– Dzban należący pierwotnie do pierwszego władcy tych ziem! Sześcsetletni antyk! Nówka sztuka, nie śmigany! Cena wywoławcza, 50 koron! – zakrzyknął jegomość ubrany w nieskazitelny surdut, który ze smakiem uszyto w kolorach reprezentacyjnych Wyrżnijmy. – Nie widzę chętnych! O, pani w trzecim rzędzie, 50 koron, kto da więcej?
Gdzieś z tłumu zaczęła wysuwać się ręka, ale ktoś siedzący obok jej posiadacza szybko wciągnął ją z powrotem.
– Mlaskierku, to nie jest nam potrzebne – powiedział Gejralt do ucha poety. Poeta pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Sprzedane za 150 koron! – ogłosił aukcjoner kiwając głową w stronę kogoś z publiczności. – Następny przedmiot! Najprawdziwsza relikwia, nos Świętego Pryncy-Pałka, który przez siedemdziesiąt dni i nocy trzymał głowę we własnym zadku i w ten sposób osiągnął szczyt religijnego oświecenia! Trzy sztuki w cenie jednej! Pan w czwartym rzędzie…
– Gejralt – szepnął do Wejdźmina Zołman, łapiąc jednocześnie za rękę Mlaskra, który najwyraźniej zamierzał podbić ofertę. – Jesteś pewien, że…
– Sprzedane za 200 koron, pan w cylindrze nie będzie żałował! – aukcjoner mówił tak szybko, że to, że wszyscy go rozumieli musiało budzić podziw. – A teraz hit dnia!
Jegomość zrobił wykalkulowaną pauzę, podczas której jeden z pomagających parobków wciągnął na podest uwiązanego na sznurku psa. Był to nienajmłodszy już, umorusany kundel, który starał się zapierać nogami, a jednocześnie wydrapać kilka pcheł ze swojego grzbietu.
– Hit dnia! – zakrzyknął ponownie prowadzący. – Oto najprawdziwszy cud natury! Stworzony kiedyś przez starożytnego Dżina, przed wami… Dżi-Pi-Es! Dżi-Pies! Nikt nie wie skąd się wziął, ale poprzedni właśc… to znaczy, legenda, mówi, że to zaczarowane zwierzę potrafi nieomylnie i bez zastanowienia wskazać drogę do dowolnego celu! Tak! I do tego… mówi ludzkim głosem! Wystarczy go zapytać!
Aukcjoner spojrzał na wypłowiałego Dżi-Piesa, który odbywał właśnie intensywną toaletę własnych narządów płciowych.
– Cena wywoławcza! – nie stracił animuszu. Ee… – Dwie korony!
– … zrozumiałeś coś z tego, co mówiła ta chędożona Pani Wodospadu? – dokończył krasnolud. – Bo ja tam, he, he – Mlaskier, nie – nie za bardzo słuchałem. – Krasnolud mówił przyciszonym głosem, bo w specjalnie przystosowanym, krasnoludzkim, skórzanym pokrowcu na topór, na jego kolanach, spał sobie smacznie Junior.
Wejdźmin podrapał się po podbródku.
– Czuję, że to wszystko gdzieś się łączy – powiedział. Swoją drogą bardzo ładne różowiutkie nosidełko na Juniorka, w koroneczki. Ale wracając do tematu, to wciąż nie mogę sprecyzować…
– Nie ważne, patrz! – przerwał mu Zołman.
Dżi-Pies najwyraźniej nie okazał się hitem aukcji, bo parobek, który sprowadził go właśnie z powrotem po schodkach teraz przywiązywał sznurek do wbitego w ziemię palika. Aukcjoner trzymał w wyciągniętej ręce coś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Był to, zawieszony na łańcuszku, srebrny medalion z wygrawerowanym na środku serduszkiem.
– …miński medalion! – krzyknął. – Należał kiedyś do pewnego wejdźmina, Ge… Gie… niewyraźnie tu napisali, Gieranta, którego stado wściekłych Dymonów rozszarpało na strzępy na moich własnych oczach! Gwarantuję, że wejdźmin ów dotykał go tylko w rękawiczkach! Cena wywoławcza, 500 koron!
– Jednak to prawda – powiedział Gejralt, którego nagle opuścił ponury nastrój. Podniósł rękę.
– Poczekaj – szepnął Zołman. – Nie mamy pewności czy jest prawdziwy! I czy jest twój!
– Ja mam. Czuję, że gdy odzyskam medalion, wszystko będzie takie jak kiedyś.
– Normalne?
– Łatwe. Zwłaszcza młodzieńcy.
– Ech.
– Sześcset koron! – ogłosił aukcjoner. – Pani w trzecim rzędzie!
Gejralt obejrzał się na staruszkę, która skinęła przyjaźnie w jego stronę głową. Potem podniósł rękę.
– Siedemset koron, srebrnowłosy pan w pierwszym rzędzie! – podekscytował się ten w surducie.
Staruszka nie dała za wygraną.
– Osiemset koron, pani w… dziewięćset koron! Srebrnowł… Tysiąc koron! Pani…
– Nie mogę tak – westchnął wejdźmin. – To jakaś miła staruszka.
– Co ty opowiadasz? – zestrofował go Zołman. – Przecież powiedziałeś, że musisz mieć ten medalion!
– Tak, ale załatwimy to inaczej.
– Sprzedane pani w trzecim rzędzie za tysiąc koron! – padło z ambony.
Staruszka była garbata i miała tak pomarszczone oczy, że w ogóle nie było ich widać. Mimo to, zdaniem wejdźmina, budziła sympatię.
– Droga Pani – powiedział. – Czy byłaby pani skłonna rozważyć oddanie mi nabytego wcześniej medalionu z serduszkiem? W zamian mogę zaoferować szeroki wachlarz wejdźmińskich usług…
– Jaki miły chłopiec – wypiszczała staruszka. – Chce ciasteczko?
– …polegających na rozwiązywaniu problemów, głównie z potworami.
– Chłopiec ciasteczko chce?
– Właściwie to trochę mi się spieszy z tym medalionem…
– Ciasteczko… CHCE?
– Ech. No dobrze, zjem ciasteczko, ale później porozmawiamy o medalionie?
– Ma ciasteczko.
Wejdźmin przewrócił oczami i wziął od babuni okrągłe ciastko ozdobione kulkami z czekolady. Staruszka wpatrywała się w niego szparkami oczu i uśmiechała zachęcająco. Kiedy je ugryzł, natychmiast stracił kontakt z rzeczywistością.
– Mlaskier. To jest zwykły pies – powiedział Zołman do poety, którego radość nie znała końca, ponieważ z absolutnego braku chętnych aukcjoner zgodził się odsprzedać mu Dżi-Piesa za kilka szyszek i pokazanie jak robi fikołka.
– Mylisz się, kochany – odparł Mlaskier przemądrzale zadzierając nos. – On wie, gdzie jest WSZYSTKO. Patrz. – Piesku, gdzie jest drzewo? – zwrócił się do kundla który od jakiegoś czasu leniwie patrzył na rosnącą nieopodal sosnę.
Poeta wbił w Zołmana znaczące spojrzenie. Ten tylko westchnął.
– No dobrze. A pomyślałeś, co teraz zamierzasz z nim zrobić? Chyba nie sądzisz, że go zatrzymamy?
– Zołmanku, nie mów tak, bo będzie mu przykro.
– TO JEST PIES – krasnolud podniósł głos, ale od razu odwrócił głowę, żeby posłuchać czy przypadkiem nie obudził kimającego w nosidełku na plecach Juniora.
Jego uszu dobiegło tylko ciche pochrapywanie, ale krasnolud zaniepokoiło coś innego.
– Mlaskier, nie widzę nigdzie Gejralta! Ani tamtej staruszki… No i co, może ten twój, cholera, Dżi-Pies wie gdzie poszedł?
Nieopodal, z drzewa, które obserwował kundel, zsunęła się kępa czarnej sierści. Dżi-Pies najeżył grzbiet i wiódł za nią oczami. Kiedy kot znalazł się na ziemi, też go zauważył, zesztywniał, i przygotował się do ucieczki.
– No pewnie, że tak – stwierdził oczywistość Mlaskier. – Proszę bardzo. Dżi-Piesie, zaprowadź nas do Gejraltusia.
HAŁHAŁHAŁHAŁHAŁ!!! – zaszczekał kundel i puścił się w pogoń za kotem, ciągnąc za sobą Mlaskra, który w ostatniej chwili zdążył złapać sznurek.
– Zołmanku, za nami! – krzyknął poeta ledwo nadążając z przebieraniem nogami w ślad za pędzącym psem. – On WIE!
– Nosz kurwa – burknął krasnolud i pobiegł.
Gejralta obudził potworny ból głowy. Przez chwilę nie mógł nawet otworzyć oczu, a kiedy w końcu mu się udało, uznał sytuację za interesującą.
On sam przywiązany był do postawionego na sztorc drewnianego stołu. To nie była dla niego pierwszyzna – bywał już przywiązywany, co nierzadko miało miejsce na różnego rodzaju stołach, a i stawianie na sztorc nie było mu obce. Niepokój budziły za to wysadzane czaszkami, czarne ściany oraz pokaźnych rozmiarów kocioł znajdujący się na wprost niego.
Przy kotle stała staruszka, którą poznał wcześniej na aukcji; teraz jednak miała na sobie czarną togę i spiczasty kapelusz, który mógłby pochodzić z pokaźnej kolekcji czarodzieja Dyrdymała, gdyby nie frędzelki z kości zwisające wokół krawędzi ronda. Staruszka kijem mieszała substancję o zapachu wolno gotującego się mięsa.
Druga wiedźma, bo Gejralt nie łudził już się, że został tu zaproszony na degustację cynamonowych ludków i mleczka, stała nieco dalej, w cieniu. Strój miała podobny, ale jej twarz zdradzała, że była nieco młodsza, nieco grubsza, i dużo brzydsza od tej, która go sprowadziła.
– Zofio, masz? – zaskrzeczała ta druga.
– Mam – odpowiedziała Zofia. – Hihihihihi! Mam coś znacznie lepszego!
Ta druga spostrzegła właśnie Gejralta i zasapała z zachwytem.
Przydreptała przyjrzeć mu się z bliska.
– Miało być coś wejdźmińskiego, a tu jest cały, najprawdziwszy wejdźmin!
– Ha! – dumnie podniosła głowę Zofia.
– Jak to zrobiłaś?
– Dałam mu, łii hihihiihi, ciasteczko, Gryzeldo! Ciasteczko z Wieszczem! To znaczy, z wiesz czym!
– Łaa hahahaha!
Gejraltowi zrobiło się niewygodnie w pupę.
– Drogie panie – powiedział odchrząknąwszy. – Czy mógłbym wiedzieć, czemu zawdzięczam to niespodziewane, acz intrygujące zaproszenie? Ja najbardziej to jestem zainteresowany tym medalionem, co go…
– Umi mówić! – zadrwiła Gryzelda. – Słuchaj no, składniku jeden, za chwilę zostaniesz złożony w ofierze na ołtarzu starożytnego boga śmierci, Khu-Thu-Sru-Lu! Więc lepiej zmów modlitwy!
– Hm – zastanowił się wejdźmin. – Prawdę mówiąc, to nigdy nie słyszałem o takim bogu. A ten magiczny wywar to zaczyna pachnieć mi coraz bardziej jak ogórkowa.
– Zawrzyj gębę, pomiocie! – odpowiedziała Gryzelda, lekko zbita z tropu. – Niech no tylko wróci Gertruda! Wtedy zostaniesz przerobiony na starożytny artefakt siejący śmierć i zniszczenie!
– I śmierć! – dodała Zofia.
– Już była – wtrącił wejdźmin. – I przed chwilą mówiłyście, że…
Nie skończył, bo gdzieś za nim zaskrzypiały drzwi. Cienie na podłodze wskazywały, że coś weszło do pomieszczenia.
– Gertruda! – Zofia i Gryzelda zakrzyknęły razem.
– Więc wciąż nie udało jej się znaleźć sposobu, by przestać być kotem – zafrasowała się ta pierwsza. – No nic! Rytułał czas zacząć! Gryzeldo, zamknij drzwi!
Zamiary Gryzeldy udaremniła seria niespodziewanych wydarzeń.
Najpierw do pomieszczenia wpadł pies. Na jego widok zaskoczony kot zaskrzeczał i jednym susem wskoczył na żyrandol. Kundel, który go gonił, usiadł na podłodze pod spodem i warczał.
Następnie pojawiło się dwóch jegomości, jeden krasnolud i jeden… trudno powiedzieć co, z których pierwszy wyglądał na zupełnie zdezorientowanego a na twarzy drugiego malowało się uczucie dumy, którym może promieniować ktoś, kto od samego początku miał rację.
Następnie weszła tęga pani o tłustych włosach ubrana w fartuch i szpitalny czepek.
– Zofia i Gryzelda! Co tu się dzieje?! – wrzasnęła nowoprzybyła.
Zołman i Mlaskier spojrzeli na nią, a po chwili dołączył do nich Gejralt, który z racji swoich gabarytów potrafił, jak zwykle, po prostu wyjąć ręce z więzów.
– ZNOWU to zrobiłyście? Już nie mam do was sił. Ściągać to, i to już! A ty sio! – krzyknęła na kota, który, bacznie obserwowany przez Dżi-Piesa, ulotnił się przez drzwi.
– Tak, pani Alinko – dwie „czarownice” spuściły głowy i pospiesznie jęły ściągać ze ścian rozwieszone tam czarne szmaty z nabazgranymi wizerunkami czaszek. Po chwili dało się zauważyć, że pod spodem pomieszczenie miało kolor biały, a w jednym kącie wisiała tabliczka z napisem “Dom Spokojnej Starości Pani Wąs – pokój 16”.
– Przepraszam najmocniej – zwróciła się do trójki towarzyszy pani Alinka. – Nie mają tu wielu rozrywek, więc wystarczy spuścić je na chwilę z oka, i już wymykają się i kombinują. Ostatnio próbowały obrabować dyliżans, i do dzisiaj nie wiem, skąd wzięły łuki i pióropusze. Dobrze, że chociaż zupa na obiad będzie.
– Nic się nie stało – podrapał się po głowie Gejralt. – Mam tylko jedną prośbę.
– Tak?
– Chciałbym zabrać ze sobą ten medalion, który leży na stole.
– To było dziwne – stwierdził Zołman, już na zewnątrz wciśnętego miedzy dwie kamienice budynku o niebieskich drzwiach.
– Najważniejsze, że mam mój medalion – powiedział wejdźmin. – Prawda, Mlaskierku?
Mlaskier nie odpowiedział, bo odwiązywał właśnie sznurek od obroży Dżi-Piesa, którego postanowił wypuścić “na wolność”, bo “spełnił swoje zadanie doskonale i w stu procentach”. Kiedy zwierzę poczuło, że nie jest już uwiązane, jakby ożyło.
Pies zamerdał ogonem, podskoczył i jął węszyć coś na zakurzonym bruku.
– Mądra decyzja – pochwalił poetę Wejdźmin. – Tam, dokąd zmierzamy, może być zbyt niebezpiecznie dla takich małych piesków. Chociaż wciąż nie wiem, gdzie to jest…
– Jeśli mogę się wtrącić – powiedział pies, dając popis nieskazitelnej dykcji. – Ja wiem gdzie. Musicie odnaleźć ogień, którego poświata spowija was już od dawna. Idźcie za dymem wydarzeń, ale w przeciwnym kierunku.
Zołman zemdlał.
– No, a jeśli to jest jeszcze dla was zbyt metaforyczne – przewrócił oczami czworonóg. – Bo ten tutaj chyba nie ogarnął nadmiaru mojej poetyckości, to macie iść na północ. A teraz bywajcie, bo mam jednego wstrętnego kota do dorwania.
***
Wejdźminowi zakręciło się w głowie. Magiczne burze, kłęby dymu i gadające psy obijały mu się w umyśle jak kauczukowe piłeczki. Nic już nie wiedział.
Jeszcze przed chwilą wszystko było dobrze, a teraz uczucie chaosu przytłaczało go, stało się bolesne. Czuł to zwłaszcza na plecach, zupełnie jakby leżał na kamiennym…
Gejralt otworzył oczy. To była wciąż ta sama jaskinia, ale po Pani Wodospadu nie było ani śladu (chociaż przysiągłby, że gdzieś z bocznego korytarza dobiega go zapach palonego papierosa).
– Gejraaalt, i cooo, miałeś jakąąś wiiizjęęę? – usłyszał wołanie Zołmana dobiegające od strony wejścia.
Wejdźmin podniósł się do pozycji siedzącej aby pomasować sobie plecy i poczuł, że coś mu ciąży. Nie musiał sprawdzać, chłód medalionu na piersi znał doskonale.
