Rozdział VII – To Coś

to-cos

Wejdźmin Gejralt zeskoczył z konia.
++++++– Już mi się nie chce siedzieć w tym siodle – stwierdził.
++++++Przeciągnął się i chwycił za lejce by dalej prowadzić Pupkę pieszo. Do Wyrżnijmy było już niedaleko. Świadczyła o tym obsypana brokatem ścieżka i jak okiem sięgnął – brak czegokolwiek do jedzenia. Fjutest bardzo dbał o to, by nikt nie miał przypadkiem czegoś za darmo. Od dawna zatrudniał tak zwanych „obleśnych”, których dziennym zadaniem było obłażenie całego lasu i wyzbieranie wszystkiego co urosło przez noc w promieniu kilku mil od miasta. Tym sposobem mógł zajadać się świeżymi jagodami kiedy nudził się na tronie, a to, czego nie zjadł, wysyłał na targ, z którego dochód trafiał do królewskiego skarbca.
++++++Gejralt nie przypominał sobie jednak, by w królewskiej gwardii obleśnych leśnych zbieraczy znajdowały się konie, a im bliżej miasta, tym więcej ich było. W zasadzie się od nich roiło. Porzucone na poboczu zwierzęta siedziały ze spuszczonymi głowami, co jakiś czas smarkając w kopyta i pijąc alkohol ukryty w papierowych torebkach; inne próbowały pochować się żywcem lub przedawkować koniczynę, zaopatrując się w towar u końskiego dilera w czarnym płaszczu, ciemnych okularach i kapeluszu.
++++++Gejralt, Zołman i Mlaskier postanowili odbyć tę część trasy udając, że wcale ich tu nie ma.

++++++Pod mury Wyrżnijmy dotarli późnym wieczorem. Było tu dość tłoczno jak na tę porę dnia. Ściśnięte końskie pośladki utrudniały przedostanie się pod miejską bramę. Zołman pobiegł dołem, starając się wybierać drogę przez klacze, aby uniknąć guzów na głowie, których mógłby się nabawić biegnąc pod ogierami. Mlaskier wolał iść górą i skakać po koniach w losowe strony, aż znajdzie wyjście z końskiego labiryntu. Gejralt wybrał tradycyjną drogę i postanowił się przeciskać, przepraszając za każdy swój ruch. Jeszcze nigdy nie obmacał tylu koni na raz. Wyciągając z buzi włosy z końskich ogonów, którymi obrywał w twarz, spojrzał za siebie i westchnął. Coś mu mówiło, że już nigdy nie znajdzie Pupki.
++++++– Stać! – warknął strażnik. – Zanim was wpuszczę, muszę się upewnić, że żaden z was nie jest koniem.
++++++– Słucham? – spytał wejdźmin.
++++++– Rozkaz króla – wytłumaczył strażnik. – Żaden niepokwitowany koń nie ma wstępu do Wyrżnijmy.
++++++Gejralt podrapał się za uchem.
++++++– O co chodzi z tymi końmi? – zapytał.
++++++– Całe miasto zafajdane. Śmierdzi gównem aż po wschodnią bramę. Ledwośmy posprzątali gruz po ataku ryczywoła, to teraz przyszło nam łajno zbierać. Ech, coś nie ma szczęścia ostatnio to miasto. Wcześniej ludzie też po ulicach srali, ale teraz panie, to jest istna anarchia. Konie strajkują, a porządnych ludzi to już prawie nie ma. Nawet bandyci i złodzieje stąd wyjechali. Więzienie w szwach pęka, bo za załatwianie się na zewnątrz jest teraz surowa kara. Żadnego zwierzaka, prócz szczura, nie uświadczyliśmy od kilku tygodni, a łajna ciągle jakby więcej. Król od zmysłów odchodzi, bo mieszkańcy miasto opuszczają i nie ma komu robić, a ci co wyjechać nie mogą, to w kanałach miejskich siedzą, bo tam jakby mniej wali. Potwierdzam, ja sam się tam z rodziną przeniosłem dwa dni temu i powiem wam, że jest dużo lepiej niż na zewnątrz. Jak się jeszcze studzienki szczelnie pozamyka, wtedy jest prawie czyste powietrze. No, także tego – powiedział strażnik przyglądając się podejrzliwej minie wejdźmina. – Otworzyć bramę!
++++++Wrota zaczęły się rozszerzać i pierwszy strumień powietrza buchnął im w twarz. Zdawać by się mogło, że nawet ono zakaszlało i wzięło głęboki haust swojego świeższego ja, kiedy tylko wydostało się na zewnątrz. Nie były potrzebne żadne wejdźmińskie zmysły, żeby niemalże zobaczyć tę swoistą woń.
++++++Na ulicach było prawie pusto, pomijając biegającego w szale starego zbzikowanego dziada. Błyszczące cekiny zastąpiło wszechobecne łajno, a brokat – roje czarnych much. Jedyny otwarty stragan na głównym rynku oferował maseczki na twarz nasączone ekstraktem z trawy cytrynowej, jednakże nie cieszył się popularnością ze względu na to, że nikogo tu nie było. Wniosek był jeden:
++++++– Tu się nie da oddychać – powiedział Gejralt. – Tylko że ja znam ten zapach…
++++++Zołman skrzywił się zakrywając nos rękawem.
++++++– Jaki, kurwa, zapach. Gejralt, wszyscy znają ten smród!
++++++– No tak, ale…
++++++– Moje tak nie śmierdzi jak to – powiedział Mlaskier przez nos.
++++++– Nie sądziłem, że to kiedyś powiem – przerwał krasnolud – ale możemy już iść do zamku? Tam pewnie nie śmierdzi wcale.

++++++Zamek Fjutesta nie był jednak całkiem wolny od smrodu, a to za sprawą stopy króla, którą ten zadarł pod sam nos wejdźminowi, kiedy tylko go zobaczył. Zołman znalazł się wówczas w niefortunnym miejscu. Później, jako jeden z nielicznych, nigdy nie chwalił się nikomu, że widział królewskie klejnoty.
++++++– Patrz! – wrzasnął Fjutest i odstawił nogę na miejsce. – Czujesz?! Te zafajdane zwierzęta zasrały mi całe miasto! Wstaje rano, a tu smród jak z latryny! Myślałem, że to ja się sfajdałem w nocy, ale kurwa nie! Wyszedłem na dziedziniec i wdepnąłem w takie łajno, że noga do dziś mi śmierdzi! A buty miałem!
++++++Fjutest chodził w tą i z powrotem, nielogicznie machając rękami. Nawet koronę ubrał do góry nogami.
++++++– A gdybym ci powiedział – zaczął Gejralt – że to nie konie zapaskudziły miasto i że znajdę to i złapię?
++++++Król ściągnął bambosze i zaczął po nich skakać. Następnie wbiegł na stół i złapał się za głowę robiąc przysiad.
++++++– Ha ha! – wrzasnął. – Kurwa, no przecież! Czemu wcześniej na to nie wpadłem!?
++++++– Ale nie za darmo i pod pewnym warunkiem – dodał wejdźmin i założył ręce na piersi.
++++++– Co?! – Fjutest zeskoczył ze stołu. – Jestem królem! Niniejszym nakazuje ci złapać to coś, co masz złapać, żeby tego nie było!
++++++Gejralt ziewnął. Fjutest padł na kolana i w tej pozycji doczłapał do wejdźmina.
++++++– Błagam – powiedział. – Moje królestwo…! Jest wszystkim co mam!
++++++Wejdźmin uniósł brew i zrobiło mu się nawet trochę smutno. Poza tym, jeszcze nigdy przedtem nie zdarzyło się, żeby to król klęczał przed nim. Fjutest wstał, podszedł do ściany i uderzył w nią głową kilka razy, po czym pocałował swojego lokaja w kolano.
++++++– Niech będzie! – powiedział. – Zapłacę ci ile powiesz!
++++++Gejralt obejrzał swoje paznokcie.
++++++– Sto tysięcy – rzucił.
++++++– Dobra!
++++++– Mało.
++++++– Gejralt, no miej serce! – lamentował król. – Przecież ja zarobiłem wczoraj tylko dwanaście i pół miliona, a dzisiaj jest podobno jeszcze gorzej!
++++++– No to niech będzie – zgodził się wejdźmin. – Jeszcze warunek. Nigdy więcej tego całego rozkazywania w stylu: jestem królem, na kolana… i bla, bla, bla.
++++++Fjutest zaklął pod nosem.
++++++– I bez krępowania, szarpania za włosy i przyciskania do tej zimnej kolumny – ciągnął Gejralt. – I jak powiem koniec, to posłuchasz. I żadnego duszenia.
++++++Król miotał się po sali i wrzeszczał, ale w końcu przytaknął. Ukazując górne dziąsła, zgniótł stojącą obok filiżankę gołymi rękami i zaczął obgryzać nogę krzesła, którą wcześniej wyrwał. Wejdźmin patrzył na niego i po raz kolejny ujrzał jedynego na świecie posiadacza męskiego ciała, które mu się w żaden sposób nie podobało.
++++++– Dlaczego w dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że i tak ty wychodzisz na tym lepiej? – powiedział.

++++++Następnego ranka na królewskim dziedzińcu wszyscy byli jacyś niewyspani. Zołman przyglądał się snującej się po kątach służbie. On i Mlaskier nie mogli narzekać. Nie była to co prawda królewska komnata, do której wstęp miał tylko wejdźmin, ale każdy z nich dostał po pokoju w piwnicy, w którym było prawdziwe łóżko, i choć raz na jakiś czas dało się tam słyszeć jakieś zawodzenie, to po otwarciu beczki z bogatych zasobów królewskiej winiarni przestali się tym przejmować, a im głośniejsze i przeraźliwsze było stękanie, tym więcej służby w piżamach i szlafmycach przychodziło do piwnicy. Rozkręcili tam nawet niezłą imprezę.
++++++Była jedenasta trzydzieści rano, co oznaczało, że Gejralt spóźniał się już półtorej godziny. Krasnolud zaczynał podejrzewać, że mogło to mieć jakiś związek z wczorajszymi jękami, które zamiast z lochów, mogły pochodzić z najwyższego piętra. Nie zdążył jednak tego przemyśleć, gdyż pojawił się wejdźmin.
++++++– Spóźniłeś się – powiedział Zołman. – Jak poszła dalsza część negocjacji?
++++++Gejralt wyglądał jak ktoś, po kim przeszło coś w rodzaju kowadła do ubijania kostek brukowych w ziemi, aby potem mogły chodzić po nich całe tłumy ludzi. I to niejeden raz.
++++++– Powiedzmy, że Fjutest nie dotrzymał części umowy – odparł.
++++++– Wiadomo było – skwitował krasnolud. – Że nie zapłaci. Nic ci nie da?
++++++– To nie on mi daje, tylko ja jemu.
++++++– Kurwa, nie chciałem wiedzieć co tam robicie z Fjutestem po nocach! – sprostował Zołman.
++++++– Hm? – wejdźmin zamyślił się. – Ja niewiele. Generalnie to on mnie cały czas pos…
++++++– Nosz…! Ani słowa więcej!
++++++Krasnolud zirytował się.
++++++– Nieważne – powiedział w końcu, kiedy po dalszej obserwacji przyjaciela doszedł do wniosku, że jego wcześniejsze podejrzenia na temat nocnych odgłosów były jak najbardziej słuszne. – Ale trzymaj mnie z daleka od Fjutesta, bo jak matkę kocham, następnym razem jak go zobaczę to tak mu wpierdolę, że przez tydzień nie siądzie na tym swoim pozłacanym tronie!
++++++Gejralt uśmiechnął się.
++++++– To byłaby miła odmiana – powiedział. – Schyliłbym się dać ci całuska, mój ty obrońco, ale nie mogę. Chodźmy. Mam pomysł.
++++++Zołman nie rozumiał, dlaczego Gejralt w dalszym ciągu zamierza wykonać swoją część zadania. Postanowił jednak nie drążyć, aby znów przypadkiem czegoś się nie dowiedzieć. Z zachowania przyjaciela odczytał, że ten czegoś szuka, o co zdecydował zapytać uznając zwrot: „czego szukasz” za względnie bezpieczny.
++++++– O rany, czego ja NIE szukam, Zołmanie. Córki, swoich mieczy, medalionu, bezpiecznej kryjówki wieczorem, jedzenia, Pupki, Mlaskra… A teraz to szukam studzienki kanalizacyjnej – usłyszał.

++++++W kanałach Wyrżnijmijskiego Przedsiębiorstwa Kanalizacyjnego „W kupie raźniej” rzeczywiście jakoś mniej śmierdziało. Odkąd szczury przeniosły się na powierzchnię, było też bezpiecznie i całkiem jak na ścieki czysto. Wejdźmin podążał kamiennymi korytarzami od czasu do czasu pozdrawiając fioletowo-zielonych mieszkańców podziemnej Wyrżnijmy. Niektórzy mieli po dwie głowy, a inni trzy ręce. Szedł wraz z nurtem brązowej rzeki, aż dotarł do miejsca, w którym wszystko wypływa na światło dzienne. Otworzył kratę i wyszedł na zewnątrz. Tutaj dalej nie było ładnie i ładnie wciąż nie pachniało, ale brak znajomego łajna w okolicy poinformował go o końcu podróży.
++++++Gejralt wyciągnął pozłacany flakonik perfum i mocno spryskał jedną ze swych ręcznie haftowanych chusteczek. Zwinął ją w rulonik i położył na polanie. Kazał wszystkim ukryć się w krzaczkach.
++++++– I teraz czekamy – powiedział.
++++++– Na? – spytał Zołman.
++++++Wejdźmin wskazał palcem miejsce.
++++++– Aż przynęta zadziała – wyjaśnił.
++++++Na polanie po kilku chwilach pojawił się niewielkich rozmiarów rudawy stwór w białe paski z długim, spiczastym pyszczkiem zakończonym małym noskiem. Poruszał tym noskiem tak, że z każdym krokiem przybliżał się do pachnącej chusteczki. Z drugiej strony również był zakończony małym spiczastym ogonkiem, pod którym skrywał coś wstydliwego.
++++++Mlaskier wyciągnął popcorn. Lubił jak Gejralt robi zasadzkę. Kiedyś nawet sam się złapał.
++++++– To to?! – szepnął Zołman.
++++++– Tak – odparł Gejralt. – A myślałem, że już nie istnieją…
++++++– Ale skąd wiedziałeś, że tu?! – wyszeptał Zołman.
++++++– Te potworki są dość prymitywne, ale nie aż tak żeby paskudzić we własnym domu – zaczął Gejralt. – Skoro Wyrżnijma to jego toaleta, wystarczyło znaleźć miejsce w okolicy, które nią nie jest. No i te małe smrodki mają pewną słabość.
++++++– Ładny kibel sobie wybrał, he he he. Królewski.
++++++Wejdźmin zachichotał.
++++++– One zawsze wybierają sobie na to ładne i pachnące miejsca – tłumaczył. – Pradawna legenda głosi, że były zmorą pewnego perfumiera z Włosów, który na łożu śmierci poprosił kapłana czarnej magii, aby nałożył na cały gatunek tę śmierdzącą klątwę w zamian oddając mu swoje ciało. Od tamtej pory te biedne istoty nie mogą się rozmnażać, bo…
++++++– O – wtrącił Mlaskier żując prażone ziarna kukurydzy. – Poszedł na kupę.
++++++– No właśnie – potwierdził Gejralt. – Może trochę potrwać nim odnajdzie chusteczkę.
++++++Przy piątym podejściu stworek wreszcie wytrzymał na tyle długo bez udania się na stronę, że odnalazł źródło nęcącego go zapachu i natychmiast cały się w nim wytarzał. Przytulał i ściskał różową chusteczkę z zamkniętymi oczami, zupełnie jakby się w niej zakochał. Nagle wyczuł, że nad nim jakby pociemniało. Otworzył oczy i migiem prysnął na drzewo. Gejralt podniósł chusteczkę i wyciągnął rękę w jego stronę. Zwierz wahał się chwilę, ale zbliżył się prężąc łapkę i capnął swoją zgubę. Przytulił ją mocno. Wejdźmin pokazał mu coś jeszcze. W oczach zwierzątka odbił się złoty, pachnący flakonik.

++++++Król Fjutest jadł watę wydłubaną z królewskiej pufy i z królewską klamerką na nosie moczył swoją zhańbioną królewską stopę w wywarze z płatków królewskich róż do czasu, aż jego służący zagrzeje mu królewskie bambosze. Minęło już kilka godzin odkąd pozwolił ubrać się wejdźminowi, a w mieście wciąż śmierdziało. Poza tym bolała go ręka, ktoś ukradł mu perfumy warte fortunę i nic mu dzisiaj nie smakowało, nawet ciasto czekoladowe, łosoś z koperkiem i kawior. Zastanawiał się czym zasłużył sobie na tak paskudny los, kiedy drzwi do sali tronowej otworzyły się.
++++++– No wreszcie! – zawołał Fjutest i nakazał służącemu założyć sobie bambosze. Następnie wstał i powiercił chwilę stopami. – Co to ma być?! – wrzasnął. – Są źle nagrzane! Zwalniam cię! Ty! – zwrócił się nagle do kogoś pod ścianą. – W podskokach lecisz do tej, no kurwa, jak to się nazywa. Gazety! I karzesz napisać że ja, dzielny król Fjutest uporałem się ze smrodem w heroicznej walce na śmierć i życie, i że wszyscy mieszkańcy mają wrócić zapłacić zaległy podatek! I jeszcze coś więcej o mnie, że nieustępliwy byłem i że z niejednego chleba piec jadłem. No coś wymyślisz.
++++++– Ale ja tu tylko naprawiam podłogę…
++++++– Gejralt! – zawołał król. – Co tak stoisz, musimy to uczcić!
++++++Wejdźmin nie ruszył się z miejsca. Dziesięć metrów od Fjutesta w zupełności mu wystarczało.
++++++– Złapałeś to coś, co miałeś złapać? – król wstał i zaczął kroczyć w jego kierunku.
++++++– Tak – odparł Gejralt cofając się o taką samą ilość kroków. – Złapałem.
++++++– A co to w ogóle było? I czemu wszędzie czuje te perfumy, których nie mam!
++++++– Rozwolniak to był – odpowiedział wejdźmin. – To on ma twoje perfumy.
++++++– Co?! No to gdzie to kurwa jest?!
++++++Gejralt złapał za klamkę i otworzył drzwi.
++++++– Nad tobą – powiedział, zatkał nos i…
++++++Uciekł.

Miłość na patyku

– Zołmaaan… – powiedział Gejralt uśmiechając się łobuzersko. – A zobacz, co to tutaj jest?
Wejdźmin szturchnął krasnoluda patykiem w kolano, do którego końca przyczepiony był kwiatek. Zołman rzucił na niego okiem i odsunął się od Gejralta.
– Oj Zołmanie, nie wstydź się – ciągnął wejdźmin, cały czas tykając przyjaciela. – To tylko kwiatek, na Walentynki.
Kiedy wejdźmin zorientował się, że to nie działa, zaczął trącać go kolanem.
– Kurwa – powiedział wreszcie krasnolud biorąc łyk wina. – Daj ten kwiatek i spierdalaj.

milosc_na_patyku