Łódka dobiła do brzegu z jednym tylko pasażerem na pokładzie. Krasnolud zeskoczył na plażę, przeszedł kilka kroków i, rozkłądając ręce, z głośnym “aach” padł na ciepły piasek. Nie to, żeby Zołman nie lubił swoich przyjaciół, pewnego dość specyficznego wejdźmina oraz poety, na którego słowo “specyficzny” to było stanowczo za mało, ale samotne wakacje marzyły mu się od dawna, a bezludna wyspa wyśmienicie się do tego celu nadawała.
Tu przynajmniej istniało nikłe pradopodobieństwo, że przydarzy mu się coś dziwnego, takiego jak konieczność gry w „zgadnij jaką jestem divą”, albo gwałt. Przez cały tydzień tylko on, słońce, i łódka delikatnie kołysząca się na falach. Na falach… No tak, zapomniał ją przycumować. Dryfowała sobie teraz spokojnie oddalając się od brzegu. Zołman zaklął. Mógłby jeszcze spróbować do niej dopłynąć, gdyby nie to, że spod łódki z nienacka wyłoniła się zielona, pokryta przyssawkami macka i gwałtownie wciągnęła ją pod powierzchnię wody. Dało się słyszeć stłumione beknięcie, a w miejscu, gdzie przed chwilą była pojawiły się bąbelki. Krasnoluda jakoś specjalnie to nie zdziwiło. W porównaniu do tego, czego doświadczał na co dzień, kiedy przebywał z Gejraltem i Mlaskrem, potwory morskie i brak możłiwości powrotu były co najwyżej drobnymi niedogodnościami, przynajmniej nienaruszającymi bezpośredniej cielesnej nietykalności. Poza tym, postanowił przez ten tydzień w ogóle niczym nadmiernie się nie przejmować.
Otworzył plecak i wyjął sobie z niego kanapkę z szynką, którą zjadł ze smakiem i zaczął myśleć o rozbiciu obozowiska. Gdy wydobywał właśnie z plecaka namiot, natrafił w nim na coś, czego pakowania w ogóle sobie nie przypominał. To było zawiniątko, na którym, na domiar złego, przyczepiony był liścik zamknięty woskową pieczęcią z różowym serduszkiem. Poprzysiągł sobie pod żadnym pozorem nie otwierać tego, czymkolwiek on miałby być, prezentu.
Wytrzymał pół godziny. W tym czasie myśl o tajemniczym pakunku nie dawała mu spokoju, bo wiedział, że czegoś takiego jak “niespodzianka od gejralta” nie da się zignorować. A przynajmniej nie powinno się tego robić, bo to mogłoby tylko powiększyć potencjalne jej konsekwencje.
Kiedyś jeden młodzian upatrzył sobie w barze niewiastę. Ostrzegano go, że w istocie był to wejdźmin, któremu bycie branym za kobietę przez przystojnych mężczyzn ani trochę nie przeszkadzało. Młodzian lekkomyślnie zignorował te ostrzeżenia, uznając je za brednie i, jak głosi wieść, podobno bardzo ucierpiała na tym później jego duma. A wieść ma to siebie, że czasami robi literówki.
Zołman niechętnie odpakował zawiniątko, znalazłszy w środku jakby mały totem z doczepionymi dyndającymi kółkami i pawim piórem, a potem złamał pieczęć i otworzył liścik. Było to kilka zdań wykaligrafowanych na licznie ozdobionym serduszkami i odciśniętymi szminką buziaczkami papierze.
“Drogi Zołmanku,
Gdyby czasem doskwierała ci tam samotność, to mam tu dla ciebie małą niespodziankę. Dostałem to urządzenie od pewnego czarodzieja w zamian za uratowanie jego zadka (dosłownie) przed pewnym rozwścieczonym Dymonem. Ten magiczny przedmiot zwie się Re-dup-likatorem. Kiedy będziesz potrzebował towarzystwa, po prostu powiedz do niego magiczne słowo. Poprosiłem czarodzieja o ustawienie tegóż słowa na:”
Niestety magicznego słowa odczytać się nie dało, ponieważ przykrywał je różek jednego z licznie odciśniętych na liście buziaczków. Zołman uznał, że może to nawet lepiej. Był pewien, że nie skorzysta z pomocy tego dziwnego wynalazku, ponieważ całym sensem jego wyprawy było UNIKANIE towarzystwa, a z całą pewnością jego użycie poskutkowałoby w jakiś sposób niespodziewaną wizytą wejdźmina. Albo, co gorsza, przeteleportowałoby go w jakieś miejsce gdzie wejdźmin by się już znajdował. Najpewniej jakieś ciepłe, przytulne i romantyczne miejsce, przykładowo, łóżko w Homo Moher.
Krasnolud pomyślał więc, by na wszelki wypadek po prostu wrzucić ten Redupatator do oceanu. Problem w tym, że fale mogłyby wyrzucić go z powrotem na brzeg, albo zawarta w nim magia mogłaby się uwolnić i jakoś przejść na to, co wcześniej pożarło jego łódkę, albo… Nie, to nie był dobry pomysł.
Znacznie bezpieczniej było ów przedmiot niezwłocznie zakopać głęboko w ziemi. Wydobył z plecaka łopatkę i wyruszył na poszukiwania odpowiedniego ku temu miejsca. Nie korciło go przy tym ani na chwilę, by sprawdzić, co ta dziwna rzecz właściwie robi.
Znalazł w końcu niewielką polankę, na której grunt wydawał się wilgotny, a zatem zdatny do wykopania głębokiej dziury i niezwłocznie przystąpił do pracy. Kiedy skończył, wygramolił się z dołka, w którym stał prawie po szyję i miał już wrzucić do niego tajemniczy przedmiot. Spojrzał na rzecz po raz ostatni i uśmiechnął się złośliwie.
– No tego, Gejraltku, to się nie spodziewałeś – mruknął. – Ale ja już nauczyłem się odpowiednio obchodzić z twoimi różowo-słodziutkimi pomysłami.
Zołman wyciągnął rękę nad krawędź dołka i wtedy zauważył, że Re-dup-likator znacznie się ocieplił. Nie zdążył nawet skończyć mówić “o kurwa”, gdy rozbłysło jasne, seledynowe światło, a Zołman zrozumiał, że musiał przypadkiem wypowiedzieć zakodowane w nim magiczne słowo.
Kiedy światło zniknęło, ujrzał postać, której, z pewnością, wcześniej tam nie było. Nie był to jednak ani wejdźmin, ani żaden morski potwór, ale ktoś jeszcze bardziej niespodziewany. Patrząc spod krzaczastych, zmarszczonych brwi stał po drugiej stronie dołka on sam. Drugi Zołman niczym nie różnił się od oryginału do tego stopnia, że nawet kawałek kanapki, który został mu na wąsach po śniadaniu dyndał u niego dokładnie w tym samym miejscu.
Zołmanowi przemknęło przez myśl, że to musi być jakiś miraż, ułuda, albo magiczne lustro, choć może niedokładne, bo on w rzeczywistości był o wiele przystojniejszy i o co najmniej kilka centymetrów wyższy. Dla spokoju pomachał w powietrzu ręką. Jego odbicie zrobiło to samo. To była ulga – rozumiał już na czym polega działanie magicznego artefaktu. To jakiś rodzaj zaczarowanego, trójwymiarowego zwierciadła, w które samotny podróżnik może sobie dla towarzystwa…
– Hmmm – odezwał się Drugi Zołman, mierząc Zołmana krytycznym wzrokiem. – Myślałem, że jestem wyższy. A ty co? Siebie nie widziałeś?
Zołman chciał coś odpowiedzieć, ale z jego poruszających się lekko ust nie wydobył się żaden dźwięk. Ten drugi podrapał się po zadku.
– Umieram z głodu – rzekł. – Idę, może w plecaku zostało mi jeszcze jakieś żarcie. A ty rób co chcesz, zasadniczo mam to w dupie.
I poszedł. Zołman w końcu otrząsnął się i przeskoczywszy dołek jednym susem pognał za tym kogo nie mógł przecież nazwać nieznajomym. Dogonił go dopiero na plaży, gdzie z oburzeniem zauważył, że jego namiot jest już rozstawiony, a ze środka, przy akompaniamencie głośnego chrapania wystają dwie owłosione nogi. Na dodatek tuż obok walały się zwinięte w kulki papierki po dwóch kanapkach, które zostawił sobie na później w plecaku. Zwłaszcza ta z salcesonem go rozwścieczyła, bo Drugi Zołman zostawił z niego chrząstki. Zołman zawsze zostawiał chrząstki, ale skrzętnie to ukrywał z dbałości o wizerunek. Wpadł do namiotu i złapał śpiącego tam osobnika za fraki.
– Czym ty jesteś – wykrzyknął. – I jakim, kurwa, prawem, zeżarłeś mi salceson?!
Drugi Zołman niechętnie otworzył oczy.
– Psia mać, pospać nie dadzą na wakacjach – wymamrotał z nieukrywanym wyrzutem w głosie. – To ty jeszcze nie rozumiesz? Hmm, dziwne, bo w końcu jesteś mną. Ten Redupator, czy coś tam, co dostałem go od Gejralta, to wolałem nie ryzykować, że coś się stanie. Chciałem już się go pozbyć, ale przypadkiem widać powiedziałem magiczne słowo, no i niespodziewanie, jak końskie jajca w środku nocy, Puf! Plop! I pojawiłeś się ty. Pewnie jesteś jakąś magiczną podróbką, albo co…
– To ty jesteś podróbką! – z wściekłości Zołman wybałuszył oczy.
– Tak, a bo co? – żachnął się Drugi.
– Bo… Bo… Ha! Bo to JA mam Redupatron! – Zołman na dowód pokazał wciąż trzymany w ręku totem. Na to Drugi pogmerał w kieszeni i, ku rozpaczy Zołmana Pierwszego, wyjął z niej dokładną kopię przedmiotu.
– He, he, ale farsa – zarechotał Drugi. – Więc widzisz, no jak tak to już nigdy…
– Zamknij się!
– Spokojnie, bez nerwów mi tu – Drugi wzruszył ramionami. – Musimy tylko jakoś…
Zołman kopnął go i zakrył mu usta dłonią. Zabrał ją dopiero gdy po minie Drugiego mógł wywnioskować, że tamten pomyślał w końcu to samo co on. Z każdym wypowiedzianym przez nich słowem rosło bowiem prawdopodobieństwo, że znowu trafią na to właściwe, uruchomią Dupa-retator i pojawi się kolejna kopia. Albo nawet dwie. Do tego każda z własnym, kolejnym kopiującym urządzeniem.
Obaj milcząco zastanawiali się jak rozwiązać zaistniałą sytuację, i każdy z nich zaczynał poważnie rozważać, dla spokoju, porąbanie tego drugiego toporem, gdy wejście do namiotu rozsunęło się.
– Jaaa pierdoolę – powiedział należący do tego, kto wsadził tam głowę, niski głos, który Zołman znał bardzo dobrze.
Miał tego dość. To miały być wakacje bez dziwnych przygód. Podniósł się i wyszedł z namiotu, postanawiając resztę urlopu spędzić w jakiejś innej części wyspy, z dala od tych magicznych niby-Zołmanów. Na plaży minął jeszcze dwóch z nich, którzy prowadzili zażartą dyskusję o tym, kto ma bujniejszą brodę. Zołman fuknął i pomaszerował przed siebie.
