Opowiadanie X – „Pop i Pum”

++++++– Ja – zaczął Mlaskier – chce to takie co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++– Idź stąd – burknął Zołman.
++++++– Noo… – jęknął poeta i nie przejmując się zbytnio kontynuował. – Może też trochę pum. Z czego pop jest wesołe, a pum jest takie bardziej smutne. Pop! Pop! Pum, pum, pop! Pum.
++++++– Nie ma czegoś takiego – stwierdził Zołman.
++++++– Jest.
++++++– Nie ma.
++++++– Jest.
++++++– No to nie wiem co tak robi.
++++++– Daj mi.
++++++– Nie mam tego! – warknął krasnolud. – Cokolwiek to jest.
++++++– Gejralt by miał.
++++++– Ale jego też tu nie ma!
++++++– To gdzie jest?
++++++– Nie wiem!
++++++Mlaskier nie ustępował. Z wielką koncentracją naśladował pożądaną przez siebie rzecz. Kucał i skakał wokół krasnoluda, co rusz wydając z siebie dźwięki „pop” i „pum” w nadziei, że Zołman powie mu czym jest ta rzecz, której on tak bardzo chce. Ten jednak patrzył na swoje zamoczone w jeziorze nogi i rozmyślał, czy nie lepiej byłoby teraz wsadzić jakąś głowę pod wodę. Zaczął nawet tęsknić za wejdźminem. Krasnolud wstał powoli i ubrał buty. Podniósł sporej wielkości kamień z brzegu i zacisnął go w dłoni patrząc na denerwującego grajka. Jednym ruchem mógłby… ale nie. Nie mógł. Przełknął ślinę.
++++++– Masz – powiedział.
++++++Poeta odebrał kamień z zadowoleniem i polizał go.
++++++– To nie to – powiedział. – Za słodkie. I nie robi: Pop!

++++++Z tafli jeziora wyłonił się niewielkich rozmiarów czarny dym w meloniku i uśmiechnął się szeroko.
++++++– Dzień dobry – powiedział, po czym zmrużył oczy i chuchnął w Zołmana. Strużki czarnego dymu zaczęły plątać jego kończyny, aż w końcu dotarły do szyi, z której zdążyło wydobyć się potężne: „GEEEJRAAALT…!”. Krzyk rozszedł się echem wśród koron drzew płosząc ptaki. Krasnolud zastygł w pozycji przypominającej jaskółkę, tyle że z ręką uniesioną w górę.
++++++– No dobrze – powiedział czarny, wykrzywiony w szelmowskim uśmiechu dym. Lubił swoją pracę.
++++++Mlaskier patrzył na niego tępo.
++++++– Nazywam się Wiktor i znam wszystkie zagadki na świecie – rzekł poprawiając dymny wąsik. – Twój kolega został przez ciebie zazagadkowany. Żeby go odzazagadkować musisz odgadnąć dwie z trzech zagadek, a twojemu koledze pozostaje wierzyć, że jego życie jest w tej chwili w możliwie najlepszych rękach. Gotowy?
++++++Mlaskier dłubał w nosie. Żałował, że nie ma teraz tego, co chciał mieć.
++++++Zołman wydał z siebie przeciągły, wysoki pisk, przypominający łkanie.
++++++Dym spojrzał w bok, oczekując odpowiedzi. Zrobiło się niezręcznie. Wiktor chrząknął.
++++++– Moja profesja wymaga, abym mówił wierszem – oznajmił i wyrecytował: – Pierwsza zagadka jest bardzo prosta, w lewo czy w prawo? To nie jedyna opcja.
++++++Mlaskier bardzo powoli wyciągnął palec z nosa.
++++++– To się w ogóle nie rymuje – powiedział.
++++++Wiktor zdębiał. Jeszcze nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji. Nie odgadnięcie pierwszej zagadki to jedno, ale wytykanie błędów w jego skrzętnie wykonywanym fachu to już gruby nietakt. Etykieta i higiena pracy wymagały jednak, aby pozostać profesjonalnym.
++++++– Druga zagadka – zaczął. – Rodzi się w locie, leży gdy żyje, znikając umiera, słońce go…
++++++– E tam takie – Mlaskier machnął ręką i wyciągnął małą książeczkę z kieszeni. – Masz, poczytaj sobie prawdziwe wiersze. Moje – dodał i podszedł do nieruchomego Zołmana.
++++++Zaczął go ciągnąć za mankiet.

++++++Wiktor czuł się zdruzgotany. Nikt nie traktował go w ten sposób. Zazwyczaj budził strach, respekt, był źródłem stresu i świadkiem upadków ludzkiego istnienia i wszelkiej wiary – nie lekceważenia. Z trudem przyznawał się we własnych myślach, że kiedyś został złamany przez jedną osobę, ale to był ktoś potężny, przebiegły i mógł go zabić, a zamiast tego znalazł mu zagadkową dziewczynę – której zresztą nigdy nie rozwiązał – a nie ktoś, kto dłubie w nosie. Dym skrzywił się, a potem nastawił ucha, gdyż jak mu się zdawało, usłyszał zagadkę.
++++++– Zoołmaan… – męczył Mlaskier szarpiąc krasnoludem. – Ja chce to takie coś, co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++Dymna postać natychmiast znalazła się nad głową Zołmana.
++++++– Coś, co robi „pop, pop, pop”? – zainteresował się stwór.
++++++– I jeszcze czasami: Pum, pum – wytłumaczył Mlaskier.
++++++– Coś co robi „pop” i jednocześnie „pum”? – myślał dym, przeskakując raz to z lewej, raz z prawej strony głowy Zołmana.
++++++– No taaak. I „pop” jest takie wesołe, a „pum” takie bardziej smutne.
++++++– Coś co robi wesołe „pop” i smutne „pum”… – zastanawiał się dym chodząc w tę i z powrotem, lekko pochylony z rękami założonymi na plecach.
++++++– Pum, pum. Pop! Pum – naśladował grajek.
++++++– No to najpierw robi „pum”, czy „pop”? – zirytował się stwór.
++++++– Różnie – zakomunikował Mlaskier. – Ale zawsze na końcu robi tak szybko: Pop! Pop! Pop! Pop! Pop! I potem PUM! I jest.
++++++Wiktor uniósł głowę ukazując ogromne szafirowe oczy, których dolne powieki obwisły. Właśnie dotarła do niego rzecz najstraszniejsza ze wszystkich strasznych rzeczy jakie mogą się przytrafić komuś takiemu jak on.
++++++– Nie znam rozwiązania tej zagadki – powiedział przerażony. – Zwyczajnie nie wiem, co to jest.
++++++– On by wiedział… – stwierdził Mlaskier rysując patykiem podobiznę Gejralta pośród małych, smutnych chmurek.

++++++Dymne oblicze Wiktora przybrało gęsty, smolisty wygląd. Umysłem sięgnął aż do dnia swoich narodzin, a potem reszta życia stanęła mu przed oczami. Trud, jaki włożyli jego rodzice w jego wychowanie i staranne wykształcenie, pachnące złem ciasteczka babci Zosi, pierwsza jedynka w szkole, wszystkie te przepracowane w upalnym biurze lata, tony papieru, złamanych rysików, potu, zarwane noce na księgowaniu każdej zasłyszanej zagadki, miliony zapamiętanych rymowanek, wszystko to na nic i wszystko dlatego, że istniała osoba, która znała odpowiedź na zagadkę, o której on nigdy nawet nie słyszał?
++++++– To koniec – stwierdził Wiktor. – Skoro nie umiem odpowiedzieć na twoją zagadkę, to znaczy że… O nie! – wrzasnął łapiąc się za melonik. – Zostałem zazagadkowany!
++++++Dym upadł na kolana, których nie miał. Rozpłynął się za plecami Mlaskra zupełnie niezauważony. Zdaniem poety pisakowe dzieło wymagało, aby dorysować jeszcze trzy chmurki. Zdaniem Gejralta również.

++++++Wejdźmin wyłonił się z krzaków w doskonałym nastroju i przeciągnął się ziewając.
++++++– Ale pospałem – powiedział. – Zołmanie, wołałeś mnie?
++++++– Tak – powiedział krasnolud i opadł na ziemię ze wzrokiem wlepionym w nicość.
++++++– Geeejraaalttt – zawołał Mlaskier podbiegając do wejdźmina. – Ja chce to takie co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++– „Pop, pop, pop”, Mlaskruś? – zapytał wejdźmin, drapiąc się po plecach.
++++++– Taaak – przytaknął poeta. – I też trochę pum. Z czego pop jest wesołe, a to pum to jest takie bardziej smutne. Pop! Pop! Pum, pum, pum pop! Pop! Pum.
++++++– Pop, pop, pum, pum – Gejralt zamyślił się. – Hm.
++++++– Pum, pum – dodał Mlaskier. – Pop! Pum.
++++++– Pop!
++++++– Pum, pum. Pop! Pop!
++++++– Pum.
++++++– I potem takie szybkie – Mlaskier uniósł ręce w górę i zaczął podskakiwać – Pop! Pop! Pop! A potem PUM! I jest – powiedział opadając na ziemię. – Nie to – dodał, unosząc kamień, który wcześniej dał mu Zołman. – Za słodkie.
++++++Zołman zaczął szukać wokół siebie czegoś, czym można by się zabić, a Gejralt zamyślił się. Zanurzył się w świat dźwięków, które kiedykolwiek usłyszał i które z racji bycia wejdźminem słyszał bardzo wyraźnie, po czym wnikliwie przefiltrował każdy z nich wybierając tylko spośród tych rzeczy, których mógł chcieć Mlaskier. Pomyślał o małych kolorowych dzwoneczkach powiewających na wietrze i w zwolnionym tempie ujrzał, jak dzyndzelek we wnętrzu uderza w ściankę dzwonka, ale to nie było „pop” czy „pum”, tylko raczej „ding” i „dong”. Bąbelki w wodzie robiły bardziej „bly, bly” kiedy pękały, podobnie bańki mydlane – tylko że te robiły raczej „pyk” niż „pop”. Stadko żółtych pisklaków to „pi, pi, pi”, szyszka… Szyszka jest szyszką i o dziwo nie wydaje żadnego dźwięku, rozpalana zapałka robi: „Fszyt!” a potem: „Sss”, a odkorkowywany szampan robi co prawda „pop”, ale bez „pum”.
++++++– Ach! – wykrzyknął nagle, kiedy oczami wyobraźni ujrzał wielki gar z podskakującą pokrywką. – W sumie też mam ochotę na popcorn. Zołmanie? – zwrócił się do krasnoluda. – Idziesz?
++++++Krasnoluda okrył jednak czarny dym.
++++++Wejdźmiński medalion zawibrował stawiając Gejralta na baczność wobec materializującej się chmury czarnego kłębu.
++++++– Wiktor? – spytał wejdźmin mrużąc oczy. – A ty skąd się tu wziąłeś?
++++++Wiktor obejrzał swoje wonne ciało, okręcając się kilka razy wokół własnej osi.
++++++– Ja żyje! Ha, ha! – zaświergotał wzbijając się wyżej niż kiedykolwiek wcześniej. – Odzazagadkowałeś mnie!
++++++– Możliwe – rzekł Gejralt, którego poziom zadowolenia spadł drastycznie po spojrzeniu na zaklętego Zołmana.
++++++Wejdźmin założył ręce i zmarszczył brwi.
++++++Czarny dym zmniejszył się zdejmując z główki melonik, który zaczął miętosić w rękach.
++++++– Przepraszam najmocniej, panie wejdźminie – powiedział cieniutko. – Nie wiedziałem. Zaraz to naprawię…
++++++– Chociaż, wiesz co? – Gejralt zastanowił się. – Poczekaj chwilę – powiedział wejdźmin i ruszył w stronę Zołmana zdejmując koszulkę. – Zawsze chciałem sprawdzić jak wyglądałby w różowym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *