pierwszyzna – bywał już przywiązywany, co nierzadko miało miejsce na różnego rodzaju stołach, a i stawianie na sztorc nie było mu obce. Niepokój budziły za to wysadzane czaszkami, czarne ściany oraz pokaźnych rozmiarów kocioł znajdujący się na wprost niego.
++++++Przy kotle stała staruszka, którą poznał wcześniej na aukcji; teraz jednak miała na sobie czarną togę i spiczasty kapelusz, który mógłby pochodzić z pokaźnej kolekcji czarodzieja Dyrdymała, gdyby nie frędzelki z kości zwisające wokół krawędzi ronda. Staruszka kijem mieszała substancję o zapachu wolno gotującego się mięsa.
Druga wiedźma, bo Gejralt nie łudził już się, że został tu zaproszony na degustację cynamonowych ludków i mleczka, stała nieco dalej, w cieniu. Strój miała podobny, ale jej twarz zdradzała, że była nieco młodsza, nieco grubsza, i dużo brzydsza od tej, która go sprowadziła.
++++++– Zofio, masz? – zaskrzeczała ta druga.
++++++– Mam – odpowiedziała Zofia. – Hihihihihi! Mam coś znacznie lepszego!
++++++Ta druga spostrzegła właśnie Gejralta i zasapała z zachwytem.
++++++Przydreptała przyjrzeć mu się z bliska.
++++++– Miało być coś wejdźmińskiego, a tu jest cały, najprawdziwszy wejdźmin!
++++++– Ha! – dumnie podniosła głowę Zofia.
++++++– Jak to zrobiłaś?
++++++– Dałam mu, łii hihihiihi, ciasteczko, Gryzeldo! Ciasteczko z Wieszczem! To znaczy, z wiesz czym!
++++++– Łaa hahahaha!
++++++
++++++Gejraltowi zrobiło się niewygodnie w pupę.
++++++– Drogie panie – powiedział odchrząknąwszy. – Czy mógłbym wiedzieć, czemu zawdzięczam to niespodziewane, acz intrygujące zaproszenie? Ja najbardziej to jestem zainteresowany tym medalionem, co go…
++++++– Umi mówić! – zadrwiła Gryzelda. – Słuchaj no, składniku jeden, za chwilę zostaniesz złożony w ofierze na ołtarzu starożytnego boga śmierci, Khu-Thu-Sru-Lu! Więc lepiej zmów modlitwy!
++++++– Hm – zastanowił się wejdźmin. – Prawdę mówiąc, to nigdy nie słyszałem o takim bogu. A ten magiczny wywar to zaczyna pachnieć mi coraz bardziej jak ogórkowa.
++++++– Zawrzyj gębę, pomiocie! – odpowiedziała Gryzelda, lekko zbita z tropu. – Niech no tylko wróci Gertruda! Wtedy zostaniesz przerobiony na starożytny artefakt siejący śmierć i zniszczenie!
++++++– I śmierć! – dodała Zofia.
++++++– Już była – wtrącił wejdźmin. – I przed chwilą mówiłyście, że…

++++++Nie skończył, bo gdzieś za nim zaskrzypiały drzwi. Cienie na podłodze wskazywały, że coś weszło do pomieszczenia.
++++++– Gertruda! – Zofia i Gryzelda zakrzyknęły razem.
++++++– Więc wciąż nie udało jej się znaleźć sposobu, by przestać być kotem – zafrasowała się ta pierwsza. – No nic! Rytułał czas zacząć! Gryzeldo, zamknij drzwi!

++++++Zamiary Gryzeldy udaremniła seria niespodziewanych wydarzeń.
++++++Najpierw do pomieszczenia wpadł pies. Na jego widok zaskoczony kot zaskrzeczał i jednym susem wskoczył na żyrandol. Kundel, który go gonił, usiadł na podłodze pod spodem i warczał.
++++++Następnie pojawiło się dwóch jegomości, jeden krasnolud i jeden… trudno powiedzieć co, z których pierwszy wyglądał na zupełnie zdezorientowanego a na twarzy drugiego malowało się uczucie dumy, którym może promieniować ktoś, kto od samego początku miał rację.
++++++Następnie weszła tęga pani o tłustych włosach ubrana w fartuch i szpitalny czepek.
++++++– Zofia i Gryzelda! Co tu się dzieje?! – wrzasnęła nowoprzybyła.
++++++Zołman i Mlaskier spojrzeli na nią, a po chwili dołączył do nich Gejralt, który z racji swoich gabarytów potrafił, jak zwykle, po prostu wyjąć ręce z więzów.
++++++– ZNOWU to zrobiłyście? Już nie mam do was sił. Ściągać to, i to już! A ty sio! – krzyknęła na kota, który, bacznie obserwowany przez Dżi-Piesa, ulotnił się przez drzwi.
++++++– Tak, pani Alinko – dwie „czarownice” spuściły głowy i pospiesznie jęły ściągać ze ścian rozwieszone tam czarne szmaty z nabazgranymi wizerunkami czaszek. Po chwili dało się zauważyć, że pod spodem pomieszczenie miało kolor biały, a w jednym kącie wisiała tabliczka z napisem “Dom Spokojnej Starości Pani Wąs – pokój 16”.
++++++– Przepraszam najmocniej – zwróciła się do trójki towarzyszy pani Alinka. – Nie mają tu wielu rozrywek, więc wystarczy spuścić je na chwilę z oka, i już wymykają się i kombinują. Ostatnio próbowały obrabować dyliżans, i do dzisiaj nie wiem, skąd wzięły łuki i pióropusze. Dobrze, że chociaż zupa na obiad będzie.
++++++– Nic się nie stało – podrapał się po głowie Gejralt. – Mam tylko jedną prośbę.
++++++– Tak?
++++++– Chciałbym zabrać ze sobą ten medalion, który leży na stole.

++++++– To było dziwne – stwierdził Zołman, już na zewnątrz wciśnętego miedzy dwie kamienice budynku o niebieskich drzwiach.
++++++– Najważniejsze, że mam mój medalion – powiedział wejdźmin. – Prawda, Mlaskierku?

Mlaskier nie odpowiedział, bo odwiązywał właśnie sznurek od obroży Dżi-Piesa, którego postanowił wypuścić “na wolność”, bo “spełnił swoje zadanie doskonale i w stu procentach”. Kiedy zwierzę poczuło, że nie jest już uwiązane, jakby ożyło.
Pies zamerdał ogonem, podskoczył i jął węszyć coś na zakurzonym bruku.
– Mądra decyzja – pochwalił poetę Wejdźmin. – Tam, dokąd zmierzamy, może być zbyt niebezpiecznie dla takich małych piesków. Chociaż wciąż nie wiem, gdzie to jest…

++++++– Jeśli mogę się wtrącić – powiedział pies, dając popis nieskazitelnej dykcji. – Ja wiem gdzie. Musicie odnaleźć ogień, którego poświata spowija was już od dawna. Idźcie za dymem wydarzeń, ale w przeciwnym kierunku.
Zołman zemdlał.
++++++– No, a jeśli to jest jeszcze dla was zbyt metaforyczne – przewrócił oczami czworonóg. – Bo ten tutaj chyba nie ogarnął nadmiaru mojej poetyckości, to macie iść na północ. A teraz bywajcie, bo mam jednego wstrętnego kota do dorwania.

***

++++++Wejdźminowi zakręciło się w głowie. Magiczne burze, kłęby dymu i gadające psy obijały mu się w umyśle jak kauczukowe piłeczki. Nic już nie wiedział.
++++++Jeszcze przed chwilą wszystko było dobrze, a teraz uczucie chaosu przytłaczało go, stało się bolesne. Czuł to zwłaszcza na plecach, zupełnie jakby leżał na kamiennym…
++++++Gejralt otworzył oczy. To była wciąż ta sama jaskinia, ale po Pani Wodospadu nie było ani śladu (chociaż przysiągłby, że gdzieś z bocznego korytarza dobiega go zapach palonego papierosa).
++++++– Gejraaalt, i cooo, miałeś jakąąś wiiizjęęę? – usłyszał wołanie Zołmana dobiegające od strony wejścia.
++++++Wejdźmin podniósł się do pozycji siedzącej aby pomasować sobie plecy i poczuł, że coś mu ciąży. Nie musiał sprawdzać, chłód medalionu na piersi znał doskonale.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *