Po powrocie z odległych krain wszedł do znajomej karczmy i rozejrzał się. Badawczym spojrzeniem objął całe wnętrze i szybko zlokalizował bratnie twarze. Przypomniał sobie, jak bardzo mu ich brakowało, kiedy (zaraz potem, jak Zołman przestał ganiać go z toporem wokół Vinogradu) samotnie wyruszył w zamorską podróż, by przygotować świat na najgorsze.
Najpierw odwiedził skutą lodem Gwintlandię, gdzie stracił poczucie czasu i świadomość na dłuższą chwilę, aby zaraz potem udać się na spalone słońcem pustynie Amen Ryki, skąd niezwłocznie popłynął do Kraju Kwitnącej Śliwki, gdzie dostał najdoskonalszą parę japonek, jaką widział w swoim długim życiu.
Zaprzyjaźniony marynarz, Szaleniec Wojciech, pomógł mu również dostać się do Asstralii, gdzie w miejskiej operze zrozumiał, dlaczego Mlaskier nie może odnieść sukcesu w sztuce, chociaż samej sztuki nie zrozumiał (jednakowoż brawo bił najgłośniej).
W tyfetańskiej świątyni złożył śluby dożywotniego milczenia przed samym Dalej Lamo, których przestrzegał rygorystycznie do momentu, w którym natknął się na małego kotka w czarne paski, czyli przez jakieś pięć minut. W następstwie, goniony przez stado tygrysów, dobiegł aż do Hin, gdzie nauczył się starożytnej sztuki walki Kung-Fuj, której przysiągł sobie nigdy – ale to przenigdy – nie używać.
Podróż swą zakończył wśród czarnych plemion Afri-ki-ki-ki, gdzie ratując pewnego wojownika przed wyjątkowo zawziętym lasodymaczem, zyskał jego dożywotnią miłość, przychylność i osobistego fryzjera, gdyż ten bardzo lubił go czesać.
Ale żaden, nawet najbardziej oddany druh, nie mógł zastąpić mu starych przyjaciół i tego, co poczuł w spodniach, kiedy po siedmiu miesiącach tułaczki i podkradania wszelkiego rodzaju mydeł z najodleglejszych zakątków świata, spostrzegł jednego z nich.
– Zołmanie! – zawołał unosząc ręce.
Krasnolud rozpromienił się i zbliżył do wejdźmina. Nawet by go utulił, gdyby zza jego pleców nie wyłonił się potężny, ponad dwumetrowy, ciemnoskóry człowiek.
– Gejralt, kurwa. Kto to jest? – spytał, poważniejąc.
Wejdźmin westchnął i opuścił przygotowane do ściskania ramiona.
– To jest Mundo. Mundo, to jest Zołman, Zołmanie, to jest Mundo – rzekł szybko i na powrót przygotował się do przytulania.
– Dlaczego Mundo jest…? – krasnolud odsunął się nieco. – Dlaczego on ma na sobie tylko pasek?
Mundo pomachał Zołmanowi, ale po reprymendzie wejdźmina zawstydził się i uczynił to samo ręką.
– Trochę więcej tolerancji Zołmanie – rzekł Gejralt. – Mundo pochodzi z plemienia Zulugolasów. Tam są takie zwyczaje.
– Co jak co, Gejralt – oburzył się krasnolud. – Ale tolerancji, TOLERANCJI, to ty mi nie wypominaj!
– Uprzedzając twoje kolejne pytanie; uratowałem mu życie, a wedle tamtejszego prawa, za taką przysługę, należy mi się dożywotnia posługa.
– Wejdźmin być dobry dla Mundo – wydukał przybysz. – Mundo kochać wejdźmin i zrobić dla wejdźmin wszystko.
Zołman stał chwilę w bezruchu błądząc oczami.
– W… wszystko? – wymamrotał w końcu.
– Wszystko, wszystko – odparł Gejralt uśmiechając się psotnie. – Chociaż, tak między nami Zołmanie, gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądało, to bym go zostawił z tym lasodymaczem. Może by się podszkolił.
– Dobra! – przerwał krasnolud. – Nic więcej nie chcę wiedzieć! Aczkolwiek nie – rzekł po krótkiej chwili. – Mam jeszcze jedno pytanie, chociaż nie jestem pewien, czy rzeczywiście chcę znać odpowiedź.
– Kto pyta nie błoci – zachęcił Gejralt.
– Błądzi.
– Kto błądzi?
– Mówi się: kto pyta, nie błądzi – wyjaśnił krasnolud. – No nieważne. To pytam: Dlaczego ten cały Mundo taszczy na plecach worek mydła?
– Mydła? A tak, mydła. To jest mydło, do zakopywania w ziemi. Ale można się też nim umyć. Mogę cię namydlić, chcesz? Dać ci jedno?
Krasnolud tracił cierpliwość.
– Nie pojechałem na wycieczkę, Zołmanie – oburzył się Gejralt. – Przez dwadzieścia osiem tygodni zakopywałem mydła we wszystkich znanych mi krainach. Na wypadek potopu, pamiętasz?
Krasnolud pamiętał. Owy „biblijny potop” to określenie na pewnego rodzaju tajemnicze zjawisko, które powstaje wówczas, gdy ktokolwiek zdoła oszukać czarodziejkę – i to nie byle jaką – ale Dżemmefer, bo o niej mowa, do zwyczajnych wieszczek nie należała.
– I to mydło, to po co? – spytał krasnolud. – Żeby mogła się umyć, gdziekolwiek akurat będzie?
– Nie, Zołmanie, pomyśl czasem. Będzie potop, czyli dużo wody. Zakopane co kilka metrów mydło spieni się po kontakcie z nią. I będzie dużo piany! A wtedy…
Krasnolud machnął ręką.
– Nie, nie – rzekł. – O pianie to ty sobie porozmawiaj z Mlaskrem. Na pewno się ucieszy.
– To tylko pierwszy etap przygotowań – podsumował Gejralt. – Czeka nas jeszcze dużo pracy. A właśnie, gdzie jest Mlaskier? Przed chwilą go widziałem…
Zołman zaśmiał się.
– Nasz grajek się zakochał! – zatriumfował.
– Zakochał?
– A żebyś wiedział. Ma dziewczynę.
– Mlaskier ma dziewczynę? Jesteś pewny? Ale taką…? Dziewczynę… dziewczynę?
– No a jaką!
– Ale jak to?
Mundo, wciąż stojący niczym góra gliny za Gejraltem, rzucił wór mydła na ziemię i natychmiast zawiesił się na jego plecach obejmując go szczelnie wielkimi łapami.
– Wejdźmin nie smuta – rzekł. – Mundo nigdy nie opuścić.
Wejdźmin posmutniał jeszcze bardziej.
Gejralt nie mógł uwierzyć własnym oczom. Mlaskier był ubrany – i to nawet w pełnej długości spodnie (choć strój ten w dalszym ciągu odzwierciedlał jego infantylną osobowość i zamiłowanie do pewnego koloru). Szedł, nucąc coś pod nosem, i wyglądał jakby chciał namówić swoją towarzyszkę do tańca, co mu kompletnie nie wychodziło. Jej mina mówiła sama za siebie: przestań idioto.
– Mlaskier! – zawołał Zołman. – Zostaw na chwilę swoją pannę i chodź zobacz kto przyszedł!
Oczy Mlaskra rozszerzyły się. Grajek pociągnął dziewczynę za rękę i w podskokach dotarł do wejdźmina.
– Geeejraaalt…! – zaśpiewał, próbując wtulić się gdzieś pomiędzy niego, a zaciśnięte ramiona Munda. – Patrz co mam!
Mlaskier wskazał na stojącą za nim szczupłą niewiastę o niebieskich włosach i zmrużonych czerwonych oczach, które wpatrywały się w niego złowieszczo.
– To moja dziewczyna – pochwalił się grajek.
– Cześć – odparła wyciągając rękę. – Ruch Anna jestem. A ty to pewnie ten słynny wejdźmin Gejralt?
Gejralt skrzywił się. W duchu cieszył się, że jest unieruchomiony i nie może się fizycznie przywitać, ponieważ każde dotknięcie dziewczyny przywoływało w nim najokrutniejsze wspomnienia.
– Ładne imię – zauważył za to. – Witaj Ruchanno.
Gejralt, przekonawszy Munda, że jest już szczęśliwy i nie trzeba go więcej tuli-tulić, dołączył do stolika przyjaciół, gdzie właśnie wznoszony był toast na cześć jego powrotu.
Ponieważ brakowało krzesła, Zulugolas natychmiast pochylił się – na nieszczęście Zołmana w jego stronę – i przybrał pozę „na czworaka”, aby wejdźmin mógł spocząć.
Wejdźmin spoczął i chwycił lampkę wina odginając mały palec.
– Gdzie byłeś cały ten tydzień! – krzyknął Mlaskier.
– Tydzień? – zdziwił się Gejralt. – Nie było mnie dokładnie sto dziewięćdziesiąt sześć dni.
Mlaskier próbował sobie wyobrazić tyle dni, ale mu nie wychodziło. Wspomógł się nawet wsadzeniem sobie palca do nosa, za co od razu oberwał od swojej wybranki.
Gejralt obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem. Dziewczyna nie była mu dłużna, a kiedy spostrzegła, że Mlaskier zamierza pociamkać pachnący winem korek, ponownie zamachnęła się, uważnie obserwując przy tym wejdźmina.
Gejralt nie wytrzymał. Wstał, zacisnął pięści, zapowietrzył się i wyszedł na fajkę.
Na dworze było ciemno. Taras na piętrze rozpostarł przed nim przyjemny widok. Płomienne latarnie oświetlały brukowane ulice, a w powietrzu dało się wyczuć zapach przemokniętych ciepłym deszczem drewnianych chat.
Wejdźmin oparł się o skrzeczącą balustradę, wypił eliksir „Nostalgia”, spojrzał na miasto i zamyślił się.
– Potwornie się pogubiliście – rzekł nagle. – Nie powinienem was zostawiać samych na tak długo.
– Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
– Od dwóch minut słyszę jak oddychasz – wyjaśnił Gejralt.
Krasnolud wychylił się zza porośniętej bluszczem przypory.
– Nawet się ze mną nie przywitałeś Zołmanie – ciągnął, odwracając się. – W ogóle już mnie nie potrzebujecie.
– Ejże, Gejralt! – zawołał Zołman, klepiąc przyjaciela po plecach, najwyżej jak sięgał. – Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniliśmy!
– No właśnie widzę – rzekł, krzyżując ręce. – Jeszcze ta Ruchanna…
Okno nad nimi otworzyło się z hukiem. Rozpostarte skrzydła z impetem uderzyły o ścianę uwalniając szyby z ram. Ostre końce błyszczących kawałków szkła zaczęły zmierzać w kierunku tarasu.
Gejralt złapał je w Syrden i unieruchomił. Rozłożył ręce.
– No bardzo przepraszam, ale nikt nie będzie w ten sposób traktował Mlaskra! – kontynuował, chodząc w tą i z powrotem. – Poza tym…
Z dachu posypały się dachówki pobrzękując. Wejdźmin od niechcenia wytworzył strumień ognia Znakiem Migni i wycelował w nie, aż całkiem się skruszyły.
– …nie podoba mi się to wasze zasiedlenie się w Vinogradzie. A najbardziej nie podoba mi się to, że…
– Gejralt – przerwał mu Zołman stojący jak słup soli.
Taras pod ich stopami zaczął trzeszczeć.
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud.
Drewniane poszycie obsunęło się, kiedy wsporniki podtrzymujące konstrukcję trzasnęły, łamiąc się w pół. Deski, na których stali, grzmotnęły o ziemię z łomotem.
W powietrzu zawiesił się pył. Tłum ludzi wybiegł z karczmy rozglądając się wokół, a pośród niego – Mlaskier z Anną i Mundo.
– Tam! Tam u góry! – wydarł się jeden z mieszczan, kiedy kurz opadł.
Na metalowej rurce z flagą Vinogradu wisiał Gejralt, którego w ostatniej chwili zdążył chwycić się Zołman.
– …że Mlaskier ma dziewczynę – dokończył wejdźmin.
– Aaaaaah! – krzyknęła Ruchanna z dołu, tupiąc nogą. – Od pół roku męczę się z tym kretynem, z tą zakutą pałą, żeby być blisko ciebie, kiedy nadejdzie odpowiednia okazja! Od pół roku planuję twoją śmierć i czekam na moment, w którym wrócisz z tej swojej przeklętej podróży i w końcu będę mogła cię zabić! – wrzeszczała, rzucając w niego kamieniami.
– Że co proszę? – zapytał Gejralt, odbijając kamienie. – Kretyn? Zakuta pała?
– Aaaaaah! Przez ciebie moja kariera legła w gruzach! A Pac al Pruk mnie ostrzegał! Oj ostrzegał! Przez wiele dni i nocy zapisywałam każde jego słowo, które wypowiadał raz dziennie! Nie posłuchałam go! Nie posłuchałam…! Powinnam być ostrożniejsza!
– Pacan kto? – Gejralt zamyślił się.
Ruchanna od początku mu się nie podobała, szczególnie teraz, kiedy oczy Mlaskra zaszły łzami.
– Mundo – rzekł wejdźmin bardzo powoli zwracając się do Zulugolasa. – Ruchanna jest smutna.
Murzyn zastanowił się chwilę. Podrapał się po głowie i spojrzał na niebiesko-włosą dziewczynę.
– Mundo rozumieć. Mundo opiekować się Ruchanna do końca życia. Nie opuścić. Pa pa – wybełkotał wielkolud „machając” Gejraltowi i ścisnął skrytobójczynię, po czym zniknął w ciemnej uliczce, nie zważając na jej protesty.
Metalowa rurka zatrzeszczała pod zaciśniętą dłonią wejdźmina i ugięła się pod ich ciężarem. Zołman mocniej chwycił Gejralta i zmarszczył twarz czekając na twardy upadek. Flaga zafalowała i zsunęła się na ziemię.
– Ludzieee? – rzucił ktoś z gapiów mrużąc oczy. – A na cym ten krasnolud się cyma?
Tłum spojrzał w górę i przechylił głowy.
Zołman też spojrzał w górę.
Gejralt spojrzał w dół, zachichotał i puścił mu oczko.
– Zołmanie – zaczął. – Uznaję to za serdeczne przywitanie.
Krasnolud nie mógł się doczekać, aż dorwie ten worek z mydłem i umyje ręce.
Nareszcie!
Hahahahaha bardzo się stęskniłam 😀 czekam na następne przygody, bo zaczyna się rewelacyjnie 😀