Opowiadanie XVII – „Pamiętnik Profesora Mięcifutka”

Wejdźmin siedział pod drzewem czekając aż burguntowy lakier na jego świeżo pomalowanych paznokciach w końcu wyschnie. Czynność ta zaczynała już go nużyć, dlatego też dla zabawy wydłubywał piętą w ziemi niecenzuralny wzorek.
++++++Dodawał właśnie ostatnie, zamaszyste szczegóły, gdy zauważył, że przygląda mu się jego wieloletni przyjaciel, znany na całym świecie ze swojej poezji i zamiłowania do szyszek, Miszcz Mlaskier.
++++++– Gejraalt, a co to jest? – zagadnął leżący w pewnej odległości na trawie poeta.
++++++– Co takiego, Mlaskierku? – odparł wejdźmin.
++++++– No takie… jakby w kształcie człowieka, ale bardzo brzydkie i trochę zgniłe. I ma w ręku śrubokręt.
++++++– Mój drogi, nie jestem do końca pewien, co to jest, ale czy takie coś stoi może właśnie w tym miejscu za moimi plecami, w które się właśnie wpatrujesz?
++++++– Niee – zapewnił Mlaskier. – Patrzę sobie na miejsce, gdzie wcześniej przelatywała biedronka. Sprawdzam, czy będzie wracać tą samą drogą.
++++++– Aha.
++++++– Ale takie coś stoi zaraz obok.
++++++
++++++Wejdźmin powoli odwrócił się, w ostatniej chwili przypominając sobie, że nie może dobyć miecza, ponieważ lakier jeszcze nie wysechł. Mlaskier trafnie opisał znajdującą się teraz przed nim postać. Nie dodał tylko, że miała z osiem stóp wzrostu i muskuły niczym beczki pokarmu dla atletów Madame De WielkiBic.
++++++
++++++Wielkolud, o widocznie podgniłej, choć wyschniętej skórze, do tego pokrytej osobliwymi bliznami, i martwych oczach, ubrany był w rozsypujące się ze starości łachy, których kolor już dawno przestał być rozpoznawalny. Zasadniczo nie robił nic, co możnaby uznać za bezpośrednie niebezpieczeństwo. Stał tylko i patrzył, jak Gejralt na wszelki wypadek traktuje go specjalnym wejdźmińskim znakiem, polegającym na opuszczeni spodni do kostek i wykonaniu swojego rodzaju pajacyka z przewrotem.
++++++– Ha! Obezwładniłem cię! – krzyknął do olbrzyma podciągając spodnie. Teraz już nic nam nie…
++++++Nie dokończył, bo obcy wyciągnął przed siebie rękę wraz z trzymanym w niej przedmiotem, który rzeczywiście przypominał śrubokręt, i wydał z siebie przeciągły, gardłowy, jakby pytający dźwięk.
++++++Gejralt nie do końca rozumiejąc intencje przybysza spojrzał w stronę Mlaskra, ten jednak wciąż tylko intensywnie wpatrywał się w ten punkt, w którym lada chwila miała pojawić się biedronka.
++++++– Eee… nie wiem – odpowiedział w końcu na głos, uznając, że o cokolwiek nie pytałby przybysz, taka reakcja będzie najbardziej neutralna, czyli najbezpieczniejsza.
++++++W odpowiedzi olbrzym znów wydał z siebie ów dziwny, niski jęk, a następnie z wolna odwrócił się i stawiając raz po raz ciężkie, sztywne kroki począł się miarowo oddalać. Poruszał się osobliwie; jego nogi kroczyły, jednak ręce zwisały wzdłuż ciała, jakby bezwładnie.
++++++– Bardzo dziwne… – mruknął do siebie Gejralt.
++++++Nigdy wcześniej nie widział takiego stwora. Postać, która ich odwiedziła była zbyt zgniła jak na człowieka, a zarazem zbyt muskularna na zombie, które to z zasady cechowała kościstość i mizerność. Jego ciekawość wzrosła jeszcze bardziej, gdy, oddaliwszy się już od nich, olbrzym dotarł do brzegu rzeki, a potem, nie zwalniając kroku ani na chwilę, wszedł do wody, i szedł dalej, aż w końcu cały zniknął pod jej powierzchnią.
++++++
++++++Gejralt postanowił przyjrzeć się bliżej tej sprawie, i dał znać przyjacielowi, aby ten podążył za nim. Mlaskier zrobił to, aczkolwiek dość niechętnie, i jeszcze przez jakiś czas szedł tyłem, aby nie stracić z oczu obserwowanego przez niego punktu przelotowego biedronki. Wejdźmin już wcześniej zauważył, że punkt ten zmieniał lokalizację za każdym razem, kiedy poeta na chwilę odwracał wzrok, ale postanowił nie psuć mu zabawy.
++++++
++++++Miejsce, w którym nieznajomy zniknął pod powierzchnią wody nie wyróżniało się niczym nadzwyczajnym. Ot, zwykły odcinek porośniętego trawą nabrzeża rzeki, którego jedyną cechą charakterystyczną był porzucony tam kawałek starej rękawiczki. Kawałek ten zawierał równo odgryziony fragment palca, ale to akurat nad brzegiem największej wyrżnijmijskiej rzeki – Agaty – nie było ani zaskakujące, ani rzadko spotykane.
++++++Wejdźmin przyjrzał się natomiast śladom stóp prowadzącym wprost w mętną toń wody. Odciski wytartych buciorów były głębokie, świadczące o znacznym ciężarze właściciela, jednak najważniejsze, że w ogóle były. Nie mieli zatem do czynienia z duchem, zjawą, ani prorokiem jakiejś dziwnej religii. Ci ostatni mieli w zwyczaju unoszenie się jakiś jeden milimetr nad gruntem i, w związku z tym, nie zostawiania żadnych odcisków na jego powierzchni. Bywało to przydatne przy różnego rodzaju sztuczkach, w rodzaju chodzenia po wodzie, a ale głównie służyło temu, by nikt ich po tych śladach nie znalazł, i nie spalił na stosie.
++++++– Co myślisz, Mlaskierku? – zapytał Gejralt przyjaciela.
++++++– Nic – odparł, zgodnie z prawdą, poeta.
++++++– A ja myślę, że dzieje się tu coś bardzo dziwnego. Najpierw ten tajemniczy jegomość, co chyba właśnie się utopił, a do tego – Gejralt zmrużył oczy przyglądając się swojej dłoni – ten lakier. Powinien już dawno wyschnąć, a wciąż jest mokry…
++++++– Gejraalt… boję się – powiedział Mlaskier. – I nie wiem co to wszystko znaczy.
++++++– To znaczy – zamyślił się wejdźmin – że nałożyłem za grubą warstwę. A co do tajemniczego nieznajomego…
++++++– Tego, co właśnie wychodzi z wody na drugim brzegu?
++++++– Tak. To mogła być jakaś zbiorowa, hi hi, i bardzo realistyczna halucynacja, tak realistyczna, że nawet zostawia po sobie odciski stóp. Chociaż jestem także zmuszony dodać, że chyba jednak nie, bo właśnie wychodzi z wody na drugim brzegu.
++++++Najbliższy most znajdował się o dwadzieścia minut drogi stamtąd, a wejdźmin nie chciał tracić czasu. Postanowił, że rzekę przebędą na Pupce. Zza pazuchy wyjął mały, różowy gwizdek i dmuchnął w niego robiąc usta w dziubek. Rozległ się dźwięk porównywalny z rykiem trąb bojowych pewnego plemienia górskich gigantów, których ci używają do sprowadzania lawin skalnych na nieprzyjaciela. Było to konieczne, ponieważ Pupka była przygłucha, choć wejdźmin podejrzewał, że tylko udaje.
++++++Coś zakotłowało się w koronie pobliskiego drzewa, i po chwili na ziemię spadł koń, prawie łamiąc sobie przy tym kark. Gejralt zanotował sobie w głowie, żeby zaprowadzić go do przeglądu, albo coś, ale w tej chwili nie mieli już zbyt wiele czasu. Postać, za którą podążali oddalała się od nich i była już ledwie widoczna spomiędzy majaczących w oddali drzew.
++++++Przepłynięcie rzeki z dwoma pasażerami na pokładzie zajęło Pupce trzy godziny. W połowie drogi musieli zawrócić, by wystrugać z gałęzi prowizoryczne wiosła, ale w końcu dobili do celu. Kiedy już, wspólnymi siłami, uratowali konia, robiąc mu na zmianę sztuczne oddychanie metodą usta-usta, mogli rozejrzeć się po okolicy.
++++++Jako, że przez czas, który zajęła im przeprawa nieznajomy zdążył już znacznie się oddalić, jedyne co im pozostało, to dalsze podążanie za odciśniętymi w gruncie śladami. Były dobrze widoczne, bo nie tylko głebokie, ale teraz także mokre z powodu ociekającej z olbrzyma wody. A trzeba wiedzieć, że “głębokie i mokre” wejdźmini studiowali w Homo Moher jako cały osobny fakultet, zakończony praktycznym egzaminem. Na tymże egzaminie wykładowca, niejaki wejdźmin Posmyran, często stawiał wszystkim pały, jednak mało kto miał z tego powodu poważne problemy, ponieważ można było jeszcze poprawiać go ustnie.
++++++Pupka obrażoną miną dała do zrozumienia, że nigdzie nie idzie i położywszy się w trawie brzuchem do góry, zaczęła ostentacyjnie chrapać.
++++++Polegając zatem na specjalnym zmyśle służącym do wykrywania pewnych zakresów promieniowania elektromagnetycznego, zwanym potocznie wzrokiem, ruszyli pieszo w drogę. By ją urozmaicić, Mlaskier opowiadał wejdźminowi o różnych wyzwaniach, z którymi muszą się mierzyć poeci. Należały do nich, między innymi, brak inspiracji, kac, upojenie alkoholowe, trzeźwość, głód, przejedzenie, biedronki, biegunki, oraz zatwardzenie.
++++++Trop olbrzyma wydawał się biec po osobliwie prostej linii. Szedł jak przecinak, nie zważając na jakiekolwiek przeszkody terenu. Tam, gdzie powinno się iść po łuku, olbrzym ścinał zakręt, a tam, gdzie był płot wciąż szedł w swoim kierunku łamiąc po drodze deski, a raczej przechodząc przez nie na wylot. W jednym miejscu natrafili nawet na dość wysoki mur, w którym widniała, z grubsza odpowiadająca rozmiarom olbrzyma, wybita dziura.
++++++Spotkali kilku przerażonych wędrowców, którzy natknęli się byli na tego, którego tropem właśnie podążali. Mówili oni, że groził im czymś na kształt śrubokrętu, zawodząc przy tym złowrogo, jednak wtedy zazwyczaj uciekali, nie mogli więc dostarczyć żadnych więcej istotnych informacji. Gejralt i Mlaskier szli więc dalej po odciśniętych w ziemi śladach, z jednym tylko przystankiem, kiedy to Mlaskier nagle stanął jak wryty.
++++++– Gejralt, patrz! – krzyknął poeta wskazując coś palcem.
++++++– To jest, mój drogi, liść – powiedział wejdźmin. – Dzięki niemu roślinka czerpie energię ze słońca, a krówki…
++++++– Naprawdę? Hmm, opowiedz mi o tym koniecznie później – zaciekawił się Mlaskier. – Ale nie o to zielone mi chodziło. Na tym li… ciu. To ta sama biedronka, co wcześniej koło ciebie przelatywała!
++++++– Jesteś pewien, że to ta?
++++++– Oczywiście. Ma tyle samo kropek. I nóżek. Niesamowite, co nie? O, patrz. Odleciała. Musimy się pospieszyć, żeby potem wrócić pod to drzewo i zobaczyć, czy będzie jednak tamtędy wracać.
++++++Ruszyli dalej.
++++++Trop wcinał się w gęsty las, omijając czasem najgrubsze drzewa, ale pozostawiając tylko połamane pnie i badyle po wszystkim, co dałoby się objąć rękami. Nie musieli zatem przedzierać się przez gąszcz. Po prostu szli utorowaną już drogą.
++++++Z dwie godziny później mieli właśnie zrobić przerwę na drugie śniadanie, którą utrudniałby nieco fakt, że nie mieli przy sobie żadnego jedzenia, gdy ich oczom ukazało się coś, co zależnie od gustu, w ogóle nie pasowało, lub też doskonale pasowało do zagubionego w środku puszczy miejsca.
++++++Stał tam niewielkich rozmiarów dom, chatka, nie połączony z żadną drogą i sprawiający wrażenie zaniedbanego. Był kryty strzechą, a właściwie ściółką leśną i miejscami krzywy, jakby wybudował go własnymi rękami ktoś tak obeznany z budownictwem jak wejdźmin z kobiecym ciałem. Czyli tylko troszeczkę.
++++++Przed drzwiami, nieruchomo, drapiąc się po głowie stał znajomy im wielkolud.
++++++Ostrożnie zbliżyli się do niego od tyłu. Nie reagował, więc Mlaskier dźgnął go palcem w nogę. Nieznajomy spojrzał na niego z wolna i znów, tak jak wcześniej, pokazał mu śrubokręt. Najwidoczniej nie doczekawszy się od poety żadnego konstruktywnego rozwiązania swojego tajemniczego problemu, wrócił do nieruchomego wpatrywania się w drzwi domu.
++++++– Pewnie są zamknięte. Dziwne, że po prostu nie wejdzie tam przez nie na wylot… albo przez ścianę – zmarszczył czoło Gejralt. – Nie sądzę, że tu mieszka, więc może pierwszy raz widzi drzwi, i nie wie co się z nimi…
++++++– Żyj sobie, pajączku.
++++++Po jednej z ich niedawnych przygód z udziałem pająków, obaj nabrali sporego szacunku dla tych stworzeń. Dlatego wejdźmina mniej zdziwiło to, że Mlaskier delikatnie wypuszcza stworzenie na wolność z pomocą chusteczki, a bardziej, że robi to wychylając się przez okno z wewnątrz tajemniczego domu.
++++++– Mlaskierku, jeśli mogę zapytać, skąd się tam wziąłeś? – zapytał łagodnie.
++++++– Normalnie, wszedłem przez to drugie okno. Musiałem tylko zbudować taką niską drabinkę z odpowiednio dobranych gałęzi i pędów bluszczu.
++++++Gejralt nie pytał dalej. Poprosił zaś towarzysza, żeby otworzył drzwi od środka, chcąc przekonać się, co w tej sytuacji zrobi olbrzym. Po chwili, z głośnym skrzypnięciem otworzyły, czy też, jak wolał to określać Gejrlat, rozwarły się. Wielkolud rozdziawił usta w jakby zadziwionym uśmiechu i ociężale wszedł do środka. Od jego stąpnięć lekko zadygotały ściany, a przechodząc przez drzwi przypadkiem wyłamał głową kawałek górnej futryny. Wejdźmin podążył za nim.
++++++Wnętrze budynku wyglądało na opuszczone. W każdym kącie piętrzyły się pajęczyny. Stało tu kilka starych mebli, w tym podniszczone biurko z krzesłem, rozpadająca się szafa i to, co mogło być kiedyś właścicielem tego przybytku: leżący pod ścianą, zakurzony kościotrup. Na jednej ze ścian wydrapane były pionowe kreski, poskreślane w grupach po pięć. Było ich bardzo dużo.
++++++Olbrzym stanął na środku izby i ciekawie rozejrzał się dookoła. Kiedy spostrzegł szkielet, wybałuszył oczy, i zajęczał. Potem usiadł ciężko na podłodze i podparł brodę ręką. Mlaskier go pogłaskał.
++++++Gejralt natomiast przyjrzał się przedmiotowi, który zauważył na biurku. Była to mała, pożółkła książeczka. Kiedy zdmuchnął z niej kurz, jego oczom ukazał się wygrawerowany na okładce napis: “Własność profesora Mięcifutka”. Był to notes, w którym pierwszych kilka stron pokrywało odręczne pismo, wyglądające na wspomnienia. Zaczął czytać.
++++++
++++++
++++++Nazywam się profesor Męcifutek. A jeśli to czytasz, kimkolwiek jesteś, to i tak nie ma większego znaczenia, bo prawdopodobnie już nie żyję. A właściwie to na pewno jestem od dawna martwy i nic tu po tobie, rozumiemy się? Ale wracając do rzeczy, oto krótka historia mojego niesamowitego, a zarazem ponurego życia.
