– Ja – zaczął Mlaskier – chce to takie co robi: Pop! Pop! Pop!
– Idź stąd – burknął Zołman.
– Noo… – jęknął poeta i nie przejmując się zbytnio kontynuował. – Może też trochę pum. Z czego pop jest wesołe, a pum jest takie bardziej smutne. Pop! Pop! Pum, pum, pop! Pum.
– Nie ma czegoś takiego – stwierdził Zołman.
– Jest.
– Nie ma.
– Jest.
– No to nie wiem co tak robi.
– Daj mi.
– Nie mam tego! – warknął krasnolud. – Cokolwiek to jest.
– Gejralt by miał.
– Ale jego też tu nie ma!
– To gdzie jest?
– Nie wiem!
Mlaskier nie ustępował. Z wielką koncentracją naśladował pożądaną przez siebie rzecz. Kucał i skakał wokół krasnoluda, co rusz wydając z siebie dźwięki „pop” i „pum” w nadziei, że Zołman powie mu czym jest ta rzecz, której on tak bardzo chce. Ten jednak patrzył na swoje zamoczone w jeziorze nogi i rozmyślał, czy nie lepiej byłoby teraz wsadzić jakąś głowę pod wodę. Zaczął nawet tęsknić za wejdźminem. Krasnolud wstał powoli i ubrał buty. Podniósł sporej wielkości kamień z brzegu i zacisnął go w dłoni patrząc na denerwującego grajka. Jednym ruchem mógłby… ale nie. Nie mógł. Przełknął ślinę.
– Masz – powiedział.
Poeta odebrał kamień z zadowoleniem i polizał go.
– To nie to – powiedział. – Za słodkie. I nie robi: Pop!
Z tafli jeziora wyłonił się niewielkich rozmiarów czarny dym w meloniku i uśmiechnął się szeroko.
– Dzień dobry – powiedział, po czym zmrużył oczy i chuchnął w Zołmana. Strużki czarnego dymu zaczęły plątać jego kończyny, aż w końcu dotarły do szyi, z której zdążyło wydobyć się potężne: „GEEEJRAAALT…!”. Krzyk rozszedł się echem wśród koron drzew płosząc ptaki. Krasnolud zastygł w pozycji przypominającej jaskółkę, tyle że z ręką uniesioną w górę.
– No dobrze – powiedział czarny, wykrzywiony w szelmowskim uśmiechu dym. Lubił swoją pracę.
Mlaskier patrzył na niego tępo.
– Nazywam się Wiktor i znam wszystkie zagadki na świecie – rzekł poprawiając dymny wąsik. – Twój kolega został przez ciebie zazagadkowany. Żeby go odzazagadkować musisz odgadnąć dwie z trzech zagadek, a twojemu koledze pozostaje wierzyć, że jego życie jest w tej chwili w możliwie najlepszych rękach. Gotowy?
Mlaskier dłubał w nosie. Żałował, że nie ma teraz tego, co chciał mieć.
Zołman wydał z siebie przeciągły, wysoki pisk, przypominający łkanie.
Dym spojrzał w bok, oczekując odpowiedzi. Zrobiło się niezręcznie. Wiktor chrząknął.
– Moja profesja wymaga, abym mówił wierszem – oznajmił i wyrecytował: – Pierwsza zagadka jest bardzo prosta, w lewo czy w prawo? To nie jedyna opcja.
Mlaskier bardzo powoli wyciągnął palec z nosa.
– To się w ogóle nie rymuje – powiedział.
Wiktor zdębiał. Jeszcze nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji. Nie odgadnięcie pierwszej zagadki to jedno, ale wytykanie błędów w jego skrzętnie wykonywanym fachu to już gruby nietakt. Etykieta i higiena pracy wymagały jednak, aby pozostać profesjonalnym.
– Druga zagadka – zaczął. – Rodzi się w locie, leży gdy żyje, znikając umiera, słońce go…
– E tam takie – Mlaskier machnął ręką i wyciągnął małą książeczkę z kieszeni. – Masz, poczytaj sobie prawdziwe wiersze. Moje – dodał i podszedł do nieruchomego Zołmana.
Zaczął go ciągnąć za mankiet.
Wiktor czuł się zdruzgotany. Nikt nie traktował go w ten sposób. Zazwyczaj budził strach, respekt, był źródłem stresu i świadkiem upadków ludzkiego istnienia i wszelkiej wiary – nie lekceważenia. Z trudem przyznawał się we własnych myślach, że kiedyś został złamany przez jedną osobę, ale to był ktoś potężny, przebiegły i mógł go zabić, a zamiast tego znalazł mu zagadkową dziewczynę – której zresztą nigdy nie rozwiązał – a nie ktoś, kto dłubie w nosie. Dym skrzywił się, a potem nastawił ucha, gdyż jak mu się zdawało, usłyszał zagadkę.
– Zoołmaan… – męczył Mlaskier szarpiąc krasnoludem. – Ja chce to takie coś, co robi: Pop! Pop! Pop!
Dymna postać natychmiast znalazła się nad głową Zołmana.
– Coś, co robi „pop, pop, pop”? – zainteresował się stwór.
– I jeszcze czasami: Pum, pum – wytłumaczył Mlaskier.
– Coś co robi „pop” i jednocześnie „pum”? – myślał dym, przeskakując raz to z lewej, raz z prawej strony głowy Zołmana.
– No taaak. I „pop” jest takie wesołe, a „pum” takie bardziej smutne.
– Coś co robi wesołe „pop” i smutne „pum”… – zastanawiał się dym chodząc w tę i z powrotem, lekko pochylony z rękami założonymi na plecach.
– Pum, pum. Pop! Pum – naśladował grajek.
– No to najpierw robi „pum”, czy „pop”? – zirytował się stwór.
– Różnie – zakomunikował Mlaskier. – Ale zawsze na końcu robi tak szybko: Pop! Pop! Pop! Pop! Pop! I potem PUM! I jest.
Wiktor uniósł głowę ukazując ogromne szafirowe oczy, których dolne powieki obwisły. Właśnie dotarła do niego rzecz najstraszniejsza ze wszystkich strasznych rzeczy jakie mogą się przytrafić komuś takiemu jak on.
– Nie znam rozwiązania tej zagadki – powiedział przerażony. – Zwyczajnie nie wiem, co to jest.
– On by wiedział… – stwierdził Mlaskier rysując patykiem podobiznę Gejralta pośród małych, smutnych chmurek.
Dymne oblicze Wiktora przybrało gęsty, smolisty wygląd. Umysłem sięgnął aż do dnia swoich narodzin, a potem reszta życia stanęła mu przed oczami. Trud, jaki włożyli jego rodzice w jego wychowanie i staranne wykształcenie, pachnące złem ciasteczka babci Zosi, pierwsza jedynka w szkole, wszystkie te przepracowane w upalnym biurze lata, tony papieru, złamanych rysików, potu, zarwane noce na księgowaniu każdej zasłyszanej zagadki, miliony zapamiętanych rymowanek, wszystko to na nic i wszystko dlatego, że istniała osoba, która znała odpowiedź na zagadkę, o której on nigdy nawet nie słyszał?
– To koniec – stwierdził Wiktor. – Skoro nie umiem odpowiedzieć na twoją zagadkę, to znaczy że… O nie! – wrzasnął łapiąc się za melonik. – Zostałem zazagadkowany!
Dym upadł na kolana, których nie miał. Rozpłynął się za plecami Mlaskra zupełnie niezauważony. Zdaniem poety pisakowe dzieło wymagało, aby dorysować jeszcze trzy chmurki. Zdaniem Gejralta również.
Wejdźmin wyłonił się z krzaków w doskonałym nastroju i przeciągnął się ziewając.
– Ale pospałem – powiedział. – Zołmanie, wołałeś mnie?
– Tak – powiedział krasnolud i opadł na ziemię ze wzrokiem wlepionym w nicość.
– Geeejraaalttt – zawołał Mlaskier podbiegając do wejdźmina. – Ja chce to takie co robi: Pop! Pop! Pop!
– „Pop, pop, pop”, Mlaskruś? – zapytał wejdźmin, drapiąc się po plecach.
– Taaak – przytaknął poeta. – I też trochę pum. Z czego pop jest wesołe, a to pum to jest takie bardziej smutne. Pop! Pop! Pum, pum, pum pop! Pop! Pum.
– Pop, pop, pum, pum – Gejralt zamyślił się. – Hm.
– Pum, pum – dodał Mlaskier. – Pop! Pum.
– Pop!
– Pum, pum. Pop! Pop!
– Pum.
– I potem takie szybkie – Mlaskier uniósł ręce w górę i zaczął podskakiwać – Pop! Pop! Pop! A potem PUM! I jest – powiedział opadając na ziemię. – Nie to – dodał, unosząc kamień, który wcześniej dał mu Zołman. – Za słodkie.
Zołman zaczął szukać wokół siebie czegoś, czym można by się zabić, a Gejralt zamyślił się. Zanurzył się w świat dźwięków, które kiedykolwiek usłyszał i które z racji bycia wejdźminem słyszał bardzo wyraźnie, po czym wnikliwie przefiltrował każdy z nich wybierając tylko spośród tych rzeczy, których mógł chcieć Mlaskier. Pomyślał o małych kolorowych dzwoneczkach powiewających na wietrze i w zwolnionym tempie ujrzał, jak dzyndzelek we wnętrzu uderza w ściankę dzwonka, ale to nie było „pop” czy „pum”, tylko raczej „ding” i „dong”. Bąbelki w wodzie robiły bardziej „bly, bly” kiedy pękały, podobnie bańki mydlane – tylko że te robiły raczej „pyk” niż „pop”. Stadko żółtych pisklaków to „pi, pi, pi”, szyszka… Szyszka jest szyszką i o dziwo nie wydaje żadnego dźwięku, rozpalana zapałka robi: „Fszyt!” a potem: „Sss”, a odkorkowywany szampan robi co prawda „pop”, ale bez „pum”.
– Ach! – wykrzyknął nagle, kiedy oczami wyobraźni ujrzał wielki gar z podskakującą pokrywką. – W sumie też mam ochotę na popcorn. Zołmanie? – zwrócił się do krasnoluda. – Idziesz?
Krasnoluda okrył jednak czarny dym.
Wejdźmiński medalion zawibrował stawiając Gejralta na baczność wobec materializującej się chmury czarnego kłębu.
– Wiktor? – spytał wejdźmin mrużąc oczy. – A ty skąd się tu wziąłeś?
Wiktor obejrzał swoje wonne ciało, okręcając się kilka razy wokół własnej osi.
– Ja żyje! Ha, ha! – zaświergotał wzbijając się wyżej niż kiedykolwiek wcześniej. – Odzazagadkowałeś mnie!
– Możliwe – rzekł Gejralt, którego poziom zadowolenia spadł drastycznie po spojrzeniu na zaklętego Zołmana.
Wejdźmin założył ręce i zmarszczył brwi.
Czarny dym zmniejszył się zdejmując z główki melonik, który zaczął miętosić w rękach.
– Przepraszam najmocniej, panie wejdźminie – powiedział cieniutko. – Nie wiedziałem. Zaraz to naprawię…
– Chociaż, wiesz co? – Gejralt zastanowił się. – Poczekaj chwilę – powiedział wejdźmin i ruszył w stronę Zołmana zdejmując koszulkę. – Zawsze chciałem sprawdzić jak wyglądałby w różowym.