Rozdział XVI – Kupa Przygód

257174231_222331090011664_87660784163828692_n

Stefano robił kupę.
Wychodek, umieszczony w szczytowym miejscu kwatery głównej Dzikiego Zgonu był dla niego zarazem świątynią, miejscem, gdzie myśli mogą zostać ubrane w dające się wykrzyczeć na militarnej przemowie słowa, oraz miejscem, gdzie robi się kupę.
++++++Prawdę mówiąc, była to jedyna czynność fizjologiczna którą obecnie mógł wykonać, ponieważ z racji pewnego straszliwego przewinienia, pozbawiono go, przegniłej co prawda, ale bardzo istotnej części ciała.

Dziki Zgon cieszył się od setek lat nieposzlakowaną opinią organizacji, która wykonuje swoje zadanie z bezwzględną dokładnością. Podróżując na swoich dawno już umarłych, kościstych rumakach odwiedzali wszystkie zakątki świata, roznosząc plotki, choroby weneryczne i, od czasu do czasu, przesyłki konduktorskie, ale to zdarzyło się tylko kilka razy w czasach mocno uszczuplonego przez nałogowy alkoholizm członków Zgonu budżet.
++++++Jednak najważniejsze były plotki. Pieczołowicie pielęgnowane, gromadzone i roznoszone z nieustępliwością wjeżdżającego do ciasnego tunelu długiego i mokrego parowozu stanowiły o ich reputacji. Było to tym bardziej godne podziwu, że parowozów jeszcze wtedy nikt nie wynalazł. Natomiast to, że gdyby istniały, to na pewno wjeżdżałyby do ciasnych tuneli przewidział już wiele lat wcześniej niejaki Wejdźmin Odbywlasł swoim proroczym manuskrypcie zatytułowanym „Lista rzeczy prawdziwych i nieprawdziwych, ale zarazem długich i mokrych, które mogłoby się zmieścić w ciasnych tunelach, przepraszam ale się rozmarzyłem. Tom LXXVII.”

Za plotki ludzie ich szanowali. Podobno gdy szedł słuch, że nadciąga Dziki Zgon, dzieci malowały barwne laurki, zdobiły je wydzierankami i zostawiały na parapetach posypane cukrem pudrem i okruszkami, ażeby dzielni Jeźdźcy nie musieli podróżować o pustych żołądkach. Tej plotki jednak nie roznieśli, ponieważ nie została zatwierdzona jako wystarczająco wiarygodna; zwłaszcza, że ostatnim razem gdy najechali pewną małą wioskę, wyszedł od nich sołtys i zaproponował złożenie wszystkich dzieci, kobiet i starców, i właściwie wszystkich innych mieszkańców nie licząc Sołtysa, w krwawej ofierze, aby odjechali.
++++++Wtedy obyło się bez ofiar, bo zasadniczo zatrzymali się tylko na tortillę i jeden wyjątkowo podgniły jeździec musiał wysłać polecony, ale wiedzieli, że reputacja ich wyprzedza. Reputacja tych, którzy zawsze rozniosą to, co do nich dotrze i z którymi nie należy zadzierać.
++++++Tak było do momentu, kiedy kilka lat wcześniej, podczas jednego z rajdów napotkali na swojej drodze pewnego wejdźmina, z którym to Stefano dość zażyle się zaprzyjaźnił.
Wejdźmin był wyśmienitym źródłem wszelkiego rodzaju plotek, zwłaszcza, że łatwo było go zastać w stanie mocno wstawionym, a do tego zupełnie nie obrażał się za rozniesienie na niego np. syfilisu, ponieważ wejdźmini z racji swojej wejdźmińskiej natury byli na takie rzeczy odporni.
++++++Działał tu też prosty dobór naturalny. Zwyczajnie ci Członkowie Homo Moher, którzy takiej odporności nie posiadali już dawno zarazili się czymś i wymarli. Stefano wiedział o tym z pierwszej ręki, ponieważ sam, dawno, dawno temu, był jednym z nich. To była tajemnica. Bał się, że straci na autorytecie, jeśli ktoś kiedykolwiek skojarzy go z dziwnym zakonem mieszczącym się w Górach Różowych.
++++++
Wiele dekad wcześniej, jeszcze jako żyjący młodzieniec o imieniu Stefancjusz, wstąpił do Homo Moher, gdzie został przyjęty z otwartymi nogami i już jako swoje nowe wcielenie – Wejdźmin Sewalin wyruszył ochoczo w świat aby wykonywać wejdźmińskie zadania.

Niestety, los chciał, że w ciągu zaledwie szesnastu minut od początku swojej misji Sewalin złapał siedemdziesiąt dziewięć różnych chorób wenerycznych i wkrótce dokonał swego żywota leżąc w konwulsjach na łóżku w wiejskiej lecznicy usytuowanej w nieznanej nikomu miejscowości, która miała później znacząco się rozrosnąć i stać stolicą całego królestwa, od tej pory funkcjonując pod nową nazwą – Wyrżnijma.
++++++Wiejscy znachorzy debatowali później długo, czy bardziej do jego śmierci przyczyniły się liczne choroby, czy to, że spadł na niego czterdziestokilowy żyrandol, ale Sewalinowi nie robiło to już wtedy wielkiej różnicy.
Wiedział jedno – życie po własnym pogrzebie to już właściwie nie jest życie. Wstąpił zatem do Dzikiego Zgonu, o którym słyszał liczne plotki, że pozwala na realizację talentów każdemu, kto zna się na roznoszeniu, i radził tam sobie tak dobrze, że wkrótce wybrano go czołowym przywódcą. Kolejny raz zmienił imię – tym razem nazwał się Stefano, nie chcąc, by łączono go z jego dawnym życiem, ani z wejdźmińską przeszłością. To nowe imię wybrał na cześć swojego normalnego imienia, z czasów, kiedy nie był jeszcze ani Upiornym Jeźdźcem, ani wejdźminem.
++++++Głosownie na przywódcę nie miało nawet związku z jego osiągnięciami, ale zupełnym przypadkiem miał akurat wśród Jeźdźców najdłuższe Ko’Tas-u, co w starożytnym języku nieumarłych oznaczało tę część anatomii, która najbardziej świadczy o zdolnościach przywódczych wśród każdej organizacji, która zajmuje się czymkolwiek.
Przez setki lat Dziki Zgon pod rządami Stefano osiągał same sukcesy. Było tak do momentu kiedy na ich drodze stanął wspomniany wcześniej wejdźmin, a towarzyszył mu wyjątkowo dziwny poeta i niezwykle podejrzliwy krasnolud.
Gejralt faktycznie dysponował nowymi i świeżymi plotkami na każdą okazję, ale zafascynowany nim Stefano zupełnie opuścił gardę i zignorował zasady panujące w Zgonie – a w efekcie rozniesione zostały plotki, które wejdźmin zwyczajnie wymyślił, albo wyssał z palca. Prawdopodobnie Mlaskrowi. I prawdopodobnie nie z palca.
++++++Musiał więc Stefano stanąć przed sądem polowym złożonym z komisji pewnych wysoko postawionych w upiornym świecie indywiduów, kilku przedstawicieli Urzędu Skarbowego i jednej gadającej ryby w podstawionym na szybko akwarium. Trybunał prędko wydał wyrok, zwłaszcza, że wszystkim bardzo się spieszyło, z uwagi na zapowiadaną od tygodni promocję w pobliskim lumpeksie, a w efekcie, choć co prawda pozwolono mu pozostać na stanowisku przywódcy, w ramach kary musiał stracić Ko’Tas-u.

A wejdźmini, nawet byli, i nawet nieżywi, są bardzo przywiązani do swojego Ko’Tas-u. Zemsta musiała być straszliwa.
Gejralt miał stracić wszystko – swoje moce, przyjaciół i sens życia, a kiedy zostałby już zupełnie sam i popadł w rozpacz, przyszłaby pora i na niego. Wtedy Stefano dokonałby ostatecznego dzieła – wcieliłby Gejralta do Zgonu (uprzednio sprawdziwszy za pomocą suwmiarki czy czasem bardziej od niego nie nadaje się na przywódcę). Większa część planu już się dokonała. Teraz była już prawie pora na wielkie zakończenie. Do pojmania pozostał im jeszcze tylko ów dziwny poeta, który zawsze towarzyszył Gejraltowi, a wtedy samotny i opuszczony wejdźmin złamałby się jak trzcina cukrowa na… to znaczy, jak piórko, które… No cóż. Stefano nigdy nie był zbyt dobry w poetyckich porównaniach.

Poza tym, w drzwi wychodka właśnie ktoś zapukał.

++++++– Ee… zajęte – krzyknął wyrwany z zamyślenia przywódca.
++++++– Ale szefieee – odpowiedział głos zza drzwi. – Ja naprawdę muszę…
Przywódca dzikiego Zgonu westchnął przeciągle i zapiął swoje mocno już nieświeże po kilkuset latach nieprania bryczesy. Przez te wszystkie dywagacje misję odwiedzenia toalety zmuszony był uznać za zakończoną niepowodzeniem.
Przejechał kościotrupią ręką po czaszce, jakby poprawiał dawno już nieistniejące włosy, wziął głęboki oddech i otworzył drzwi.
++++++– Szeregowy! – wrzasnął na trzymającego się za brzuch zielonego, podgniłego trupa. – To jest wychodek wyłącznie DLA DOWÓDCY!
++++++– Ale ja jestem tu nowy…
++++++– To mnie nie interesuje! A zresztą, nieważne. Mam ważniejsze rzeczy na czaszce! A ty znajdziesz sobie inny…
++++++– Już nie trzeba.
++++++– Co?
++++++– Już nie trzeba – odparł podgniły z widoczną ulgą na twarzy. – Przepraszam, szefie.
Stefano lekko zatkało, więc patrzył tylko jak szeregowy oddala się kołysząc bioderkami. Coś go w tym zastanowiło.
++++++– Szeregowy!
++++++– Eee?
++++++– Mówiłeś, że jesteś nowy. Jak się nazywasz i kim byłeś wcześniej?
++++++– No, szefie, nazywam się Rafał…
++++++– Nie ściemniać! Nie ma takiego imienia.
++++++– No dobra… to znaczy, tak jest – odpowiedział domniemany Rafał po dłuższej chwili, wyraźnie zafrasowany. – Nie chciałem się przyznawać, bo takie tam, i teraz jeszcze ta afera z wejdźminami i fałszywymi plotkami… ale nie miałem nawet czasu wymyślić dobrej wymówki. Nazywałem się Siezmieścin, no i rozumie szef, wcześniej tak jakby… no sam byłem wejdźminem. Wstyd się przyznać, ale zabiły mnie chyba te wszystkie rzeczy, co człowieka nachodzą jak się dużo no, ten tego…
++++++Stefano przestał słuchać. Jego umysł wszedł na wysokie obroty. Stanęło mu przed oczami kilka firmowych imprez i to, że w Zgonie dominowała zasadniczo tylko jedna płeć.
++++++– Spocznij! – krzyknął do szeregowego i pobiegł schodami na balkon wychodzący na główny dziedziniec kwatery głównej.
Szeregowy nie poruszył się w widoczny sposób, z wyjątkiem lekkiego spojrzenia w dół.
++++++– Już – zamrugał.

Na schodach Stefano wpadł na Januszszo, Jeźdźca, który był niewiele tylko młodszy stażem w Zgonie od niego samego.
Januszszo składał się praktycznie wyłącznie z obżartych przez robaki kości.
++++++– Stać!
++++++– NO? – odpowiedział Januszszo, głębokim tonem właściwym tym Jeźdzcom, którzy utracili już jakiekolwiek resztki ciała i musieli posługiwać się magicznym głosem. – SZEFIE, BŁAGAM. IDĘ KUPĘ.
++++++– Co? Ale wychodek dla… Nieważne! Mów kim byłeś wcześniej!
++++++– WCZEŚNIEJ?
++++++– No, zanim umarłeś!
++++++– NIECH POMYŚLĘ. A TAK. NAZYWAŁEM SIĘ WYSSAMIN I…

Stefano dalej nie słuchał. Biegł już dalej. Po drodze przemknęła mu jakaś myśl o zaskakującym przypadku że akurat dwóch towarzyszy zmierzało do tego samego wychodka, do którego normalnie nikt nie chodzi. Zupełnie, jakby się umówili…
++++++Kiedy stanął na mównicy ogarnął wzorkiem przechadzających się w ogromnej sali jeźdźców zajętych własnymi sprawami. Były wśród nich zarówno kościotrupy, jak i zwłoki w różnym stadium rozkładu, a także półprzezroczyste zjawy i upiory. Atmosfera panowała przyjazna. Ktoś dyskutował o niuansach refrakcji świetlnej w półprzezroczystych cieczach. Ktoś inny dłubał sobie patykiem w zadku.
++++++– Halo! – głos Stefano zwrócił uwagę Zgonu. – Wszyscy patrzeć na mnie. Odpowiadać prawdę, bo za kłamstwo kara będzie straszliwa!
++++++Wskazał palcem stojącego najbliżej zgnilca.
++++++– Jak nazywałeś się za życia?
Zgnilec chciał jakby powiedzieć coś innego, ale w końcu spuścił wzrok i odpowiedział.
++++++– Ciupcissan.

++++++Teraz przyszedł czas na zjawę w długiej szacie, która przewróciła oczodołami i wydała teatralne jęknięcie.
++++++– Ee… – odparł upiór. – Co ja tam będę ukrywał, że moje prawdziwe imię to Ciągnimin.
Stefano miał już wskazać następną ofiarę, kiedy spod szaty upiora, na wysokości pasa, wychynęła jakaś trupia głowa i też spuściła wzrok.
++++++– Liżechun – powiedziała głowa.
Stefano potrząsnął głową, i zamknąłby oczy, gdyby je miał.
++++++– Jak nazywał się twój koń? – zagadnął dla pewności, ale ze zrezygnowaniem do opierającego się o filar szkieletu.
++++++– NIECH POMYŚLĘ. SUTKA.
++++++– Czy jest tu w ogóle ktoś, kto wcześniej nie był wejdźminem? – zagrzmiał Stefano.
Zapadła cisza.
++++++Naczelny Przywódca z otwartą szczęką i nie do końca wiedział, jak zinterpretować te wszystkie lata…
++++++– Wracają! – przerwał mu trup stojący gdzieś na końcu tłumu.

Chwilę później na dziedzińcu wylądowały dwa trupie konie, a więzień ich jeźdźców został przywleczony przed oblicze Stefano. Na głowę miał narzucony czarny wór.

*****
++++++– HA! – krzyknął Stefano. – Przedostatni element mojego planu!
Dwaj jeźdźcy spojrzeli po sobie, a jeden z nich przełknął coś, co miał zamiast śliny.
Stefano poznał po ich minach, że coś jest nie tak.
++++++– Co jest z wami? No? – wycedził. – Porwaliście tego całego Mlaskra, i wam, całkowicie przypadkowo, umarł, tak?
Nie doczekał się odpowiedzi.
++++++– Nieważne, może se być nieżywy! Dopóki, zgodnie z planem, wejdźmina zeżre samotność i pustka zanim się za niego wezmę, he, he, to nie ma wielkiego znaczenia. Bo w przeciwnym wypadku to on by mnie raczej, he he…
Jednemu z przybyłych jeźdźców udało się mieć skrajnie żałosną minę, mimo, że na jego twarzy malowała się tylko wysuszona kość. Ten drugi pociągnął kaptur, odsłaniając oblicze więźnia.
++++++– O kurwa – zdołał wydusić dowódca.

Rozdział XIV – Strachy na Lachy

14

Zdechnięty koń pokonywał przestworza.
Dosiadała go szkaradna postać, a za nią siedział krasnolud.
++++++– BOISZ SIĘ? – powiedziała postać.
++++++– Niezbyt.
++++++– WIEDZ, ŻE WYŚPIEWASZ NAM WSZYSTKO.
++++++– Na przykład co? – krasnolud w głębi duszy cieszył się, że Junior został na dole.
++++++– WSZYSTKO. CHCESZ ZACZĄĆ SIĘ BAĆ?
++++++– Bandy wychudzonych kościodupców co im zgniłe galoty z zadków spadają?
++++++– INACZEJ BĘDZIESZ GADAŁ, JAK ZAMKNIEMY CIĘ W CELI PEŁNEJ LASODYMACZY.
++++++– To by nie był pierwszy raz – westchnął krasnolud. – Ani chyba nawet drugi… Ani trzeci. Cholera, Gejralt…
++++++– TO NAJLŻEJSZA Z TORTUR! POTEM ZACZARUJEMY CIĘ TAK, ŻE KAŻDA SEKUNDA BĘDZIE CIĄGNĘŁA SIĘ DLA CIEBIE GODZINAMI.
Krasnolud przypomniał sobie kilka okazji, kiedy wypił eliksir Ja Pierdolę i, na przykład, spędził kilkaset lat na kontemplacji liścia, który spadał przed nim na ziemię. Wzdrygnął się , ale zaraz przed oczami stanął mu obraz, jak prawie urwał Gejraltowi głowę kiedy w końcu efekty ustąpiły, i to go rozśmieszyło.
++++++– TO NIE JEST ŚMIESZNE.

***

++++++– Cycki. Cycki – mruczał pod nosem Zołman, stojąc pod lasem i przerzucając obrazki w Dyrdynetce. – Cycki… Eh. A w rzyć niech się to wszystko kopnie.
Krasnolud, który w normalnych okolicznościach byłby zachwycony prezentem, teraz pomyślał, że nawet zmieniające się panienki w pełnym 3D i 127 megadyrdypikselach jakoś nie poprawiają mu humoru.
Teraz było inaczej, niż zawsze. Kiedyś nawet najgorsza kupa kompostu, w jaką się wpakowali, na końcu okazywała się czymś błahym. W najlepszym wypadku w ogóle nie było się czym martwić, a w najgorszym, wejdźmin musiał dość intensywnie unikać Zołmana i jego topora przez dzień dwa, góra trzy miesiące. I potem znowu było śmiesznie.
Teraz w powietrzu wisiało coś nowego, coś, czego nie doświadczyli jeszcze nigdy – bezradność. Miał wrażenie, że każda góra, którą pokonywali odsłaniała za sobą jeszcze większą i bardziej stromą. A na horyzoncie wciąż majaczył najbardziej złowrogi ze szczytów; do tego spowity tą dziwną, śmierdzącą mgłą tajemnicy. W ogóle nie wiedzieli, co robić.
++++++– Asz, kurwa – westchnął ponownie krasnolud i znów zaczął przerzucać obrazki. – Cycki, cycki, zgniły demoniczny kościotrup z zardzewiałą szablą…
Odniósł wrażenie, że jeden z obrazków w Dyrdynetce nie pasuje do pozostałych. Odjął ją więc od twarzy, tylko po to, żeby przekonać się że urządzenie się zepsuło, a głównym powodem tego stanu rzeczy było to, że została przecięta zardzewiałą szablą przez zgniłego, demonicznego kościotrupa, który stał przed nim.
Z kawałka Dyrdynetki, który leżał na ziemi, wygramoliło się kilka maleńkich, skąpo ubranych panienek, które zafuczywszy coś niecenzuralnego, pootrzepywały się z kurzu i z obrażonymi minami odeszły, jedna za drugą. Dało się jeszcze słyszeć jak ta najbardziej roznegliżowana piszczy coś na temat związków zawodowych.
Wiedział, że uciekać nie ma po co. Nie spuścił wzroku z kościotrupa, ale kątem oka dostrzegał, że wszystko w odległości większej niż kilka metrów od niego było zamazane i mieniło się brzydkimi odcieniami czerni z domieszką koloru sraczkowatego. W grę musiały zatem wchodzić czary. Na szczęście Junior został z Gejraltem i Mlaskrem.

***

++++++– NO TO… NAPOIMY CIĘ TAKIMI MIKSTURAMI, ŻE NIE BĘDZIESZ WIEDZIAŁ CO JEST PRAWDZIWE.
++++++– Jak wtedy, co ganiałem gadające krowy po jakichś jaskiniach, a potem obudziłem się w ostatniej chwili, zanim Gejralt zdążył uratować mnie metodą usta-usta?
++++++– TO… MUSIAŁ BYĆ DOBRY TOWAR.
++++++– A żebyś, he he, wiedział. Więc lepiej żebyście mieli coś mocniejszego.
++++++– MAMY ZNACZNIE GORSZE RZECZY. TYLKO POCZEKAJ.

***

++++++– KRASNOLUD ZOŁMAN – wycharczał kościotrup i odczekał chwilę, ale nie doczekał się potwierdzenia. – NIE MASZ DOKĄD UCIEC.
++++++– Nie zamierzam – odparł krasnolud, który nie łudził się, że intruz tylko chciałby, aby dopisał mu się do pamiętniczka. – Ale powiem ci jedno. Pewnie i tak nie mam szans, bo jesteś magiczny, i i tak już nie żyjesz, ale dla zabawy porąbię cię na kawałki. Ty chuju.
++++++– NIE, NIE MASZ SZANS. TWOJA BROŃ NIE MOŻE MNIE NAWET DRASNĄĆ, ALBOWIEM JESTEM Z INNEGO ŚWIATA. KAŻDA STAL PRZEJDZIE PRZEZE MNIE NIEJAKOŻ MGŁA PRZEZ… AŁA! FŻY GLLYT MR!!!
Demoniczny szkielet przekonał się, że trudno się mówi z płaską głową. Zołman przywalił mu w nią chwilę wcześniej toporem wpłask.
++++++– To nie jest stal. Wykuli mi to w Homo Moher – poinformował i zdzielił ponownie, tym razem wbijając kosciotrupa po kostki w ziemię – Ten metal nazywa się Ko’ń, i nie wolno pytać skąd oni go biorą. – Znów uderzył. – Ale jestem pewien, że tamtejsi kowale potrafią walić go całymi miesiącami. – A masz!
– HGLLL BLLBL! – maszkara spróbowała bronić się szablą, ale na darmo bo, po pierwsze, nawet magiczna, zardziewiała szabla nie bardzo może się równać z Homomoherskim orężem, a po drugie dlatego, że szabla owa, razem z przegniłą, kościotrupią ręką, leżała już kilka metrów dalej.
++++++– A czary jakie tam odprawiają – mówił dalej krasnolud, waląc obuchem toporu w czaszkę drugiego kościotrupa, który pojawił się za jego plecami. – To by zawstydziły nawet te wasze chędożone przegnite ryje!
Zwinny ruch ostrzem na niskiej wysokości podciął nogi kolejnym dwóm, nieco tylko mniej zgniłym napastnikom, którzy natychmiast wyparowali pozostawiając za sobą kłęby czarnego dymu.
Zołman zorientował się, że nikt więcej go nie atakuje. Rozejrzał się. Wokół niego, na krawędzi mgły, stały dziesiątki mniej lub bardziej przegniłych osobników wpatrując się w niego świdrującymi światełkami w miejscach oczodołów. Bali się podejść.
++++++– TEN GEJ JEST INNY – powiedział w końcu jeden. – TEN SIĘ BRONI.
++++++– Nie jestem gejem! – odwarknął krasnolud. – Ale jak chcesz to ci wsadzę – dodał, spoglądając na topór.
– PÓJDZIESZ Z NAMI.
++++++– Pójdziecie to wy, i to się chędożyć! Dziki, kurwa, Zgon, prawda? To przez was wszyscy znikają?
++++++– TAK. TY TEŻ TERAZ ZNIKNIESZ. PÓJDZIESZ Z NAMI.
++++++– Śmiało, zaprowadźcie mnie za rączkę!
Szkielet, który wcześniej mówił, na te słowa zrobił krok, ale cofnął się, gdy Zołman spojrzeniem dał mu do zrozumienia, że wspomniane zaprowadzanie będzie miało coś wspólnego z utratą rąk, nóg, głowy, torsu i zdolności komunikacji.

++++++– NO WEŹ.

***
Przelatywali właśnie nad kłębiastą chmurą, której kształt z pewnością przypadłby do gustu Gejraltowi.
++++++– NIE BOISZ SIĘ, BO NIE WIESZ, ŻE W RAMACH NASTĘPNEJ TORTURY BĘDZIESZ MUSIAŁ PRZEBYWAĆ Z DWOMA STUKNIĘTYMI GEJAMI PRZEZ DWADZIEŚCIA CZTERY GODZINY NA DOBĘ DO ODWOŁANIA!
++++++– Tak, tak – Zołman przeciągle ziewnął, bo nagle uświadomił sobie, że od dawna porządnie się nie wyspał. A przemierzający niebo, demoniczny koń koniec końców dość usypiająco nim kołysał.

***

Nie było ucieczki. Ale jeśli spróbowaliby wziąć go siłą, to, był tego pewien, byłoby im potem potrzebne bardzo dużo taśmy klejącej. Bardzo, bardzo dużo. Impas przerwał dopiero po dłuższej chwili jeden z maszkaronów stojących gdzieś za nim.
++++++– CO TO JEST?
++++++– CO?
++++++– TO NA JEGO PLECACH?
++++++– CHYBA POKROWIEC NA ORZECHY – zgadywał inny.
Zołman zaklął w myślach.
++++++– HUŚTAWKA.
++++++– LAMA.
++++++– NIE – uciął dyskusję szkielet w potłuczonych okularach, z którego czaszki zwisała długa, wypłowiała broda. – TO JEST NOSIDEŁKO.
++++++– NA ŻWIR?
++++++– NA DZIECKO.
++++++– CZY ON MA DZIECKO?
++++++– GDZIE JEST DZIECKO?
Nie było rady. Nie było czasu nawet się zastanawiać. Rzucił topór na ziemię.
++++++– Dobra, cholera. Róbcie ze mną co chcecie. No już, kurwa, bo wiecznie czekał nie będę! No?
Kościotrupy zamarły, jakby niepewne co zrobić, ale kiedy wyglądało już na to, że krasnolud naprawdę nie zamierza się bronić, jak za dotknięciem czarodziejskiej pałki Dyrdymała, wszystkie wyparowały, a na ich miejsce pojawił się jeden, znacznie bardziej obrzydliwy. Siedział na czarnym koniu, który zdechł bardzo, bardzo dawno temu.
++++++– WSIADAJ.

***

++++++– ZAMIENIMY CIĘ W DŻDŻOWNICĘ! RZUCIMY CIĘ ZGWAŁTOWI! SPRAWIMY, ŻE BĘDZIESZ MÓGŁ MYŚLEĆ TYLKO O RODZYNKACH! ZAWIESIMY CIĘ NAD JAMĄ PEŁNĄ MACKO-WĘŻO-OBMACO-LUDO-LIZÓW!

Krasnolud odhaczał coś w głowie, za każdym razem przypominając sobie coś i potwierdzającego przytakując.
Jego porywacz uniósłby brwi, gdyby je miał. Jego pęknięta szczeka pozostała przez chwile otwarta, jakby zabrakło mu słów.
++++++– NO, JAK…? – zaczął, po czym otrząsnął się.
Wyjął coś małego zza zgniłej pazuchy i przyłożył sobie do czaszki.
++++++– HALO? STEFANO? JEDNEGO CHCIAŁBYM ZWRÓCIĆ TAM SKĄD GO WZIĘLIŚMY. BO SIĘ NIE NADAJE I JEST DENERWUJĄCY. I SIĘ NIE BOI. NIE, NICZEGO. POCZEKAJ, SPRÓBUJĘ.
Odwrócił czaszkę w stronę Zołmana.
++++++– UKĄSI CIĘ BIEDŁONKA?
Krasnolud pomocnie pokiwał głową, pokazując że i to doświadczenie w ogóle nie jest mu obce.
++++++– TEŻ NIE. NAPRAWDĘ? NO TRUDNO.
Kościotrup schował gadżet i zmarkotniał. Przez resztę podróży już się nie odezwał.

Rozdział XII – Niezła Aukcja

12

++++++– Dzban należący pierwotnie do pierwszego władcy tych ziem! Sześcsetletni antyk! Nówka sztuka, nie śmigany! Cena wywoławcza, 50 koron! – zakrzyknął jegomość ubrany w nieskazitelny surdut, który ze smakiem uszyto w kolorach reprezentacyjnych Wyrżnijmy. – Nie widzę chętnych! O, pani w trzecim rzędzie, 50 koron, kto da więcej?
Gdzieś z tłumu zaczęła wysuwać się ręka, ale ktoś siedzący obok jej posiadacza szybko wciągnął ją z powrotem.
++++++– Mlaskierku, to nie jest nam potrzebne – powiedział Gejralt do ucha poety. Poeta pokiwał głową ze zrozumieniem.
++++++– Sprzedane za 150 koron! – ogłosił aukcjoner kiwając głową w stronę kogoś z publiczności. – Następny przedmiot! Najprawdziwsza relikwia, nos Świętego Pryncy-Pałka, który przez siedemdziesiąt dni i nocy trzymał głowę we własnym zadku i w ten sposób osiągnął szczyt religijnego oświecenia! Trzy sztuki w cenie jednej! Pan w czwartym rzędzie…
++++++– Gejralt – szepnął do Wejdźmina Zołman, łapiąc jednocześnie za rękę Mlaskra, który najwyraźniej zamierzał podbić ofertę. – Jesteś pewien, że…
++++++– Sprzedane za 200 koron, pan w cylindrze nie będzie żałował! – aukcjoner mówił tak szybko, że to, że wszyscy go rozumieli musiało budzić podziw. – A teraz hit dnia!
Jegomość zrobił wykalkulowaną pauzę, podczas której jeden z pomagających parobków wciągnął na podest uwiązanego na sznurku psa. Był to nienajmłodszy już, umorusany kundel, który starał się zapierać nogami, a jednocześnie wydrapać kilka pcheł ze swojego grzbietu.
++++++– Hit dnia! – zakrzyknął ponownie prowadzący. – Oto najprawdziwszy cud natury! Stworzony kiedyś przez starożytnego Dżina, przed wami… Dżi-Pi-Es! Dżi-Pies! Nikt nie wie skąd się wziął, ale poprzedni właśc… to znaczy, legenda, mówi, że to zaczarowane zwierzę potrafi nieomylnie i bez zastanowienia wskazać drogę do dowolnego celu! Tak! I do tego… mówi ludzkim głosem! Wystarczy go zapytać!
Aukcjoner spojrzał na wypłowiałego Dżi-Piesa, który odbywał właśnie intensywną toaletę własnych narządów płciowych.
++++++– Cena wywoławcza! – nie stracił animuszu. Ee… – Dwie korony!
++++++– … zrozumiałeś coś z tego, co mówiła ta chędożona Pani Wodospadu? – dokończył krasnolud. – Bo ja tam, he, he – Mlaskier, nie – nie za bardzo słuchałem. – Krasnolud mówił przyciszonym głosem, bo w specjalnie przystosowanym, krasnoludzkim, skórzanym pokrowcu na topór, na jego kolanach, spał sobie smacznie Junior.
++++++Wejdźmin podrapał się po podbródku.
++++++– Czuję, że to wszystko gdzieś się łączy – powiedział. Swoją drogą bardzo ładne różowiutkie nosidełko na Juniorka, w koroneczki. Ale wracając do tematu, to wciąż nie mogę sprecyzować…
++++++– Nie ważne, patrz! – przerwał mu Zołman.
++++++Dżi-Pies najwyraźniej nie okazał się hitem aukcji, bo parobek, który sprowadził go właśnie z powrotem po schodkach teraz przywiązywał sznurek do wbitego w ziemię palika. Aukcjoner trzymał w wyciągniętej ręce coś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Był to, zawieszony na łańcuszku, srebrny medalion z wygrawerowanym na środku serduszkiem.
++++++– …miński medalion! – krzyknął. – Należał kiedyś do pewnego wejdźmina, Ge… Gie… niewyraźnie tu napisali, Gieranta, którego stado wściekłych Dymonów rozszarpało na strzępy na moich własnych oczach! Gwarantuję, że wejdźmin ów dotykał go tylko w rękawiczkach! Cena wywoławcza, 500 koron!
++++++– Jednak to prawda – powiedział Gejralt, którego nagle opuścił ponury nastrój. Podniósł rękę.
++++++– Poczekaj – szepnął Zołman. – Nie mamy pewności czy jest prawdziwy! I czy jest twój!
++++++– Ja mam. Czuję, że gdy odzyskam medalion, wszystko będzie takie jak kiedyś.
++++++– Normalne?
++++++– Łatwe. Zwłaszcza młodzieńcy.
++++++– Ech.

++++++– Sześcset koron! – ogłosił aukcjoner. – Pani w trzecim rzędzie!
++++++Gejralt obejrzał się na staruszkę, która skinęła przyjaźnie w jego stronę głową. Potem podniósł rękę.
++++++– Siedemset koron, srebrnowłosy pan w pierwszym rzędzie! – podekscytował się ten w surducie.
++++++Staruszka nie dała za wygraną.
++++++– Osiemset koron, pani w… dziewięćset koron! Srebrnowł… Tysiąc koron! Pani…
++++++– Nie mogę tak – westchnął wejdźmin. – To jakaś miła staruszka.
++++++– Co ty opowiadasz? – zestrofował go Zołman. – Przecież powiedziałeś, że musisz mieć ten medalion!
++++++– Tak, ale załatwimy to inaczej.
++++++– Sprzedane pani w trzecim rzędzie za tysiąc koron! – padło z ambony.

++++++Staruszka była garbata i miała tak pomarszczone oczy, że w ogóle nie było ich widać. Mimo to, zdaniem wejdźmina, budziła sympatię.
++++++– Droga Pani – powiedział. – Czy byłaby pani skłonna rozważyć oddanie mi nabytego wcześniej medalionu z serduszkiem? W zamian mogę zaoferować szeroki wachlarz wejdźmińskich usług…
++++++– Jaki miły chłopiec – wypiszczała staruszka. – Chce ciasteczko?
++++++– …polegających na rozwiązywaniu problemów, głównie z potworami.
++++++– Chłopiec ciasteczko chce?
++++++– Właściwie to trochę mi się spieszy z tym medalionem…
++++++– Ciasteczko… CHCE?
++++++– Ech. No dobrze, zjem ciasteczko, ale później porozmawiamy o medalionie?
++++++– Ma ciasteczko.

++++++Wejdźmin przewrócił oczami i wziął od babuni okrągłe ciastko ozdobione kulkami z czekolady. Staruszka wpatrywała się w niego szparkami oczu i uśmiechała zachęcająco. Kiedy je ugryzł, natychmiast stracił kontakt z rzeczywistością.
++++++

++++++– Mlaskier. To jest zwykły pies – powiedział Zołman do poety, którego radość nie znała końca, ponieważ z absolutnego braku chętnych aukcjoner zgodził się odsprzedać mu Dżi-Piesa za kilka szyszek i pokazanie jak robi fikołka.
++++++– Mylisz się, kochany – odparł Mlaskier przemądrzale zadzierając nos. – On wie, gdzie jest WSZYSTKO. Patrz. – Piesku, gdzie jest drzewo? – zwrócił się do kundla który od jakiegoś czasu leniwie patrzył na rosnącą nieopodal sosnę.
++++++Poeta wbił w Zołmana znaczące spojrzenie. Ten tylko westchnął.
++++++– No dobrze. A pomyślałeś, co teraz zamierzasz z nim zrobić? Chyba nie sądzisz, że go zatrzymamy?
++++++– Zołmanku, nie mów tak, bo będzie mu przykro.
++++++– TO JEST PIES – krasnolud podniósł głos, ale od razu odwrócił głowę, żeby posłuchać czy przypadkiem nie obudził kimającego w nosidełku na plecach Juniora.
++++++Jego uszu dobiegło tylko ciche pochrapywanie, ale krasnolud zaniepokoiło coś innego.
++++++– Mlaskier, nie widzę nigdzie Gejralta! Ani tamtej staruszki… No i co, może ten twój, cholera, Dżi-Pies wie gdzie poszedł?

++++++Nieopodal, z drzewa, które obserwował kundel, zsunęła się kępa czarnej sierści. Dżi-Pies najeżył grzbiet i wiódł za nią oczami. Kiedy kot znalazł się na ziemi, też go zauważył, zesztywniał, i przygotował się do ucieczki.
++++++– No pewnie, że tak – stwierdził oczywistość Mlaskier. – Proszę bardzo. Dżi-Piesie, zaprowadź nas do Gejraltusia.
++++++HAŁHAŁHAŁHAŁHAŁ!!! – zaszczekał kundel i puścił się w pogoń za kotem, ciągnąc za sobą Mlaskra, który w ostatniej chwili zdążył złapać sznurek.
++++++– Zołmanku, za nami! – krzyknął poeta ledwo nadążając z przebieraniem nogami w ślad za pędzącym psem. – On WIE!
++++++– Nosz kurwa – burknął krasnolud i pobiegł.

++++++Gejralta obudził potworny ból głowy. Przez chwilę nie mógł nawet otworzyć oczu, a kiedy w końcu mu się udało, uznał sytuację za interesującą.
++++++On sam przywiązany był do postawionego na sztorc drewnianego stołu. To nie była dla niego pierwszyzna – bywał już przywiązywany, co nierzadko miało miejsce na różnego rodzaju stołach, a i stawianie na sztorc nie było mu obce. Niepokój budziły za to wysadzane czaszkami, czarne ściany oraz pokaźnych rozmiarów kocioł znajdujący się na wprost niego.
++++++Przy kotle stała staruszka, którą poznał wcześniej na aukcji; teraz jednak miała na sobie czarną togę i spiczasty kapelusz, który mógłby pochodzić z pokaźnej kolekcji czarodzieja Dyrdymała, gdyby nie frędzelki z kości zwisające wokół krawędzi ronda. Staruszka kijem mieszała substancję o zapachu wolno gotującego się mięsa.
Druga wiedźma, bo Gejralt nie łudził już się, że został tu zaproszony na degustację cynamonowych ludków i mleczka, stała nieco dalej, w cieniu. Strój miała podobny, ale jej twarz zdradzała, że była nieco młodsza, nieco grubsza, i dużo brzydsza od tej, która go sprowadziła.
++++++– Zofio, masz? – zaskrzeczała ta druga.
++++++– Mam – odpowiedziała Zofia. – Hihihihihi! Mam coś znacznie lepszego!
++++++Ta druga spostrzegła właśnie Gejralta i zasapała z zachwytem.
++++++Przydreptała przyjrzeć mu się z bliska.
++++++– Miało być coś wejdźmińskiego, a tu jest cały, najprawdziwszy wejdźmin!
++++++– Ha! – dumnie podniosła głowę Zofia.
++++++– Jak to zrobiłaś?
++++++– Dałam mu, łii hihihiihi, ciasteczko, Gryzeldo! Ciasteczko z Wieszczem! To znaczy, z wiesz czym!
++++++– Łaa hahahaha!
++++++
++++++Gejraltowi zrobiło się niewygodnie w pupę.
++++++– Drogie panie – powiedział odchrząknąwszy. – Czy mógłbym wiedzieć, czemu zawdzięczam to niespodziewane, acz intrygujące zaproszenie? Ja najbardziej to jestem zainteresowany tym medalionem, co go…
++++++– Umi mówić! – zadrwiła Gryzelda. – Słuchaj no, składniku jeden, za chwilę zostaniesz złożony w ofierze na ołtarzu starożytnego boga śmierci, Khu-Thu-Sru-Lu! Więc lepiej zmów modlitwy!
++++++– Hm – zastanowił się wejdźmin. – Prawdę mówiąc, to nigdy nie słyszałem o takim bogu. A ten magiczny wywar to zaczyna pachnieć mi coraz bardziej jak ogórkowa.
++++++– Zawrzyj gębę, pomiocie! – odpowiedziała Gryzelda, lekko zbita z tropu. – Niech no tylko wróci Gertruda! Wtedy zostaniesz przerobiony na starożytny artefakt siejący śmierć i zniszczenie!
++++++– I śmierć! – dodała Zofia.
++++++– Już była – wtrącił wejdźmin. – I przed chwilą mówiłyście, że…

++++++Nie skończył, bo gdzieś za nim zaskrzypiały drzwi. Cienie na podłodze wskazywały, że coś weszło do pomieszczenia.
++++++– Gertruda! – Zofia i Gryzelda zakrzyknęły razem.
++++++– Więc wciąż nie udało jej się znaleźć sposobu, by przestać być kotem – zafrasowała się ta pierwsza. – No nic! Rytułał czas zacząć! Gryzeldo, zamknij drzwi!

++++++Zamiary Gryzeldy udaremniła seria niespodziewanych wydarzeń.
++++++Najpierw do pomieszczenia wpadł pies. Na jego widok zaskoczony kot zaskrzeczał i jednym susem wskoczył na żyrandol. Kundel, który go gonił, usiadł na podłodze pod spodem i warczał.
++++++Następnie pojawiło się dwóch jegomości, jeden krasnolud i jeden… trudno powiedzieć co, z których pierwszy wyglądał na zupełnie zdezorientowanego a na twarzy drugiego malowało się uczucie dumy, którym może promieniować ktoś, kto od samego początku miał rację.
++++++Następnie weszła tęga pani o tłustych włosach ubrana w fartuch i szpitalny czepek.
++++++– Zofia i Gryzelda! Co tu się dzieje?! – wrzasnęła nowoprzybyła.
++++++Zołman i Mlaskier spojrzeli na nią, a po chwili dołączył do nich Gejralt, który z racji swoich gabarytów potrafił, jak zwykle, po prostu wyjąć ręce z więzów.
++++++– ZNOWU to zrobiłyście? Już nie mam do was sił. Ściągać to, i to już! A ty sio! – krzyknęła na kota, który, bacznie obserwowany przez Dżi-Piesa, ulotnił się przez drzwi.
++++++– Tak, pani Alinko – dwie „czarownice” spuściły głowy i pospiesznie jęły ściągać ze ścian rozwieszone tam czarne szmaty z nabazgranymi wizerunkami czaszek. Po chwili dało się zauważyć, że pod spodem pomieszczenie miało kolor biały, a w jednym kącie wisiała tabliczka z napisem “Dom Spokojnej Starości Pani Wąs – pokój 16”.
++++++– Przepraszam najmocniej – zwróciła się do trójki towarzyszy pani Alinka. – Nie mają tu wielu rozrywek, więc wystarczy spuścić je na chwilę z oka, i już wymykają się i kombinują. Ostatnio próbowały obrabować dyliżans, i do dzisiaj nie wiem, skąd wzięły łuki i pióropusze. Dobrze, że chociaż zupa na obiad będzie.
++++++– Nic się nie stało – podrapał się po głowie Gejralt. – Mam tylko jedną prośbę.
++++++– Tak?
++++++– Chciałbym zabrać ze sobą ten medalion, który leży na stole.

++++++– To było dziwne – stwierdził Zołman, już na zewnątrz wciśnętego miedzy dwie kamienice budynku o niebieskich drzwiach.
++++++– Najważniejsze, że mam mój medalion – powiedział wejdźmin. – Prawda, Mlaskierku?

Mlaskier nie odpowiedział, bo odwiązywał właśnie sznurek od obroży Dżi-Piesa, którego postanowił wypuścić “na wolność”, bo “spełnił swoje zadanie doskonale i w stu procentach”. Kiedy zwierzę poczuło, że nie jest już uwiązane, jakby ożyło.
Pies zamerdał ogonem, podskoczył i jął węszyć coś na zakurzonym bruku.
– Mądra decyzja – pochwalił poetę Wejdźmin. – Tam, dokąd zmierzamy, może być zbyt niebezpiecznie dla takich małych piesków. Chociaż wciąż nie wiem, gdzie to jest…

++++++– Jeśli mogę się wtrącić – powiedział pies, dając popis nieskazitelnej dykcji. – Ja wiem gdzie. Musicie odnaleźć ogień, którego poświata spowija was już od dawna. Idźcie za dymem wydarzeń, ale w przeciwnym kierunku.
Zołman zemdlał.
++++++– No, a jeśli to jest jeszcze dla was zbyt metaforyczne – przewrócił oczami czworonóg. – Bo ten tutaj chyba nie ogarnął nadmiaru mojej poetyckości, to macie iść na północ. A teraz bywajcie, bo mam jednego wstrętnego kota do dorwania.

***

++++++Wejdźminowi zakręciło się w głowie. Magiczne burze, kłęby dymu i gadające psy obijały mu się w umyśle jak kauczukowe piłeczki. Nic już nie wiedział.
++++++Jeszcze przed chwilą wszystko było dobrze, a teraz uczucie chaosu przytłaczało go, stało się bolesne. Czuł to zwłaszcza na plecach, zupełnie jakby leżał na kamiennym…
++++++Gejralt otworzył oczy. To była wciąż ta sama jaskinia, ale po Pani Wodospadu nie było ani śladu (chociaż przysiągłby, że gdzieś z bocznego korytarza dobiega go zapach palonego papierosa).
++++++– Gejraaalt, i cooo, miałeś jakąąś wiiizjęęę? – usłyszał wołanie Zołmana dobiegające od strony wejścia.
++++++Wejdźmin podniósł się do pozycji siedzącej aby pomasować sobie plecy i poczuł, że coś mu ciąży. Nie musiał sprawdzać, chłód medalionu na piersi znał doskonale.

Rozdział X – „La Falluz”

LaFalluz

Wzgórze nie było wysokie, ale rozciągał się z niego widok na większą część wioski. Można było rozróżnić postacie krzątające się przy swoich codziennych sprawach: pasterzy przygotowujących się do wyprowadzenia swoich stad, piekarza noszącego bale do jeszcze nierozpalonego pieca i drobnych pijaczków, którzy, mimo wczesnego ranka zdążyli już odśpiewać niezliczoną ilość różnych wersji tej samej wulgarnej piosenki.
++++++Wejdźmin La Falluz przyglądał się tej krzątaninie w skupieniu, a następnie odwrócił się do swojego konia – Cypki. Zwierzę było jeszcze mokre na skutek ostatniej ulewy. Wejdźmin przejechał delikatnie palcami po futrze na wilgotnej Cypce, a następnie dosiadł jej zwinnym susem. Poruszając miarowo biodrami ruszył galopem w dół zbocza.
++++++Tawerna, wzorem innych tego rodzaju przybytków, niezależnie od pory dnia sprawiała wrażenie zatęchłej piwnicy. Jak na poranek, klientów było sporo. Oprócz kilku dziadków i meneli, przysypiających po kątach, którzy zapewne nie ruszyli się stamtąd od poprzedniego wieczora albo i kilku dni, przy stole siedziało trzech groźnie wyglądających drabów, a w jednym mrocznym zakamarku facet ubrany w skrywający twarz kaptur tłumaczył coś o pierścieniu małemu osobnikowi o bosych, owłosionych stopach. Nikt nikogo nie obsługiwał, bo karczmarz kręcił się między stołami zajęty myciem podłogi szmatą na kiju, a kelnerek nie było. Zapewne nie skończyły jeszcze prywatnych usług, które świadczyły co bardziej zamożnym klientom w znajdujących się na poddaszu pokojach.
++++++Później, na wszelki wypadek, mówiono, że do środka wpadła wtedy banda uzbrojonych żołnierzy. Ten jednak, kto tam był, zobaczyłby jedynie wchodzącego powoli osobnika pokaźnej postury. Był łysy, jego twarz zdobiły złowrogie tatuaże a bicepsy nie czyniły dziwnym zastanawiania się, jak w ogóle zmieścił się w podwójnych wrotach. Oczy miał osobliwe, jakby kocie.
++++++La Falluz zasiadł przy barze i położył na sąsiednim stołku swoją pałę i miecz. Pała wyglądała nawet groźniej niż ostrze. Wykonana z metalu i nabita kolcami, nie pozostawiała wątpliwości co do tego, że mogłaby zmiażdżyć czaszkę nawet przy użyciu niewielkiej siły. A tej ostatniej La Falluzowi nie brakowało.
++++++– Piwo – powiedział wejdźmin, a następnie spokojnie czekał, aż wreszcie wąsaty karczmarz uznał, że większość rzygów i krwi została już na tyle rozmazana po podłodze, że nie rzucała się zbytnio w oczy.

++++++Karczmarz wszedł za ladę i bez słowa nalał mu kufel wyrżnijmijskiego portera. Nie odezwał się. W powietrzu dało się wyczuć napięcie. Kiedy wejdźmin wziął soczystego łyka, rzucił na stół monetę i otarł usta ręką, spojrzeli sobie w oczy.
++++++– Szukam wejdźmina – powiedział La Falluz. – Zwą go Gejralt.
++++++– Panie – powiedział karczmarz takim tonem, jakby mu ulżyło, że obcy w końcu się odezwał. – Gdzie mnie tam spamiętać wszystkich klientów. Może i był tu taki, a może nie…
++++++– Tego byś spamiętał. Chudy taki, włosy srebrne.
++++++– Zlitujcie się. Nawet jeśli tu był, to tutaj przewija się dużo przejezdnych, a co każden to jeszcze dziwniejszy.
++++++– Lepiej pomyśl dobrze, panie karczmarz. Bo drugi raz nie zapytam. A jego dorwę i tak.
++++++Zanim karczmarz zdążył dobrze przemyśleć swoją odpowiedź, ktoś popukał wejdźmina w ramię.
++++++Trzech drabów, którzy wcześniej okupowali jeden z podniszczonych stołów pod ścianą, stało teraz za nim.
++++++– Nie za dużo tych pytań? – powiedział ten największy, który prawie dorównywał posturą La Falluzowi. – Chyba pan do ciebie mówi ośle, że nie widział.
++++++– No właśnie! – dodał ten z rozbieżnym zezem.
++++++Trzeci obserwował wejdźmina z ręką na rękojeści czegoś, co miał wetknięte za pas. Mogła to być zwykła deska z gwoździem, ale mogł to też być sztylet.
++++++La Falluz zmarszczył brwi, nieco zaskoczony, jakby zobaczył, że mucha usiadła mu na zadku, po czym odwrócił się z powrotem do karczmarza.
++++++– Są tu jakieś inne tawerny, gdzie mógł się zatrzymać?
Któryś z drabów pchnął go ręką.
++++++– Jak żeś ogłuchł, to my ci zaraz, kurwa, wbijemy do łba żebyś zrozumiał! – usłyszał za sobą.
++++++– No właśnie! – dodał zezowaty.
++++++Wejdźmin wykonał dwa ruchy. Jeden składał się z półobrotu, podczas którego złapał leżącą na stołku pałę i trafił tego największego tak, że ten tak jakby cały wywrócił się na lewą stronę, i jednocześnie tył naprzód. Drugi ruch zrobił palcami, tworząc znak. Dwóch pozostałych drabów zostało odepchniętych z taką siłą, że jeden wyleciał oknem, a drugi ścianą.
Kiedy opadł kurz, wejdźmin pociągnął kolejny łyk ze swojego kufla.
++++++– Pytałem, kto jeszcze mógł go widzieć – rzekł do pobladłego karczmarza.

***

++++++– Cicho! – syknął Zołman, wyglądając zza ściany drewnianej budki klozetowej przylegającej do kamienicy. – Nie widzę, gdzie jest. Widzisz, gdzie jest? Mlaskier, widzisz, gdzie jest? Mlaskier?
++++++– Zołmanku – powiedział sennie Gejralt, który leżał u jego stóp na ziemi podpierając głowę ręką i żując jakiś patyk. Poeta gdzieś zniknął. – On nas nie zje. Przecież to twoje dziecko. Poza tym, nie spędzimy reszty życia schowani za wychodkiem.
++++++– Mów za siebie. O boże! – Krasnolud zbladł. – Widzę go!
W pewnej odległości, spomiędzy domów wypełzło do rynsztoka niewielkie stworzenie. Miało trudną do określenia ilość nóg, dwa oślizgłe ogony i pyszczek, który na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem sympatycznie, ale po uważnym przyjrzeniu się można było odkryć, że jest to pomarszczony otwór pełen nieregularnie rozmieszczonych zębów. Na tym, co prawdopodobnie było głową, z jakiegoś powodu, stwór nosił niewielkich rozmiarów elegancki cylinder.
++++++– Gejralt, jak teraz zaczniemy uciekać, to nas zobaczy? Czy to w ogóle ma oczy?
++++++– Hmm. Oczywiście, że ma – oznajmił Gejralt. – Powtarzam ci, on tylko chce miłości. Dlaczego ty się w ogóle boisz? Sam mi mówiłeś, jak ważne jest, żeby okazywać uczucia swoim dzieciom. Poza tym już i tak nas widzi, bo popatrz, Mlaskier własnie go głaszcze i do nas macha.
Zołman nie musiał patrzeć, żeby wiedzieć, że to była prawda. Rozważył jeszcze kilka rozpaczliwych planów ucieczki, ale, koniec końców, machnął na Gejralta ręką, by ten poszedł za nim. Nawet jemu zdarzały się takie chwile, w których bezpieczniej czuł się z wejdźminem za plecami.
++++++Z bliska stworzenie było o tyle bardziej przerażające, że całe jego ciało pokrywały macki i wypustki, z których wypływał brzydkiego koloru śluz. Na widok krasnoluda najeżyło się i wykręciło „głowę” do góry nogami, po czym wydało z siebie skrzeczący dźwięk, który brzmiał jak nieludzki szept. „Finken tinken kinken pinken globlglgg.”
++++++– Ojej, no nie mogę! – ucieszył się Mlaskier. – Powiedział „tata”!
++++++– Jeeezus maria – zbladł Zołman.
++++++– No, pogłaszcz go. I przytul – pouczył go wejdźmin. – Zobaczysz, że natychmiast poczujesz instynkt tacierzyński.
++++++– Zwariowałeś?
++++++– Zaufaj mi, Zołmanku.
Krasnolud nie był do końca pewien, dlaczego to robi, ale uznał, że mimo lat wpędzania w tarapaty, wejdźmin nie kazałby mu z premedytacją dotykać czegoś, co rzeczywiście odgryzłoby mu głowę. Przełykając ślinę przyklęknął na jedno kolano i drążcymi ramionami, powoli i niechętnie objął stwora.
Ten, na znak radości, zadygotał, oblał go śmierdzącą mazią i oplótł macką, która nagle urosła.
++++++– I jak tam Zołmanku? – powiedział Gejralt. – Czujesz miłość?
++++++– Nie, czuję szambo. I nie mogę się ruszyć. Co właściwie ma się teraz stać?
++++++– Nie wiem. Myślałem, że go pokochasz.
++++++– Gejralt, odczep to ode mnie!
++++++Interwencja wejdźmina nie była konieczna, bo Zołman Junior sam zwolnił uścisk, odpełzł i zagrzebał się do połowy w piasku.
++++++– No i co zrobiłeś? – zmarszczył brwi Mlaskier. – Teraz płacze.
++++++– Czego wy ode mnie chcecie?! – zirytował się ociekający szlamem Zołman. – Zrozumcie, jakiś potwór zgwałcił mnie kiedyś w lesie.
++++++– Zgwałt – wtrącił Gejralt.
++++++– I potem to ze mnie… wyszło. To nie jest dziecko. To jest pasożyt. Jajo potwora, które ten złożył we mnie wykluło się i wylazło to. Po jaką cholerę mam udawać, że jestem jego tatą?! Jak wy w ogóle możecie się tego nie brzydzić? A tamte dzieci, co, nie wiem jakim cudem, się z tym zaprzyjaźniły, mają szczęście, że jeszcze żyją!
++++++– Mylisz się, mój kochany – odparł spokojnie Gejralt. – Zgwałt to bardzo szczególne stworzenie, wcale nie pasożyt. Jego dzieci, nawet jeśli ma je z przedstawicielem innego gatunku, zawierają dokładnie po połowie materiału genetycznego obojga rodziców. Ale w jednym masz rację, nie jesteś jego tatą. Jesteś jego mamą.
++++++– Wiedziałem! – wykrzyknął Mlaskier, który głaskał stwora patrząc nieco z pode łba na krasnoluda. – A ty go nawet nie chcesz przytulać. A jest taki słodziutki i podobny do ciebie…
++++++– Co… – Zołmanowi opadły ręce. – Ale przecież popatrzcie na TO.
Wejdźmin podrapał się po głowie. Coś mu w tej całej sytuacji nie pasowało. Wrócił myślami do zajęć z potworologii i tym, co mówiono tam o Zgwałtach i ich potomstwie. Pamiętał, że z jakiegoś powodu w Wejdźmińskim Bestiariuszu z Misiem na Okładce w dziale o Zgwałtach nie było obrazka przedstawiającego rozmnażanie… a ilustracji o takiej tematyce figurowało tam poza tym niewiarygodnie dużo.
++++++– Już wiem! – krzyknął Gejralt. – Zołmanku, nic dziwnego, że masz trudności z zaakceptowaniem tego tutaj małego Zołmanka jako swojej najukochańszej pociechy!
++++++– Tak? – Krasnolud schował głowę w dłoniach.
++++++– Oczywiście! Bo… dziecko Zgwałta i istoty rozumnej to jedno z najpiękniejszych stworzeń, jakie w ogóle można sobie wyobrazić! I to dosłownie, jakie można sobie wyobrazić! Widzisz, taka istota jest również bardzo rozumna, pewnie jeszcze bardziej od ciebie, ale najważniejsze jest to, że każdy widzi ją na swój własny sposób! Dlatego dla dzieci był przyjacielem, mnie wydaje się po prostu mniejszą i ładniejszą wersją ciebie, Mlaskier to nie wiadomo co w nim widzi, ale jest urocze, a ty od samego początku bałeś się i brzydziłeś, co to będzie, więc teraz aż boję się zapytać, jak on dla ciebie wygląda…

***

++++++Pan Gieniusz wbił ostatni gwóźdź trzymający zawiasy drzwi i poruszał nimi, by sprawdzić, czy działają. Wolał uwinąć się, zanim wróci żona, bo wiadomość, że ich dom stał się celem napaści mogłaby ją tylko niepotrzebnie wystraszyć. Hanna praktycznie nie miała przecież styczności z żadnymi mężczyznami oprócz swojego męża, a co tu dopiero mówić, gdyby dowiedziała się, że taki mięśniak, do tego z taką wielką pałą, przestąpił próg ich domu. Pewnie nie chciałaby tam więcej mieszkać.
++++++To ci heca, pomyślał. Dwóch wejdźminów w jednym tygodniu, będzie co wnukom opowiadać. I obaj weszli przez zamknięte drzwi!
Większych szkód obcy właściwie nie wyrządził, ale sam Gieniusz trochę najadł się strachu, kiedy ten złapał go za fraki i jął wypytywać o tego poprzedniego, i mówiąc coś o karach i wyrokach, i że ktoś musi odpowiedzieć za swoje czyny.
++++++Pan Gieniusz, prawdę mówiąc, dość miał niespodziewanych odwiedzin. Dlatego, kiedy jakiś czas później, siedząc w głównej izbie, usłyszał pukanie, udał, że go nie ma. Listonosz postanowił zatem przyjść kiedy indziej. Zwłaszcza, że nie miał dla Państwa Zwiędlaków żadnych przesyłek.

***

++++++– Jesteś pewien, że to tak działa? – powiedział Zołman unosząc jedną brew.
++++++– Nie – odparł Gejralt. – Zmyśliłem to. Ale to jedyne możliwe wyjaśnienie. A, jak głosi stare, wejdźmińskie porzekadło – jeśli w danej sytuacji odrzuci się to, co niemożliwe, to chodźmy do mnie.
++++++– Po prostu powiedz mi co mam robić. Ale jeśli to nie zadziała, to obiecaj, że zostawimy już to obrzydlistwo w spokoju i zajmiemy się szukaniem twojej córki, która akurat ma tę przewagę nad … tym, że na przykład ma swoją własną twarz, i nie musi zjadać czyjejś.
++++++– Tak właśnie zrobimy – odparł Gejralt, ale w myślach trochę posmutniał, bo, choć wolał się do tego nie przyznawać, sam już nie miał pomysłu na to, gdzie szukać informacji, które doprowadziłyby go do córki. – Przyjrzyj się swojemu synkowi, Zołmanku. I teraz skoncentruj się. Zapomnij o strachu. Porzuć uprzedzenia do bawienia się ze swoimi przyjaciómi pod kołdrą w…
++++++– Gejralt!
++++++– A, tak. Porzuć uprzedzenia do bycia mamą. Zapomnij, że cały czas myślałeś o tym jak to potwór włożył w ciebie jajko. He, he. Po prostu oczyść umysł.
Zołman westchnął i stanął w niewielkiej odległości od, wciąż zagrzebanego po części w piasku, potwora. Postanowił nie myśleć o niczym, tylko patrzeć.
Mijały minuty, ale nic się nie zmieniło. Krasnolud zaklął.
++++++– Dość tego – zwrócił się do wejdźmina. – Wiem, że jest ciężko, i że nie wiemy gdzie szukać, ale zajmowanie się takimi pierdołami też nie pomoże! Gejralt, musimy działać. Jak cię to uszczęśliwi, to patrz, uściskam to coś z całych sił, żebyś może poczuł się zazdrosny, że ja mam swoje własne indywidualne dziecko, jakiekolwiek by ono nie było, a ty swojego nie możesz, bo nawet nie wiesz gdzie jest! Może, to cię ruszy i coś wymyślisz. Wiem, że tak będzie, bo ty zawsze coś wymyślasz!
++++++Zołman, to powiedziawszy, podniósł machającego mackami Juniora i przytulił go, tym razem z całej siły, i choć plecy zlał mu zimny pot, zamknął oczy i dla dobra sprawy pocałował go soczyście w mackę.
Ku swojemu zdumieniu, nie poczuł jednak na ustach glutowatego szlamu. Kiedy otworzył oczy, to, co miał w ramionach nie było potworem.
++++++– O boże… – wypowiedział nie wydając przy tym dźwięku. – Widzicie to?
Gejralt tylko się uśmiechnął.
++++++– Jaki on piękny – wyszeptał Zołman i upadł na kolana, tuląc do siebie to, co dla każdego z nich wyglądało cudnie na swój własny sposób.
++++++Mlaskier zaklaskał i podskoczył, a wejdźmin, choć szczęśliwy, zamyślił się.
Zołman miał rację. Myślał o córce, ale żadne rewelacyjne pomysły, jakieś odkrywcze rozwiązanie nie przyszło mu do głowy. Kopnął kamień. Ten potoczył się po ulicy, ale zanim zdążył bezwładnie dotrzeć do miejsca, w które celował, zatrzymała go jakaś noga.

++++++– Wejdźmin Gejralt! – krzyknął łysy, pokaźnych rozmiarów osobnik o wytatuowanej twarzy.
++++++– Eee… – wydusił z siebie Gejralt. – Nie.
++++++– A więc to ty – powiedział nieznajomy, nie mrugając. – Przysyła mnie Wielka Rada Homo Moher. Niniejszym mam oznajmić ci, że za swoje liczne przewinienia, w tym porzucenie wejdźmińskich mieczy, obcowanie z kobietą a nawet spłodzenie potomka, zostałeś skazany. Czy z własnej woli poddajesz się karze?
++++++– Ale przecież ja dopiero co tam byłem. Wtedy nic nie mówili…
++++++– Proces rozpoczął się już wtedy. Wielka Rada nie ujawnia od razu swoich knowań byle przybłędom i do tego kryminalistom. A poza tym, już po twoim wyjeździe wyszły na jaw kolejne z twoich niegodnych uczynków. Czy poddajesz się karze?
Między nimi stanął krasnolud, który, oddawszy delikatnie Juniora w ręce Mlaskra, trzymał teraz oburącz groźnie swój topór.
++++++– Słuchaj no! – wrzasnął. – To był dla mnie ciężki dzień. A ty właśnie grozisz mojemu przyjacielowi. Jeszcze jeden krok, i ta twoja pała znajdzie się tam, gdzie wejdźmini lubią najbardziej!
Ten drugi nie odpowiedział.
++++++– Zołmanku – westchnął Gejralt. – Dziękuję. Ale nic nie możesz poradzić. Tak musi być. Jestem przecież wejdźminem, no i, w zasadzie, wszystko co mówi jest prawdą…
++++++– Ale Gejralt…
Gejralt tylko pogładził go po włosach i pokręcił przecząco głową.
++++++– Poddaję się – powiedział głośno.
La Falluz skinął powoli. Gejralt odłożył miecze.
++++++Zołman kurczowo zacisnął w rękach topór, ale wiedział, że jeśli jego przyjaciel mówi coś takim tonem, to faktycznie nic nie da się zrobić.

++++++– Wejdźminie Gejralcie, niniejszym wymierzam ci najwyższą karę Akademii Homo Moher za postępowanie niegodne i nielicujące z mianem wejdźmina – oznajmił gromko La Falluz.
Gejralt przytaknął.
++++++Następnie lekko się pochylił.
Ten wielki podszedł do niego i bardzo delikatnie, dwukrotnie dał mu klapsa w pupę.
++++++– A ti! A ti! Niedobry wejdźmin! – powiedział zalotnym głosikiem.
Gejralt zachichotał.
++++++– Hej! Masz obowiązek odpowiedzieć formułą! – skarcił go La Falluz.
++++++– A, faktycznie. Ekhmn, ajć, ajć! Oj jak boli! – poprawił się Gejralt. Następnie wziął z powrotem swoje miecze, przeciągnął się i mrugnął do La Falluza.
++++++Zołman złapał się palcami za nasadę nosa.

++++++– No dobra – rzekł łysy wejdźmin. – Skoro sprawiedliwość została wymierzona, to teraz powiem ci, Gejralt, że w Homo Moher niedobrze się dzieje. Lepiej na razie tam nie wracaj.
++++++– Nie mów, że syfilis.
++++++– Właściwie to tak. Ale nie o to chodzi. Nasza największa wieża runęła. Niektórzy uznają to za złowróżbny znak. Zwłaszcza, że stało się to podczas dziwnej, jakby magicznej burzy. A na domiar złego nie ma kto wszystkich trzymać w ryzach, bo nikt nie wie, gdzie jest Wazelin.
++++++– Jak to, nikt nie wie, gdzie jest Wazelin? Zazwyczaj wtedy jest z tyłu.
++++++– Więc nic o tym nie słyszałeś? Wieści ostatnio powoli się rozchodzą… Mówię ci Gejralt. Coś złego się dzieje.
++++++– To, to ja akurat wiem – mruknął Gejralt.

++++++Kiedy La Falluz, zadowolony z wzorowo wypełnionej wejdźmińskiej misji oddalił się celem spożycia pokaźnej ilości alkoholu, zostali sami. Mlaskier tłumaczył Zołmanowi jak przewijać dziecko, co prowadziło do pewnych nieporozumień, ponieważ oprócz tego, że poeta nie miał o tym zielonego pojęcia, obaj najwyraźniej widzieli go zupełnie inaczej. Obojgu przy tym wydawało się, że dziesięciolatków się nie przewija. Ale nie byli pewni.
++++++Wejdźmin przyglądał im się, mając wrażenie, że gdzieś w jego głowie dzwoni jakaś myśl, która była bardzo ważna, i która nadałaby sensu ostatnim wydarzeniom, ale nie mógł jej uchwycić. „Wieści ostatnio powoli się rozchodzą…”

Rozdział VIII – „Ciasne Szczeliny”

ciasne2

Szczepan de Peszczan van Czepaszn, zwany też Dźwiedziem z Gór Groźnych, ubrany jedynie w metalowy ochraniacz na genitalia, sięgnął po miecz. Zrobił to powoli, teatralnie, bo wiedział, że obserwuje go pokaźne grono gapiów. Rycerz złapał w końcu oburącz rękojeść oręża i pociągnął ku górze. Broń ani drgnęła, ponieważ do połowy tkwiła w potężnym głazie.
++++++Szczepan uśmiechnął się nerwowo, starając się sprawiać wrażenie, jakby drwił z całej sytuacji, i zatarł ręce. Stanął w nieco szerszym rozkroku i naprężył muskuły, które, poruszając się pod skórą przywodziły na myśl jakieś duże zwierzę pożarte przez węża. Dla lepszego efektu powiódł jeszcze wzrokiem po publiczności, a następnie zakrzyknął bojowo i szarpnął, tym razem wkładając w tę czynności maksimum wysiłku. Jego twarz nabrzmiała czerwienią, a oczy wyszły z orbit.
++++++– Ha grrrrrruuuuuhhhghh – jęczał głośno mocarz, wciąż jednak nie uzyskał najmniejszych efektów swojego popisu.
Puścił rękojeść i sapiąc ciężko, przetarł czoło. Zaczął zastanawiać się, czy może nie powinien spróbować pod innym kątem, albo użyć masła, albo…
++++++– Następny – zaskrzeczał nieprzyjemnie nosowym głosikiem sięgający mu do kolan gnom, który stał na skale tuż obok, i odhaczył coś malutkim ołóweczkiem na trzymanej przez siebie liście.
++++++– Won! – krzyknął rycerz. – Szczepan spróbować jeszcze raz!
Gnom przewrócił oczami.
++++++– Przysługuje jedna próba, a wykorzystał już dwie – wykwiczał. – Następny!
Szczepan nie należał do czempionów cierpliwości. Kiedyś przypadkiem zobaczył mecz szachów. Tak bardzo rozbolał go od tego mózg, że spędził potem dwa miesiące w szpitalu.
++++++– AAAAARRRGHHH – krzyknął rycerz i zasadził zamaszystego kopa prosto w głowę stworka.
Szczepan nie należał do społecznej elity intelektu. Gdyby było inaczej, wiedziałby, że gnomy to najwięksi specjaliści od starożytnych sztuk walki, takich jak Sratate, Dzidzitsut, i Kung-Hłang-Ping-Pong-Kim-Dżong-Chu-J. Wiele z nich sami wynaleźli.
Mały humunkulus, nie ruszając się z miejsca, jednym paluszkiem odbił zbliżającą się w jego stronę stukilową nogę tak, że Szczepan de Peszczan van Czepaszn spadł z ze skały i wylądował w pobliskim lesie. Gnom poprawił swoje okrągłe okulary.
++++++– Następny! – zaskrzeczał.

Z długiej kolejki, która ustawiła się nieopodal odłączył się kolejny ochotnik i wszedłszy na skałę nadaremno próbował uwolnić z niej miecz.
Kolejka liczyła już kilkaset osób. Teraz panowało w niej zamieszanie, ponieważ, jak niosła wieść, rosły wieśniak pobił się z pewnym siłaczem o to, kto pierdnął. Jak się jednak okazało, źródło intensywnego zapachu musiało tkwić gdzieś indziej, ponieważ było już odczuwalne przez większą część oczekujących.
Harmider zamarł, bo nagle rozległ się przeraźliwy dźwięk trąb. Nie minęła chwila, a pomiędzy skałą a ochotnikami pojawił się pokaźny oddział zbrojnych, na czele z perfidnie wyglądającym osobnikiem o dużym nosie. Smród mocno się przy tym nasilił.
++++++– Jam jest król Fjutest, władca tych ziem! – oznajmił osobnik. – No co tak na mnie patrzycie! Klękać przed królem!
Nikt nie ukląkł.
++++++– No to, w każdym razie, ten – kontynuował król. – Szukamy zbiega, który dopuścił się zniewagi na najważniejszej osobie w państwie! Mam sobie z nim do porozmawiania! Osobnik ten jest wejdźminem i podróżuje w towarzystwie krasnoluda i takiej jakby małpki. Jeśli ktoś tutaj widział rzeczonych zbiegów, to ma mi natychmiast o tym… a co tu się właściwie dzieje?
Król spojrzał na pilnującego skały gnoma. Ten westchnął i ostentacyjnie schował ołówek.
++++++– Kolejka jest – wyskrzeczał.
++++++– Nie wydałem zgody na żadną kolejkę! A do czego ta kolejka? Coś tu jest za darmo fajnego? Bo, jakby co, to ja akurat właśnie wczoraj to coś zgubiłem i chciałbym to odzyskać.
++++++– W kolejce musi poczekać – cierpliwie powtórzył gnom. – Do miecza, co spadł z nieba i się tu wbił. Jak go wyciągnie, to dostanie w nagrodę breloczek. Nad resztą legendy jeszcze pracujemy. Przysługuje jedna próba.
Fjutestowi zaświeciły się oczy. Gdyby to on wyjął miecz, to dorobiłoby się później do tego jakąś filozofię, że tylko najwspanialszy i prawowity władca, potężny bohater będący dziewicą o czystym sercu był w stanie to zrobić, a jego władza zyskałaby wręcz mityczny wymiar. Warunkiem było jednak to, że nie uprzedziłby go nikt inny.
++++++– Likwiduję tę kolejkę – oznajmił. – I konfiskuję tę skałę. Brać go!
Dwóch zbrojnych zeskoczyło z koni i ruszyło w stronę mikrego gnoma, zastanawiając się, czy go związać, czy może włożyć do jakiegoś rodzaju klatki dla chomików. Siedem sekund później nie mieli już tego problemu, mieli za to ręce zawiązane na supeł i frunęli z dużą prędkością w bliżej nieokreślonym kierunku.
Król potrzebował chwili, żeby zorientować się, co się stało.
++++++– No, na co czekacie? – wrzasnął na resztę swoich ludzi.
Ci niechętnie ruszyli do przodu, drogę zastąpiło im jednak kilku groźnie wyglądających osobników, którzy wyszli z wciąż stojącej w jednym rzędzie kolejki.
++++++– KOLEJKA jest, kurwa – powiedział ten największy, popychając pierwszego z żołnierzy prowokacyjnie.
Wywiązała się bójka. Gnom łoił niemiłosiernie całe grupy gwardzistów, którzy nacierali na niego chcąc zyskać w oczach króla, a cała reszta biła się na pięści z zastępami poddanych, których coraz więcej włączało się do walki.
++++++– Noooooo, bij, ale nie taak, kretynie, a w ogóle to jestem królem i macie mnie słuchać! – krzyczał Fjutest ze łzami w oczach, ale nikt go nie słuchał.

Po drugiej stronie skały z zagajnika wyłoniło się trzech podróżników. Jeden z nich był kompletnie przemoczony.

++++++– Ty i ten twój magiczny proszek – fuknął ociekający Zołman. – Dzięki niemu będziesz mógł przejść po wodzie! To naukowo potwierdzony sposób! ZAUFAJ MI!
++++++– Ależ Zołmanku, wszyscy wiedzą, że w słonej wodzie wszystko się unosi – powiedział Gejralt obserwując swoje paznokcie. – Myślałem, że jak posolę jezioro…
++++++– Dobra, zamknij się. Możesz mi powiedzieć, po co my tu w ogóle przyszliśmy?
++++++– No cóż, dowiedzieliśmy się z Mlaskrem że jest tu jakaś kolejka. Może dają coś fajnego za darmo?
++++++– Gejralt, a nie mamy czasem dużo ważniejszych rzeczy do roboty?
++++++– Tak, ale i tak nie wiemy już gdzie szukać śladów i informacji. Równie dobrze możemy zacząć tutaj.

Ich uszu dobiegł brzęk stali. Kiedy ucichli, dało się również słyszeć jęki, krzyki i przekleństwa.
– Co to – powiedział Mlaskier, wskazując palcem na widoczne w pewnym oddaleniu sylwetki walczących.
– O cholera – Zołman osłonił od słońca oczy ręką aby lepiej widzieć. – Gejralt, to chyba Fjutest!
Wejdźmin wzruszył ramionami.
++++++– Ee tam, on mi i tak wszystko w końcu wybacza – powiedział. – Ale może faktycznie, nie potrzeba nam teraz jatki. Lepiej chodźmy do jakiejś karczmy i popytajmy o dziwne zjawiska, magię, wejdźmińskie miecze, adresy kelnerów… ale najpierw siku.
Gejralt stanął pod niewysoką skałą, rozpiął rozporek i zaczął pogwizdywać.
++++++– Aaach, jak przyjemnie – powiedział, kiedy skończył. Wtedy zauważył, że na skale nad jego głową siedzi Mlaskier i majta nogami.
++++++– Gejraalt – powiedział poeta. – A tu jest twój miecz.
++++++– Ależ Mlaskierku, przecież widzisz go kilkadziesiąt razy dziennie…
++++++– Ale on jest tak jakby wciśnięty w szczelinę.
++++++– No, to też nic now…
++++++– W tej skale.
++++++– Co?

Gejralt kilkoma zwinnymi ruchami wspiął się na szczyt kamienia. Był stamtąd dobry widok na toczące się okolicy walki, ale sami walczący byli zbyt zajęci okładaniem przeciwników, by zwrócić na nich uwagę. Fjutest najwidoczniej gdzieś zniknął.
– O cholipka – ucieszył się wejdźmin i poklepał Mlaskra po głowie. – Zołmanku! Tu jest mój miecz!
Delikatnie wysunął oręż ze szczeliny. Ten na chwilę zaświecił się na różowo.
Gejralt powąchał rękojeść.
++++++– I w dodatku wiem, gdzie jest drugi! – powiedział. – Chodźcie za mną!

Kilka minut po tym, jak się oddalili, na skałę coś wpełzło. Był to starający się nie rzucać w oczy Fjutest, który postanowił wykorzystać nieuwagę walczących i po kryjomu samemu spróbować uwolnić miecz.

Gdzieś daleko za sobą usłyszeli jak ktoś bardzo głośno woła „Kuuuurrrrwaaaaa!”.
– Wciąż nie mogę uwierzyć – powiedział Zołman podążając przez las za Gejraltem. – Że tak nam się uwaliło! W końcu zaczynasz z powrotem być wejdźminem. Z mieczem i w ogóle! Ale powiedz mi, Gejralt, jakim cudem tak łatwo wyciągnąłeś go z tej skały? Przecież na moje oko, to on był tam całkiem solidnie wbity.
++++++– Hmm – zastanowił się wejdźmin. – Widzicie, wejdźmińskie miecze są dość śliskie, od tych wszystkich błyszczyków i wazeliny, którymi się je naciera, i łatwo je skądkolwiek wyciągnąć. To stwierdzenie jest prawdziwe na wielu różnych poziomach interpretacji. Ale jest pewien haczyk. Taki oręż jest specjalnie zaczarowany za pomocą różnych tajemnych rytuałów opracowanych w Homo Moher, aby można go było bezpiecznie zostawić i na przykład pójść na chwilę na stronę… po coś. Więc jeśli się go w coś wbije, to można go wyjąć wyłącznie ręką, która przed chwilą dotykała pewnej części ciała. Ale której, to jest wejdźmińska tajemnica. Dość powiedzieć, że w ten sposób upewniamy się, że praktycznie zawsze może jej używać każdy wejdźmin. Właściwie, jak o tym pomyślę, to Fjutestowi pewnie też by się udało…
Zołman postanowił po prostu iść dalej w milczeniu. Na szczęście jego myśli na temat własnego życia, przyjaciół, i sensu egzystencji zagłuszał Mlaskier, który szedł nieopodal przygrywając na lutni i śpiewając wesoło piosenkę.
++++++

Raz raz raz
idziemy se przez las
znaleźliśmy miecz
wspnaniały dzisiaj lecz
drugiego jeszcze trza
bo gdy znajdziemy dwa
to mieczami tymi
uratujemy Mimi…

Gejralt uśmiechnął się do niego, bo po raz pierwszy od bardzo dawna faktycznie sytuacja przestała stawać się coraz gorsza. Następnie przekrzyczał poetę, zwracając się na powrót do Zołmana.
++++++– Skoro już się tak dopytujesz, Zołmanku, to powiem ci dlaczego powąchałem rękojeść.
++++++– Ani przez chwilę się nad tym nie zastanawiałem.
++++++– Otóż powąchałem ją, bo ładnie pachnie.
++++++– Ech.
++++++– I wyczułem bardzo charakterystyczny zapach pewnego występującego w tych okolicach stwora, a konkretnie Łechlataczki.
++++++– Jezus Maria, Gejralt, kto wymyśla te…
++++++– Wygląda jak połączenie małży z krzyżówką orła z nietoperzem wielkości niedźwiedzia, który przebrał się za strusia. Ma też specjalne wypustki do łechtania. No taki jakby skórzasty, pomarszczony, ptak, he he, he…
++++++– Gejralt!
++++++– A, tak. No i ta Łechlataczka zazwyczaj lata sobie po lesie i wszystko łechta. Chyba że akurat jest w okresie godowym, wtedy robi się niebezpieczna. No i przypuszczam, że ten, kto miał moje miecze, został przez nią złapany w charakterze obiadu dla małych łechlataczątek. Podczas kiedy go niosła, pewnie ten ktoś się przypadkiem połechtał i upuścił miecz, który wbił się w tamtą skałę. A z drugim zapewne doleciał do gniazda…
++++++– I tam go znajdziemy.
++++++– Właściwie mogłeś powiedzieć tylko to. Ale ten ktoś to pewnie już nie żyje?
++++++– Różnie bywa. Jeśli jest w stanie żyć bez kończyn, głowy i torsu to może będzie się dało go uratować…
++++++– Rozumiem. A skąd wiesz, którędy iść do tego gniazda?
++++++– To proste. Trzeba kierować się w tę stronę, z której rzeczy są najbardziej połechtane.
Krasnolud przypomniał sobie, że już kilka razy postanawiał o nic nigdy nie pytać Gejralta. Ale w głębi duszy uśmiechnął się do siebie, bo miał też wrażenie, że wejdźmin naprawdę wraca do siebie.

Kiedy dotarli do gniazda tropionego przez nich stwora, krasnolud zwymiotował. Samo siedlisko przedstawiało się całkiem zwyczajnie, był to upleciony w niegłębokiej ziemnej jamie krąg z błota, gałęzi i siana. Jego zawartość przypominała jednak stos flaków i kup uklejonych w kule z doczepionymi krzywymi kikutami skrzydeł. Jak wyjaśnił Gejralt, to były małe łechlataczątka, jego zdaniem niesłychanie urocze. Poinstruował tylko towarzyszy, żeby ich nie głaskali, bo z powodu obcego zapachu mama mogłaby ich nie poznać. Zołman postanowił nie podejmować takiego ryzyka w stosunku do przeuroczych stworków, które nieprzerwanie ćwierkały „HGRRĆwwlllBRLlgLLL” i „TRFLUPL TRFLUPL”, a jedno z nich wybeknęło właśnie czaszkę, która potoczyła się mu pod nogi.

Wokół gniazda piętrzyły się strzępki tkanin, kawałki zbroi, i całkiem sporo różnego rodzaju kości, a nawet jeden metalowy ochraniacz na genitalia. Prawdopodbnie gdzieś wśród tego wszystkiego znajdował się wejdźmiński miecz.
Gejralt wyjął ze swojej torby niewielki przyrząd – WykryDyrdywacz Broni. Pociągnął za małą dźwigienkę umiejscowioną na jego boku. Urządzenie zabuczało, wydało z siebie ciche „pip, pip”, po czym magiczny głos przemówił ze środka.
++++++– Czarodzieju! – powiedział. – Bronia, córka karczmarza, idzie właśnie do pracy. Tradycyjnie będzie się przebierać na zapleczu od strony podwórza. W ścianie tegoż zaplecza jest małe okienko przez które wszystko widać, ale możesz też skorzystać z dziurki od klucza w bocznych drzwiach jak ostatnio.
++++++– Hmm… – zastanowił się Gejralt, kiedy WykryDyrdywacz znowu zapipkał i umilkł. – To chyba nam nie pomoże.

Zołman postukał go w ramię.
++++++– Słuchajcie, tak sobie pomyślałem – powiedział rozglądając się powoli. – Czy mama tych tutaj zwierzątek, to… co jak ona jest gdzieś w pobliżu?
++++++– To wykluczone – odparł wejdźmin. – Łechlataczki polują i karmią młode wyłącznie w nocy. Czas od wschodu do zachodu słońca spędzają na łechtaniu. Zresztą, nawet gdyby tu była to, o Jezus Maria uciekajcie szybko bo właśnie nadlatuje!!!

Wnęka wydrążona przez jakieś zwierzę w pniu wiekowego drzewa była spora. Nie na tyle jednak spora, by komfortowo mieścił się w niej krasnolud oraz dwoje ludzi. Na całe szczęście wejdźmin znał doskonale sposoby na zmieszczenie naprawdę dużych rzeczy w naprawdę ciasnych przestrzeniach, mogli więc się tam schować. Z wnętrza obserwowali, jak przedziwny stwór ląduje nieopodal z hukiem i pokracznie przechadza się wokół, co jakiś czas łechtając a to kamień, a to pień sosny, a to tak sobie łechtając w powietrzu. W końcu wyglądało na to, że kreatura zasnęła.
++++++– Niech was nie zmyli to, że tak leży i pochrapuje – powiedział powoli Gejralt. – Ona tak naprawdę… śpi.
++++++– Nie musisz mi tego… Zaraz, co? – spojrzał na niego Zołman, tym okiem, które nie było wciśnięte do połowy w policzek Mlaskra. – Zresztą nie ważne, czuję się tu z wami mocno niekomfortowo. Może się oddalimy, dopóki to brzydkie coś przycina komara, i wrócimy trochę później?

Mimo wspólnego jęku rozczarowania, który cicho wydali jednocześnie wejdźmin i poeta, zgodzili się, że to będzie najlepsze wyjście. Pierwszy z dziupli wygramolił się Mlaskier. Wcale nie zrobiło się tam więcej miejsca. Następnie wyszedł Gejralt, czemu akompaniował odgłos wyjmowania korka z butelki wina.
++++++– Ała – jęknął Zołman, ale zanim zdążył przemyśleć sytuację zauważył, że jako najniższy z ich trójki, nie zdoła samemu dosięgnąć otworu w drzewie tak, żeby wyjść. W tamtą stronę było łatwiej, bo wejdźmin bez słowa po prostu złapał go w biegu i wciągnął do środka. W dodatku w wejściu była uśmiechnięta głowa Mlaskra, który nie mrugał, tylko patrzył.
++++++– Przestań, to jest dziwne, jak się tak gapisz – mruknął krasnolud. – No przestań mówię! I podaj mi rękę!

Głowa Mlaskra zaczęła powoli przesuwać się ku krawędzi otworu aż znikęła. Krasnoluda to nie zdziwiło. Złapał się tylko palcami za nasadę nosa i przeciągle westchnął.
++++++– Zołmanku! – w otworze znowu pojawił się bardzo zadowolony poeta i nachylił się do środka. – Proszę!
++++++– No, chociaż raz można na ciebie KURWA MAĆ!
Mlaskier rzeczywiście podał mu rękę, jednak nie było można nie zauważyć, że nie była to jego ręka. Ta nie była już przyczepiona do swojego pierwotnego właściciela i ewidentnie od czasu rozstania zdążyła już trochę nadgnić.
Kiedy Zołmanowi minęły pierwsze objawy szoku pourazowego, pomogli mu się wydostać. Nie czekali jednak aż przedziwny stwór obudzi się i odleci. Jak się bowiem okazało, ręka, którą znalazł Mlaskier wciąż zaciskała w dłoni coś, na czym widocznie bardzo zależało jej poprzedniemu właścicielowi. Wejdźmiński miecz, mimo okoliczności, pozostawał nieskazitelnie czysty.

Rozdział VI – Pozamiatane

pozamiatane

Kulka potoczyła się po drewnianej rynience, a następnie spadła z niej, by wylądować w wiaderku, które wisiało na wiklinowym sznurku. Pod wpływem jej ciężaru wiaderko zaczęło powoli opadać, by w końcu spocząć na ustawionej pod odpowiednim kątem listewce. Listewka ta, wykonując półobrót, potrąciła szereg ustawionych pionowo klocków do domina, które, jedno po drugim, zaczęły przewracać się w perfekcyjnym porządku.
++++++Zjawisku temu przyglądały się z bliska oczy, do których przyczepiona była wąsata twarz, która stanowiła znaczną dość część ciała czarodzieja.
++++++– Mh, mh – mruczał do siebie z zadowoleniem Dyrdymał obserwując jak przewracający się łańcuch domina przyspiesza tempa.
Kiedy ostatni klocek z cichym stukotem poddał się reakcji łańcuchowej, spadł ze stołu, na którego stał krawędzi i zanim uderzył w podłogę uruchomił pstryczek dziwacznej maszyny wyposażonej końcówki z małymi nożykami i młoteczkami, która zaturkotała i ożyła. Czarodziej patrzył z zachwytem, jak urządzenie przemieszcza się pokracznie w stronę ustawionego na stoliku jajka na miękko w porcelanowej podstawce.
Wyspecjalizowane końcówki rozpoczęły czynność, do której zostało zbudowane: dziwnymi, ale precyzyjnymi ruchami postukiwały i obierały jajko ze skorupki. Dyrdymał klasnął w dłonie.
++++++– Noo, to się nazywa geniusz myśli technologicznej – rzekł głośno do siebie.
Coś jednak poszło nie tak. Zanim Dyrdy-Jajex (czarodziej był bardzo dumny z tej nazwy) skończył swoje dzieło, wypadła z niego jakaś zębatka. Następnie maszyna zaczęła trząść się i parować, gubić jeszcze więcej części, wyć i wymachiwać swoimi końcówkami, by w końcu zniszczyć i jajko, i stolik, i stojącą na półce drogocenną kolekcję nienajświeższych już szczotek do sedesu. Zanim Dyrdymał zdążył zastanowić się, czy w ogóle zamontował tam jakiś wyłącznik, machina w szale skoczyła na niego i urwała mu głowę.
W podziemnej pracowni nic się nie poruszało. Na podłodze tliły się jeszcze zgliszcza Dyrdy-Jajexa, a jego leżący nieopodal twórca zupełnie stracił głowę.
++++++Nie minęła minuta, a drzwi w rogu pomieszczenia laboratorium uchyliły się ze skrzypnięciem. Do środka zajrzało coś, co na pierwszy rzut oka można by wziąć za drewniany kij, zwłaszcza, że był to drewniany kij.
Magiczna miotła, upewniwszy się, że czarodziej nie robi nic, podczas czego lepiej zostawić go w spokoju, weszła do środka. Jej właściciel, co prawda, urwał sobie głowę i rozpryskał wszędzie krew, ale to zdecydowanie nie była najgorsza rzecz, na której kiedykolwiek go przyłapała. Miotła wyobraziła sobie, że wzrusza ramionami, i zrobiło jej się trochę przykro, kiedy przypomniało jej się, że składa się właściwie tylko z kija i pęku gałęzi. „No nic” – pomyślała – „trzeba zakasać rękawy i brać się za sprzątanie”. Zastanowiła się nad tym sformułowaniem i wpadła w jeszcze podlejszy nastrój.
++++++Brak rąk wcale nie utrudniał miotle zadania. Była magiczna, mogła zatem przenosić przedmioty siłą woli i, na przykład, wyczarować sobie detergent do czyszczenia powierzchni porcelanowych w kuchni i łazience z mikrokryształkami, w atrakcyjnej cenie, który wystarcza na dwa razy więcej zmywania niż zwykły środek.

