Opowiadanie XX – „Mlaskier”

Piekarnia krasnoluda Jana Banana nigdy nie narzekała na brak klientów. Szyld w kształcie chleba zawieszony nad wejściem co chwilę dzwonił, albowiem co rusz otwierające i zamykające się drzwi trącały niewielki dzwoneczek doń przyczepiony. Pan Banan pozdrawiał ciepłym gestem każdego klienta, którego torby wypełniało świeże, pachnące pieczywo. Z uśmiechem na twarzy spojrzał na swoje idealne wypieki, i przetarł lśniącą ladę bawełnianą chusteczką. Następnie chwycił miotłę i zebrał kilka ziarenek piasku z podłogi, które zakłócały ład przestrzenny. Rozejrzał się po swoim błyszczącym czystością przybytku i z zadowoleniem chwycił się za pas na swoim pokaźnych rozmiarów brzuchu, do którego przytwierdzone były rozmaite szmatki i detergenty. Zamknął oczy i pociągnął nosem wzdychając z ulgą. Wydobywający się z pieca zapach chrupkiej, chlebowej skórki sprawił, że pan Banan zakręcił się w majestatycznym piruecie i z błogością na twarzy podreptał do okna sklepowego, gdzie jego mina szybko zrzedła. Po drugiej stronie witryny ujrzał bowiem przyklejony nos do zaparowanej i tłustej od paluchów szyby, a zaraz za nim resztę spłaszczonej twarzy jakiegoś bezdomnego włóczęgi. I to jeszcze w miejscu, gdzie starannie wygrawerowano napis: „Piekarnia Jana Banana, najlepszy chleb w całym… w… Wszędzie”. Natychmiast chwycił za niezbędne środki czystości, wyszedł na zewnątrz i wycelował strzelbą w liżącego szkło Mlaskra.
++++++– Wynocha! – wrzasnął, kiedy na linii jego strzału pojawiła się nieco zdenerwowana srebrna głowa.
++++++– Spokojnie, panie Bananie – powiedziała uśmiechając się. – Chyba nie chce pan tego zrobić?
++++++– A i owszem, chce! Rusz się, bo mi zasłaniasz!
++++++Krasnolud skupił wzrok.
++++++– Ale, ale – ciągnął wejdźmin. – Jak mu pan strzeli w głowę, to będzie miał pan dużo więcej sprzątania. I po co?
++++++Piekarz spojrzał na wejdźmina spod groźnie zmarszczonych krzaczastych brwi.
++++++Warknął i opuścił broń. Podszedł do witryny i przetarł ją jedną ze swych szmatek.
++++++Fuknął na do widzenia i wszedł do środka.

++++++Miszcz Mlaskier wstał i podrapał się po wklęśniętym brzuchu. Zapachy wydobywające się z wnętrza piekarni sprawiły, że jego kiszki zagrały marsza, co nie umknęło słuchowi wejdźmina.
++++++– Jesteś głodny – stwierdził Gejralt wyciągając na wierzch puste kieszenie i zerknął na parujące wypieki.
++++++Westchnął i spojrzał na przyjaciela.
++++++– Nie mam ani grosza – powiedział.
++++++Mlaskier spuścił wzrok. Jego powieki zaczęły delikatnie drgać, a kąciki ust opadły. Grajek podniósł głowę i wlepił wielkie zaszklone oczy w wejdźmina.
++++++– Nie no, tylko nie ta mina…! – pisnął Gejralt i złożył ręce pod nosem. – Dobra – dodał zaraz po krótkiej chwili patrzenia na przyjaciela. – Czekaj tu. Już ja się znam na krasnoludach.
++++++Wejdźmin szybko rozeznał się po wnętrzu piekarni i wszedł do środka, by po chwili z powrotem wysunąć głowę.
++++++– Tylko się nie ruszaj – ostrzegł zwracając się do poety. – Rozumiesz? Masz tu stać jak słup przed tą szybą, żebym cię cały czas widział.
++++++Mlaskier potwierdził skinięciem głowy, po czym na jego twarzy wymalowało się przerażenie. „Na szczęście” – pomyślał, „Gejralt już schował się w środku i nie zauważył, że ruszyłem głową”.
++++++Poeta uspokoił się. Stał w całkowitym bezruchu lustrując oczami gwarne otoczenie. Szybko doszedł do wniosku, że swędzi go noga. Nie mogąc się poruszyć, zaczął wydawać z siebie delikatny jednostajny cichutki dźwięk cierpienia. Z tego wszystkiego zaczęła go swędzieć również druga noga. Polecenie Gejralta było bardzo wyraźne, toteż poeta musiał szybko wymyślić jak zaradzić obecnej sytuacji.
++++++– Psszeprasszaaam… – zwrócił się do przechodnia niemalże nie otwierając ust. – Bo ja se ruchaś ne moge… Szy mosze mie pan posmyrać po nocach? – zapytał, a potem powiódł za nim oczami, gdyż ten nie wykazał żadnego zainteresowania, prócz bardzo osobliwego wyrazu twarzy.
++++++Mlaskier przełknął ślinę. Spojrzał w witrynę. Jego przyjaciel powoli i bardzo dokładnie przeciskał się przez każdą osobę w kolejce. I był tyłem. Mlaskier lubił patrzeć na Gejralta od tyłu, toteż minęło trochę czasu nim uznał, że jak podrapie się bardzo szybko, to Gejralt tego nie zauważy, chociaż trochę się bał, bo już nie raz tak było, że chciał zrobić coś po ciuchu za plecami wejdźmina, gdy ten nagle zwracał mu uwagę, nawet nie zerkając na niego ani przez sekundę.
++++++„Raz owcy śmierć” – pomyślał i rzucił się na swędzące miejsca, po czym na powrót stanął bez ruchu, tępo wpatrzony w witrynę. Nawet przechodzący obok pies uznał go za słup i podniósł tylną nogę. Poeta nie poruszył się nawet wtedy, ale zapach który dotarł do jego nosa przypomniał mu, że już od dawna chciało mu się siku.
++++++Myśl ta nie dawała mu spokoju. Wibrowała w jego mózgu niczym… coś wibrującego w… czymś innym. Po pięciu minutach zaczął się pocić. Rozważał zrobienie tego tu i teraz, ale szkoda mu było nowych satynowych spodenek w szałowym, purpurowym odcieniu, które dostał od wejdźmina. Poza tym, gdyby je zniszczył, Gejralt byłby jeszcze bardziej zły, niż gdyby się poruszył. Poeta uznał to za pewnik. Podszedł do witryny i rozpiął rozporek. „Dźwięk taki, jakby padał deszcz na szybę”, pomyślał i z uśmiechem na twarzy spostrzegł, że Gejralt właśnie na niego spojrzał. Był z siebie dumny – wejdźmin miał go widzieć przez cały czas i on tu ciągle jest. Pomachał mu więc. Nie rozumiał tylko dlaczego jego przyjaciel ma taką przerażoną minę i dlaczego narzucił właśnie swoją ulubioną tunikę na głowę właściciela sklepu.
Poeta wzruszył ramionami. Ustawił się tam gdzie przedtem i westchnął ociężale. Już dawno nie miał tak trudnego zadania do wykonania.
++++++Kiedy tak stał i przyglądał się spływającym strugom po szybie, zdał sobie sprawę z tego, że zapomniał ile ma lat. Przelatujący obok czerwony robaczek w kropki przywiódł mu pewną myśl. Postanowił policzyć kropki na swoim ciele, aby dowiedzieć się w jakim jest wieku. Ale czy on miał w ogóle jakieś kropki? Oczywiście, że miał. Spostrzegł to szybko, kiedy całkiem się rozebrał.
++++++– Jeden, dwa, trzy… – liczył. – Znowu jeden, dwa, trzy… Jeden, dwa, trzy…
++++++Doliczył się trzech kropeczek razy osiem takich obliczeń i podrapał się po głowie. Niestety aby dokładnie określić swój wiek, potrzebował pomocy wejdźmina. Ten akurat uchylił drzwi i wystawił głowę.
++++++– Mlaskier, co ty wyprawiasz, ubierz się! – wycedził, po czym wrócił do piekarni.
++++++Poeta pomyślał, że nigdy wcześniej nie słyszał podobnych słów z ust Gejralta. Coś wprost odwrotnego, owszem, ale „ubierz się”? Nigdy. Niemniej jednak posłuchał przyjaciela, mimo protestującego znanego w okolicy ulicznego malarza aktów, który pojawił się tuż obok nie wiadomo skąd. Rozzłoszczony artysta klepnął go w plecy, zwinął sztalugę i odszedł obrażony. I wtedy Mlaskier zdał sobie sprawę z tego, że nie policzył kropek na plecach. Ubrał więc tylko spodnie i zaczął przeglądać się w witrynie, próbując coś dostrzec. Skrzywił się. Do tego też przydałby mu się Gejralt. Dodatkowo uznał, że w tych nowych spodenkach jego pupka wygląda bardzo ładnie. Uśmiechnął się do siebie i puścił sobie oczko. Stojąca za szybą ponętna niewiasta odwzajemniła jego „zaloty” posyłając mu buziaczka, czego poeta nie zauważył, bo jego wzrok przykuło coś znacznie w jego mniemaniu fajniejszego.
++++++W szybie odbijał się biały łabędź. Źrenice Mlaskra rozszerzyły się. Gdyby go złapał, mógłby go podarować Gejraltowi. Jego przyjaciel uwielbiał łabędzie i zawsze chciał jednego mieć. A może to był króliczek…? „Nieważne”, pomyślał Mlaskier. Ważne, że zwierzę było białe, a wejdźmin lubił białe zwierzątka.

++++++W rzeczywistości, gwoli jasności, nie był to łabędź, tylko biała kura, która z przerażającym wrzaskiem zaczęła uciekać przed napastnikiem. Mlaskier nie dawał za wygraną. Gonił ja przez cały rynek lawirując pomiędzy licznymi straganami. On i kura wzbudzili niemałe zamieszanie. Mlaskier przebiegł po perskich dywanach, wywrócił stanowisko ze świeżymi rybami, poślizgnął się i wpadł w czyjeś pranie, starannie rozwieszone za domem, skąd przeskakując przez płot znalazł się na torze wyścigowym, gdzie właśnie odbywały się zawody. Cudem uniknął stratowania przez pędzące konie nawet ich nie zauważając. Kwoka pędziła przed siebie z rozłożonymi skrzydłami, zupełnie jakby chciała wzbić się do lotu. Ale Mlaskier nie był głupi, wiedział, że łabędzie nie latają. Wtargnąwszy na pole kapusty ogrodzone drutem kolczastym, o mało nie skręcił sobie nogi skacząc po nich jak gdyby grał w popularne w tej części rejonu klasy. Biesiadująca obok grupa pijanych muzykantów kibicowała mu zawzięcie, dopóki peta nie przebiegł przez ich ognisko potrącając lampy naftowe. Spektakularny wybuch za plecami Mlaskra widziało tysiące osób, oprócz niego samego.
++++++W lesie było znacznie trudniej gonić kurę. Drzewa i podskakujące co rusz pułapki na wilki i niedźwiedzie nie zbiły poety z tropu. Kura też świetnie radziła sobie z omijaniem przeszkód. Robiła to w sposób podobny do swojego myśliwego – po prostu biegła przed siebie z otwartym dziobem nie zważając na nic. Tuż za lasem nieco jej się upiekło, gdyż z racji niskiego wzrostu, chłopi koszący zboże maczetami, nie byli w stanie jej sięgnąć. Mlaskier nie spostrzegł niebezpieczeństwa – szczególnie, że kiedy przebiegał tuż obok rozbujanych ostrz, te zatrzymywały się w bezruchu, łącznie z ich właścicielami. Natomiast równo ułożone snopki siana znacznie utrudniały mu widoczność, toteż postanowił przebiec przez większość z nich. Nie zauważył, że dobiegł do urwiska i że prędkość jego ciała gwałtownie przyspieszyła z racji spadania. Był coraz bliżej lecącej wraz z nim kury. Mlaskier przefrunął tuż obok nastroszonego zwierzęcia, które najwidoczniej również nie do końca wiedziało, co się dzieje. Niestety było za szybko, żeby je złapać. Poeta spojrzał w dół i zobaczył malutki domek, który robił się coraz większy. Jego dach nagle pokrył się kulistym płomieniem, a potem znaczna jego część odfrunęła, tworząc dziurę. Ziemia zadudniła i silny podmuch powietrza od dołu uniósł go nieco.
++++++– Łiii…! – cieszył się poeta, a zaraz potem ucieszył się jeszcze bardziej, bo do zabawy dołączył Gejralt, który zdołał dogonić poetę.
++++++Wejdźmin chwycił Mlaskra w locie, a następnie wycelował znakiem Haard w ziemię prosto przez dziurę w dachu stodoły. Siano w jej wnętrzu wzbiło się i opadło tworząc puszystą kołderkę, a kolejny silny podmuch wiatru wzniecony tuż nad ziemią, wzbił ich w górę i ocalił przed znacznie twardszym lądowaniem.

++++++Gejralt zdmuchnął siano z twarzy i szybko obejrzał przyjaciela.
++++++– Mlaskieruniu, nigdy więcej tak nie rób! – krzyknął. – Gdyby coś ci się stało, to bym chyba oszalał! Jesteś cały? – zapytał.
++++++Poeta nie rozumiał zasadności tego pytania, więc zadał swoje.
++++++– Dlaczego masz rybę na głowie, wyglądasz, jakbyś wyszedł z pożaru i urosły ci cycki? – zapytał.
++++++Wejdźmin uspokoił się i wyciągnął dwie jeszcze ciepłe bułki spod koszulki.
++++++– O – powiedział Mlaskier.
++++++Poeta wziął zamaszystego gryza i, przeżuwając bardzo dokładnie, zamyślił się. Tuż obok jego głowy jak bomba przeleciała kura wbijając się w siano. Zaraz potem zniosła dwa jajka na raz.
++++++– Gejraaalt? – zagaił poeta wciąż zamyślony.
++++++– Tak, Mlaskruś? – wydyszał wejdźmin trzymając się za serce. – Zapomniałem o kurce.
++++++– A pamiętasz jak mówiłeś, że ma się tyle lat ile jest kropek?
++++++– Tak, jak łapaliśmy biedronki.
++++++– No to jak ja będę coraz starszy i będę miał coraz więcej tych kropek, to czy ja w końcu będę cały czarny?
++++++Wejdźmin parsknął śmiechem.
++++++– Co?… – zapytał co najmniej tak rozbawiony, jak zestresowany i zmęczony.
++++++– No czy jak będę stary, to czy będę cały czarny? – powtórzył nie dające mu spokoju pytanie Mlaskier.
++++++Gejralt z trudem tłumił narastające rozbawienie. Nie wytrzymał. Opadł na siano i popłakał się ze śmiechu.
++++++Mlaskier naburmuszył się. Zwinął kolana pod brodą i objął nogi rękami. Nie lubił jak wejdźmin śmieje się z czegoś śmiesznego i nawet nie powie mu z czego.
++++++– Przepraszam, Mlaskruś… – wykrztusił wejdźmin próbując nie chichotać. – Nie robaczku, nie będziesz cały czarny – powiedział wycierając łzy.
++++++– A ile? – rzucił wciąż obrażony, acz ciekawy poeta. – Do połowy?
++++++Gejralt spojrzał na niego z pobłażliwą miłością i pogłaskał go po główce.
++++++– To dlatego rozebrałeś się przed piekarnią? – zapytał. – Liczyłeś pieprzyki?
++++++– Chciałem policzyć ile mam lat – odparł dumny z siebie poeta.
++++++– Mhm. A na plecach? Policzyłeś?
++++++– Nieee… – uśmiechnął się Mlaskier. – Ale wszędzie indziej naliczyłem trzy. Dużo razy.
++++++– A niżej?… Liczyłeś?…
++++++– Też nie… – poeta zarumienił się.
++++++– Noo too… – zaczął wejdźmin uśmiechając się łobuzersko i zabrał się za niezbyt skomplikowaną matematykę z dogłębną, jak na wejdźmina przystało, skrupulatnością…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *