
Zdechnięty koń pokonywał przestworza.
Dosiadała go szkaradna postać, a za nią siedział krasnolud.
– BOISZ SIĘ? – powiedziała postać.
– Niezbyt.
– WIEDZ, ŻE WYŚPIEWASZ NAM WSZYSTKO.
– Na przykład co? – krasnolud w głębi duszy cieszył się, że Junior został na dole.
– WSZYSTKO. CHCESZ ZACZĄĆ SIĘ BAĆ?
– Bandy wychudzonych kościodupców co im zgniłe galoty z zadków spadają?
– INACZEJ BĘDZIESZ GADAŁ, JAK ZAMKNIEMY CIĘ W CELI PEŁNEJ LASODYMACZY.
– To by nie był pierwszy raz – westchnął krasnolud. – Ani chyba nawet drugi… Ani trzeci. Cholera, Gejralt…
– TO NAJLŻEJSZA Z TORTUR! POTEM ZACZARUJEMY CIĘ TAK, ŻE KAŻDA SEKUNDA BĘDZIE CIĄGNĘŁA SIĘ DLA CIEBIE GODZINAMI.
Krasnolud przypomniał sobie kilka okazji, kiedy wypił eliksir Ja Pierdolę i, na przykład, spędził kilkaset lat na kontemplacji liścia, który spadał przed nim na ziemię. Wzdrygnął się , ale zaraz przed oczami stanął mu obraz, jak prawie urwał Gejraltowi głowę kiedy w końcu efekty ustąpiły, i to go rozśmieszyło.
– TO NIE JEST ŚMIESZNE.
***
– Cycki. Cycki – mruczał pod nosem Zołman, stojąc pod lasem i przerzucając obrazki w Dyrdynetce. – Cycki… Eh. A w rzyć niech się to wszystko kopnie.
Krasnolud, który w normalnych okolicznościach byłby zachwycony prezentem, teraz pomyślał, że nawet zmieniające się panienki w pełnym 3D i 127 megadyrdypikselach jakoś nie poprawiają mu humoru.
Teraz było inaczej, niż zawsze. Kiedyś nawet najgorsza kupa kompostu, w jaką się wpakowali, na końcu okazywała się czymś błahym. W najlepszym wypadku w ogóle nie było się czym martwić, a w najgorszym, wejdźmin musiał dość intensywnie unikać Zołmana i jego topora przez dzień dwa, góra trzy miesiące. I potem znowu było śmiesznie.
Teraz w powietrzu wisiało coś nowego, coś, czego nie doświadczyli jeszcze nigdy – bezradność. Miał wrażenie, że każda góra, którą pokonywali odsłaniała za sobą jeszcze większą i bardziej stromą. A na horyzoncie wciąż majaczył najbardziej złowrogi ze szczytów; do tego spowity tą dziwną, śmierdzącą mgłą tajemnicy. W ogóle nie wiedzieli, co robić.
– Asz, kurwa – westchnął ponownie krasnolud i znów zaczął przerzucać obrazki. – Cycki, cycki, zgniły demoniczny kościotrup z zardzewiałą szablą…
Odniósł wrażenie, że jeden z obrazków w Dyrdynetce nie pasuje do pozostałych. Odjął ją więc od twarzy, tylko po to, żeby przekonać się że urządzenie się zepsuło, a głównym powodem tego stanu rzeczy było to, że została przecięta zardzewiałą szablą przez zgniłego, demonicznego kościotrupa, który stał przed nim.
Z kawałka Dyrdynetki, który leżał na ziemi, wygramoliło się kilka maleńkich, skąpo ubranych panienek, które zafuczywszy coś niecenzuralnego, pootrzepywały się z kurzu i z obrażonymi minami odeszły, jedna za drugą. Dało się jeszcze słyszeć jak ta najbardziej roznegliżowana piszczy coś na temat związków zawodowych.
Wiedział, że uciekać nie ma po co. Nie spuścił wzroku z kościotrupa, ale kątem oka dostrzegał, że wszystko w odległości większej niż kilka metrów od niego było zamazane i mieniło się brzydkimi odcieniami czerni z domieszką koloru sraczkowatego. W grę musiały zatem wchodzić czary. Na szczęście Junior został z Gejraltem i Mlaskrem.
***
– NO TO… NAPOIMY CIĘ TAKIMI MIKSTURAMI, ŻE NIE BĘDZIESZ WIEDZIAŁ CO JEST PRAWDZIWE.
– Jak wtedy, co ganiałem gadające krowy po jakichś jaskiniach, a potem obudziłem się w ostatniej chwili, zanim Gejralt zdążył uratować mnie metodą usta-usta?
– TO… MUSIAŁ BYĆ DOBRY TOWAR.
– A żebyś, he he, wiedział. Więc lepiej żebyście mieli coś mocniejszego.
– MAMY ZNACZNIE GORSZE RZECZY. TYLKO POCZEKAJ.
***
– KRASNOLUD ZOŁMAN – wycharczał kościotrup i odczekał chwilę, ale nie doczekał się potwierdzenia. – NIE MASZ DOKĄD UCIEC.
– Nie zamierzam – odparł krasnolud, który nie łudził się, że intruz tylko chciałby, aby dopisał mu się do pamiętniczka. – Ale powiem ci jedno. Pewnie i tak nie mam szans, bo jesteś magiczny, i i tak już nie żyjesz, ale dla zabawy porąbię cię na kawałki. Ty chuju.
– NIE, NIE MASZ SZANS. TWOJA BROŃ NIE MOŻE MNIE NAWET DRASNĄĆ, ALBOWIEM JESTEM Z INNEGO ŚWIATA. KAŻDA STAL PRZEJDZIE PRZEZE MNIE NIEJAKOŻ MGŁA PRZEZ… AŁA! FŻY GLLYT MR!!!
Demoniczny szkielet przekonał się, że trudno się mówi z płaską głową. Zołman przywalił mu w nią chwilę wcześniej toporem wpłask.
– To nie jest stal. Wykuli mi to w Homo Moher – poinformował i zdzielił ponownie, tym razem wbijając kosciotrupa po kostki w ziemię – Ten metal nazywa się Ko’ń, i nie wolno pytać skąd oni go biorą. – Znów uderzył. – Ale jestem pewien, że tamtejsi kowale potrafią walić go całymi miesiącami. – A masz!
– HGLLL BLLBL! – maszkara spróbowała bronić się szablą, ale na darmo bo, po pierwsze, nawet magiczna, zardziewiała szabla nie bardzo może się równać z Homomoherskim orężem, a po drugie dlatego, że szabla owa, razem z przegniłą, kościotrupią ręką, leżała już kilka metrów dalej.
– A czary jakie tam odprawiają – mówił dalej krasnolud, waląc obuchem toporu w czaszkę drugiego kościotrupa, który pojawił się za jego plecami. – To by zawstydziły nawet te wasze chędożone przegnite ryje!
Zwinny ruch ostrzem na niskiej wysokości podciął nogi kolejnym dwóm, nieco tylko mniej zgniłym napastnikom, którzy natychmiast wyparowali pozostawiając za sobą kłęby czarnego dymu.
Zołman zorientował się, że nikt więcej go nie atakuje. Rozejrzał się. Wokół niego, na krawędzi mgły, stały dziesiątki mniej lub bardziej przegniłych osobników wpatrując się w niego świdrującymi światełkami w miejscach oczodołów. Bali się podejść.
– TEN GEJ JEST INNY – powiedział w końcu jeden. – TEN SIĘ BRONI.
– Nie jestem gejem! – odwarknął krasnolud. – Ale jak chcesz to ci wsadzę – dodał, spoglądając na topór.
– PÓJDZIESZ Z NAMI.
– Pójdziecie to wy, i to się chędożyć! Dziki, kurwa, Zgon, prawda? To przez was wszyscy znikają?
– TAK. TY TEŻ TERAZ ZNIKNIESZ. PÓJDZIESZ Z NAMI.
– Śmiało, zaprowadźcie mnie za rączkę!
Szkielet, który wcześniej mówił, na te słowa zrobił krok, ale cofnął się, gdy Zołman spojrzeniem dał mu do zrozumienia, że wspomniane zaprowadzanie będzie miało coś wspólnego z utratą rąk, nóg, głowy, torsu i zdolności komunikacji.
– NO WEŹ.
***
Przelatywali właśnie nad kłębiastą chmurą, której kształt z pewnością przypadłby do gustu Gejraltowi.
– NIE BOISZ SIĘ, BO NIE WIESZ, ŻE W RAMACH NASTĘPNEJ TORTURY BĘDZIESZ MUSIAŁ PRZEBYWAĆ Z DWOMA STUKNIĘTYMI GEJAMI PRZEZ DWADZIEŚCIA CZTERY GODZINY NA DOBĘ DO ODWOŁANIA!
– Tak, tak – Zołman przeciągle ziewnął, bo nagle uświadomił sobie, że od dawna porządnie się nie wyspał. A przemierzający niebo, demoniczny koń koniec końców dość usypiająco nim kołysał.
***
Nie było ucieczki. Ale jeśli spróbowaliby wziąć go siłą, to, był tego pewien, byłoby im potem potrzebne bardzo dużo taśmy klejącej. Bardzo, bardzo dużo. Impas przerwał dopiero po dłuższej chwili jeden z maszkaronów stojących gdzieś za nim.
– CO TO JEST?
– CO?
– TO NA JEGO PLECACH?
– CHYBA POKROWIEC NA ORZECHY – zgadywał inny.
Zołman zaklął w myślach.
– HUŚTAWKA.
– LAMA.
– NIE – uciął dyskusję szkielet w potłuczonych okularach, z którego czaszki zwisała długa, wypłowiała broda. – TO JEST NOSIDEŁKO.
– NA ŻWIR?
– NA DZIECKO.
– CZY ON MA DZIECKO?
– GDZIE JEST DZIECKO?
Nie było rady. Nie było czasu nawet się zastanawiać. Rzucił topór na ziemię.
– Dobra, cholera. Róbcie ze mną co chcecie. No już, kurwa, bo wiecznie czekał nie będę! No?
Kościotrupy zamarły, jakby niepewne co zrobić, ale kiedy wyglądało już na to, że krasnolud naprawdę nie zamierza się bronić, jak za dotknięciem czarodziejskiej pałki Dyrdymała, wszystkie wyparowały, a na ich miejsce pojawił się jeden, znacznie bardziej obrzydliwy. Siedział na czarnym koniu, który zdechł bardzo, bardzo dawno temu.
– WSIADAJ.
***
– ZAMIENIMY CIĘ W DŻDŻOWNICĘ! RZUCIMY CIĘ ZGWAŁTOWI! SPRAWIMY, ŻE BĘDZIESZ MÓGŁ MYŚLEĆ TYLKO O RODZYNKACH! ZAWIESIMY CIĘ NAD JAMĄ PEŁNĄ MACKO-WĘŻO-OBMACO-LUDO-LIZÓW!
Krasnolud odhaczał coś w głowie, za każdym razem przypominając sobie coś i potwierdzającego przytakując.
Jego porywacz uniósłby brwi, gdyby je miał. Jego pęknięta szczeka pozostała przez chwile otwarta, jakby zabrakło mu słów.
– NO, JAK…? – zaczął, po czym otrząsnął się.
Wyjął coś małego zza zgniłej pazuchy i przyłożył sobie do czaszki.
– HALO? STEFANO? JEDNEGO CHCIAŁBYM ZWRÓCIĆ TAM SKĄD GO WZIĘLIŚMY. BO SIĘ NIE NADAJE I JEST DENERWUJĄCY. I SIĘ NIE BOI. NIE, NICZEGO. POCZEKAJ, SPRÓBUJĘ.
Odwrócił czaszkę w stronę Zołmana.
– UKĄSI CIĘ BIEDŁONKA?
Krasnolud pomocnie pokiwał głową, pokazując że i to doświadczenie w ogóle nie jest mu obce.
– TEŻ NIE. NAPRAWDĘ? NO TRUDNO.
Kościotrup schował gadżet i zmarkotniał. Przez resztę podróży już się nie odezwał.