Rozdział III – „Homo Moher”

Mlaskier kochał wszystkie dni. Kochał je tak bardzo, że ich nawet nie rozróżniał. Podobnie jak kolorów. Nie umiał także powiedzieć, która jest godzina i szczerze mówiąc, niewiele go to obchodziło. Lubił słońce i deszcz. Śnieg i mgłę. Kochał wschody i zachody słońca. Uwielbiał zapach róż, zbierać motyle i głaskać ptaszki. Nigdy nie skrzywdziłby muchy (no chyba, że był głodny) i bardzo dobrze wiedział, że jak ktoś jest smutny, to należy go przytulać. Czasami spędzał całe poranki mocząc stopy w górskim strumyku i podziwiając migoczące w wodzie promienie słońca, innym razem obejmował drzewa, głaskał trawę i cieszył się, kiedy ciepły wiatr przechodził mu przez palce i czesał jego falujące włosy.            Codziennie przyglądał się niebu i kształtom płynących chmur, a kiedy błękit przechodził w granat i na niebie pojawiał się księżyc – czekał na spadającą gwiazdę, zamykał oczy i wypowiadał życzenie.

– Mlaskier, kurwa! – wrzasnął Zołman. – Idziesz, czy nie? Leżeć mu się teraz zachciało, jakby nie wiedział, która już godzina. Przecież nie zdążymy!
Mlaskier otworzył oczy i posłusznie ruszył w kierunku przyjaciela.
– A gdzie Gejralt? – zapytał.
Zołman załamał ręce.
– Obudziliśmy się i go nie było. Nie pamiętasz?
Grajek pokiwał głową.
– Zostawił nam wiadomość – kontynuował. – Czeka na nas w ostatniej wsi przed górską przełęczą, czy coś takiego. Musimy tam dotrzeć o świcie.
Poeta podrapał się po głowie. Krasnolud westchnął.
– Piliśmy w Wyprutym Flaku. To pamiętasz…? – Zołman zastanowił się. – Ja w sumie też nic nie pamiętam.
– A skąd wiesz, jak iść? – spytał Mlaskier, rozglądając się po polanie.
– Idę śladem pustych flakoników po eliksirach…

Pierwszy promień słońca wpadający przez szczelinę w drewnianej ścianie zbudził wejdźmina. Pogromca potworów wstał, wyciągnął majtki z pomiędzy pośladków i przeciągnął się jęcząc.
– Gdzie to ja w ogóle jestem?… – mruknął pod nosem.
Wyjrzał przez okno. Rozpadający się znak z wypalonym napisem oświadczał, że jedyna chata w której spał, znajdowała się we wsi „Ostatnia Wieś”.
„O. Bardzo dobrze”, pomyślał, kiedy dobiegł go nieznany głos.
– Wcześnie pan wstaje.
Wejdźmin podskoczył, cofnął się, potknął o rozrzucone butelki wódki i wpadł w worki z ziemniakami.
Spojrzał na właściciela głosu i przewrócił oczami.
– Jasny gwint. Masz taki głosik, że już myślałem, że jesteś kobietą.
Odetchnął i wyszedł na papierosa.
Zanim się ubrał, zszedł ocucić się nieco w pobliskim strumyku.

– To kim w zasadzie jesteś? – zapytał Gejralt, wycierając się już w środku.
Młody, szczupły mężczyzna o jasnych krótkich włosach i wydatnej szczęce spojrzał na niego mrużąc oczy.
– Jestem Romek, przedstawiliśmy się sobie wczoraj.
– Naprawdę? Nie pamiętam.
– Przejeżdżał pan tędy, zatrzymałem pana, bo mój skowronek źle się czuł, a wy wejdźmini macie różne specyfiki… – przerwał chłopiec, wpatrując się w grymas na twarzy przybysza. – Naprawdę nic pan nie pamięta?
Gejralt przestał wycierać włosy, zerknął w bok i pokiwał głową.
– Powiedział mi pan, że doskonale zna się na ptakach, to pana zaprosiłem…
Wejdźmin przyjrzał się młodzieńcowi.
– Tak powiedziałem? – zapytał. – Hm. A ile ty masz w ogóle lat?
– Dwanaście.

Wejdźmin rozszerzył oczy i przygryzł dolną wargę.
Nic nie powiedział.

– Jedzie pan do Homo Moher, prawda?
– Skąd wiesz, że homo…?
– Wielu wejdźminów tędy przejeżdża. Zostawiają mi swoje konie, bo przełęcz jest dla nich zbyt niebezpieczna.
– A ci wejdźmini… Czy oni… No wiesz, też znali się na… Ptakach…?

Chłopiec poczerwieniał.
Gejralt wypuścił powietrze i podrapał się po czole.

– No to będę cię musiał zabrać ze sobą – rzekł. – Gratuluję. Według paragrafu pierwszego wejdźmińskiego kodeksu, właśnie cię zwerbowałem.

Zołman zszedł na pobocze i pochylił się.
– Eliksir „Ornitolog” – odczytał i wycelował buteleczką w dół urwiska. – Wcale się nie zdziwię, jak go zaraz znajdziemy urżniętego w trzy dupy pod jakimś drzewem.
Zołman często mówił sam do siebie. Każdy kto go znał wiedział, że myśli głośno i nie zawsze należy go słuchać.
– Jeszcze ta gówniana ścieżka – ciągnął. – Wąska jak dupa węża, jakby nie można było poszerzyć. Tylko czekać aż spadnie deszcz, a my pospadamy z tej skalnej półki. Mlaskier! – wydarł się nagle. – Zostaw te kamyczki, widzę jakąś chatę!

Pupka, przywiązana do słupka przed domem Romka zarżała, kiedy spostrzegła cztery oddalające się postaci. Przełęcz, którą musieli przebyć, nie była pobłażliwa. Wymagała odpowiedniego skupienia. Romek szedł pierwszy.
– Gejralt, pogramy w grę, co ją właśnie wymyśliłem? – zagaił Mlaskier, kiwając się na boki.
– No, a jakie są zasady? Nie kiwaj się, bo spadniesz.
– Złap zapałkę!
Gejralt, nie zastanawiając się zbytnio, złapał.
– Hi hi hi – roześmiał się Mlaskier. – Przegrałeś! Miałeś złapać zapałkę, a nie za pałkę!
– Nie wiedziałem, że masz zapałkę – rzekł, odbierając ją Mlaskrowi. – Dobra, teraz ja. Złap…
– Na litość boską – wtrącił Zołman. – Możecie chociaż raz w życiu iść normalnie?!
Wejdźmin spojrzał z góry na krasnoluda i przejechał siarczaną główką po skałach.
– Widzisz tę wypalającą się zapałkę, Zołmanie? – zwrócił się do niego. – Oto właśnie metafora mego życia – rzekł.
– Gejralt, co ty pieprzysz?
Wejdźmin spojrzał na siebie i Romka z nie byle jaką miną.
– Teraz akurat nic – odparł.

Chłopiec był nieco przerażony. Nie silnym wiatrem, który nim bujał. Nie przepaścią, która rozciągała się pod jego stopami, ani nawet mocno nadwerężonym mostem linowym, który przyszło mu przebyć, ale tym, co właśnie usłyszał. Chłopiec nie miał wyboru. Musiał odbyć pierwszy test… Drugi test sprawdzający jego fizyczne umiejętności, czyli w ogóle dotrzeć do Homo Moher. Uprzedzony przez wejdźmina wiedział, że jeśli powinie mu się noga, to trudno.

Homo Moher, pradawna forteca ulokowana na dwóch najwyższych szczytach w okolicy, napawała grozą. Strzeliste wieże, kraty w oknach, ostrokoły i czerwone ślady rozmazane na murach podejrzliwie pachnące martwymi truskawkami skutecznie odstraszały nieproszonych gości. Przed samą bramą panował przeszywający aż do kości chłód, padał deszcz i grzmiało. Zołman cofnął się o krok, bo krok wcześniej już nie padało.
Wejdźmin ominął deszcz i dopasował swój medalion do wyżłobienia w kształcie serca. Ciężka, czterometrowa zbrojona kolcami brama zaskrzypiała rozwierając się. Kłęby dymu wzbiły się w górę, powoli opadając.
Gejralt zamknął oczy i wciągnął powietrze nosem unosząc podbródek. Uśmiechnął się przy tym lekko. Do jego uszu dochodziły coraz głośniejsze dźwięki dudniącej muzyki. Zapach truskawek, odżywki do włosów i blask cekinów mieniących się na jego twarzy sprawiły, że się rozmarzył.
– Czuję się jak w domu… – wyszeptał.
– Gejralt, kurwa – zaczął Zołman. – Przecież ty jesteś w domu.
Wejdźmin przeszedł przez bramę tanecznym krokiem pozdrawiając sędziwego starca, który lał wodę ze szlaucha przed wejście i imitował dźwięki burzy, wesoło popierdując w coś na kształt trąby.

Homo Moher, kompleks zamkowy z siedemdziesięcioma eleganckimi pokojami, dziewięćdziesięcioma pięcioma łazienkami, jadalnią w kształcie serca, wyrafinowanym zespołem spa, czternastoma wykwalifikowanymi masażystami, sauną, rozległym dziedzińcem z licznymi basenami o osobliwych kształtach i eleganckim barem pośrodku, tętniła życiem. Grała muzyka z hitami z pierwszych list przebojów, drinki i ostrzałki do golenia nóg rozdawano tu za darmo, świeciło słońce, a na leżakach wygrzewali się błyszczący od olejków wejdźmini popijając kolorowe trunki. Inni pływali na różowych materacach przemierzając baseny wzdłuż i wszerz (no, głównie wzdłuż), lub zjeżdżali na fikuśnych ślizgawkach, co też czynili z wielką frajdą. Mlaskier pobiegł w ich stronę.

– Gejralt! Kupę lat! – zawołał Wazelin, najstarszy z wejdźmińskiego cechu i zarazem ojciec wszystkich wejdźminów, doskonały nauczyciel, stary zboczeniec i pierwszy imprezowicz. – Nic się nie zmieniłeś! Chociaż przydałby ci się odprężający masaż i jakaś maseczka na podkrążone oczy. Roberto, zajmij się Gejraltem. Zaraz zrobimy cię na bóstwo!
Wazelin rozłożył ramiona.
– Zołman! Ty tu chyba pierwszy raz? Witaj po tej stronie Homo Moher, gdzie w jacuzzi są oliwki, w martini pływają bąbelki, na drzewach rosną życzenia, a gruszki spełniają marzenia! Czy coś takiego. O! – wrzasnął nagle. – Gejralt, widzę że przyprowadziłeś nowego rekruta. No no, nada się. Chłopcze, możesz być z siebie dumny. Zostałeś… „zwerbowany” – rzekł, puszczając mu oczko – przez najlepszego wejdźmina, jaki stąpał po tej ziemi. Choć no tu, niech cię ucałuję!
– Nawet nie chcę na to patrzeć – burknął Zołman.

Masażysta pocierał ciepłe dłonie olejkiem kokosowym i z wielką gracją przyłożył je do idealnie gładkich, jasnych pleców, odgarniając uprzednio pasemka srebrnych włosów. Powietrze było ciężkie i senne. Słodkawe zapachy, czuły Roberto i iskrzący ogień rozluźniły roznegliżowanego wejdźmina.
– To co cię do nas sprowadza, Srebrny Wilku? – wtrącił Wazelin, przyglądający się Gejraltowi z drugiego końca sali. Palił fajkę waniliową uważając przy tym, by nie podpalić swej bujnej, fioletowej brody. – Przyszedłeś podszkolić młodych rekrutów?
– Hmm, nie – mruknął Gejralt w półśnie. – Już jednego młodego wczoraj wyszkoliłem… Tak jakby… niechcący.
– A więc?
– Nie chce mi się już tego masażu. Idę do sauny – odparł i zniknął w wielkiej drewnianej, parującej beczce.

Uroczysta kolacja była już prawie gotowa. Zniecierpliwieni rekruci siedzieli ciasno przy sercowym stole, wyczekując nadejścia legendy. Wielu znało Srebrnego Wilka tylko z opowiadań, toteż ekscytacja sięgała zenitu.
Na sali rozległ się pomruk zdumienia, a potem zbiorowe westchnienie. Gejralt, ubrany w biały dublet ze srebrnymi wstawkami, giętko zszedł ze schodków, przeczesał gęste włosy i spoczął na samym czubku sercowego stołu, uśmiechając się zalotnie. Wiedział, jak zrobić wrażenie.
– Może pralinkę? – odezwał się kelner.
– A żebyś wiedział – zaczął ochoczo Zołman, siedzący obok Gejralta.
– Zołmanie, nie jedz tego – rozkazał wejdźmin.
– A to niby czemu?
– Jak sama nazwa wskazuje, ta pra-linka to coś bardzo starego. Czyli nieświeża.
Zołman zdębiał.
– Jak prababcia. Albo prawidło – tłumaczył wejdźmin, wywracając oczami.
Krasnolud zjadł pralinkę.
– E he. A możesz mi w takim razie powiedzieć, co to jest „widło”? – zapytał.
– Taki duch, Zołmanie – szepnął Gejralt. – Nie zadawaj takich oczywistych pytań głośno, bo się będą z ciebie śmiać.
Kiedy Srebrny Wilk skończył opowiadać młodym rekrutom o swoich ostatnich przygodach, Zołman był już zbyt pijany, aby bronić się przed ściskającymi go wejdźminami. Mlaskier zaczął mówić wierszem. Było grubo po północy.

Gejralt zamilkł nagle. Wyciągnął zapałkę, odpalił ją i uniósł. Tańczący płomień odbijał się w jego zmartwionych, błyszczących oczach. Nikt prócz Wazelina nie zwrócił na to uwagi.
– Kończy mi się czas, Wazelinie – rzekł wejdźmin.
– Czas na co? – dopytywał nauczyciel.
– Przyjechałem zregenerować siły. Być może po raz ostatni.
– Jak zwykle dramatyzujesz, Gejralt.
– Nie tym razem. Jestem w czarnej dupie.
– Tak, słyszałem o Mundo.
Gejralt przewrócił oczami.
– Nie o to mi chodziło – odparł. – Być może niedługo będę potrzebował pomocy wszystkich braci.
– Powiesz mi, co się dzieje?
– Mmm… – wejdźmin zastanowił się. – Nie.
– Wiedz, że zawsze możesz na nas liczyć – wygłosił Wazelin i przysnął na moment.

Na sali skończył się alkohol i eliksiry, toteż większość wejdźminów popadła w czarną rozpacz.

– To co teraz będziesz robił? – dopytał Wazelin, ocknąwszy się na okrzyk „jest wódka!”.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jutro ruszam z powrotem do Wyrżnijmy, Fjutest ciągle mi wisi. Ale najpierw… – dodał, wychylił kielicha i wmieszał się w tłum młodych rekrutów.

Mlaskier wyszedł na zewnątrz. Przejechał palcem po czerwonej mazi na murach i uśmiechnął się. Lubił dżem truskawkowy. Wdrapał się na jedną z wież i usiadł na dachu, z którego rozciągał się widok na całe Homo Moher. Pod sobą miał obszerny dziedziniec, bardzo różniący się od tego z basenami i radosną muzyką. Zrobiło mu się smutno i poczuł się samotnie. Pomyślał wtedy o Gejralcie.
Spojrzał na rozgwieżdżone niebo, zamknął oczy i podkulił kolana.
– Chciałbym, żeby Gejralt dostał to, czego pragnie najbardziej – szepnął.
Jedna z gwiazd rozbłysnęła, mrugnęła i zniknęła, pozostawiając za sobą mieniący się ogon.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *