Rozdział IV – „Yonder”

– A ja to bym jeszcze wrócił do Koxenfurtu na parę dni – oznajmił Mlaskier podrzucając biodrami. – Po tym, jak zrobiłeś porządek z tymi dymonami, było jak za starych dobrych czasów, co nie Gejralt?
Wejdźmin uśmiechnął się łobuzersko próbując rozniecić ogień znakiem Mignii, ale chwilowo zapomniał jak to się robiło.
Cała trójka ulokowała się przy jednej z jaskiń pod Koxenfurdzką górą, gdzie rozbili sobie bardzo wygodny i kolorowy obóz.

– Tak – przyznał. – Ale nie mam już pieniędzy. I jestem głodny – stwierdził Gejralt. – A ty jak się czujesz, Złomanie? – zapytał.
– Spierdalaj.
Wejdźmin westchnął, usiadł na kamieniu przed krasnoludem i podparł brodę pięściami. Ściągnął brwi i nadął usta spoglądając na rozgniewanego przyjaciela. Zołman odwrócił się do niego plecami skulając się w kłębek.
– Na pewno nie było aż tak źle – zaczął wejdźmin. – Przecież jesteś do tego przyzwyczajony.
– Spierdalaj!
– Poza tym, odprowadziłem te dymony z powrotem do zoo, więc nie wiem czemu wciąż się na mnie gniewasz.
– Odprowadził dymony… Żesz kurwa, ja pierdolę. Trzeba było im jeszcze dać kwiaty. Albo pozabijać! Nie wpadłeś na to?! W ogóle jakim cudem nie dorwały ciebie?
– Pozabijać, pozabijać. Miałem lepszy pomysł na pokonanie dymonów, ale uparliście się z Dyrdymałem na swój. Poza tym, szybko biegam. W szczególności jak uciekam. A dymony lubią gonić.
– Ja akurat się nie ruszałem.
– Mmm… Ty nie musisz. I tak jesteś słodziutki w tym swoim malutkim zielonym kubraczku.
Krasnolud sięgnął ręką po tęczowy koc i nakrył się aż po samo czoło. Westchnął.

Nazajutrz o świcie ruszyli na południe, a Zołman nie odezwał się ani słowem aż do samego wieczora. Szli przez wiele dni, pokonując ciasne zagajniki, które polubił Mlaskier, nieprzytulne karczowiska i bagna, w których Zołman wolał się topić niż pozwolić na to, by Gejralt wziął go na ręce. Krzywonose Mokradła dały im popalić.

Jedenastego dnia dotarli do tonącego w bujnej roślinności wysokiego lasu, pachnącego miodem i jagodami. Las był dziki i wyglądał na niezamieszkały, chociaż Gejralt nie mógł pozbyć się wrażenia, że już tu kiedyś był.
– Chyba już tu kiedyś byłem – powiedział.
– Byliśmy tu dwa dni temu! – warknął Zołman. – Łazimy w kółko! Przyznaj się, że się zgubiliśmy!
– Nie no, spokojnie – zaczął Mlaskier, przeglądając swój tyłek w swej błyszczącej lutni. – Gejralt na pewno wie, gdzie idziemy.
– Gówno, nie wie! – huknął krasonolud. – Jakby wiedział, to nie krążylibyśmy w kółko! Przestań zbierać te cholerne ziółka, jak do ciebie mówię! – warknął na wejdźmina, który delikatnie obrywał listki z kwiatu werbeny.
– To na eliksiry… – sprostował Gejralt, nie przerywając.
– Gówno, nie eliksiry! Jesteś wejdźminem czy nie?
– A co, nie widać? – odparł oburzony.
– Eech…! Od teraz ja prowadzę! – zarządził krasnolud i ruszył przed siebie, ale Gejralt zablokował mu drogę.
– Zołmanie, dlaczego mnie nie kochasz? – zapytał wejdźmin, wyraźnie zasmucony.
– Co?
– Właśnie zdałem sobie sprawę, że cały Koxenfurt nie jest w stanie zastąpić mi ciebie. Jesteśmy dla siebie stworzeni; spójrz tylko. Kiedy stoimy naprzeciw siebie, twoja twarz jest na doskonałej wysokości.
Zołman zerknął przed siebie i szybko tego pożałował. Zamknął oczy, odwrócił się i ruszył w losowym kierunku.

I w tę stronę nie zaszedł jednak daleko. Drogę przecięła mu strzała. Krasnolud cofnął się i uderzył głową w Gejralta, wywołując uśmiech na jego twarzy.
Wysoko na drzewach pojawiły się elfy, wszystkie wyposażone w potężne łuki i wszystkie były w nich wycelowane. Mlaskier zaczął płakać.
– Już dobrze Mlaskier – uspokajał wejdźmin klepiąc go po pupci. – Nie bój się. To tylko elfy ze Schuja’tel.
Na ziemi z wielką gracją wylądował jeden z nich. Podniósł się powoli, płynnym ruchem umieścił łuk na plecach i podszedł do wejdźmina tak blisko, że prawie dotknął go spiczastym nosem.

Wejdźmin przełknął ślinę.

– Gejralt – zaczął elf.
– Yonder.
– Co tu robisz?
– Nic.
– Znowu okradasz mój las?
– Tak – odparł. – Nie – dodał po chwili, wypuszczając z ręki kwiatki werbeny.
– Wiesz, że masz zakaz wchodzenia na mój teren po tym, co ostatnio zrobiłeś moim łucznikom? Połowa z nich wciąż jest w szoku – oznajmił i pociągnął nosem dokładnie dwa razy. – Ładnie pachniesz. Co to?
– Stokrotki, cytrynka, mięta i trochę płatków zimejki.
Elf zastanowił się chwilę.
– Pójdziemy do mnie. Możliwe, że mam wejdźmińskie zlecenie.
Gejralt uniósł brwi i złożył usta w dzióbek.

Po chwili on, niezadowolony Zołman, ocierający łzy Mlaskier, elfy ze Schuja’tel i ich jednooki przywódca Yonder szli w głąb bujnego lasu, aż dotarli do ukrytego w zielonych czubkach drzew miasta elfów.
– Powiedz, że mnie kochasz, Zołmanie – ciągnął wejdźmin po drodze. – Mnie i Mlaskra. Powiedz, że nas kochasz.
– Spierdalaj! Nigdy tego nie powiem.
Gejralt spojrzał na niego wyzywająco.
– Założymy się?
– Nie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *