
Ciszę przerwało walenie do drzwi tak nagłe, że Zołman podskoczył, a Mlaskier spróbował schować głowę w piasek. Ten zamiar został skutecznie udaremniony poprzez fakt, że pomiędzy piaskiem a jego głową znajdowała się drewniana podłoga. Poeta stracił przytomność. Zołman spojrzał na niego jakby chcąc krzyknąć „uważaj, debilu”, ale po chwili pokręcił tylko głową i spokojnie podszedł do drzwi.
Kiedy je otworzył, ujrzał brodatego wieśniaka, który wymachiwał rękami, jakby żywo gestykulując podczas opowiadania jakiejś historii, ale mówić zaczął dopiero kiedy Zołman pacnął go w głowę.
– Panieee! – zaczął starzec, któremu brakowało większości zębów. – Paniee…
Zołman odczekał jeszcze chwilę, ale zorientował się, że jego rozmówca śpi. Tym razem szturchnął go w ramię.
– Paniee! – obudził się dziadek. – Wedźmyna czeba! Podobno znikł i go ni ma od dawna, a tu potwóry sie mnożom! A nasza Jagienka pono zasłyszała dzie, że ten wedźmyn to ostatnio w tych łokolicach widzion był. Ale Jagienka guupia, to sie jej mogło pokićkać cuś…
Zołman westchnął.
– Wejdźmin jest niedysponowany – powiedział. – Nie pójdzie. Jakie potwory?
– A żebym to ja wiedzioł, jakie. He, he, he he.
– Eee – Zołman nie bardzo wiedział co nagle tak rozśmieszyło przybysza. – To chyba niezbyt groźne, że się pan śmiejesz na samą myśl.
– A dzie tam niegroźne! Sie śmiejem bo mnie się przypomnioło jak to ciotka Zulka sie zamkła w wychódku a ja żem z Antkiem go hyc! Do jeziora poturlali. Zulka pływać umiii, ale jak na niom wypłynęło to całe gówno, to panie śmiechu to była kupa, he he he he.
Zołman przewrócił oczami.
– Ale co mnie pan o gównach godo jak ja tum ratunku przyszoł szukać! – dziadek zmarszczył brwi i pogroził mu palcem. – Snujom się jakieś zjawy i inne duperszwance po lesie tam we wsi za miedzom i babom chłopów kuszom, i kuszom i, wyobraź sobie pan, z nimi filtrujom! I inne takie. No wiesz pan co mówiem, nie? Po dupach je macajom!
– To rzeczywiście brzmi jak wejdźmińska robota – westchnął krasnolud. – Ale już mówiłem. Przykro mi – wejdźmin nie pójdzie.
– Chuleera! – zafrasował się staruszek. – A ja mówił im że wydźmon to bujda jaka! Tera jeszcze powiedzom że ja głupi dziad i go nie umioł przekonać do pomocy. A niech ich to licho se dyma po kniejach, zaraza. I jeszcze żem zapomniał cuś ważnego. Nie wieta co to?
Zołman pokręcił przecząco głową. Przybysz począł odchodzić, ale ponieważ szedł bardzo, bardzo powoli, po kilku minutach wciąż był na wyciągnięcie ręki od wejścia do chatki. Krasnolud stał niezręcznie w drzwiach czekając aż zamknięcie ich nie będzie nietaktowne, ale kiedy staruszek przebył kolejne trzy kroki w czasie, w którym spokojnie można by ugotować wystawną kolację, zatrzasnął je machnięciem ręki. Potem wrócił do niewielkiego salonu, w którym stało kilka mebli, a na podłodze siedział Mlaskier i masował sobie nogę powtarzając pod nosem „moja głowa”.
– Gejralt, siedzisz tam już ze dwa tygodnie – powiedział do kredensu. – Jak nie wyjdziesz, to umrzesz z głodu.
Odpowiedziała mu cisza.
Krasnolud usiadł na podłodze obok Mlaskra.
– Nic – rzucił w przestrzeń. – On tam chyba już zostanie, Mlaskier. Nagle dowiedzieć się, że jest się ojcem, niezła farsa. Ale, kurwa, kto mógł wiedzieć że tak się… zamknie.
– Gejraltuś jest w szoku – odparł poeta wciąż masując nogę. – Jak raz przypadkiem nadepnąłem na ślimaka to też już potem nie wyszedł z muszelki. Ta sama zasada.
– Eee.. No mniej więcej – burknął krasnolud. – Szkoda że Dżemmefer postanowiła działać na własną rękę. Już ona by go wykurzyła… Masz jeszcze jakieś pomysły?
– Tak, ostatnio pomyślałem, że można by doczepić skrzydełka do bułek – poeta rozpromienił się na tę myśl i widać było, że przeszedł mu cały ból.
– Czasami się zastanawiam, czy ty tego nie robisz specjalnie. Pytam czy masz jakieś pomysły na temat tego, co z tym zrobić – krasnolud wskazał palcem stojący pod ścianą kredens.
– A, to tak. Mam 37 pomysłów.
– To teraz odrzuć wszystkie, które nie mają absolutnie żadnego sensu, i powiedz mi te które zostaną.
– To nie mam.
– Tak myślałem.
– Chociaż nie, mam jeden – Mlaskrowi twarz zaświeciła się, jakby właśnie wynalazł nie tylko koło, ale też trójkąt, kwadrat i stożek. Trójkąt, gwoli ścisłości, wynaleziony został przez trzech mnichów – założycieli akademii Homo Moher, i to już pierwszego dnia ich działalności.
Mlaskier zrobił efektowną pauzę i zmrużył oczy.
– Włożyć do nosa – powiedział powoli.
– Co?
– A co innego można by zrobić z palcem?
– Mlaskier, Jezus Maria, nie chodzi mi o palec … czy ty jesteś taki…
– CO INNEGO MOŻNA BY ZROBIĆ Z PALCEM? – powtórzył Mlaskier.
Zołman już miał pacnąć go dłonią w tył głowy, ale nagle coś do niego dotarło.
– Hmm. No nie wiem Mlaskier – powiedział ostentacyjnie głośno – co można zrobić z palcem. Może…
Z kredensu dobiegły dźwięki, jakby ktoś się tam poruszył.
– Tak po prostu włożyć do nosa? A może gdzieś indziej?
Krasnolud i poeta spojrzeli na siebie przytakując porozumiewawczo.
– Ja też nie wiem Zołmanku gdzie można jeszcze włożyć palec. Szkoda, że nie ma tu Gejraltusia, może on by wiedział?
– Taak, taak – Zołman wziął głęboki oddech, powtarzając sobie w myślach, że robi to dla przyjaciela. – On na pewno by wiedział. A tak to chyba nigdy się nie dowiemy gdzie można by, ehm, włożyć palec…
Kredens nie wytrzymał. Ze środka dało się słyszeć przeciągłe westchnięcie, a potem głos, który szczegółowo wyjaśnił im, co jeszcze można zrobić z palcem.
– A widzisz Gejralt – ucieszył się Zołman. – Jednak jest jeszcze dla ciebie nadzieja! Wyłaź!
Odpowiedziała mu cisza.
Krasnolud miał dość. Wstał i kopnął drzwiczki kredensu.
– Gejralt! Musisz stamtąd wyjść – warknął. – Posłuchaj. Nie wiem dlaczego nie możesz już robić swoich dziwnych znaków i pić eliskirów. Nie mam pojęcia co się z tobą dzieje, ale wiem jedno. Jesteś najdzielniejszą osobą jaką znam, a znam Mosznana z Gór Krwawych, zwanego Młotojądrym, który własnymi jajcami zatłukł na śmierć cztery niedźwiedzie grizzly. Na swój własny, pojebany, pedziowaty sposób zawsze sprawiałeś, że najgorsze śmierdzące bagno, w jakie wpadliśmy zamieniało się w różowy budyń, a z dwojga złego lepsze to, niż żeby zeżarła ci głowę jakaś mizerna Mizerna, a potem ją wysrała i zeżarła z powrotem. Ja też mam dziecko, Gejralt, i w moim przypadku to akurat jest sytuacja z gatunku tych gównianych. Ale pomyśl, ty, co baby dotykasz tylko jak chcesz sprawdzić gdzie kupiła taki fajny tusz do powiek, czy inne gówno, dostałeś od losu w prezencie takiego małego kogoś, kto pewnie odziedziczył te twoje niestworzone zdolności, a na dodatek jest w połowie fajną czarodziejką. Ale co najważniejsze, bezpieczeństwo tego kogoś zależy od ciebie. Pokonałeś już cholernie dużo potworów, ale te, które są pod łóżkiem twojej córki, to one są dla ciebie teraz najważniejsze. Ja to co innego, ja co noc sprawdzam czy pod moim łózkiem nie czai się ten mój… potomek, ale ty musisz teraz wziąć się w garść. Rozumiesz? Bo jak nie rozumiesz, to zaraz wezmę topór i nie będziesz miał gdzie się…
– Tak – odpowiedział kredens.
Drzwiczki powoli otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Ze środka wyłonił się wejdźmin. Zołmanowi przeszło przez myśl, że to niemożliwe, że po tygodniach spędzonych w środku Gejralt wciąż ma perfekcyjną fryzurę i doskonały makijaż. Zaraz jednak zganił się za to, że zwraca uwagę na takie rzeczy. Lata przygód w tym specyficznym towarzystwie pozostawiły pewien znaczący ślad na jego psychice.
Wejdźmin popatrzył w sufit, jakby zastanawiając się nad czymś, po czym pewnym krokiem ruszył w stronę wyjścia.
– Co ty robisz…? – Zołman zmarszczył brwi, ale wiedział, że choćby próbował, to nie jest w stanie zatrzymać przyjaciela. – Chcesz teraz odejść?
– Mój kochany, ja nie odchodzę, ani nawet, co mnie samego dziwi, tym razem nie dochodzę. Ja IDĘ. Idę pokonać potwory spod łóżka.
Zołman odetchnął z ulgą i skinąwszy na Mlaskra podążył za wejdźminem na zewnątrz. Była dobra pogoda na marsz, więc chatkę, w której spędzili ostatnie tygodnie zostawili za sobą szybko. Niczego ze sobą nie zabrali.
– Gejralt, ale czekaj … – powiedział krasnolud. – Cieszę się, że zmieniłeś zdanie, ale może jednak przystopujmy. Trzeba by ustalić jakiś plan, przygotować się…
– Ja już mam plan. I przygotowałem rzeczy – odparł wejdźmin nie zwalniając kroku.
– Rzeczy? Przecież siedziałeś w kredensie!
– Ależ Zołmanku, byłem tam tylko kilka razy malować paznokcie. Akurat mówiliście coś o palcach. To było całkiem na temat, bo bo mój nowy lakier musi schnąć w ciemności – Wejdźmin obejrzał się na towarzysza i zauważył jego rozdziawione pytająco usta – Za szafką w ścianie jest dziura. – dodał, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Zołman zweryfikował to stwierdzenie jednym spojrzeniem na majaczącą w oddali chatkę. W jej ścianie ział widoczny nawet teraz całkiem spory otwór. Spojrzał z powrotem na wejdźmina.
– No tak. To przynajmniej pewna zjawa nie będzie się już kręcić po okolicznych lasach i klepać po dupach, co?
– Ja nic o tym nie wiem – powiedział Gejralt poważnie, przyspieszył kroku i zagwizdał najbardziej podejrzaną melodyjkę, jaką można sobie wyobrazić.
– Zołmankuu – powiedział Mlaskier ciągnąc Zołmana za rękaw. – A czyja to właściwie była ta chatka, co w niej mieszkaliśmy z kredens… znaczy Gejraltusiem?
Dwa tygodnie później pewien siwy dziadek dotarł piechotą do wsi i pacnął się w czoło. Z miejsca zawrócił i ruszył w stronę domu.