Opowiadanie XV – „Eliksir Sofokles”

Polanka tonęła w porannym słońcu jak podejrzana grzanka w kształcie serduszka w zupie pomidorowej Zołmana. Krasnolud spojrzał na Gejralta, który wpatrywał się w niego pełnym ekscytacji spojrzeniem i potupywał nogami.
++++++– Przecież widzę, że coś kombinujesz – powiedział. – Co mi tam wrzuciłeś?
++++++– Nic – odpowiedział Gejralt, zdecydowanie zbyt szybko, i uciekł. Krasnolud odstawił talerz.
Podrapał się po tyłku i wyjął z kieszeni Wa’fel, który nosił przy sobie na wypadek, gdyby kiedykolwiek Wejdźmin zbliżył się do jego jedzenia. Słynne suszone mięso produkcji Nimfów z Cukrowej Polanki zaspokajało apetyt na cały dzień i nigdy się nie psuło. Smakowało też, zdaniem Zołmana, jak dywan posmarowany pastą ze starej babci, ale lepsze to, niż ryzykować… cokolwiek, co mógłby kombinować Gejralt.
++++++Podrzucił sobie plasterek Wa’fla i otworzył usta, ale w locie porwało go dziwne stworzenie, które pożarło go i mlasnęło.
++++++– Kurwa – powiedział krasnolud.
++++++– Hi, hi – Mlaskier zaczął uciekać, ale potknął się o drewnianą skrzyneczkę stojącą na ziemi i zrobiwszy dwa fikołki wpadł w krzaki. Natychmiast wystawił z nich głowę i przyjrzał się przedmiotowi, który był przyczyną jego upadku.
++++++– Co to?
++++++– Przysięgam, że kiedyś Cię zabiję – powiedział Zołman patrząc na towarzysza ze skupioną determinacją.
++++++– Co to – powtórzył Mlaskier.
++++++– Nic dla ciebie. Zeżarłeś mi Wa’fel!
++++++– Co to.
++++++– Dlaczego? – krasnolud pytająco spojrzał w niebo.
++++++Minęło już południe i słońce, błyszcząc nieco tylko ciemniej niż najróżowszy cekin ze skarbca króla Fjutesta zaczęło powoli kierować się w stronę horyzontu. Gejralt wrócił do towarzyszy nie wiadomo skąd, niosąc rożek z gałką kolorowych lodów. Zastał Zołmana wpatrzonego w nieokreśloną dal, siedzącego na krześle i rytmicznie uderzającego głową w drzewo. Z krzaków wystawała głowa Mlaskra.
++++++– Zołmaaan. Co to? – powiedziała.
Pac. Pac. Pac.
++++++– Co to.
Pac. Pac.
++++++– Co to.
++++++– Mlaskier, nie znęcaj się nad Zołmanem – powiedział Gejralt oblizując lody. Wiewiórka siedząca z młodymi na pobliskim drzewie nie zdążyła zasłonić dzieciom oczu. Kilka lat później jedno z nich wstąpiło do gangu a dwa pozostałe popełniły samobójstwo.
++++++– Hi, hi – zarechotał Mlaskier, po czym wskazał palcem przedmiot wciąż spoczywający spokojnie w trawie. – Ale co to?
++++++– W tym pudełku jest, mój drogi, butelka z eliksirem “Sofokles”. Wystarczy jedna kropelka, a poziom inteligencji użytkownika podnosi się trzykrotnie.
++++++– O, u Mlaskra wynosiłby… – zamyslił się Zołman, którzy przysłuchiwał się rozmowie. – Mniej więcej trzy.
++++++– He, he – Wejdźmin oblizał lody. – Swoją drogą, to jest właśnie nasze nowe zlecenie. Wojewoda z Lodowej Tutki, znany filantrop, prosi nas o dostarczenie tego eliksiru do kolonii upośledzonych dzieci prowadzonej przez mnichów Kapucynów w okolicach Koxenfurtu. Jedna butelka mogłaby uleczyć setki takich niewinnych istotek.
++++++– Jak jest taki dobry, to mógł wysłać więcej – powiedział Zołman.
++++++– Nie ma “więcej”. Eliksir jest sporządzony z rosy zbieranej przez sierotki na szczycie góry przy świetle księżyca podczas koniunkcji Jowisza z Wenus – która zdarza się raz na osiemnaście tysięcy …
++++++– Bla, bla, bla – przerwał Zołman. – Przecież wiesz, jak to się skończy. Pewnie Mlaskier go wypije. Albo coś. O. Już go wypił.
Spojrzeli na grajka kucającego przy otwartym pudełku. Ten wstał, rozprostował się i spojrzał na nich przytomnym, skupionym spojrzeniem.
++++++– Proorientalizm Twojej inteligencji nie pozwala mi na wdawanie się w merytoryczną konwersację na temat bieżącej sytuacji – powiedział Mlaskier odkładając butelkę po eliksirze. – Stosujesz niewłaściwe paradygmaty poznawcze. Najlepiej będzie, jeśli po prostu uznamy fakt za dokonany.
++++++– Zaraz ci jebnę – mruknął Zołman. – No dobra – dodał westchnąwszy. – I tak było wiadomo, że tak będzie. Gejralt, co strasznego nam się w związku z tym stanie?
++++++– Niech pomyślę, mój ty misiu pysiu – Gejralt nieprzejęty lizał sobie lody. Zołman starał się na to nie patrzeć. – Pudełko z tak cenną zawartością na pewno było zabezpieczone magicznie. Znaczy, wojewoda już wie, że je otworzyliśmy. Pewnie będzie tu zaraz oddział wojska, żeby nas zabić.
++++++– Aha – powiedział Zołman. – No tak. To co robimy? Mlaskier, jak jesteś teraz genialny to może byś coś wymyślił? Mlaskier pisał coś na małej karteczce.
++++++– Hmm – powiedział pod nosem. – Tak. Taka kombinacja molekuł powinna leczyć raka i, jako skutek uboczny, prawdopodobnie także platfusa. Ale nie podoba mi się kolor roztworu… Ee, nudne.
Grajek pogniótł karteczkę i wyrzucił ją za siebie.
++++++– Co mówiliście? A tak, oddział wojska. No cóż, oceniając prędkość podróżowania impulsów magicznych oraz bieżącą sytuację geopolityczną regionu można z łatwością wywnioskować, że wojsko będzie tu za czterdzieści sekund.
++++++Zołman i Gejralt patrzyli na niego zastanawiając się, czy kiedykolwiek wcześniej ich towarzysz wypowiedział słowo składające się z więcej niż dwóch sylab. Pierwszy ocknął się Gejralt.
++++++– Mlaskier… – powiedział. – Ale ty jesteś seksowny z tym intelektem.
++++++– Nie schlebiając sobie, wiem – rzekł Mlaskier. Następnie podniósł z ziemi butelkę po wypitym eliksirze i przyjrzał się jej dokładnie. “Hmm, charakterystyczne kopce. Metalowe buty, stop żelaza i cynku, prawdopodobnie pokryte warstwą kurzu przy wietrze o prędkości… dziwny odcień trawy… Czyżby podziemny depozyt smoły? Tereny lęgowe… ” – mruczał pod nosem. W końcu wzruszył ramionami i rzucił ją na ziemię.
++++++– Wiecie co, musimy poważnie pomyśleć nad efektywnością zarzadzania naszymi zasobami czasu – powiedział drapiąc się po głowie. Drugą reką trzymaną w kieszeni skomponował na palcach sonatę na orkiestrę symfoniczną i trzydzieści pięć fortepianów.
++++++– Zamknij się! – krzynkął Zołman. – Zaraz będzie tu…
++++++Nie zdążył dokończyć, gdyż od północy wyłonił się zza drzew oddział uzbrojonych rycerzy. Jeden z nich, sądząc po stroju dowódca, podszedł bliżej i przyjrzał się im krytycznie. Rozejrzał się na boki, jakby nie był pewien czy to możliwe, że TO właśnie są poszukiwani przez niego delikwenci, ale nie znalazłszy w okolicy nikogo innego, odchrząknął i przemówił.
++++++– Jesteśmy tu w imieniu Smarkowida, najjaśniejszego wojewody … JEZUS MARIA! – rycerz zobaczył jak wpatrzony w niego Gejralt oblizuje loda. Kiedy dowódca doszedł do siebie chciał kontynuować ale Mlaskier uciszył go ręką.
++++++Grajek spojrzał na niebo i wymruczał do siebie: “Trzy… dwa…”.
++++++Promienie popołudniowego słońca odbiły się od zbroi rycerza w taki sposób że skupiły się w mały punkt na talerzu zupy pozostawionym wcześniej przez Zołmana. Podgrzana zupa zabulgotała tak intensywnie, że część gorącego płynu rozlała się i wsiąkła w ziemię.
Nie minęło kilka sekund, a w tym miejscu wypiętrzył się kopiec, z którego jak poparzony wygrzebał się kret, który zahaczył małym ogonkiem o gorące promienie wciąż skupiane przez zbroję rycerza.
++++++Podpalony rzucił się do ucieczki na oślep i wbiegł prosto do drewnianego pudełka po eliksirze “Sofokles”, gdzie zajęło się od ognia wyściełające wnętrze sianko. Próbując się wydostać zwierzę przeturlało pudełko w pobliże leżącego nieopodal papierka, który wcześniej wyrzucił mlaskier. Kret wylazł w końcu z pułapki i w panice wrył się w ziemię gasząc ogon i wydając odgłos ulgi. Wiatr, który zawiał od wschodu poniósł papierek tak, że ten uderzył w płonące wciąż pudełko, zajął się ogniem i wpadł prosto do dziury pozostawionej przez kreta.
++++++Mlaskier zrobił krok w tył, podczas gdy mały, podziemny depozyt naturalnej smoły eksplodował z hukiem i ochlapał zbroje osłupiałych rycerzy. Ten stojący najbliżej zatoczył się w szoku i przypadkiem kopnął butelkę po eliksirze leżącą na ziemi pod jedynym możliwym kątem który spowodowałby wydanie odgłosu odpowiadającego częstotliwości śpiewów godowych kurki wodnej, ptaka gniazdującego w tym regionie królestwa.
++++++Stado kurek wodnych wystrzeliło z okolic bajorka w pobliskim lesie i w ciągu kilkunastu sekund kupą obsiadło rycerzy. Ociekająca z nich woda ugasiła ogień ale wystraszywszy się czarnej smoły kurki pierzchły w koronę górującego nad nimi drzewa. Strąciły z niego kilka liści, z których wszystkie osiadły na głowach rycerzy.
Gejralt i Zołman oglądali widowisko z otwartymi ustami.
Mlaskier tupał niecierpliwie nogą.
++++++– No – powiedział. – To powinno was nauczyć.
Dowódca rycerzy, opierzony i z liściem na głowie, wytarł smołę z twarzy. Zacisnął mocno zęby.
++++++– Ostrzegano nas, że z wami może się stać coś takiego – wycedził bardzo powoli. – Dlatego przyszliśmy grupą. Eh. Przynoszę wiadomość. Wojewoda mówi, że zadanie – jedna z kurek wodnych siedzących gdzieś w drzewie nad nimi zrobiła na niego kupę – odwołane. Cygan Szwindel Szemrany Spod Ciemnej Gwiazdy, który sprzedał mu eliksir okazał się oszustem. W butelce była zwykła woda kolońska.
Rycerz wypluł kilka piór i zauważył, że rożek z lodem zbliża się do ust Gerjalta. Bez słowa odwrócił się i wraz z towarzyszami spiesznie podążył w kierunku wsi. Podobno został potem pustelnikiem i wyjechał medytować w świątyniach na górskich zboczach Bidetu.
++++++– Mlaskier – powiedział Zołman. – O kurwa, ale jak?! Wychodzi przecież na to, że nie było żadnego eliksiru.
Wejdźmin zastanowił się oblizując loda. Stado kurek wodnych pospiesznie opuściło swoje drzewo ćwierkając w panice.
++++++– On po prostu zapomniał, że jest głupi – stwierdził Gejralt. – Ale na pewno mu przejdzie i nie będzie będzie gadał o żadnych paradygmatach. Co nie, Mlaskier?
++++++– Co to – powiedział grajek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *