Zołmana zbudziło uporczywe kołysanie. Ocknąwszy się, otworzył sklejone oczy i rozejrzał się. Niewiele dostrzegł. Czuł natomiast, że głowa mu pęka, że jest czymś przykryty i ktoś nieustannie szturcha go w pośladki. Odwrócił głowę i poczuł zapach truskawek. Poczerwieniał. Wydarł się na wejdźmina, zamachnął się chcąc go odepchnąć i pociągnął za sobą brzęczący łańcuch, który jeszcze bardziej go do niego zbliżył.
– Ałć, Zołmanie. Nie tak ostro – mruknął Gejralt. – Jesteśmy skuci jednym łańcuchem.
Zołman zdezorientował się.
– Jak to skuci jednym łańcuchem?! – zapytał całkowicie przytomniejąc.
– No jak szarpniesz, to mnie pociągniesz, bo jestem na tym samym sznurku.
– Gejralt, do cholery! Pytam dlaczego?!
Wejdźmin zamilkł na chwilę.
– Bo ktoś nas skuł – burknął.
– Gejralt, jak mi robisz jakieś sadomaso, to przysięgam na swoją matkę, że utnę ci łeb, a potem…!
Krasnolud urwał i zastanowił się.
– Zaraz… Czy my gdzieś jedziemy?… To dlatego tak buja? – rzucił.
– Mhm – potwierdził wejdźmin. – Szkoda, że tak krótko… – westchnął.
Konie zarżały i bryczka zatrzymała się. Zbliżające się kroki ściągnęły z nich czarną plandekę oślepiając ich światłem lamp naftowych. Zanim czterech bandytów wyciągnęło ich z drewnianego wozu i obudziło smacznie śpiącego Mlaskra, założono im worki na głowy. Gejralt zdążył puścić oczko do jednego z nich, ale nie podziałało.
Siedemdziesiąt siedem stopni niżej w miejscu o zapachu mokrej szmaty, kazano im usiąść, zaczepiono łańcuchy o haki wystające ze ściany, odsłonięto im oczy i bez słowa zamknięto za nimi potężną stalową kratę.
– Dzień dobry – przywitał się Mlaskier, spoglądając na białą postać wiszącą w kącie. – Bardzo ładny loch.
– Mlaskier, zostaw pana – pouczył go wejdźmin.
Nieznajomy przyglądał się im przez dłuższą chwilę. Miał na sobie, jak oceniłby Zołman, białe prześcieradło i śmieszną czapkę z krzywym stożkiem, spod której wystawały niebieskawe, nieco wypłowiałe włosy. Na twarzy namalowane miał wzory w tym samym kolorze w kształcie symetrycznie posplatanych ze sobą okręgów, a Gejralt ocenił jego brodę na kilkutygodniową i paznokcie na bardzo zadbane, choć trochę za długie.
– To może… Dobry wieczór – spróbował ponownie Mlaskier.
– Przedstawcie się – odezwał się nieznajomy.
Wejdźmin uniósł brwi.
– Przed kim? – zapytał.
– Jam jest wielkiej sławy czarownik, władca północy i południa, wschodu i zachodu, włodarz zdarzeń niewydarzonych, wodzirej zagubionych, przodownik całego powstania, pogromca burz, mórz i oceanów; jam zagładą i ocaleniem, panem ziemi po której stąpają wszelkie żywe i nieżywe istoty… Apsik! – splunął nagle. – Zaschło mi w gardle.
Gejralt wywrócił oczami.
– Czyli KTO? – zapytał.
– Czarodziej Michał – odparł. – W zasadzie mam tylko jedną wadę. Jak się mocno zdenerwuję, to plączą mi się zaklęcia. Aha, i nie zdążyłem dodać, że posiadam umiejętności potrzebne do zrobienia absolutnie wszystkiego. Cześć.
– Cześć! No jasne, że cześć! – ucieszył się Mlaskier. – A umiesz robić naleśniki z serem?
– Nie – odburknął czarodziej obrzucając poetę krzywym spojrzeniem. – Loch okryty jest zaklęciem, które uniemożliwia mi działać. W tej chwili nic nie mogę. W przeciwnym wypadku nie siedziałbym tu od dwóch miesięcy. Nigdy nie spotkałem się z tak silnym czarem.
– A upiec ciasto truskawkowe z galaretką, umiesz? – dopytywał grajek. – Jestem głodny – oznajmił i stracił zainteresowanie.
Czarodziej nie odpowiedział, bo zdumiony otworzył buzię.
– Jak… Jak… – wymamrotał, patrząc na wstającego z podłogi wejdźmina, całkiem wolnego od kajdan.
– Ooo… – jęknął Gejralt rozmasowując obolałe nadgarstki. – Już z ciaśniejszych miejsc wyciągałem ręce.
Mlaskra i czarodzieja udało się oswobodzić z okowów stosując pradawną technikę wejdźmińską (co prawda stosowaną w innym celu, ale ta okazała się być skuteczną), natomiast krasnoludzkie krzepkie ręce nijak nie chciały się jej poddać. Postanowili zająć się tym w następnej kolejności.
Wejdźmińskie znaki – podobnie jak zaklęcia czarodzieja, przekleństwa Zołmana i mlaskanie Mlaskra – nie działały. Spróbowali więc tradycyjnie. Podłoga i sufit z litego kamienia, żadnych przerw, poluzowanych elementów, żadnych okien ani innych otworów, a karty tak solidne, że nawet czterdzieści minut uporczywego piłowania kradzionym pilniczkiem do paznokci ledwie drasnęło konstrukcję.
Wejdźmin wsadził głowę pomiędzy kraty aż rozciągnęły mu się powieki i chwycił się grubych stalowych prętów.
– Obawiam się najgorszego.
– Gejralt, mów normalnie – burzył się krasnolud.
– Ona już wie, Zołmanie.
Wejdźmin wiedział to od samego początku. Już sam czyn nasłania na nich bandytów kiedy spali, pasował do niej jak ulał. I tylko ona potrafiłaby powstrzymać się od nieuniknionej złości, aby móc się nad nim poznęcać – jeszcze chwilę, jeszcze trochę – nim rozpęta prawdziwe piekło i każe mu na nie patrzeć.
Cieszył się, że Mlaskier nawet się nie obudził, bo tak jak Zołman dostałby pałką w łeb. Jego samego próbowali wpierw zgwałcić, ale zrezygnowali kiedy okazało się, że nie jest kobietą, po czym zapakowali całą trójkę na wóz i ruszyli w drogę. Wiedział dokładnie gdzie jedzie.
Już kiedyś mu to zrobiła; była wtedy na niego bardzo wściekła. Wspomnienie chwil tu spędzonych wywoływało u niego dreszcze. Dobrze pamiętał wyboistą drogę, siedemdziesiąt siedem stopni, wijące się łańcuchy, jej śmiech, zapach mokrej szmaty, psa i aresztu. Tym razem jej złość była co najmniej tysiąckrotnie silniejsza – pomyślał.
– Jestem już trupem – powiedział. – Podobnie jak wy, kiedy rozpocznie się biblijny potop, więc choć jeden z was musi coś dla mnie zrobić. Tu i teraz, pomijając mało kameralne okoliczności.
– Gejralt! – krzyknął Mlaskier. – Ja! Wybierz mnie! Mnie wybierz!
Wejdźmin ucałował Mlaskra w czółko.
– Wiem Mlaskier, wiem. Ale tym razem chodzi o coś innego. Potrzebuję kogoś… Silnego, zdecydowanego iii… – ukradkiem zerknął na Zołmana. – …konsekwentnego iii… przystojnego?…
– Ja to zrobię – wyrwał krasnolud.
Wejdźmin znalazł się przed nim w mgnieniu oka.
– Naprawdę, Zołmanie? O rany, no nie wiem. Jesteś pewny? Bo wiesz, żeby potem nie było, że byłeś związany, czy coś.
– Nie wiem o co chodzi z tym potopem – wtrącił się czarodziej – ale może zrobimy to po prostu wszyscy razem, skoro i tak już jesteśmy martwi?
Wejdźmin zastanowił się chwilę uznając, że pomysł czarodzieja jest najlepszy.
– Trochę to co prawda niehigieniczne – dodał po namyśle siadając na zatęchłej pryczy – zważywszy na to, że Michał siedzi tu tak długo, ale rozwiązałby się problem braku intymności i…
– Gejralt, o czym ty mówisz? – spytał Zołman.
Wejdźmin zrobił dzióbek z ust i spojrzał w bok.
– Noo… – przeciągnął rozkładające ręce. I nogi.
Mury zadrżały, coś zadudniło w powietrzu aż wszystkim zakręciło się w głowach. Kilka mniejszych kamieni wypadło z pomiędzy większych bloków. Mury zatrzęsły się ponownie, strącając ich z nóg, a głuchy dźwięk ponownie zagościł im w uszach. Wejdźmin wytężył słuch próbując dowiedzieć się, co się dzieje.
– Zaklęcie! – wrzasnął czarodziej wyrywając go ze skupienia. – Zaklęcie słabnie!
Wejdźmin dopadł do Zołmana i stopił łańcuchy znakiem Mignij. Ponownie wytężył słuch. Trzepot masywnych skrzydeł, iskrzący się ogień, przeraźliwy ryk i odgłosy przypominające burzę z piorunami dotarły do jego uszu. „Ryczywół…? Nawet ona nie da rady… Ta forteca się zawali”, pomyślał, jak myślał, ale powiedział to na głos, wprawiając towarzyszy w lament.
Zołman zaczął biegać w kółko wydając z siebie wysokie dźwięki, które układały się w słowa „nie chcę umierać”, a Mlaskier plótł coś o egzystencjalności w świadomości na wyższych poziomach rzeczywistości. Gejralt chwycił czarodzieja za fraki i potrząsając nim wrzasnął:
– Człowieku, teleportuj nas! – ale Michał z przerażenia zaczął śpiewać.
Spadające odłamki muru i sypiący się pył zagęszczały się. Wejdźmin rozejrzał się szybko i kazał wszystkim jak najmocniej chwycić się krat. Sam zrobił to samo.
Zacisnął oczy.
Na pogorzelisku, w otoczeniu skruszonych kamieni i płonących kotar, w ogromnej dziurze w ziemi uchowało się klika krat z fragmentem wzmocnionych murów nad nimi. Jedna z nich ugięła się w nadpiłowanym miejscu i powoli opadając runęła na ziemię przygniatając cztery przytwierdzone do niej osoby. Wejdźmin, wciąż kurczowo trzymając się prętów (podobnie jak reszta), otworzył oczy i zobaczył spokojnie płynące białe chmury na tle bezkresnego błękitu. Przez chwilę myślał, że nie żyje, ale zaraz potem poczuł zapach aresztu. A potem psa i pomyślał, że na pewno tak właśnie wygląda piekło. Następnie zobaczył nad sobą Dżemmefer, której krzyk odbił się echem w jego uszach i ucichł równie szybko jak się pojawił, zamieniając się we wiatr targający jego włosami. Nawet te włosy zobaczył – wszystkie przed sobą. Zrobiło mu się też zimno w plecy i poczuł się lekko.
„Dlaczego chmury zniknęły?”, pomyślał i uzyskał odpowiedź zaraz po tym, jak przefrunął przez jedną z nich.
– Teleportowałem nas! – oświadczył Michał przelatując obok.
Jeśli da się bardziej wkurwić Dżemmefer… To chyba właśnie się wam udało.