++++++Wiele lat temu, gdy byłem jeszcze młodym i ambitnym pracownikiem pewnego mało znanego uniwersytetu w Górach Różowych, interesowała mnie szczególnie sztuka Animancji, czyli nadawania życia. Sztuka ta jest zakazana w większości rejonów świata, ponieważ jednak byłem doskonałym i sumiennym pracownikiem, inni wykładowcy przymykali oko na długie godziny, które spędzałem w laboratoriach na eksperymentowaniu, co prawda dosyć makabrycznym, z udziałem niezliczonych owadów i gryzoni. Mieli to pewnie za nieszkodliwe dziwactwo.
++++++Ja jednak coraz bardziej zagłębiałem się w arkana wiedzy, której żaden z nich nie śmiałby nawet wspomnieć we własnych myślach, i w końcu dojrzał we mnie zamysł urzeczywistnienia eksperymentu, o którym rozmyślałem już od długiego czasu. Przygotowywałem się do tego przedsięwzięcia jeszcze wiele miesięcy, gromadząc materiały, dopracowując chemiczne i matematyczne równania i przekupując kogo się da, by być pewnym, że nikt nie przeszkodzi mi w żadnym kluczowym momencie.
++++++Pewnej wiosennej nocy przystąpiłem do pracy. Poszedłem na pobliski cmentarz i łopatą wydobyłem z wcześniej upatrzonych mogił to, co mi było potrzebne. Niejednokrotnie musiałem pomóc sobie piłą, a nawet toporkiem. Z tak zdobytych surowców, które przytargałem wkrótce na taczce do laboratorium, owinięte w czarne płótna, dobrałem i stworzyłem, a właściwie pozszywałem – Jego. Był wielki i szkaradny, ale nie fizyczne piękno było moim celem. Najważniejsza była bowiem precyzja przy łączeniu w odpowiednie kombinacje naczyń krwionośnych i nerwów.
++++++Znajomy czarodziej, który naturalnie o niczym nie wiedział, zgodził się wyczarować dla mnie około północy burzę. Ja natomiast, przechwyciwszy uderzenie błyskawicy, za pomocą specjalnej aparatury miałem skierować je wprost w serce mojego, leżącego na stole, tworu, co, jeśli moje obliczenia były dokładne, tchnęłoby w niego nowe życie.
++++++Ach, gdybym wtedy wiedział, jak to się miało skończyć!
++++++Zrazu myślałem, że popełniłem gdzieś błąd, a eksperyment nie powiódł się. Szkaradne cielsko, mimo kilkuktrotnego użycia aparatury, leżało wciąż tylko nieruchomo jak worek ze zgniłymi kartoflami. Załamany, zagasiwszy wszystkie świece, wychodziłem właśnie z laboratorium, kiedy śrubokręt, który wciąż trzymałem w dłoni wypadł mi, i potoczył się w ciemność. Usłyszałem z tamtej strony jakiś głuchy jęk. Coś ciężko stanęło na ziemi. Wtedy, rozróżniając tylko kształty pośród mroku, ujrzałem jak olbrzym unosi moje narzędzie i wściekły zmierza w moją stronę.
++++++Wtedy zrozumiałem, dlaczego zakazuje się praktyk takich jak te, których się dopuściłem. Przerażony, znalazłem jednak siłę by uciec. A przynajmniej tak mi się wydawało. Bowiem potwór, bo tak go już nazywałem, choć na swój sposób powoli i ociężale, jął podążać za mną.
++++++Nie zatrzymało go nic. Od tej pory, gdziekolwiek bym się nie udał, prędzej czy później pojawiał się on, a ja musiałem uciekać jeszcze dalej. Przemierzyłem w ten sposób przez czterdzieści lat pół świata, a on, jakimś cudem, zawsze wiedział w jakim kierunku skierować swe kroki, aby powolnym, acz nieustępliwym dążeniem, niechybnie mnie odnaleźć.
++++++Raz udało mi się go wpędzić w pułapkę, kiedy był już nie dalej ode mnie jak dziesięć sążni. Wpadł mianowicie do głębokiej studni, którą zakryłem głazem. Wiedząc, że miną lata, zanim jego niezgrabne ruchy pozwolą mu wygramolić się stamtąd, zaszyłem się na tym odludziu, i to tu właśnie przyjdzie mi dokonać swego żywota.
++++++Ty zaś, podróżniku, jeśli spotkasz na swojej drodze tę rosłą maszkarę, która nie bacząc na nic podąża w sobie znaną stronę, miej się na baczności.
++++++

++++++Gejralt zamyślił się odkładając pamiętnik. Spojrzał na siedzącego na podłodze stwora, który zawodził przeciągle, a potem na szkielet spoczywający pod ścianą. Coś mu w tym wszystkim nie pasowało.
++++++– Co to – usłyszał Mlaskra, który z bliska przyglądał się czemuś na drzwiach starej szafy. Był to wywiercony w nich otworek, przez który wyzierało coś jakby… ludzkie oko? Poeta włożył tam palec.
++++++– Ała, kurwa! – rozległo się ze środka.
++++++Olbrzym natychmiast przestał jęczeć i podniósł z zaciekawieniem głowę. Wejdźmin podszedł do mebla, który, jak się okazało, był jakoś zaryglowany, ale z niewielką pomocą eliksiru Mały Palec szybko ustąpił.
++++++Na podłogę wytoczył się siwy staruszek, ubrany w stare łachmany i postrzępioną muszkę pod szyją. Wejdźmin uniósł brwi.
++++++– Profesor Mięcifutek, jak mniemam? – powiedział.
++++++– Ech, a jakże – odparł Profesor.- A wy to kto? Zresztą nie obchodzi mnie to, wszystko zepsuliście! Pamiętnik, kościotrup, nawet kurz tu rozsypałem. W szafie jest łopatka. Zrobiłbym podkop i uciekł, a potwór w końcu myślałby, że umarłem. Ale nieee, wy debile musieliście sprawdzić co jest w szafie. No to dziękuję, przedstawienie skończone, mam dość. No, Pimpuś, możesz w końcu zadźgać pana.
++++++Wielkolud podniósł się z podłogi i zrobił krok w stronę profesora. Górował nad wszystkimi obecnymi. Wyjęczał kilka niezrozumiałych dźwięków.
++++++– Gejraalt – rzucił od niechcenia Mlaskier, który zajęty był układaniem kościotrupa w pozycję tańca flamenco. – A może byśmy go uratowali?
++++++– Hmm… – odparł Gejralt, który już domyślił się, co się stało. – Wydaje mi się, że to może nie być potrzebne. Patrz.
++++++Potwór, zbliżywszy się do profesora wyciągnął przed siebie śrubokręt, jednak zamiast dźgać, stał tylko i pojękiwał, można by rzec, zachęcająco. Mięcifutek zastygł z przerażenia.
++++++– Proszę go wziąć – powiedział wejdźmin. – Ten śrubokręt. Wygląda na to, że on tylko chciał go panu oddać, bo wtedy go pan upuścił. Widocznie bardzo mu na tym zależało.
++++++Staruszek, blady jak ściana, zawahał się, ale drżącą ręką wziął od olbrzyma narzędzie. Ten uśmiechnął się zielonymi zębami, po czym jakby nigdy nic, wyszedł na zewnątrz, ułamując przy tym kolejny fragment górnej futryny drzwi, i począł wąchać sobie kwiatki porastające polankę.
++++++Profesor Mięcifutek przez jakiś jeszcze czas poruszał ustami nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
++++++– Czyli, że… zmarnowałem czterdzieści lat życia uciekając przed… oddaniem mi … śrubokrętu? He. He. Hehehehe. Blblblbl – wydusił z siebie w końcu, a jego oczy rozbiegły się w różnych kierunkach.
++++++– Na nas już czas – Gejralt mrugnął do towarzysza. Skłonił się nisko profesorowi, który z jakiegoś powodu obgryzał właśnie nogę od kościotrupa, i wyszli.
++++++
++++++– Gejraalt, a co teraz będzie z tym… potworem? – zagaił Mlaskier w drodze powrotnej.
++++++– Jak profesor się pozbiera, to może zatrudni go do pomocy. W końcu i tak za nim chodzi. Może nawet jakoś go ulepszy, żeby mógł mówić, albo co…
++++++– Hm… Tak sobie pomyślałem, że koniec wędrówki jest czasem w zupełnie innym punkcie, niż by się na początku chciało, ale to wcale nie znaczy, że gorszym.
++++++– A wiesz, Mlaskier, to było całkiem mądre. Takie podsumowanie.
++++++– Ja mówię o biedronkach – odparł poeta patrząc w niebo. – Ale jak chcesz.
++++++

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *