Niski, łysy mężczyzna o groźnej minie spoglądał na wejdźmina spode łba i z założonymi rękami kręcił głową.
– Poza tym, jest wykształcony muzycznie – przekonywał Gejralt. – Potrafi grać na siedmiu instrumentach i bardzo ładnie śpiewa.
Mężczyzna odchylił się lekko w bok, by spojrzeć na zachwalany towar, który za plecami wejdźmina jadł błoto. Błoto to powstało zaraz po tym, kiedy pracownik sklepu rybnego wylał wiadro wody po oczyszczeniu świeżej partii ryb.
Gejralt nadymał usta.
– Artyści tak mają – wytłumaczył. – Poza tym, to poeta. Pisze pięknościowe wiersze i ballady. Potrafi wszystko ubrać w odpowiednie słowa. Wystarczy dać mu lutnię.
– O – rzekł Mlaskier, który znalazł coś w błocie i… – Robal – …zjadł dżdżownicę.
– Najlepiej występuje grubo po północy, jak już wszyscy klienci są dobrze wstawieni – poradził Gejralt.
– Wynoście się stąd – powiedział w końcu łysy mężczyzna. – Szukam prawdziwych muzyków. Nie zatrudnię Flamastra, czy jak mu tam, na występy w mojej karczmie dziś wieczorem. Ani w ogóle nigdy. Do widzenia się z panią.
Wejdźmin położył rękę na swoich grających marsza kiszkach. Sam jako taki był przyzwyczajony do uczucia głodu i mylenia go z kobietą, jednak jego towarzysze nie mieli tego komfortu. Od kilku dni nie znalazł żadnego zlecenia. Trzeba było nawet sprzedać lutnię Mlaskra i dać pod zastaw wejdźmińskie miecze w zamian za kilka groszy. Upał doskwierał im coraz silniej. Zołman podejmował się wszelkich prac fizycznych, a wejdźmin rozważał nawet zostanie kurtyzaną. Niestety odpadał z każdego castingu w jakim brał udział, ze względu na „brak wymaganych części ciała, a nawet o jedną za dużo”.
Gejralt przetarł czoło.
– Mlaskier, wypluj tę dżdżownicę… – westchnął.
– Jestem głodny – oznajmił poeta grzebiąc w błocie.
– Zaraz coś wymyślę, chodź. Najpierw umyjemy rączki.
Gejralt odkręcił kurek jednego z miejskich źródełek, którego wnętrze z wielkim trudem opuściła jedna kropelka wody.
– Pssseprasssam najmocccniej – rozległ się nieznajomy głos należący do dziwnie długiej i chudej postaci w czarnym płaszczu, która pojawiła się znikąd. – Niechcącccy usssłyszałem pańssską rozmowę sss karcccmazzzem. Czy na ten psssykład, nie wie pan psssypadkiem, która jest obecccnie godzina?
– Co?… – zdziwił się Gejralt i chcąc podzielić się tym zdziwieniem z przyjacielem spojrzał w jego kierunku.
Ku jego większemu zaskoczeniu, Mlaskra nie było przy źródełku. Na ziemi leżał jego beret z piórkiem z tylnej części pawiokołaka. Wejdźmin ponowie okręcił się, ale tajemniczy jegomość również rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie czarny płaszcz. Ludzie na ulicach zachowywali się jak dotychczas i nic nie wyglądało inaczej niż wcześniej.
Wejdźmin podniósł nakrycie głowy przyjaciela, zajrzał pod spód i przetarł oślepione gorącym słońcem oczy.
– Mlaskier, jesteś ty tam?
Drzwiczki buchającego żarem pieca otworzyły się skrzypiąc. Parujący ogień rozżarzonych do czerwoności węgli zasyczał. Do środka wsunęły się wielkie, żeliwne szczypce. Na ich drugim końcu znajdował się Zołman. Krasnolud wyłowił kawałek rozgrzanego żelaza i umieścił go na kowadle. Zamachnął się potężnym młotem.
– Zołmanie! – wrzasnął Gejralt, wyprowadzając krasnoluda z równowagi. Młot runął na kowadło, wystrzeliwując żarzący się odłamek w kierunku wejdźmina.
Ten zdążył się uchylić.
– Boże Święty, uważaj trochę – rzekł.
Krasnolud opanował nerwy i spojrzał na przyjaciela.
– Zołmanie, Mlaskier zniknął – zaczął wejdźmin.
– Jak to „zniknął”?
– Spuściłem go z oczu zaledwie na moment. Przyszedł jakiś pan w długim czarnym płaszczu do samej ziemi i zapytał która godzina, a potem…
– W czarnym płaszczu – przerwał mu Zołman. – Gejralt, jest czterdzieści stopni w cieniu.
– No ale…
Wejdźmin przetwarzał argumenty Zołmana sącząc napój, który od niego dostał, i przyglądał mu się w ciszy. Według krasnoluda sprawa była prosta, a Mlaskier miał zrobić to co zwykle i pobiec za czymś, co zwróciło jego uwagę.
– Idź na niego poczekaj gdzieś w cieniu, bo jak wróci i cię nie będzie, to się wystraszy – krasnolud ponownie uderzył młotem w kowadło, tym razem celnie. – A teraz wynoś mi się stąd, ja tu pracuje, chyba jako jedyny.
– No muszę przyznać, Zołmanie, że praca fizyczna ci służy – skomentował Gejralt.
– Spierdalaj stąd powiedziałem.
Gejralt stał dalej i podziwiał krzepkie, zlane potem ciało krasnoluda. Ten z kolei chwycił drewniany trzonek i wycelował nim w wejdźmina.
– Przestań się na mnie gapić – huknął – bo zaraz ci to w rzyć wsadzę!
– Obiecanki cacanki – jęknął Gejralt i wyszedł.
Za radą Zołmana postanowił wykorzystać czas i bezchmurne niebo i począł się opalać. Godzinę później usłyszał zarzut publicznego obnażania się, że sznurek pomiędzy pośladkami to nie żadne ubranie i że gdyby była noc, to co innego.
W podziemiach głównej komendy straży miejskiej było przynajmniej chłodno. Szczególnie zimne były kraty w oknach, przy których wejdźmin doczekał wieczora w towarzystwie trzech innych skazańców.
Zołman odnalazł miejsce pobytu przyjaciela dopiero następnego ranka i po wpłaceniu kaucji – całego zarobku z pracy u kowala – wyswobodził go z kajdan. Gejralt, widząc jego morderczy wzrok, początkowo wolał zostać w areszcie. Ci trzej panowie, z którymi zmuszony był przebywać, okazali się być bowiem całkiem w porządku.
Zołman wszedł do celi celem chwycenia go za fraki, ale zaślepiony złością nie zauważył, że – prócz stringów – nie bardzo ma za co chwycić. W akcie desperacji i całkowitej ostateczności dosięgł końcówki srebrnych włosów i wywlókł zgiętego w pół wejdźmina na zewnątrz.
– Ałć, Zołmanie. Zazdrosny?… – skrzywił się Gejralt. – W innych okolicznościach to by mi się nawet podobało, ale…
– Zamknij się.
– …muszę się gdzieś umyć. Nie masz czasem jakichś drobnych? Skoczylibyśmy do łaźni popluskać się trochę.
Krasnolud wyrobił w sobie pewien rodzaj cierpliwości, której poziom Gejralt zwykł nieustannie przekraczać. Bez słowa cisnął w przyjaciela jego ciuchami i poszedł się uspokoić. Zupełnie niepotrzebnie.
– Chyba jestem chory – rzekł wejdźmin dobiegając do krasnoluda.
– A to to ja wiem – fuknął krasnolud, podążając przed siebie.
– To niemożliwe, ale chyba się tam przeziębiłem w tym więzieniu – ciągnął Gejralt. – Wydaje mi się, że mam gorączkę…
– Syfilis chyba.
– No sam dotknij, jakie mam gorące pośladki.
Krasnolud zamknął oczy i wziął oddech. Odwrócił się bardzo powoli.
– To trzeba było gołego tyłka nie opalać w samo południe, na samym środku placu, w sercu miasta! – warknął cedząc słowa. – Poza tym, gorączkę mierzy się gdzie indziej.
– Mhm. Bo ty się tam akurat znasz na wejdźminach… Jak kura na pieprzeniu.
– Na pieprzu.
– Chyba ty.
– Jak kura na pieprzu! Się mówi!
– Kura, kura. Akurat.
Zołman zrezygnował z dalszej rozmowy z Gejraltem i usiadł w cieniu wyschniętej fontanny z rzeźbą, która była podobna zupełnie do niczego.
– Znalazłeś Mlaskra? – zapytał wejdźmin, ale Zołman kazał natychmiast zejść mu z oczu.
Plac targowy, na którym stała owa niczego nie przedstawiająca rzeźba, obfitował w rozmaite towary. Można tu było kupić wszystko czego dusza zapragnie, o ile dusza posiadała pieniądze. W labiryncie spalonych słońcem szmacianych dachów stoisk targowych, można było znaleźć nawet jednego wejdźmina. Ten, powiedzmy, nie był na sprzedaż, ale towar miał niezły.
– Gejralt, kurwa, co to jest – powiedział Zołman na widok przyjaciela, który wyłonił się z alejki targowej.
– To jest jamniczek, Zołmanie – odparł wejdźmin, całkiem z siebie zadowolony. – Pomoże nam wytropić Mlaskra. No patrz jakiego ma słodkiego malutkiego ogonka – Gejralt uniósł pieska ukazując jego różowy brzuszek i uśmiechnął się uroczo.
Piesek zaszczekał, polizał wejdźmina po twarzy i zapomniał schować język.
Zołmanowi krew odpłynęła z mózgu.
– Chcesz powiedzieć, że miałeś jakieś pieniądze i kupiłeś JAMNICZKA?
– Tam jest! To on! – rozgrzmiał wrzask kupca, a zaraz po nim dwóch strażników krzyknęło „STAĆ!”
– No może nie do końca go kupiłem – odparł wejdźmin.
Pościg nie trwał długo, bo Gejralt zauważył kukurydzę na jednym ze straganów i odruchowo puścił w nią wiązkę ognia, co zawsze sprawiało mu radość. Nie wiedział, że przy okazji zamienił targowisko w kupkę popiołu zwieńczoną popcornem, bo był już daleko poza miastem.
Nowy kompan wejdźmina podskakiwał na czterech małych łapkach próbując dostrzec coś sponad wysokiej wyschniętej trawy. Nie bardzo kwapił się do śledzenia Mlaskra po zapachu jego czapki. Dużo bardziej zainteresowany był frędzelkami wokół bioder wejdźmina, które bujały się w rytm jego kroków.
– Nazwę go… – rozmyślał Gejralt, zakładając na głowę beret poety – …kurka wodna, zawsze mam problem z imionami – skwitował popijając eliksir „Nie wiem”. – Mlaskier na pewno by coś wymyślił. A ty? – zwrócił się do Zołmana. – Masz jakiś pomysł?
Krasnolud snuł się z tyłu i przyglądał się szczeniakowi.
– Tak – odparł. – Zjedzmy go.
Imię, które zaraz potem nadał pieskowi Gejralt, wystarczająco zniechęciło Zołmana do konsumpcji jego i pewnego owocu przez resztę życia.
Podczas dalszej wędrówki Zołman dowiedział się, dlaczego wciąż jest zdrowy i że nigdy niczym nie zarazi się od wejdźmina, toteż może spokojnie wejść z nim teraz do sadzawki, pić z tych samych butelek i spać z nim w jednym łóżku bardzo blisko siebie. Opowiadając o swoim zdrowym ciele, wejdźmin nagle zamilkł i zatrzymał towarzysza rozkładając ręce. Nie ważne ile dni nie jadł, co akurat mówił, robił czy wypił Gejralt – kiedy zastygał w bezruchu bez wyraźnego powodu, lepiej było się zatrzymać.
– Wyczuwam magiczne siły – powiedział wejdźmin.
– Co?! – wrzasnął krasnolud.
Nadprzyrodzone moce zawsze go przerażały.
– Ciii… – Gejralt przyłożył palec do ust Zołmana.
– Ale tu nikogo nie ma – zauważył krasnolud, strzepując już całą rękę wejdźmina głaszczącą go po twarzy.
– Cichutko, cichutko… – wyszeptał Gejralt. – Magii najczęściej nie widać ani nie słychać. I w zasadzie vice-versa. W sensie, że zwykła nienależąca do nikogo magiczna siła też nie wie, że tu jesteśmy.
– To czego szepczesz?
– Ja krzyczę tylko w jednej pozycji, Zołmanie.
– Chciałeś chyba powiedzieć sytuacji.
– Zołmanku, wiem co mówię – Gejralt puścił mu oczko i przytulił pieska. – Poza tym jak wrzeszczysz to mój mały przyjaciel się boi.
– Przestań odwracać kota ogonem! – syknął rozdrażniony krasnolud. – Co… co ty robisz?…
– To jest pies, Zołmanie, nie kot – powiedział wejdźmin i odwrócił jamniczka przodem. – Gejfrutek też to czuje.
Jamniczek Gejfrut patrzył przed siebie w skupieniu. Zaraz potem zapomniał na co. Symbol serca z wyrytym w kamieniu „G+Z”, gdzie „Z” było skreślone, a obok dopisano „Dż”, połyskiwał magicznym różowym blaskiem pośród niezliczonej ilości pustych eliksirów porozrzucanych wokół niego.
– Znam to miejsce… – wejdźmin zamyślił się, będąc starannie lizanym przez Gejfrutka po policzku. – No przecież! – wykrzyknął. – To mój stary warsztat!
Sekretna jaskinia Gejralta była zadbana i urządzona. Oświetlona blaskiem świec, przypominała ciepły domek w górach z kominkiem, do póki Gejralt nie zaczął pokazywać, co tutaj trzyma. Zołman przyglądał się dziwnym przedmiotom, które wejdźmin co rusz wygrzebywał z rozmaitych schowków, do momentu kiedy ujrzał rozkładany album z krasnoudami.
– Znajdź lepiej coś do picia, bo mi się chce… – zaczął.
– Mi też się chce. To co? Tu z boku jest całkiem wygodne łóż…
– Pić, kurwa, mi się chce.
– A. A jak bardzo chce ci się pić?
Krasnolud przeanalizował to zwykłe na pierwszy rzut oka pytanie.
– Nie aż tak bardzo, żeby wypić eliksir – odpowiedział.
– Nooo, Zołmanie – ucieszył się wejdźmin wygrzebując coś ze skrzynki z pobrzękującym szkłem. – Ale tego musisz spróbować! Zupełnie o nim zapomniałem! To jeszcze z czasów w Homo Moher.
– Ehe, to na pewno spróbuję – krasnolud założył ręce.
Wejdźmin pokazał mu flakonik.
– Eliksir „Flet” – odczytał Zołman. – I co? Po wypiciu umiesz grać na flecie?
– No, nie zupełnie na flecie. Ale był przydatny na… – wejdźmin zastanowił się – …zaliczeniach. Sam go wymyśliłem, spróbuj.
Krasnolud zmarszczył czoło.
– Nie – odparł.
Jamniczek szczekał radośnie, bawiąc się leżącą na puszystym dywaniku czapką Mlaskra z piórkiem. Albo raczej: z czapką Mlaskra – jak zdawało się wydawać.
Fioletowe nakrycie głowy poety poruszało się raz w lewo, raz w prawo, wprawiając pieska w skory do zabawy nastrój. Poirytowany minionym dniem Zołman, burknął coś o szczurach, chwycił coś przypominającego gruby kij obity skórą z węża i zamachnął się nim niczym kowalskim młotem.
Wejdźminowi rozszerzyły się źrenice.
– No masz! – zawołał rzucając się na krasnoluda, którego pokłady cierpliwości właśnie w tej chwili dobiegły końca. – Przepraszam Gejfrutku, że wątpiłem w twoje umiejętności tropicielskie!
Popiskujący od uderzeń, niczym gumowa kaczuszka wąż, bardzo podobał się jamniczkowi. Osłaniając czapkę – ale przede wszystkim siebie od ciosów – Gejralt, zrobił dzióbek z ust i powiedział:
– Trochę niżej, Zołmanie, po tyłeczku.
Na te słowa Zołman zastygł w bezruchu z rękami uniesionymi w górze, albowiem właśnie zdał sobie sprawę z czegoś, co nie dawało mu spokoju, a o czym nawet nie wiedział. Tylko dzisiaj, ciągnął go za włosy, chciał mu wsadzić drewniany trzonek w rzyć, a teraz, po raz pierwszy w życiu, okładał go kijem i po raz pierwszy w życiu dotarło do niego, że chyba nie ma na świecie takiej rzeczy, którą byłby w stanie zrobić, aby sprawić Gejraltowi coś innego, niż przyjemność.
Zołman opadł na zakurzony fotel wzbijając pył w powietrze i wlepił wzrok w nieruchomy punkt.
Wejdźmin wstał ostrożnie podnosząc z ziemi czapkę poety.
– No już dobrze, Zołmanku. Później ci opowiem po co mi był ten gumowy wąż, a teraz patrz – Gejralt wyciągnął z czapki maleńką postać unosząc ją za kubraczek i pisnął cichutko na jej widok. – Mlaskiereczku, wszystko będzie dobrze.
Dolna powieka Zołmana zaczęła drgać.
Wejdźmin położył sobie poetę na ręce i ustawił ją na linii wzroku krasnoluda.
– Ugryzł mnie wąż – powiedział cieniutko Mlaskier, obnażając pośladki. – O tu.
Stowarzyszenie Zmniejszających Węży, jak wyjaśniał wejdźmin, to bardzo haniebna instytucja. Na szczęście ich jad jest tymczasowy, więc wystarczyło poczekać dzień lub dwa, aby Mlaskier powrócił do swojego rozmiaru, co zdaniem Gejralta miało swoje plusy i minusy.
– Mogłem się domyślić po tym syczącym sposobie wypowiedzi wąskiego pana w czarnym płaszczu, o którym ci mówiłem, Zołmanie – podsumował Gejralt, układając Mlaskra do snu w pudełeczku po zapałkach. – Ale ty mnie nigdy nie słuchasz, w przeciwieństwie do mnie. Proszę – wejdźmin podał krasnoludowi butelkę. – Chciałeś coś do picia. Malinowy, ale mocny, pij powoli.
Kolejna świeczka przygasała. Krasnolud wypił na raz całą zawartość.
– Ojej… – uśmiechnął się wejdźmin biorąc swój napój. – Chyba nie to ci dałem.
Zołman odwrócił buteleczkę, podświetlił etykietkę świeczką i zobaczył napis „Eliksir Flet”.
– Kurwa mać – powiedział.
Spojrzał na smacznie śpiącego, rozciągniętego na kocyku pieska.
– Fajny ten jamniczek. Taki podłużny – Zołman pokiwał głową z uznaniem. – Gejralt, ale ty masz ładne nogi – ciągnął, mierząc go wzrokiem. – Takie długie.
Gejralt uśmiechnął się mrużąc oczy.
– Pomiędzy nogami też… – zaczął.
– Kurwa mać! Co mi się stało?! – przerwał mu Zołman.
– Nic ci się nie stało Zołmanie, spokojnie – powiedział Gejralt podrzucając miednicą. – Po prostu rób to, na co masz ochotę – poradził wejdźmin i…
Zdmuchnął ostatnią świeczkę.