++++++Kiedy uprzątnęła już wszystkie szczątki nieszczęsnej maszyny, pochowała narzędzia i powycierała rozbryzganą na ścianach krew, miotła zapaliła papierosa, który unosił się w powietrzu w niewielkiej odległości od czubka jej kija i postanowiła pozbyć się ciała. W czasach, kiedy była jeszcze zwykłą, a nie magiczną miotłą, obracała się w różnych, często wątpliwej praworządności środowiskach i wiedziała dokładnie co należy zrobić. Łopata powinna znaleźć się gdzieś w pracowni, natomiast najlepszym miejscem na grób jest jakaś zapomniana polana, gdzie ziemia jest wystarczająco miękka by kopać. Chociaż jest też taka metoda z kwasem… Była już prawie u drzwi wyjściowych, niosąc dwuczęściowe teraz ciało czarodzieja, kiedy przypomniało jej się, że przed śmiercią jej pracodawca dał jej instrukcje na wypadek zaistnienia tego rodzaju okoliczności.
++++++Pacnęła się w czoło, oczywiście w sposób wyimaginowany, mentalnie westchnęła i skierowała się w stronę stojącego przy ścianie drewnianego pudła z napisem „Zmartwychwsta-Dydotron”. Włożyła tam ciało, uprzednio wyjąwszy je z czarnego worka na zwłoki, i nacisnęła przycisk „Start”. Potem zgasiła papierosa i spokojnym krokiem wróciła do swojego schowka.
++++++Coś zafurczało, rozbłysło, a po chwili drzwi pudła otworzyły się z hukiem, a ze środka wypadł Dyrdymał.
++++++– Jaaaa pieeerdooolęęęę, mooja głoowa! – krzyknął, po czym obmacał się, aby sprawdzić, czy wszystko ma na swoim miejscu. Nie bardzo wiedział, co się stało, a ni gdzie się znajduje.
Dla pewności dokładnie się pomierzył i stwierdził, że po skorzystaniu ze Zmartwychwsta-Dyrdytronu jest o milimetr niższy, niż wcześniej. To go rozsierdziło. W przeciwieństwie do wynalazków, z których był najbardziej dumny, takich jak DyrdyDurszlag 7000, który potrafił wywracać garnki na lewą stronę, albo Dyrdyrekor 17, maszyny, która potrafiła udawać, że pracuje, czarodziej uważał Zmartwychwsta-Dydotron za nieudany pomysł, i postanowił rozłożyć go na części w wolnym czasie.
++++++Po zmartwychwstaniu był straszliwie głodny, a to podsunęło mu pomysł na znacznie bardziej użyteczny wynalazek.

++++++Niezwłocznie przystąpił do pracy. Najpierw wyczarował sobie idealnie ugotowane na miękko jajko. Następnie przyniósł z magazynka całą kupę zębatek, sznurków, listewek, klocków domina i innych części, a potem tak długo stukał, pukał, skręcał i przesuwał, aż, po kilku godzinach, jego dzieło było gotowe.
++++++– Nazwę cię – powiedział do maszyny. – Dyrdy-Jajco… Dyrdy… Jajex! Teraz zobaczmy, jak działasz.
++++++Czarodziej pchnął palcem przygotowaną na drewnianej listewce kulkę, która tocząc się uruchomiła reakcję łańcuchową, która w końcu doprowadziła do uruchomienia jego nowego wynalazku. Przyglądał się z zadowoleniem, jak wszystko działa, aż do momentu, kiedy urządzenie zepsuło się, zwariowało i urwało mu głowę. Drzwi schowka uchyliły się, a magiczna miotła niezwłocznie przystąpiła do porządkowania bałaganu, który pozostawił po sobie niefortunny wypadek przy pracy.

++++++Po zmartwychwstaniu czarodziej czuł się głodny, i przyszedł mu do głowy pomysł na pewien wynalazek związany z obieraniem jajek na kolację, ale najpierw postanowił sprawdzić, czy jego Zmartwychwsta-Dydotron działa jak należy. Obmacał się, żeby zobaczyć, czy wciąż ma wszystko na swoim miejscu, ale kiedy postanowił się zmierzyć, odkrył, że nie dosięga do stołu, na którym leżała linijka. Oznaczało to, że był co najmniej o połowę mniejszy, niż normalnie. To było niemożliwe.
++++++Zrozumiałby błąd rzędu jednego, może dwóch milimetrów, ale żeby tak mocno się skurczyć musiałby popełnić jakiś kardynalny błąd w konstrukcji Zmartwychwsta-Dydotronu, właściwie musiałby z premedytacją przebudować maszynę, aby działała w taki sposób. Nawet jego Dyrdy-SzewczykoDratetwex 5000, który zmniejszał sznurówki od butów tak, że miały wyglądać jak włosy, żeby można było z nich robić peruki osiągał sprawność maksymalnie 30%.
++++++Rozłożył więc Dydotron na części, przestudiował dokładnie jego konstrukcję, i stwierdził, że w dalszym ciągu, zważywszy na sposób działania urządzenia, to co się stało było absolutnie wykluczone prawami fizyki, magii a także zdrowego rozsądku.
Usiadł na podłodze.
++++++– Jak, ale jak?! – zapytał sam siebie. –Tak znaczne zmniejszenie czarodzieja za jednym uderzeniem magicznej energii musiałoby spowodow…
Przerwał, bo jego uwagę przukuł spory stosik niedopałków po papierosach piętrzący się obok Zmartwychwsta-Dydotronu.
++++++– Jednym uderzeniem… – powtórzył powoli.
Dyrdymał zerwał się na nogi, które miały teraz taką długość, że właściwie odległość jego głowy od podłogi nie zmieniła się i pobiegł do schowka na miotły.
++++++W środku stał pod ścianą gigantyczny stos czasopism, o których nie wypada mówić w dobrym towarzystwie; było też kilka schowanych na czarną godzinę butelek wódki i jedna, zaczarowana miotła.
++++++– Miotła! – krzyknął, a miotła podniosła się do pionu, na znak, że słucha.
++++++– Czy… czy .. znaczy, czy byłem ostatnio w Zmartwychwsta-Dydotronie więcej niż jeden raz!?
Kij pokiwał twierdząco.
++++++– A czy zbudowałem już wcześniej maszynę do obierania jajek na miękko?!
Kij znów pokiwał.
++++++– O kurwa! I za każdym razem…?!
Kij pokiwał.
++++++Czarodziej wziął sobie butelkę wódki. Zmartwychwsta-Dydotron szedł na śmietnik, i to zaraz. A na kolację zje sobie parówkę.
++++++Te rozmyślania przerwało mu powolne, ale silne walenie do drzwi pracowni.
++++++– I jeszcze ci akwizytorzy – powiedział głośno, nie przejmując się, czy osoba po drugiej stronie drzwi go słyszy. – Jak oni w ogóle tu włażą? Przecież to jest super tajna, podziemna, czarodziejska kryjówka!
Walenie nie ustało, więc Dyrdymał zaklął pod nosem i udał się w stronę drzwi. W międzyczasie przypomniał sobie jednak, że nie może się tak nikomu pokazać. Najpierw skorzystał więc z Dyrdymaximalizera – urządzenia potrafiącego dowolnie powiększać jego wzrost. Wszedłszy do kabiny, ustawił pokrętło na „+50%” i pociągnął za wajchę. Maszyna zaświeciła się, zastukała, i wprawiła w ruch swoje koła zębate. Specjalna łapa wysunęła się z jej górnej części, a następnie zabrała czarodziejowi kapelusz i założyła mu trochę wyższy.
++++++– No, tak lepiej – stwierdził Dyrdymał i otworzył drzwi, w które wciąż ktoś miarowo uderzał pięścią.
++++++To jednak nie był akwizytor.
++++++Kiedy miotła wyjrzała ze swojego schowka, uznała, że to dobry moment na sprzątanie. Jej właściciela nie było. Zamknęła więc drzwi, które najwidoczniej zostawił otwarte na oścież, i doprowadziła pomieszczenie do idealnego porządku. Potem schowała się z powrotem, a w pracowni pozostała tylko cisza.

Rozdział IV – Nieduza Sprawa


Wioska Śmierdź w czasach swojej świetności słynęła ze znakomitych wyrobów garncarskich i istniejącego tam niegdyś domu publicznego dla bezdomnych sierot, dotowanego przez fundusz inwestycyjny pochodzący ze skarbca samego króla Fjutesta, któremu kilka razy zdarzyło się zaszczycić ów przybytek własną obecnością.
++++++Czasy te należały jednak do przeszłości. Kiedy Gejralt wraz z towarzyszami stanęli u jej bram, z niepokojem zauważyli, że bram nie ma, zostały bowiem zamurowane. W tej sytuacji nieoceniony okazał się Mlaskier, który znał wiele ballad o magii, bramach i generalnie różnego rodzaju otworach, a zatem wiedział, że pewne magiczne typy wrót ujawniają się dopiero po wypowiedzeniu na głos specjalnego hasła. Postanowił więc wypróbować wszystkie znane sobie słowa w kolejności alfabetycznej.
++++++– Albert – powiedział poeta któreś już z kolei słowo, i odczekał stosowną chwilę, aby zobaczyć, czy dało to jakieś rezultaty. Kiedy wyglądało na to, że nie, pokręcił głową zmartwiony. – Albinos. Wiecie co, znudziło mi się – Hasło to pewnie więcej niż jedno słowo. Spróbuję powiedzieć wszystkie możliwe kombinacje.
++++++– Mlaskier, Jezus Maria – westchnął przeciągle Zołman.
++++++– Czubek butelki. Pierogi z mięsem i warzywami. Motyla noga. Żółto-zielony dzbanek.
++++++– Mlaskier…
++++++– Patrz – wejdźmin przerwał krasnoludowi gestem, i skinął głową w stronę najwyższej części muru.
++++++Za flanką coś się poruszało.
++++++– Wygląda jak hełm – Zołman zmrużył oczy.
++++++– Mhm – Gejralt podrapał się po głowie.
Wyjął zza pazuchy jeden z gadżetów, które otrzymali wcześniej od czarodzieja Dyrdymała – Dyrdyfon 8000. Urządzenie czyniło głos mówiącego wielokrotnie głośniejszym.
++++++– Dzień dobry. Czy jest ktoś tam na górze? – powiedział do mniejszego końca urządzenia.
++++++– BLEBLEBLEBLE HAHAHAAHAHAHA KUKURYKUUUU!!!!! – wydobyło się z drugiego końca. ++++++Wejdźmin westchnął. Schował urządzenie do kieszeni.
++++++– Haloo! Tam na czubku! Czy pan nas słyszy?! – wydarł się na całe gardło.
Hełm podniósł się niechętnie, ukazując noszącą go głowę. Należała do mężczyzny z wielkimi, zawiniętymi w górę wąsami. Miał opaloną cerę i rozbieżnego zeza.
++++++– Czego tu?! – odkrzyknął nieznajomy irytującym, piskliwym głosem.
++++++– Jesteśmy wędrowcami i mamy do wykonania bardzo ważną misję! – odpowiedział Gejralt. – Szukamy noclegu, jadła i języka do zasięgnięcia!
++++++– Nikogo nie ma w domu! Idźcie sobie!
++++++– Jak to… nikogo nie ma? – skonsternował się Gejralt. – Widzę dymy z kominów!
++++++Strażnik podrapał się po hełmie, zamrugał oczami i zrobił usta w dzióbek.
++++++– Nikogo nie ma! Dymi się bo żona gotuje zupę! – krzyknął, a następnie bardzo powoli z powrotem schował się za cegłami.
++++++Gejralt i Zołman spojrzeli na siebie pytająco, i bez słów zgodzili się poczekać na dalszy rozwój wypadków. Mlaskier próbował otworzyć wrota.
++++++– Drzewo sandałowe. Wisiorek z pętelką. Siedemnaście czternastych kilograma lnu – w tym miejscu zrobił pauzę, gdyż coś mu mówiło, że trafił w dziesiątkę. Mur jednak ani myślał drgnąć. – Ech. Siedemnaście czternastych kilograma snu? Słoik z zakrętką. Pies ogrodowy…
Zza muru znów wychynęła głowa. Wciąż miała na sobie te same wąsy, i właściwie wciąż wyglądała tak samo, z wyjątkiem tego, że tym razem zamiast hełmu na jej czubku widniała kępa złotego siana.
++++++– A wy jeszcze tu?! … Ekhm – głowa odchrząknęła i zmieniła głos na nieco wyższy – A wy jeszcze tu?! Mąż już mówił! Nikogo nie ma! A się dymi bo zupę gotuję!
++++++– A gdzie są wszyscy? – zapytał Gejralt.
Głowa schowała się, by za chwilę wynurzyć się na powrót ubrana w hełm, spod którego wystawało źdźbło siana.
++++++– Ładnie to tak wypytywać bezbronne kobiety?! – krzyknął strażnik. – Żona wszystko mi powiedziała!
++++++– Słuchaj pan! – krzyknął Zołman, który się już zirytował. – Mój kolega jest wejdźminem! I jak zaraz nas nie wpuścisz to on… swoimi mocami rozwali ten wasz murek w drobny mak! I przekonamy się jak jest naprawdę!
++++++Zezowaty strażnik przez chwilę patrzył na nich i na rosnące opodal drzewa.
++++++– Na pewno nie jesteście myszami?! – krzyknął w końcu.
++++++Spojrzeli na siebie. Potem na niego.
++++++– No dobra! Wpuszczam was. Ale niech chociaż jeden zje kawałek sera albo się schowa pod miotłą to już nie będę taki niesamowicie grzeczny!
++++++Mlaskier ucichł. Spojrzeli na cegły wypełniające wnękę, w której kiedyś była brama. Wydawały się teraz nabierać nieznacznie jaśniejszego koloru. Przyroda wokół jakby zamarła. Fuga w murze przestała wydawać się realna. Lada chwila miała się…
++++++– No idziecie?! – strażnik krzyknął na nich z góry. I pokazał palcem na sznurową drabinkę, którą przed chwilą spuścił.
Mlaskra zostawili przed bramą, bo uparł się, że odgarnie prawidłową kombinację słów. Postanowili wrócić po niego, jak załatwią sobie nocleg.
++++++Wąsaty strażnik miał jakiś metr wzrostu i podejrzanie odmawiał odpowiedzi na jakiekolwiek pytania dotyczące tego, gdzie się podziała jego żona, ale co do tego, że nikogo tam nie było najwyraźniej aż tak nie minął się z prawdą.
++++++Wieś milczała jak grób. Wszystkie okiennice były pozamykane, a na głównym placu nie było żywej duszy. Tylko unoszący się gdzieniegdzie z kominów dym i migoczące zza okiennic światła świec pozwalały sądzić, że w kilkudziesięciu chatach i domach kryją się jacyś ludzie.
++++++– Idźcie lepiej od razu do sołtysa – wypiszczał strażnik nerwowo rozglądając się na boki. Robił to nie poruszając głową. – I tak nikt inny was nie wpuści. Powiedz pan żeś jest wejdźmin, to może was nie ustrzelą.
++++++– Ustrzelą? – Zainteresował się Gejralt, ale strażnik nerwowym krokiem oddalił się już w stronę schodków prowadzących do posterunku na szczycie muru obronnego.
++++++– Gejralt, może po prostu poszukajmy innej wioski. – zasugerował Zołman. – Tu się dzieje coś bardzo dziwnego. W ogóle, mur wokół takiej małej wsi? Muszą mieć jakąś paranoję. A bez twoich mocy…
++++++– Spokojnie, Zołmanku, mamy przecież mnóstwo zaczarowanych gadżetów od Dyrdymała. – Co może nam z nimi grozić?

++++++Chatę sołtysa znaleźli bez większych problemów, bo wisiał na niej krzywo wymalowany żółtymi literami szyld głoszący „SŁOTYS WSI ŚMIERDŹ. NIE WCHODZIĆ”. Zapukali. Nikt im nie otworzył, więc Gerjalt pomyślał o swoim Dyrdyfonie, ale szybko potrząsnął głową i zapukał głośniej.
++++++– Panie sołtysie! Jestem wejdźminem! Chcieliśmy noclegu i odpowiedzi na pytanie, czy w tych okolicach nie działo się ostatnio nic dziwnego. Ale to chyba już wiemy!
++++++– Wejdźmin? – odpowiedziały cicho drzwi. – Udowodnij.
++++++– Chwilowo … nie mogę. Ale jeśli powiecie nam co tu się dzieje, to może spróbuję pomóc.
++++++Zanim drzwi zdążyły odpowiedzieć, Gejralt usłyszał za sobą krzyk Zołmana przypominający połączenie bardzo brzydkiego przekleństwa i pisku małej dziewczynki.
++++++Z miejsca przyklęknął przy przyjacielu, który, blady jak ściana, leżał nieruchomo na plecach. Oddychał, co wejdźmin dokładnie sprawdził dotykając mu piersi pod kolczugą, ale nie dawał się obudzić ani spoliczkowaniem, ani klapsem, ani nawet…
++++++– Dobra, was też to bierze – zadudnił zza drzwi głos sołtysa. – Czyli można wam ufać. Ale nie myślcie, że otworzę. Jak żeście wejdźmin, to zróbcie coś z tym.
++++++Gejralt podrapał się po głowie.
– Z tym?
– Twój przyjaciel właśnie padł Tego ofiarą. Od kilku miesięcy dzieją się tu straszne rzeczy. I czasem kogo dopadną. To znaczy, nikomu się jeszcze nic wielkiego nie stało, z wyjątkiem paru omdleń i jednego lekkiego zawału, ale strach blady na wieś padł. Ostatnio w biały dzień chleb prawie odgryzł piekarzowi głowę. No panie wejdźmin, jak żeście tacy dzielni to do roboty!
++++++– Gejralt! – wymamrotał nagle wciąż półprzytomny krasnolud. – Gejralt… załóż na siebie… Gejralt.. dlaczego to jest takie… nie … nie zmieści…
Wejdźmin zmrużył oczy i przyjrzał się przyjacielowi. Kiedy ten w końcu otworzył oczy, przyłożył palec do ust, nie pozwalając mu się odezwać.
++++++– Zołmanku, chyba po raz pierwszy od lat czeka nas prawdziwa wejdźmińska robota. Ale mów cicho, bo najwyraźniej grasuje tu bardzo niebezpieczny potwór.
++++++– Gejralt…? Masz szczęście że to co mi się przed chwilą śniło, że widziałem i zemdlałem… nie, zaraz. Dlaczego ja jestem na ziemi? I jaki potwór? Mamy misję, pamiętasz?
++++++– To może być powiązane z naszą misją. Ten potwór to bardzo rzadki gatunek. Żyje tylko w niewoli, u potężnych czarodziejów, bo tylko oni są w stanie sobie z nim poradzić. Ale tu w okolicy nie ma potężnych czarodziejów. Hmmm. Musiało tędy coś… przejść?
++++++– Dobra, dobra – Zołman oprzytomniał, ale wciąż miał dreszcze. – Ubijmy to lepiej zanim znowu coś mi się stanie. Potem będziemy się zastanawiać. Co to za potwór?
++++++– O ile się nie mylę, Zołmanku, jest to nic innego jak straszliwa Nieduza. Jest zazwyczaj dość nieduża. Gdy spojrzysz jej w oczy, natychmiast zamienia siebie i otoczenie w to, czego boisz się najbardziej. Sama w sobie zazwyczaj nie jest szczególnie groźna, zmienia się w myszy i takie tam. Ale ludzie pod jej wpływem stają się niebezpieczni dla siebie i otoczenia… Zołmanku?
++++++– Rozumiem – rzekł krasnolud zawiązując oczy oderwanym rękawem. – Będę po prostu machał toporem w przypadkowych kierunkach.
++++++– Nieduzę, mój drogi, najlepiej pokonać za pomocą… o cholera.
++++++– Gejralt, co?
++++++– Nic.
++++++– Gejralt!
++++++– No… siedzi ci na głowie. I właśnie spojrzałem jej w oczy.
++++++– Co mam zrobić?
++++++– Nie patrz jej w oczy.
++++++– Przecież mam przepaskę! Jestem bezpieczny?
++++++– Trudno powiedzieć.
++++++– Dlaczego?!
++++++– No bo… jedna z rzeczy których boję się najbardziej jest taka, że spotka cię straszliwa śmierć w męczarniach.
– Ja pierdolę.
Nieduza siedziała na czubku krasnoludowej głowy i świeciła oczami. W tym samym momencie na niebie rozbłysł jakiś punkcik. Spowodowało to spore zamieszanie w, odległych o wiele mil, obserwatoriach Wyrżnijmijskiej akademii nauk, gdyż nikt nie spodziewał się tak dużego meteorytu spadającego na jakieś miejsce w królestwie o tej porze roku. Gejralt przeczuwał, jakie to będzie miejsce.
Z cienia przy chacie sołtysa, przy której wciąż się znajdowali wysunęły się jakieś macki i jęły powoli pełznąć w stronę przerażonego Zołmana, który nie wiadomo skąd kieszenie miał teraz pełne dynamitu. Gdzieś za plecami krasnolud usłyszał ryk tygrysa. Meteor na niebie robił się coraz większy.
++++++– Gejralt! Co się dzieje?! – wrzasnął Zołman. – Zrób coś!
++++++– Nie mogę! – wejdźmin stał jak sparaliżowany. – Nie mogę ciąć mieczem bo siedzi ci na głowie! Zresztą nawet go nie mam. A im bardziej patrzę na te wszystkie straszne rzeczy tym bardziej się boję, że zaraz cię rozszarpią!
++++++– No to wymyśl coś!
Jadowite węże właśnie wchodziły Zołmanowi do nogawek, a ich syczenie zagłuszał świst lecącej w ich kierunku ognistej kuli z nieba. Gejralt intensywnie myślał. Gdyby mógł użyć swoich znaków, to zatrzymałby to szaleństwo, ale w tej sytuacji może najrozsądniej byłoby po prostu czule pożegnać się z towarzyszem, zanim…
++++++Meteor uderzył tuż po tym, jak spomiędzy ryków, świstów i złowrogich pomruków dał się słyszeć jeden, ledwo przebijający się przez hałas głos.
++++++– A co to?
Nie stało się nic. Meteor zniknął. Zniknęły wszystkie tygrysy, węże i demony. Na końcu sama Nieduza, która najwyraźniej nie bardzo rozumiała co się dzieje, zrobiła pop! i nagle przestała istnieć.
++++++Wejdźmin rozglądał się badawczo, a Zołman zsunął z twarzy opaskę. Był blady jak ściana i miał drgawki, ale na jego twarzy gościł wyjątkowo głupawy uśmiech.
++++++– He, he, he – powiedział i położył sobie liść na głowie. Następnie zjadł go i się rozpłakał.
Za nimi stał tam Mlaskier, który miał właśnie opowiedzieć im wszystkie kombinacje słów, którymi nie udało się otworzyć bramy, i jak to w końcu postanowił, że ten mur może być zwykłym murem, i wszedł po drabince, ale widząc reakcję Zołmana szybko poszedł przynieść mu kupkę błota na pocieszenie.
Gejralt zamyślił się i poszedł porozmawiać z sołtysem. Niewiele to dało, bo sam sołtys jak i mieszkańcy, którzy obserwowali wszystko przez dziurki od klucza i szpary w okiennicach, postanowili pozostać zamknięci w domach do końca życia, ale wejdźmin wiedział już na pewno, że w królestwie działo się coś… magicznego. Magicznego w zły sposób.
++++++Kiedy krasnolud doszedł do siebie i napił się wódki, zapytał Gejralta jak właściwie pokonali tę Nieduzę.
++++++– A wiesz, że to samo w sobie jest zagadką … – odparł wejdźmin. – Mlaskierku, powiedz mi, czego ty boisz się najbardziej?
++++++– Hmm – zastanowił się poeta jedząc stokrotkę. – No… najczęściej boję się, że nie ma. Na przykład, że nie ma ciebie, że nie ma Zołmanka, albo śniadanka. Albo że nie ma szyszek…
++++++– No i właśnie w to zmieniła się Nieduza – ucieszył się Gejralt.
Zołman schował tylko twarz w dłoniach. Postanowili, że nie będą przedłużać swojego pobytu we wsi Śmierdź. To nie było szczególnie przyjemne miejsce.
Ruszyli w dalszą drogę. Wieś opuścili przez magiczny mur, do którego hasło podał im sołtys. Brzmiało: „Siedemnaście czternastych kilograma bzu”.

Opowiadanie XIX – „Otwór z bagien”

++++++– Nie piłbym tego – stwierdził Gejralt patrząc na siedzącego na kamieniu Zołmana, który właśnie opróżnił butelkę spirytusu jednym haustem.
++++++W odpowiedzi krasnolud wypluł wszystko co miał jeszcze w ustach na porastającą polankę trawę. Mlaskier, który siedział nieopodal na gałęzi z uciechą klaskał w dłonie.
++++++– Dlaczego?!
++++++– Jest tam eliksir Krówka.
++++++– Krówka, co…? – krasnolud panicznie oglądał swoje ręce i otoczenie. – I jak to “jest tam?” I dlaczego nie ma tam mojego spirytusu?
++++++– Potrzebowałem butelki – Wejdźmin podmuchał na schnący na swoich paznokciach lakier. – Robi, że rośnie kwiatek. Na przynętę do pułapki. Widzisz, stworzenia kopytne uwielbiają kwiatki. Nie służy do picia.
++++++Zołman zbladł. Po licznych przeżyciach spowodowanych wypitymi miksturami miał silne postanowienie, aby z wielką ostrożnością podchodzić do wejdźmińskich eliksirów. To, że niemal zawsze musiało skończyć się to dla niego w sposób niepożądany było tak jasne, jak słońce oświetlające rosnącą teraz na czubku jego głowy stokrotkę, której to Gejralt poradził mu nie zrywać, ponieważ mogłoby to przynieść pecha. Poza tym ta zapuściła już korzenie w jego mózgu, więc umarłby i zamienił się w ghula.
++++++Krasnolud, uznał, że najbezpieczniej będzie udawać, że jej tam nie ma.
– Ech – westchnął. – Długo jeszcze?
++++++Wskazał na stojącą pośrodku polany „pułapkę na Pasikonia”. Zlecono im wytropienie i schwytanie tego stwora po tym, jak w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęły znikać krowy z obór należących do mieszkańców jednej z okolicznych wiosejk. Gejralt, używając wejdźmińskich zmysłów zauważył w miejscach wypasu ślady kopyt, uznał zatem, że w okolicy musi grasować taki właśnie potwór. Pułapka składała się z pudełka opartego na patyku.
++++++– Sam nie wiem… – odparł wejdźmin. – Niestety wypiłeś przynętę, więc… o!
++++++– O?
++++++– Ślady kopyt! Oznacza to że Pasikoń jest gdzieś w pobliżu!
++++++– Gejralt, a jesteś pewien, że to nie są po prostu ślady tych krów? – Krasnolud rozejrzał się niepewnie, majtając kwiatkiem na swojej głowie.
++++++– Za mną! – krzyknął Gejralt biegnąc w stronę lasu.

++++++Przedzierał się przez chaszcze wydając z siebie głośne “fuj” za każdym razem kiedy przypadkiem dotknął pajęczyny albo mokrego liścia. Tych ostatnich było coraz więcej, bo teren wokół nich dawał się określić najtrafniej jako skryte w lesie śmierdzące bagnisko. Za nim szedł Zołman, a Mlaskier, który jeszcze niedawno dreptał na końcu gdzieś zniknął. Nie było to wielkim problemem, ponieważ ich towarzysz przywiązany był do grubego sznurka, który z kolei oplatał w pasie wejdźmina. W razie czego można go więc było zlokalizować idąc po tym właśnie sznurku. Biorąc zaś pod uwagę preferencję Wejdźmina co do długich rzeczy linka ta mierzyła z górą dwa kilometry długości, a zatem poszukiwania pozostawili na później.
++++++Zaczęłi się niepokoić dopiero kiedy ich wędrówka wciąż nie wykazywała perspektyw na dotarcie do jakiegokolwiek celu a z rana zrobiło się popołudnie.
++++++– Zołmanie, jesteśmy sami.
++++++– Mówisz to za każdym razem, kiedy jesteśmy sami – fuknął krasnolud, zmęczony długim przedzieraniem się przez chaszcze.
++++++– Chodzi mi o to, że Mlaskier mógł się zgubić. Myślę, że powinniśmy teraz iść po sznur…
++++++Wejdźmin nie skończył mówić, bowiem nagle odleciał w krzaki i zniknął. Krasnolud stał chwilę osłupiały zanim zorientował się, że coś bardzo mocno szarpnęło za przywiązaną do wejdźmina linę.
++++++Rzucił się w kierunku, w którym poszybował jego towarzysz. Pościg nie trwał długo; Gejralt zatrzymał się na pierwszym napotkanym drzewie.
++++++– Mam uszta pełne dszewa – wybełkotał.
++++++Linka leżała teraz luźno na ziemi. Kiedy zdołał odkleić się od szumiącej złowieszczo sosny, obaj bez słowa pobiegli w kierunku, w którym prowadziła. Biegnąc wejdźmin zauważył ślady kopyt prowadzące w tę samą stronę.

++++++Otwór w ziemi był tak głęboki, że nawet przy stojącym wysoko na niebie słońcu nie było widać jego dna. Miał średnicę kilku leżących dorosłych ludzi, choć zdaniem niektórych obecnych osób ta miara nie była precyzyjna – zależało bowiem, czy ci ludzie leżeliby jeden za drugim, czy jeden na dru…
++++++– Zamknij się! – pacnął Gejralta Zołman, nie patrzył jednak na niego, ale na niknący w otchłani czerwony sznurek.
++++++– A tak, Mlaskier! – wzdrygnął się wejdźmin. – Chyba jest w tej dziurze. Ponieważ jednak, jak widzisz, linka zaczepiła się o kamień i dalej jest naprężona, to prawdopodobnie nie dotarł do dna. Co oznacza, że zawisnął.
++++++– Mlaaaa skieeer! – krzyknął do otworu, odpowiedziała mu jednak tylko cisza.
++++++– Zawisnął?
++++++– No na sznurku. A jeśli, mój drogi Zołmanku, w moim monologu pojawiają się takie słowa jak “dziura” i “naprężony” to znaczy, że będzie trzeba ciągnąć.
++++++– Sam nie wierzę, że to mówię, ale chyba masz rację – rzekł krasnolud zacierając ręce.

++++++Ciągnęli tak długo, aż czynność ta stała się zauważalnie łatwiejsza, choć ciężar na drugim końcu sznura wydawał się niespodziewanie duży. W końcu nad brzegiem krawędzi pojawiła się głowa. Nie należała jednak do Mlaskra, ale do czegoś, co wyglądało zupełnie jak krowa.
++++++Zwierzę sprawiało wrażenie nieco zdezorientowanego, ale poza tym z jego oczu biła właściwa krowom ambiwalencja na temat otaczającego je świata. “Muu” – powiedziało i poczęło obojętnie patrzeć na wysiłki wejdźmina i krasnoluda, którzy ostatkiem sił wygramolili całe cielsko na powierzchnię. Oprócz tego, że była przewiązana w kłębie sznurkiem, była to całkowicie zwyczajna, łaciata krowa.
++++++– Mu. – stwierdziła, poleżała jeszcze chwilę na boku, po czym powoli wstała i zabrała się za konsumpcję porastającej polankę trawy.
++++++– O boże! – zdumiał się wejdźmin. – Tylko nie to.
++++++– No co do kurwy nędzy? To wszystko robi się coraz dziwniejsze – zmarszczył brwi Zołman zastanawiając się chwilę. – Gejralt, czy to jest jedna z takich sytuacji, w których zaraz powiesz “grasuje tu potwór, który zamienia ludzi w krowy” a później, z powodu jakiegoś niesamowitego zbiegu okoliczności Mlaskrowi nic się nie stanie a ja wpadnę do tej dziury?
++++++– Nie, Zołmanie – pokręcił głową wejdźmin. – To znaczy, tak i nie. W zasadzie, to odpowiedź brzmi: prawdopodobnie tak. Wygląda na to, że mamy do czynienia z magicznym otworem zamieniającym bezbronne istoty w krwiożercze… znaczy, straszliwe… ee, znaczy po prostu krowy. I to raczej nie jest Pasikoń. Właściwie to nawet nie wiem, co to jest Pasikoń.

Krasnolud usiadł na ziemi z ponurą miną.
++++++– No dobra – powiedział sprawdzając ręką, czy topór czeka w gotowości na jego plecach. – Ale co z Mlaskrem? Da się go jakoś odczarować?
++++++– Trudno powiedzieć. Ale być może nie będziemy musieli.
++++++– Nie wiem, czy chcę pytać, co masz na myśli, ale pewnie i tak mi powiesz.
++++++– Właśnie doszedłem do wniosku – powiedział filozoficznie Gejralt. – Że ta krowa to nie może być Mlaskier.
++++++– Bo?
++++++– Ma od niego więcej nóg i wymion. I Mlaskier jest za tobą.
++++++Zołman obejrzał się i rzeczywiście ujrzał najsłynniejszego poetę świata chopsającego sobie po kałużach w ich kierunku. W ręku miał koszyczek. Krasnolud nic nie powiedział, ale powiódł wzrokiem po poecie, a potem po linie obwiązującej krowę.
++++++– Malskierku! – krzyknął Gejralt – Juu huu! Tutaj!
++++++– Nazbierałem stokrotek dla Natalii – odparł Mlaskier z uśmiechem.
++++++– Czy przywiązałeś też do Natalii sznurek? – zapytał Zołman, wiedząc do czego to zmierza.
++++++– Tak. Żeby się nie zgubiła – Mlaskier był pod wyraźnym wrażeniem swojego sprytu. – Poznałem ją zbierając stokrotki dla Manueli.
++++++– Bardzo ładnie – pochwalił go Gejralt. – To właściwie, łącznie, ile spotkałeś krów kiedy cię nie…

++++++Gejralt przerwał, bo energicznie złapał za leżący na ziemi sznurek. Krowa Natalia z jakiegoś powodu była tak blisko krawędzi otworu, że prawie znów wpadła do środka. Przez chwilę wydawało mu się, że zwierzę specjalnie ciągnie linkę w stronę tajemniczej dziury, ale kiedy zaparł się nogami, ta przestała stawiać opór i powiedziała “mu” patrząc obojętnie na drzewo. Mimo wysiłków Wejdźmina, nie chciała jednak dać odciągnąć się na większą odległość.
++++++– Trzeba ją zwabić stokrotkami – stwierdził Mlaskier. – Ja bym się zwabił.
++++++– Dzieje się tutaj coś dziwnego. Patrzcie – powiedział Gejralt powoli. Wskazał palcem w górę. Jego towarzysze spojrzeli na niebo i ze zdziwieniem odkryli, że wszystkie chmury nad nimi są teraz różowe jak wata cukrowa. Chwilę później z nieba zaczęły padać cukierki.
++++++– Gejralt, co to wszystko znaczy?! – krzyknął Zołman, który osłaniał rosnącą na czubku swojej głowy stokrotkę przed spadającymi wszędzie brązowymi kulkami.
++++++– Nie ma czasu na wyjaśnienia! – odkrzyknął wejdźmin. – Musimy uciekać! Krowa, krówki padające z nieba, otwór… wszystko staje się jasne!
– Co?!
– Uciekamy!

++++++Zaczęli już biec, gdy zauważyli, że Mlaskier wciąż stoi w miejscu i żałośnie pochlipuje pokazując palcem na łaciate zwierzę przesuwające się małymi kroczkami w stronę ziejącej w ziemi dziury. W drugiej dłoni trzymał stokrotkę, ale najwyraźniej zwierzę nie skusiło się na więdnący już powoli przysmak. Trzeba było działać szybko.
++++++– Psia mać! Mlaskier! – krzyknął Zołman.
++++++– Ma rację, trzeba ją uratować – odpowiedział Gejralt. – Zołmanie, ja pociągnę a ty będziesz pchać!
++++++Niebo pociemniało i dało się słyszeć grzmoty. Krasnolud zmierzył wejdźmina upewniając się, że ten nie ma na myśli czegoś zupełnie innego, niż ratunek dla krowy. Pobiegł.
++++++Zaparł się mocno nogami o krawędź otworu i począł pchać krowę z całych sił, ta jednak ani drgnęła. Deszcz cukierków nasilił się, a ich początkowo delikatne uderzenia zaczynały być bolesne.
++++++– No idź, głupia ty żesz… Krowo! – wystękał i zamarł.
Zza zadka, który usiłował pchnąć, zobaczył jak zwierzę powoli odwraca głowę w jego stronę.
++++++– Sam idź – powiedziało. I kopnęło.

++++++Krasnolud nie miał szans. Wpadł prosto do otworu. Czuł jak szybuje w całkowitej ciemności. Z kwiatka na jego głowie pęd powietrza urwał wszystkie płatki. Powietrze robiło się coraz cieplejsze, ale strach i przeciążenie sprawiły, że krasnolud cały dygotał.
++++++– To koniec – pomyślał i w tym samym momencie z impetem wylądował w wielkim stogu siana. Zakręciło mu się w głowie.

Kiedy doszedł do siebie, poczuł, że jest przywiązany do krzesła. Miejsce, w którym się znajdował wyglądało na gigantyczną podziemną jaskinię. Na ścianach, umieszczone w specjalnych uchwytach paliły się liczne pochodnie. Przed nim, na kamiennym podłożu stał i obserwował go tłum kilkudziesięciu krów. Jedna z nich wyszła przed szereg i stanęła tak blisko, że jej pysk prawie stykał się z jego nosem.
++++++– Kim jesteś? – powiedziała.
Zołman nie odpowiedział, bo ze strachu właśnie narobił w bryczesy.
++++++– Gadaj! – wrzasnęła krowa.
++++++– Ee… Ja… Tylko wpadłem. Na chwilę – wybełkotał krasnolud. – Ale zaraz sobie idę.
++++++– Nigdzie nie idziesz! Jak odkryłeś nasze tajne stowarzyszenie?! – zwierzę wrzasnęło na niego wytrzeszczając oczy.
++++++– Ale ja nic nie wiem o żadnym…
++++++– Ktoś musiał zdradzić ci lokalizację jednego z naszych tajnych wejść. Musisz zginąć!
++++++Inne krowy jak na komendę zaczęły głośno skandować “śmierć, śmierć, śmierć!”. Zołman narobił w bryczesy trochę więcej.
++++++– Ale zanim to nastąpi – powiedziała ciszej ta, która wcześniej na niego krzyczała. – Wyśpiewasz nam wszystko!
++++++– Wszystko…? – pisnął krasnolud.
++++++– Wszystko! Co zrobiłeś z Natalią?!
++++++– Nic, naprawdę, pani krowo, ja tylko…
++++++– Gadaj!
++++++Krowa podniosła przednią nogę i przywaliła mu nią w twarz. Zołman prawie się rozpłakał.
++++++– Ale my tylko chcieliśmy… – próbował powiedzieć, ale spotkało go drugie uderzenie.
++++++– Gadaj!
++++++– Ale…
++++++– Gadaj!!! – kolejne udrzenie.
++++++– Aaaaaa!!!!

++++++Zołman znów dostał w twarz, ale tym razem kończyna, która go uderzyła była jakby delikatniejsza. Obraz rozmył mu się przed oczami i powoli wracał do ostrości. Zobaczył twarz Gejralta, który przekrzywiając głowę przyglądał mu się z bliska. Na niebie świeciło słońce. Wejdźmin znów delikatnie pacnął go w policzek.
++++++– Chyba wraca do siebie – powiedział wejdźmin. – A mówiłem, nie pij tego, Zołmanku.
Krasnolud zerwał się na nogi.
++++++– Co się dzieje?! – wrzasnął.
++++++– No nic, wciąż czekamy na tego Pasikonia – wzruszył ramionami Gejralt. – Na razie złapały się tylko dwa ślimaki i raz Mlaskier. Poza tym nudy.
++++++– To se na niego polujcie! Ja na was poczekam w jakiejś karczmie, gdzie podają normalny spirytus!

++++++To powiedziawszy, krasnolud, mając lekkie jedynie drawki, podniósł się na nogi i poszedł w stronę wsi.
++++++– Hm – powiedział tylko Gejralt patrząc za nim, i ponownie otworzył flakonik z lakierem, aby zabrać się za malowanie paznokci u drugiej ręki.
++++++– Zołmanek jest smutny – powiedział Mlaskier. – Ale na pewno się ucieszy, jak zobaczy, że, jak był nieprzytomny przyczepiłem mu na głowie śliczną stokrotkę.

Opowiadanie XVIII – „Własne towarzystwo”

Łódka dobiła do brzegu z jednym tylko pasażerem na pokładzie. Krasnolud zeskoczył na plażę, przeszedł kilka kroków i, rozkłądając ręce, z głośnym “aach” padł na ciepły piasek. Nie to, żeby Zołman nie lubił swoich przyjaciół, pewnego dość specyficznego wejdźmina oraz poety, na którego słowo “specyficzny” to było stanowczo za mało, ale samotne wakacje marzyły mu się od dawna, a bezludna wyspa wyśmienicie się do tego celu nadawała.
++++++Tu przynajmniej istniało nikłe pradopodobieństwo, że przydarzy mu się coś dziwnego, takiego jak konieczność gry w „zgadnij jaką jestem divą”, albo gwałt. Przez cały tydzień tylko on, słońce, i łódka delikatnie kołysząca się na falach. Na falach… No tak, zapomniał ją przycumować. Dryfowała sobie teraz spokojnie oddalając się od brzegu. Zołman zaklął. Mógłby jeszcze spróbować do niej dopłynąć, gdyby nie to, że spod łódki z nienacka wyłoniła się zielona, pokryta przyssawkami macka i gwałtownie wciągnęła ją pod powierzchnię wody. Dało się słyszeć stłumione beknięcie, a w miejscu, gdzie przed chwilą była pojawiły się bąbelki. Krasnoluda jakoś specjalnie to nie zdziwiło. W porównaniu do tego, czego doświadczał na co dzień, kiedy przebywał z Gejraltem i Mlaskrem, potwory morskie i brak możłiwości powrotu były co najwyżej drobnymi niedogodnościami, przynajmniej nienaruszającymi bezpośredniej cielesnej nietykalności. Poza tym, postanowił przez ten tydzień w ogóle niczym nadmiernie się nie przejmować.
++++++Otworzył plecak i wyjął sobie z niego kanapkę z szynką, którą zjadł ze smakiem i zaczął myśleć o rozbiciu obozowiska. Gdy wydobywał właśnie z plecaka namiot, natrafił w nim na coś, czego pakowania w ogóle sobie nie przypominał. To było zawiniątko, na którym, na domiar złego, przyczepiony był liścik zamknięty woskową pieczęcią z różowym serduszkiem. Poprzysiągł sobie pod żadnym pozorem nie otwierać tego, czymkolwiek on miałby być, prezentu.
++++++Wytrzymał pół godziny. W tym czasie myśl o tajemniczym pakunku nie dawała mu spokoju, bo wiedział, że czegoś takiego jak “niespodzianka od gejralta” nie da się zignorować. A przynajmniej nie powinno się tego robić, bo to mogłoby tylko powiększyć potencjalne jej konsekwencje.
++++++Kiedyś jeden młodzian upatrzył sobie w barze niewiastę. Ostrzegano go, że w istocie był to wejdźmin, któremu bycie branym za kobietę przez przystojnych mężczyzn ani trochę nie przeszkadzało. Młodzian lekkomyślnie zignorował te ostrzeżenia, uznając je za brednie i, jak głosi wieść, podobno bardzo ucierpiała na tym później jego duma. A wieść ma to siebie, że czasami robi literówki.
++++++Zołman niechętnie odpakował zawiniątko, znalazłszy w środku jakby mały totem z doczepionymi dyndającymi kółkami i pawim piórem, a potem złamał pieczęć i otworzył liścik. Było to kilka zdań wykaligrafowanych na licznie ozdobionym serduszkami i odciśniętymi szminką buziaczkami papierze.

“Drogi Zołmanku,
Gdyby czasem doskwierała ci tam samotność, to mam tu dla ciebie małą niespodziankę. Dostałem to urządzenie od pewnego czarodzieja w zamian za uratowanie jego zadka (dosłownie) przed pewnym rozwścieczonym Dymonem. Ten magiczny przedmiot zwie się Re-dup-likatorem. Kiedy będziesz potrzebował towarzystwa, po prostu powiedz do niego magiczne słowo. Poprosiłem czarodzieja o ustawienie tegóż słowa na:”

Niestety magicznego słowa odczytać się nie dało, ponieważ przykrywał je różek jednego z licznie odciśniętych na liście buziaczków. Zołman uznał, że może to nawet lepiej. Był pewien, że nie skorzysta z pomocy tego dziwnego wynalazku, ponieważ całym sensem jego wyprawy było UNIKANIE towarzystwa, a z całą pewnością jego użycie poskutkowałoby w jakiś sposób niespodziewaną wizytą wejdźmina. Albo, co gorsza, przeteleportowałoby go w jakieś miejsce gdzie wejdźmin by się już znajdował. Najpewniej jakieś ciepłe, przytulne i romantyczne miejsce, przykładowo, łóżko w Homo Moher.
++++++Krasnolud pomyślał więc, by na wszelki wypadek po prostu wrzucić ten Redupatator do oceanu. Problem w tym, że fale mogłyby wyrzucić go z powrotem na brzeg, albo zawarta w nim magia mogłaby się uwolnić i jakoś przejść na to, co wcześniej pożarło jego łódkę, albo… Nie, to nie był dobry pomysł.
++++++Znacznie bezpieczniej było ów przedmiot niezwłocznie zakopać głęboko w ziemi. Wydobył z plecaka łopatkę i wyruszył na poszukiwania odpowiedniego ku temu miejsca. Nie korciło go przy tym ani na chwilę, by sprawdzić, co ta dziwna rzecz właściwie robi.
++++++Znalazł w końcu niewielką polankę, na której grunt wydawał się wilgotny, a zatem zdatny do wykopania głębokiej dziury i niezwłocznie przystąpił do pracy. ++++++Kiedy skończył, wygramolił się z dołka, w którym stał prawie po szyję i miał już wrzucić do niego tajemniczy przedmiot. Spojrzał na rzecz po raz ostatni i uśmiechnął się złośliwie.
++++++– No tego, Gejraltku, to się nie spodziewałeś – mruknął. – Ale ja już nauczyłem się odpowiednio obchodzić z twoimi różowo-słodziutkimi pomysłami.
++++++Zołman wyciągnął rękę nad krawędź dołka i wtedy zauważył, że Re-dup-likator znacznie się ocieplił. Nie zdążył nawet skończyć mówić “o kurwa”, gdy rozbłysło jasne, seledynowe światło, a Zołman zrozumiał, że musiał przypadkiem wypowiedzieć zakodowane w nim magiczne słowo.
++++++Kiedy światło zniknęło, ujrzał postać, której, z pewnością, wcześniej tam nie było. Nie był to jednak ani wejdźmin, ani żaden morski potwór, ale ktoś jeszcze bardziej niespodziewany. Patrząc spod krzaczastych, zmarszczonych brwi stał po drugiej stronie dołka on sam. Drugi Zołman niczym nie różnił się od oryginału do tego stopnia, że nawet kawałek kanapki, który został mu na wąsach po śniadaniu dyndał u niego dokładnie w tym samym miejscu.
++++++Zołmanowi przemknęło przez myśl, że to musi być jakiś miraż, ułuda, albo magiczne lustro, choć może niedokładne, bo on w rzeczywistości był o wiele przystojniejszy i o co najmniej kilka centymetrów wyższy. Dla spokoju pomachał w powietrzu ręką. Jego odbicie zrobiło to samo. To była ulga – rozumiał już na czym polega działanie magicznego artefaktu. To jakiś rodzaj zaczarowanego, trójwymiarowego zwierciadła, w które samotny podróżnik może sobie dla towarzystwa…
++++++– Hmmm – odezwał się Drugi Zołman, mierząc Zołmana krytycznym wzrokiem. – Myślałem, że jestem wyższy. A ty co? Siebie nie widziałeś?
++++++Zołman chciał coś odpowiedzieć, ale z jego poruszających się lekko ust nie wydobył się żaden dźwięk. Ten drugi podrapał się po zadku.
++++++– Umieram z głodu – rzekł. – Idę, może w plecaku zostało mi jeszcze jakieś żarcie. A ty rób co chcesz, zasadniczo mam to w dupie.
++++++I poszedł. Zołman w końcu otrząsnął się i przeskoczywszy dołek jednym susem pognał za tym kogo nie mógł przecież nazwać nieznajomym. Dogonił go dopiero na plaży, gdzie z oburzeniem zauważył, że jego namiot jest już rozstawiony, a ze środka, przy akompaniamencie głośnego chrapania wystają dwie owłosione nogi. Na dodatek tuż obok walały się zwinięte w kulki papierki po dwóch kanapkach, które zostawił sobie na później w plecaku. Zwłaszcza ta z salcesonem go rozwścieczyła, bo Drugi Zołman zostawił z niego chrząstki. Zołman zawsze zostawiał chrząstki, ale skrzętnie to ukrywał z dbałości o wizerunek. Wpadł do namiotu i złapał śpiącego tam osobnika za fraki.
++++++– Czym ty jesteś – wykrzyknął. – I jakim, kurwa, prawem, zeżarłeś mi salceson?!
++++++Drugi Zołman niechętnie otworzył oczy.
++++++– Psia mać, pospać nie dadzą na wakacjach – wymamrotał z nieukrywanym wyrzutem w głosie. – To ty jeszcze nie rozumiesz? Hmm, dziwne, bo w końcu jesteś mną. Ten Redupator, czy coś tam, co dostałem go od Gejralta, to wolałem nie ryzykować, że coś się stanie. Chciałem już się go pozbyć, ale przypadkiem widać powiedziałem magiczne słowo, no i niespodziewanie, jak końskie jajca w środku nocy, Puf! Plop! I pojawiłeś się ty. Pewnie jesteś jakąś magiczną podróbką, albo co…
++++++– To ty jesteś podróbką! – z wściekłości Zołman wybałuszył oczy.
++++++– Tak, a bo co? – żachnął się Drugi.
++++++– Bo… Bo… Ha! Bo to JA mam Redupatron! – Zołman na dowód pokazał wciąż trzymany w ręku totem. ++++++Na to Drugi pogmerał w kieszeni i, ku rozpaczy Zołmana Pierwszego, wyjął z niej dokładną kopię przedmiotu.
++++++– He, he, ale farsa – zarechotał Drugi. – Więc widzisz, no jak tak to już nigdy…
++++++– Zamknij się!
++++++– Spokojnie, bez nerwów mi tu – Drugi wzruszył ramionami. – Musimy tylko jakoś…
++++++Zołman kopnął go i zakrył mu usta dłonią. Zabrał ją dopiero gdy po minie Drugiego mógł wywnioskować, że tamten pomyślał w końcu to samo co on. Z każdym wypowiedzianym przez nich słowem rosło bowiem prawdopodobieństwo, że znowu trafią na to właściwe, uruchomią Dupa-retator i pojawi się kolejna kopia. Albo nawet dwie. Do tego każda z własnym, kolejnym kopiującym urządzeniem.
++++++Obaj milcząco zastanawiali się jak rozwiązać zaistniałą sytuację, i każdy z nich zaczynał poważnie rozważać, dla spokoju, porąbanie tego drugiego toporem, gdy wejście do namiotu rozsunęło się.
++++++– Jaaa pierdoolę – powiedział należący do tego, kto wsadził tam głowę, niski głos, który Zołman znał bardzo dobrze.

Miał tego dość. To miały być wakacje bez dziwnych przygód. Podniósł się i wyszedł z namiotu, postanawiając resztę urlopu spędzić w jakiejś innej części wyspy, z dala od tych magicznych niby-Zołmanów. Na plaży minął jeszcze dwóch z nich, którzy prowadzili zażartą dyskusję o tym, kto ma bujniejszą brodę. Zołman fuknął i pomaszerował przed siebie.
++++++Po godzinie uznał, że wystarczająco oddalił się od gromadki irytujących krasnoludów i poczuł ogromne zmęczenie tymi całymi relaksującymi wakacjami. Znalazł więc porośnięte mchem miejsce pod drzewem, gdzie było miękko i umościł się tam wygodnie. Leżąc pomyślał jeszcze, że w zasadzie Gejralt miał dobre chęci, wciskając mu ten dziwny, magiczny przedmiot. Dał mu przecież okazję by być samemu, ale nie w samotności. Tylko, dodał w myślach, “nie wziął pod uwagę, że taki jestem wkurwiający”. Zasnął głęboko.
Obudziło go intensywne szarpanie za ramię. Otworzywszy oczy zobaczył przyglądającego mu się z bliska Zołmana, który na głowie miał jakby kwadratową, niebieską czapeczkę z daszkiem.
++++++– Noo, stary, musisz się, że tak powiem, przemieścić – powiedział tamten. – Tu nie ma spania!
++++++– Co…? – wybełkotał Zołman.
++++++– No przeszkadzasz nam tu. Prowadzimy wycinkę. Nie wszyscy tak se mogą po prostu leżeć.
++++++Ku zadowoleniu tamtego, Zołman podniósł się i ledwo mógł uwierzyć własnym oczom. Wokół krzątało się co najmniej kilkudziesięciu Zołmanów. Niektórzy ścinali właśnie drzewa za pomocą bojowych toporów, inni transportowali pnie za pomocą wcale porządnie wyglądających drewnianych wózków, a było też kilku, którzy nadzorowali całą operację wydając polecenia i odhaczając coś na trzymanych w rękach kartkach.
++++++– Myślałeś, że jak się tu zachomikujesz, to ominie cię robota, co? – odezwał się ten, który go obudził. – He, he, he. Też mi to przeszło przez myśl. Ale nie ma tak dobrze! Byś lepiej pomógł nam, albo tam, przy budowie.
Zołman nie odpowiedział. Podążył wzrokiem w kierunku wskazanym przez Zołmana w czapeczce, ale widok wciąż przesłaniał las. Skinął tylko głową, zmarszczył brwi i poszedł zobaczyć o co tamtemu chodziło, i co mogły te jego pracowite sobowtóry tam gdzieś “budować”. Miał szczerą nadzieję, że wciąż śni.
++++++Piętnaście minut później minął jakiegoś Zołmana mozolnie ciągnącego wypełniony kłodami wózek, gdy las skończył się niespodziewanie, a jego oczom ukazało się miasto.
++++++Drewniane budynki, wiele z nich otoczonych rusztowaniami, wznosiły się nieraz na wysokość kilku pięter. Wokół nich jak mrówki uwijali się niezliczeni Zołmani, a gdzieniegdzie, podczas jakiejś wymiany zdań z głośnym Plop! Pojawiał się nowy krasnolud i rozglądając się na boki głośno klął, załamywał ręce lub też wzruszał ramionami i niezwłocznie przystępował do pracy.
++++++Zołman wszedł między zabudowania, gdzie bez problemu wmieszał się w tłum, i nie wiedział już, czy powinien być wściekły, czy zafascynowany tym, co się wokół niego działo. “Niezależnie od tego, co będę musiał zrobić, żeby to odkręcić” – pomyślał – “w końcu widać na co mnie stać! Własnymi rękami zbudowałem całe pieprzone miasto.“ Zaśmiał się w głos, jednak miało to coś ze śmiechu szaleńca.
++++++Zauważył niewielki stragan z wielkim napisem „Hot-Dogi!”. Obsługiwał go Zołman ubrany w biały fartuch. Niestety, jak Zołman się dowiedział, aby cokolwiek kupić, potrzebował pieniędzy. Miasto, zwane już Zołmanią, położone na wyspie o tej samej nazwie, posiadało bowiem własną walutę – zwaną Zołmanem – bitą od wczoraj w zakładzie menniczym Zołman&Zołman, znajdującym się przy skrzyżowaniu ulicy Zołmańskiej z Zołmanistą. Hot-dog kosztował pięć Zołmanów, a na to Zołmana zwyczajnie nie było stać. Sprzedawca, jakby nigdy nic, zaproponował mu zatrudnienie go do pomocy, za nieuczciwą zdaniem ich obu stawkę w wysokości dwóch i pół Zołmana za godzinę.
++++++Zołman już i tak był na skraju szaleństwa, więc po prostu się zgodził. Był już teraz pewien, że ten dziwny sen skończy się, kiedy w końcu obudzi go śpiew ptaków, leżącego samotnie na plaży swojej bezludnej wyspy.
++++++Pośród rosnącego na jego oczach miasta, sprzedawał zatem wraz z Zołmanem W Fartuchu niezdrowe jedzenie niezliczonym Zołmanom, aż do późnego wieczora, kiedy to zarobiwszy ponad dwadzieścia Zołmanów udał się do nowopowstałego hotelu o nazwie Zołmannt i wykupił tam najtańszy z dostępnych apartamentów. Potem, żałując, że w tym całym śnie nie jest przynajmniej królem tej wyspy (panowała tam, jak wyjaśnił mu pewien Zołman – Zołmanokracja Ludu), poszedł spać.

++++++Obudził go dźwięk bijących dzwonów. Recepcjonista poinformował go, że na głównym placu Zołmanii organizowany jest uroczysty wiec. Pokonując narastającą panikę, że to wszystko może jednak dziać się naprawdę, Zołman udał się tam śladem innych Zołmanów i na miejcu dowiedział się, że w drodze głosowania planują oni ustalić raz na zawsze, który z nich jest Zołmanem Oryginalnym; tym, który przybył na wyspę i jako pierwszy użył Dupperpilatora. Kandydaci mieli wygłaszać przemówienia, wdawać się w polemiki i przekonywać wszystkich do głosowania właśnie na nich. Zołman też wziął udział. Zajął przedostatnie miejsce, a za nim znalazł się tylko pewien Zołman-niemowa, który, w skutek jakiegoś błędu magicznego totemu, był czarny i miał rozbieżnego zeza.
++++++Następnie omawiano sprawę postępującego przeludnienia, i w efekcie postanowiono komisyjnie zniszczyć wszystkie Rudedepilklatory.
++++++Zołmanowi szkoda było ostatków psychicznego zdrowia, żeby się tym przejmować. Poszedł pozwiedzać. Spacerując po – już brukowanych – ulicach Zołmanii dotarł do takich obiektów jak boisko do gry w Zołball, pomnik Wielkiego Zołmana, ogród Zołmanologiczny i skwer imienia Nieznanego Zołmana. W sumie nawet mu to wszystko schlebiało.
++++++Innych Zołmanów zasadniczo unikał. Działali mu, z wzajemnością, na nerwy, choć kilka razy dowiedział się też od nich czegoś ciekawego. Na przykład pewien Zołman palący fajkę w Porcie Imienia Zołmana wyjaśnił mu, dlaczego port jest dziwnie mały, a cumuje w nim tylko jeden niewielki kuter rybacki (kuter miał na burcie wygrawerowany napis “Zołman II”, ponieważ nazwa “Zołman” podobno była już zajęta).
++++++Wszystko w Zołmanii było mianowicie drewniane lub kamienne, ewentualnie stalowe, ponieważ tych surowców było na wyspie pod dostatkiem. Nie było jednak ani lnu, ani bawełny, i nie dało się w żaden sposób wyprodukować żagli. Jedyny kuter miał je tylko dlatego, że wykorzystano w tym celu materiał z namiotu, który Zołman przywiózł ze sobą na wyspę.
++++++Na pocieszenie ów portowy Zołman dodał, że jakaś grupa Zołmanów prowadziła intensywne prace nad wyhodowaniem nowego gatunku wełnistych owiec, z których możnaby potem czerpać włókna na tkaniny do żagli i ubrań. Zołman z ciekawości poszedł je zobaczyć, ale na miejscu zmuszony był zauważyć, że przedsięwzięcie miało nikłe szanse na przyniesienie rezultatów wcześniej, niż za kilka miliardów lat. Zołmani-biolodzy mieli bowiem na razie tylko kilka słoików wypełnionych biedronkami, które starali się tak ze sobą krzyżować, żeby ich potomstwo było coraz bardziej podobne do owiec. Zresztą, co on tam wiedział, może to i było dobre podejście. Nauka nigdy nie była jego mocną stroną.
Po kolejnej nocy w hotelu Zołmannt, czwarty dzień swoich wczasów dał się Zołmanowi we znaki. Przesiedział go w więzieniu, bo z samego rana naubliżał jakiemuś wyjątkowo zołmaniastemu Zołmanowi, i kiedy przybyła straż – Zołmilicja, na nic zdały się jego tłumaczenia, że wyzywanie samego siebie od kretynów i Zołmanów nie jest przecież niczym niestosownym.
++++++Wyszedł dopiero pod wieczór i to tylko dlatego, że znając upodobania strażnika, czyli swoje, przekupił go flaszką krasnoludzkiego bimbru, który cichaczem nabył poprzedniego wieczora od szemranego Zołmana w długim płaszczu za ostatnie trzy Zołmany, które zostały mu jeszcze z jego pierwszej pracy.
++++++Kiedy, zmierzając z więzienia po ciemku do hotelu, minął grupę siedmiu Zołmanów niosących na ramieniu kilofy i podśpiewujących “hej ho, hej ho…”, a którzy akurat opuszczali pokaźny przybytek z różowym szyldem opatrzonym literami “Królewna Zołmanieżka”, uznał, że tego już jest za wiele i że musi niezwłocznie przerwać to szaleństwo. Podjął decyzję o natychmiastowym powrocie do domu.
++++++Jedynym sposobem opuszczenia Zołmanii był ów mały kuter rybacki, Zołman II, który Zołman widział wcześniej przycumowany w porcie. Nie czekając na nic, skręcił w ciemną uliczkę i zaczął przemykać się w stronę morza.
++++++W porcie nie było nikogo, a z wyjątkiem szumu fal odbijających się o burty kołyszącego się z wolna kutra panowała cisza. Zołman wolał jednak nie ryzykować. Przemykał się z cienia do cienia i był już tuż od trapu łączącego stateczek z nabrzeżem, gdy nastąpił komuś na nogę.
++++++– Ała! – powiedział tamten ale zaraz ściszył głos.
++++++– Eee – zająknął się Zołman. – Kim jesteś?
++++++– Jestem Zołmanem – powiedział tamten konspiracyjnym szeptem. – Ćśśś. Ja jestem ten prawdziwy. Oryginalny. Postanowiłem stąd uciekać, bo takie wakacje to nie na moją głowę. Już wolę fanaberie Gejralta i dziwne rzeczy czające się w każdym zakamarku Wyrżnijmy. Więc kradnę kuter i wracam do domu! ++++++
++++++Zołman kątem oka zauważył, że w cieniach w różnych miejscach portu coś się porusza. Wyglądało na to, że liczba Zołmanów, którzy skradają się do kutra rosła. Nie czekając na nic, przywalił temu drugiemu w twarz, rozbiegł się i jednym susem znalazł się na pokładzie statku, który natychmiast odcumował. Inni Zołmani też już się nie kryli. Dobiegli do nabrzeża, ale Zołman II zdążył już odpłynąć dobre kilka metrów, więc tylko machali rękami i krzyczeli coś, osobliwie, szeptem, żeby ich nikt nie usłyszał.
++++++Krasnolud odetchnął z ulgą. Jakąś milę od brzegu z wody wyłoniła się wielka, zielona macka, ale kiedy próbowała owinąć się wokół pokładu, Zołman spojrzał na nią powoli.
++++++– Nawet mnie nie wkurwiaj – powiedział kręcąc głową.
++++++Macka zastygła na chwilę w bezruchu, i jakby przemyślawszy sytuację niespiesznie schowała się z powrotem pod wodę.
***
++++++– Zołmanku, no straszliwie się za tobą stęskniłem – powiedział Gejralt, kiedy siedzieli razem i popijali piwo w jednym z najbardziej zatęchłych wyrżnijmijskich pubów.
++++++– A wiesz Gejralt, że, nie żartuję, ja za tobą też.
++++++– Hi hi. A nie kusiło cię, by użyć Re-dup-likatora? Zrobiłem ci na liściku buziaczki.
++++++– A, nie, jakoś nie – Zołman postanowił przemilczeć wobec Gejralta fakt, że gdzieś na świecie jest wyspa po brzegi wypełniona Zołmanami. Taka informacja mogłaby mu zaszkodzić. – A tak z ciekawości, pamiętasz może, jakie było to magiczne słowo?
++++++– Hmm, niech pomyślę – wejdźmin podrapał się po głowie. – „Nabuchodunedazuzor”. Wymyśliłem takie, żebyś czasem nie wypowiedział go przypadkiem.
++++++– Nabu… co? Jesteś pewien?
++++++– No, tak… hej, Mlaskierku!
Zza jednej z kolumn niespodziewanie wyłoniła się głowa pewnego poety.
++++++– Czy na pewno dobrze powtórzyłeś czarodziejowi nasze magiczne słowo? Nabuchodunedazuzor?
++++++Na dłuższą chwilę Mlaskier jakby zastygł w całkowitym bezruchu.
++++++– Tak – powiedział w końcu. – Następnie głowa powoli schowała się z powrotem za kolumną i dało się słyszeć, przysiągłby Zołman, oddalające się pospiesznie kroki.
++++++– No w każdym razie – wzruszył ramionami Gejralt. – Musiało ci być ciężko tak tylko we własnym towarzystwie…
++++++– A żebyś wiedział – Zołman dolał sobie więcej piwa z dzbana. – Że ciężko. Własnego towarzystwa to ja mam na razie serdecznie dość.

Opowiadanie XVII – „Pamiętnik Profesora Mięcifutka”

Wejdźmin siedział pod drzewem czekając aż burguntowy lakier na jego świeżo pomalowanych paznokciach w końcu wyschnie. Czynność ta zaczynała już go nużyć, dlatego też dla zabawy wydłubywał piętą w ziemi niecenzuralny wzorek.
++++++Dodawał właśnie ostatnie, zamaszyste szczegóły, gdy zauważył, że przygląda mu się jego wieloletni przyjaciel, znany na całym świecie ze swojej poezji i zamiłowania do szyszek, Miszcz Mlaskier.
++++++– Gejraalt, a co to jest? – zagadnął leżący w pewnej odległości na trawie poeta.
++++++– Co takiego, Mlaskierku? – odparł wejdźmin.
++++++– No takie… jakby w kształcie człowieka, ale bardzo brzydkie i trochę zgniłe. I ma w ręku śrubokręt.
++++++– Mój drogi, nie jestem do końca pewien, co to jest, ale czy takie coś stoi może właśnie w tym miejscu za moimi plecami, w które się właśnie wpatrujesz?
++++++– Niee – zapewnił Mlaskier. – Patrzę sobie na miejsce, gdzie wcześniej przelatywała biedronka. Sprawdzam, czy będzie wracać tą samą drogą.
++++++– Aha.
++++++– Ale takie coś stoi zaraz obok.
++++++
++++++Wejdźmin powoli odwrócił się, w ostatniej chwili przypominając sobie, że nie może dobyć miecza, ponieważ lakier jeszcze nie wysechł. Mlaskier trafnie opisał znajdującą się teraz przed nim postać. Nie dodał tylko, że miała z osiem stóp wzrostu i muskuły niczym beczki pokarmu dla atletów Madame De WielkiBic.
++++++
++++++Wielkolud, o widocznie podgniłej, choć wyschniętej skórze, do tego pokrytej osobliwymi bliznami, i martwych oczach, ubrany był w rozsypujące się ze starości łachy, których kolor już dawno przestał być rozpoznawalny. Zasadniczo nie robił nic, co możnaby uznać za bezpośrednie niebezpieczeństwo. Stał tylko i patrzył, jak Gejralt na wszelki wypadek traktuje go specjalnym wejdźmińskim znakiem, polegającym na opuszczeni spodni do kostek i wykonaniu swojego rodzaju pajacyka z przewrotem.
++++++– Ha! Obezwładniłem cię! – krzyknął do olbrzyma podciągając spodnie. Teraz już nic nam nie…
++++++Nie dokończył, bo obcy wyciągnął przed siebie rękę wraz z trzymanym w niej przedmiotem, który rzeczywiście przypominał śrubokręt, i wydał z siebie przeciągły, gardłowy, jakby pytający dźwięk.
++++++Gejralt nie do końca rozumiejąc intencje przybysza spojrzał w stronę Mlaskra, ten jednak wciąż tylko intensywnie wpatrywał się w ten punkt, w którym lada chwila miała pojawić się biedronka.
++++++– Eee… nie wiem – odpowiedział w końcu na głos, uznając, że o cokolwiek nie pytałby przybysz, taka reakcja będzie najbardziej neutralna, czyli najbezpieczniejsza.
++++++W odpowiedzi olbrzym znów wydał z siebie ów dziwny, niski jęk, a następnie z wolna odwrócił się i stawiając raz po raz ciężkie, sztywne kroki począł się miarowo oddalać. Poruszał się osobliwie; jego nogi kroczyły, jednak ręce zwisały wzdłuż ciała, jakby bezwładnie.
++++++– Bardzo dziwne… – mruknął do siebie Gejralt.
++++++Nigdy wcześniej nie widział takiego stwora. Postać, która ich odwiedziła była zbyt zgniła jak na człowieka, a zarazem zbyt muskularna na zombie, które to z zasady cechowała kościstość i mizerność. Jego ciekawość wzrosła jeszcze bardziej, gdy, oddaliwszy się już od nich, olbrzym dotarł do brzegu rzeki, a potem, nie zwalniając kroku ani na chwilę, wszedł do wody, i szedł dalej, aż w końcu cały zniknął pod jej powierzchnią.
++++++
++++++Gejralt postanowił przyjrzeć się bliżej tej sprawie, i dał znać przyjacielowi, aby ten podążył za nim. Mlaskier zrobił to, aczkolwiek dość niechętnie, i jeszcze przez jakiś czas szedł tyłem, aby nie stracić z oczu obserwowanego przez niego punktu przelotowego biedronki. Wejdźmin już wcześniej zauważył, że punkt ten zmieniał lokalizację za każdym razem, kiedy poeta na chwilę odwracał wzrok, ale postanowił nie psuć mu zabawy.
++++++
++++++Miejsce, w którym nieznajomy zniknął pod powierzchnią wody nie wyróżniało się niczym nadzwyczajnym. Ot, zwykły odcinek porośniętego trawą nabrzeża rzeki, którego jedyną cechą charakterystyczną był porzucony tam kawałek starej rękawiczki. Kawałek ten zawierał równo odgryziony fragment palca, ale to akurat nad brzegiem największej wyrżnijmijskiej rzeki – Agaty – nie było ani zaskakujące, ani rzadko spotykane.
++++++Wejdźmin przyjrzał się natomiast śladom stóp prowadzącym wprost w mętną toń wody. Odciski wytartych buciorów były głębokie, świadczące o znacznym ciężarze właściciela, jednak najważniejsze, że w ogóle były. Nie mieli zatem do czynienia z duchem, zjawą, ani prorokiem jakiejś dziwnej religii. Ci ostatni mieli w zwyczaju unoszenie się jakiś jeden milimetr nad gruntem i, w związku z tym, nie zostawiania żadnych odcisków na jego powierzchni. Bywało to przydatne przy różnego rodzaju sztuczkach, w rodzaju chodzenia po wodzie, a ale głównie służyło temu, by nikt ich po tych śladach nie znalazł, i nie spalił na stosie.
++++++– Co myślisz, Mlaskierku? – zapytał Gejralt przyjaciela.
++++++– Nic – odparł, zgodnie z prawdą, poeta.
++++++– A ja myślę, że dzieje się tu coś bardzo dziwnego. Najpierw ten tajemniczy jegomość, co chyba właśnie się utopił, a do tego – Gejralt zmrużył oczy przyglądając się swojej dłoni – ten lakier. Powinien już dawno wyschnąć, a wciąż jest mokry…
++++++– Gejraalt… boję się – powiedział Mlaskier. – I nie wiem co to wszystko znaczy.
++++++– To znaczy – zamyślił się wejdźmin – że nałożyłem za grubą warstwę. A co do tajemniczego nieznajomego…
++++++– Tego, co właśnie wychodzi z wody na drugim brzegu?
++++++– Tak. To mogła być jakaś zbiorowa, hi hi, i bardzo realistyczna halucynacja, tak realistyczna, że nawet zostawia po sobie odciski stóp. Chociaż jestem także zmuszony dodać, że chyba jednak nie, bo właśnie wychodzi z wody na drugim brzegu.
++++++Najbliższy most znajdował się o dwadzieścia minut drogi stamtąd, a wejdźmin nie chciał tracić czasu. Postanowił, że rzekę przebędą na Pupce. Zza pazuchy wyjął mały, różowy gwizdek i dmuchnął w niego robiąc usta w dziubek. Rozległ się dźwięk porównywalny z rykiem trąb bojowych pewnego plemienia górskich gigantów, których ci używają do sprowadzania lawin skalnych na nieprzyjaciela. Było to konieczne, ponieważ Pupka była przygłucha, choć wejdźmin podejrzewał, że tylko udaje.
++++++Coś zakotłowało się w koronie pobliskiego drzewa, i po chwili na ziemię spadł koń, prawie łamiąc sobie przy tym kark. Gejralt zanotował sobie w głowie, żeby zaprowadzić go do przeglądu, albo coś, ale w tej chwili nie mieli już zbyt wiele czasu. Postać, za którą podążali oddalała się od nich i była już ledwie widoczna spomiędzy majaczących w oddali drzew.
++++++Przepłynięcie rzeki z dwoma pasażerami na pokładzie zajęło Pupce trzy godziny. W połowie drogi musieli zawrócić, by wystrugać z gałęzi prowizoryczne wiosła, ale w końcu dobili do celu. Kiedy już, wspólnymi siłami, uratowali konia, robiąc mu na zmianę sztuczne oddychanie metodą usta-usta, mogli rozejrzeć się po okolicy.
++++++Jako, że przez czas, który zajęła im przeprawa nieznajomy zdążył już znacznie się oddalić, jedyne co im pozostało, to dalsze podążanie za odciśniętymi w gruncie śladami. Były dobrze widoczne, bo nie tylko głebokie, ale teraz także mokre z powodu ociekającej z olbrzyma wody. A trzeba wiedzieć, że “głębokie i mokre” wejdźmini studiowali w Homo Moher jako cały osobny fakultet, zakończony praktycznym egzaminem. Na tymże egzaminie wykładowca, niejaki wejdźmin Posmyran, często stawiał wszystkim pały, jednak mało kto miał z tego powodu poważne problemy, ponieważ można było jeszcze poprawiać go ustnie.
++++++Pupka obrażoną miną dała do zrozumienia, że nigdzie nie idzie i położywszy się w trawie brzuchem do góry, zaczęła ostentacyjnie chrapać.
++++++Polegając zatem na specjalnym zmyśle służącym do wykrywania pewnych zakresów promieniowania elektromagnetycznego, zwanym potocznie wzrokiem, ruszyli pieszo w drogę. By ją urozmaicić, Mlaskier opowiadał wejdźminowi o różnych wyzwaniach, z którymi muszą się mierzyć poeci. Należały do nich, między innymi, brak inspiracji, kac, upojenie alkoholowe, trzeźwość, głód, przejedzenie, biedronki, biegunki, oraz zatwardzenie.
++++++Trop olbrzyma wydawał się biec po osobliwie prostej linii. Szedł jak przecinak, nie zważając na jakiekolwiek przeszkody terenu. Tam, gdzie powinno się iść po łuku, olbrzym ścinał zakręt, a tam, gdzie był płot wciąż szedł w swoim kierunku łamiąc po drodze deski, a raczej przechodząc przez nie na wylot. W jednym miejscu natrafili nawet na dość wysoki mur, w którym widniała, z grubsza odpowiadająca rozmiarom olbrzyma, wybita dziura.
++++++Spotkali kilku przerażonych wędrowców, którzy natknęli się byli na tego, którego tropem właśnie podążali. Mówili oni, że groził im czymś na kształt śrubokrętu, zawodząc przy tym złowrogo, jednak wtedy zazwyczaj uciekali, nie mogli więc dostarczyć żadnych więcej istotnych informacji. Gejralt i Mlaskier szli więc dalej po odciśniętych w ziemi śladach, z jednym tylko przystankiem, kiedy to Mlaskier nagle stanął jak wryty.
++++++– Gejralt, patrz! – krzyknął poeta wskazując coś palcem.
++++++– To jest, mój drogi, liść – powiedział wejdźmin. – Dzięki niemu roślinka czerpie energię ze słońca, a krówki…
++++++– Naprawdę? Hmm, opowiedz mi o tym koniecznie później – zaciekawił się Mlaskier. – Ale nie o to zielone mi chodziło. Na tym li… ciu. To ta sama biedronka, co wcześniej koło ciebie przelatywała!
++++++– Jesteś pewien, że to ta?
++++++– Oczywiście. Ma tyle samo kropek. I nóżek. Niesamowite, co nie? O, patrz. Odleciała. Musimy się pospieszyć, żeby potem wrócić pod to drzewo i zobaczyć, czy będzie jednak tamtędy wracać.
++++++Ruszyli dalej.
++++++Trop wcinał się w gęsty las, omijając czasem najgrubsze drzewa, ale pozostawiając tylko połamane pnie i badyle po wszystkim, co dałoby się objąć rękami. Nie musieli zatem przedzierać się przez gąszcz. Po prostu szli utorowaną już drogą.
++++++Z dwie godziny później mieli właśnie zrobić przerwę na drugie śniadanie, którą utrudniałby nieco fakt, że nie mieli przy sobie żadnego jedzenia, gdy ich oczom ukazało się coś, co zależnie od gustu, w ogóle nie pasowało, lub też doskonale pasowało do zagubionego w środku puszczy miejsca.
++++++Stał tam niewielkich rozmiarów dom, chatka, nie połączony z żadną drogą i sprawiający wrażenie zaniedbanego. Był kryty strzechą, a właściwie ściółką leśną i miejscami krzywy, jakby wybudował go własnymi rękami ktoś tak obeznany z budownictwem jak wejdźmin z kobiecym ciałem. Czyli tylko troszeczkę.
++++++Przed drzwiami, nieruchomo, drapiąc się po głowie stał znajomy im wielkolud.
++++++Ostrożnie zbliżyli się do niego od tyłu. Nie reagował, więc Mlaskier dźgnął go palcem w nogę. Nieznajomy spojrzał na niego z wolna i znów, tak jak wcześniej, pokazał mu śrubokręt. Najwidoczniej nie doczekawszy się od poety żadnego konstruktywnego rozwiązania swojego tajemniczego problemu, wrócił do nieruchomego wpatrywania się w drzwi domu.
++++++– Pewnie są zamknięte. Dziwne, że po prostu nie wejdzie tam przez nie na wylot… albo przez ścianę – zmarszczył czoło Gejralt. – Nie sądzę, że tu mieszka, więc może pierwszy raz widzi drzwi, i nie wie co się z nimi…
++++++– Żyj sobie, pajączku.
++++++Po jednej z ich niedawnych przygód z udziałem pająków, obaj nabrali sporego szacunku dla tych stworzeń. Dlatego wejdźmina mniej zdziwiło to, że Mlaskier delikatnie wypuszcza stworzenie na wolność z pomocą chusteczki, a bardziej, że robi to wychylając się przez okno z wewnątrz tajemniczego domu.
++++++– Mlaskierku, jeśli mogę zapytać, skąd się tam wziąłeś? – zapytał łagodnie.
++++++– Normalnie, wszedłem przez to drugie okno. Musiałem tylko zbudować taką niską drabinkę z odpowiednio dobranych gałęzi i pędów bluszczu.
++++++Gejralt nie pytał dalej. Poprosił zaś towarzysza, żeby otworzył drzwi od środka, chcąc przekonać się, co w tej sytuacji zrobi olbrzym. Po chwili, z głośnym skrzypnięciem otworzyły, czy też, jak wolał to określać Gejrlat, rozwarły się. Wielkolud rozdziawił usta w jakby zadziwionym uśmiechu i ociężale wszedł do środka. Od jego stąpnięć lekko zadygotały ściany, a przechodząc przez drzwi przypadkiem wyłamał głową kawałek górnej futryny. Wejdźmin podążył za nim.
++++++Wnętrze budynku wyglądało na opuszczone. W każdym kącie piętrzyły się pajęczyny. Stało tu kilka starych mebli, w tym podniszczone biurko z krzesłem, rozpadająca się szafa i to, co mogło być kiedyś właścicielem tego przybytku: leżący pod ścianą, zakurzony kościotrup. Na jednej ze ścian wydrapane były pionowe kreski, poskreślane w grupach po pięć. Było ich bardzo dużo.
++++++Olbrzym stanął na środku izby i ciekawie rozejrzał się dookoła. Kiedy spostrzegł szkielet, wybałuszył oczy, i zajęczał. Potem usiadł ciężko na podłodze i podparł brodę ręką. Mlaskier go pogłaskał.
++++++Gejralt natomiast przyjrzał się przedmiotowi, który zauważył na biurku. Była to mała, pożółkła książeczka. Kiedy zdmuchnął z niej kurz, jego oczom ukazał się wygrawerowany na okładce napis: “Własność profesora Mięcifutka”. Był to notes, w którym pierwszych kilka stron pokrywało odręczne pismo, wyglądające na wspomnienia. Zaczął czytać.
++++++
++++++
++++++Nazywam się profesor Męcifutek. A jeśli to czytasz, kimkolwiek jesteś, to i tak nie ma większego znaczenia, bo prawdopodobnie już nie żyję. A właściwie to na pewno jestem od dawna martwy i nic tu po tobie, rozumiemy się? Ale wracając do rzeczy, oto krótka historia mojego niesamowitego, a zarazem ponurego życia.
++++++Wiele lat temu, gdy byłem jeszcze młodym i ambitnym pracownikiem pewnego mało znanego uniwersytetu w Górach Różowych, interesowała mnie szczególnie sztuka Animancji, czyli nadawania życia. Sztuka ta jest zakazana w większości rejonów świata, ponieważ jednak byłem doskonałym i sumiennym pracownikiem, inni wykładowcy przymykali oko na długie godziny, które spędzałem w laboratoriach na eksperymentowaniu, co prawda dosyć makabrycznym, z udziałem niezliczonych owadów i gryzoni. Mieli to pewnie za nieszkodliwe dziwactwo.
++++++Ja jednak coraz bardziej zagłębiałem się w arkana wiedzy, której żaden z nich nie śmiałby nawet wspomnieć we własnych myślach, i w końcu dojrzał we mnie zamysł urzeczywistnienia eksperymentu, o którym rozmyślałem już od długiego czasu. Przygotowywałem się do tego przedsięwzięcia jeszcze wiele miesięcy, gromadząc materiały, dopracowując chemiczne i matematyczne równania i przekupując kogo się da, by być pewnym, że nikt nie przeszkodzi mi w żadnym kluczowym momencie.
++++++Pewnej wiosennej nocy przystąpiłem do pracy. Poszedłem na pobliski cmentarz i łopatą wydobyłem z wcześniej upatrzonych mogił to, co mi było potrzebne. Niejednokrotnie musiałem pomóc sobie piłą, a nawet toporkiem. Z tak zdobytych surowców, które przytargałem wkrótce na taczce do laboratorium, owinięte w czarne płótna, dobrałem i stworzyłem, a właściwie pozszywałem – Jego. Był wielki i szkaradny, ale nie fizyczne piękno było moim celem. Najważniejsza była bowiem precyzja przy łączeniu w odpowiednie kombinacje naczyń krwionośnych i nerwów.
++++++Znajomy czarodziej, który naturalnie o niczym nie wiedział, zgodził się wyczarować dla mnie około północy burzę. Ja natomiast, przechwyciwszy uderzenie błyskawicy, za pomocą specjalnej aparatury miałem skierować je wprost w serce mojego, leżącego na stole, tworu, co, jeśli moje obliczenia były dokładne, tchnęłoby w niego nowe życie.
++++++Ach, gdybym wtedy wiedział, jak to się miało skończyć!
++++++Zrazu myślałem, że popełniłem gdzieś błąd, a eksperyment nie powiódł się. Szkaradne cielsko, mimo kilkuktrotnego użycia aparatury, leżało wciąż tylko nieruchomo jak worek ze zgniłymi kartoflami. Załamany, zagasiwszy wszystkie świece, wychodziłem właśnie z laboratorium, kiedy śrubokręt, który wciąż trzymałem w dłoni wypadł mi, i potoczył się w ciemność. Usłyszałem z tamtej strony jakiś głuchy jęk. Coś ciężko stanęło na ziemi. Wtedy, rozróżniając tylko kształty pośród mroku, ujrzałem jak olbrzym unosi moje narzędzie i wściekły zmierza w moją stronę.
++++++Wtedy zrozumiałem, dlaczego zakazuje się praktyk takich jak te, których się dopuściłem. Przerażony, znalazłem jednak siłę by uciec. A przynajmniej tak mi się wydawało. Bowiem potwór, bo tak go już nazywałem, choć na swój sposób powoli i ociężale, jął podążać za mną.
++++++Nie zatrzymało go nic. Od tej pory, gdziekolwiek bym się nie udał, prędzej czy później pojawiał się on, a ja musiałem uciekać jeszcze dalej. Przemierzyłem w ten sposób przez czterdzieści lat pół świata, a on, jakimś cudem, zawsze wiedział w jakim kierunku skierować swe kroki, aby powolnym, acz nieustępliwym dążeniem, niechybnie mnie odnaleźć.
++++++Raz udało mi się go wpędzić w pułapkę, kiedy był już nie dalej ode mnie jak dziesięć sążni. Wpadł mianowicie do głębokiej studni, którą zakryłem głazem. Wiedząc, że miną lata, zanim jego niezgrabne ruchy pozwolą mu wygramolić się stamtąd, zaszyłem się na tym odludziu, i to tu właśnie przyjdzie mi dokonać swego żywota.
++++++Ty zaś, podróżniku, jeśli spotkasz na swojej drodze tę rosłą maszkarę, która nie bacząc na nic podąża w sobie znaną stronę, miej się na baczności.
++++++

++++++Gejralt zamyślił się odkładając pamiętnik. Spojrzał na siedzącego na podłodze stwora, który zawodził przeciągle, a potem na szkielet spoczywający pod ścianą. Coś mu w tym wszystkim nie pasowało.
++++++– Co to – usłyszał Mlaskra, który z bliska przyglądał się czemuś na drzwiach starej szafy. Był to wywiercony w nich otworek, przez który wyzierało coś jakby… ludzkie oko? Poeta włożył tam palec.
++++++– Ała, kurwa! – rozległo się ze środka.
++++++Olbrzym natychmiast przestał jęczeć i podniósł z zaciekawieniem głowę. Wejdźmin podszedł do mebla, który, jak się okazało, był jakoś zaryglowany, ale z niewielką pomocą eliksiru Mały Palec szybko ustąpił.
++++++Na podłogę wytoczył się siwy staruszek, ubrany w stare łachmany i postrzępioną muszkę pod szyją. Wejdźmin uniósł brwi.
++++++– Profesor Mięcifutek, jak mniemam? – powiedział.
++++++– Ech, a jakże – odparł Profesor.- A wy to kto? Zresztą nie obchodzi mnie to, wszystko zepsuliście! Pamiętnik, kościotrup, nawet kurz tu rozsypałem. W szafie jest łopatka. Zrobiłbym podkop i uciekł, a potwór w końcu myślałby, że umarłem. Ale nieee, wy debile musieliście sprawdzić co jest w szafie. No to dziękuję, przedstawienie skończone, mam dość. No, Pimpuś, możesz w końcu zadźgać pana.
++++++Wielkolud podniósł się z podłogi i zrobił krok w stronę profesora. Górował nad wszystkimi obecnymi. Wyjęczał kilka niezrozumiałych dźwięków.
++++++– Gejraalt – rzucił od niechcenia Mlaskier, który zajęty był układaniem kościotrupa w pozycję tańca flamenco. – A może byśmy go uratowali?
++++++– Hmm… – odparł Gejralt, który już domyślił się, co się stało. – Wydaje mi się, że to może nie być potrzebne. Patrz.
++++++Potwór, zbliżywszy się do profesora wyciągnął przed siebie śrubokręt, jednak zamiast dźgać, stał tylko i pojękiwał, można by rzec, zachęcająco. Mięcifutek zastygł z przerażenia.
++++++– Proszę go wziąć – powiedział wejdźmin. – Ten śrubokręt. Wygląda na to, że on tylko chciał go panu oddać, bo wtedy go pan upuścił. Widocznie bardzo mu na tym zależało.
++++++Staruszek, blady jak ściana, zawahał się, ale drżącą ręką wziął od olbrzyma narzędzie. Ten uśmiechnął się zielonymi zębami, po czym jakby nigdy nic, wyszedł na zewnątrz, ułamując przy tym kolejny fragment górnej futryny drzwi, i począł wąchać sobie kwiatki porastające polankę.
++++++Profesor Mięcifutek przez jakiś jeszcze czas poruszał ustami nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
++++++– Czyli, że… zmarnowałem czterdzieści lat życia uciekając przed… oddaniem mi … śrubokrętu? He. He. Hehehehe. Blblblbl – wydusił z siebie w końcu, a jego oczy rozbiegły się w różnych kierunkach.
++++++– Na nas już czas – Gejralt mrugnął do towarzysza. Skłonił się nisko profesorowi, który z jakiegoś powodu obgryzał właśnie nogę od kościotrupa, i wyszli.
++++++
++++++– Gejraalt, a co teraz będzie z tym… potworem? – zagaił Mlaskier w drodze powrotnej.
++++++– Jak profesor się pozbiera, to może zatrudni go do pomocy. W końcu i tak za nim chodzi. Może nawet jakoś go ulepszy, żeby mógł mówić, albo co…
++++++– Hm… Tak sobie pomyślałem, że koniec wędrówki jest czasem w zupełnie innym punkcie, niż by się na początku chciało, ale to wcale nie znaczy, że gorszym.
++++++– A wiesz, Mlaskier, to było całkiem mądre. Takie podsumowanie.
++++++– Ja mówię o biedronkach – odparł poeta patrząc w niebo. – Ale jak chcesz.
++++++