Po godzinie uznał, że wystarczająco oddalił się od gromadki irytujących krasnoludów i poczuł ogromne zmęczenie tymi całymi relaksującymi wakacjami. Znalazł więc porośnięte mchem miejsce pod drzewem, gdzie było miękko i umościł się tam wygodnie. Leżąc pomyślał jeszcze, że w zasadzie Gejralt miał dobre chęci, wciskając mu ten dziwny, magiczny przedmiot. Dał mu przecież okazję by być samemu, ale nie w samotności. Tylko, dodał w myślach, “nie wziął pod uwagę, że taki jestem wkurwiający”. Zasnął głęboko.
Obudziło go intensywne szarpanie za ramię. Otworzywszy oczy zobaczył przyglądającego mu się z bliska Zołmana, który na głowie miał jakby kwadratową, niebieską czapeczkę z daszkiem.
– Noo, stary, musisz się, że tak powiem, przemieścić – powiedział tamten. – Tu nie ma spania!
– Co…? – wybełkotał Zołman.
– No przeszkadzasz nam tu. Prowadzimy wycinkę. Nie wszyscy tak se mogą po prostu leżeć.
Ku zadowoleniu tamtego, Zołman podniósł się i ledwo mógł uwierzyć własnym oczom. Wokół krzątało się co najmniej kilkudziesięciu Zołmanów. Niektórzy ścinali właśnie drzewa za pomocą bojowych toporów, inni transportowali pnie za pomocą wcale porządnie wyglądających drewnianych wózków, a było też kilku, którzy nadzorowali całą operację wydając polecenia i odhaczając coś na trzymanych w rękach kartkach.
– Myślałeś, że jak się tu zachomikujesz, to ominie cię robota, co? – odezwał się ten, który go obudził. – He, he, he. Też mi to przeszło przez myśl. Ale nie ma tak dobrze! Byś lepiej pomógł nam, albo tam, przy budowie.
Zołman nie odpowiedział. Podążył wzrokiem w kierunku wskazanym przez Zołmana w czapeczce, ale widok wciąż przesłaniał las. Skinął tylko głową, zmarszczył brwi i poszedł zobaczyć o co tamtemu chodziło, i co mogły te jego pracowite sobowtóry tam gdzieś “budować”. Miał szczerą nadzieję, że wciąż śni.
Piętnaście minut później minął jakiegoś Zołmana mozolnie ciągnącego wypełniony kłodami wózek, gdy las skończył się niespodziewanie, a jego oczom ukazało się miasto.
Drewniane budynki, wiele z nich otoczonych rusztowaniami, wznosiły się nieraz na wysokość kilku pięter. Wokół nich jak mrówki uwijali się niezliczeni Zołmani, a gdzieniegdzie, podczas jakiejś wymiany zdań z głośnym Plop! Pojawiał się nowy krasnolud i rozglądając się na boki głośno klął, załamywał ręce lub też wzruszał ramionami i niezwłocznie przystępował do pracy.
Zołman wszedł między zabudowania, gdzie bez problemu wmieszał się w tłum, i nie wiedział już, czy powinien być wściekły, czy zafascynowany tym, co się wokół niego działo. “Niezależnie od tego, co będę musiał zrobić, żeby to odkręcić” – pomyślał – “w końcu widać na co mnie stać! Własnymi rękami zbudowałem całe pieprzone miasto.“ Zaśmiał się w głos, jednak miało to coś ze śmiechu szaleńca.
Zauważył niewielki stragan z wielkim napisem „Hot-Dogi!”. Obsługiwał go Zołman ubrany w biały fartuch. Niestety, jak Zołman się dowiedział, aby cokolwiek kupić, potrzebował pieniędzy. Miasto, zwane już Zołmanią, położone na wyspie o tej samej nazwie, posiadało bowiem własną walutę – zwaną Zołmanem – bitą od wczoraj w zakładzie menniczym Zołman&Zołman, znajdującym się przy skrzyżowaniu ulicy Zołmańskiej z Zołmanistą. Hot-dog kosztował pięć Zołmanów, a na to Zołmana zwyczajnie nie było stać. Sprzedawca, jakby nigdy nic, zaproponował mu zatrudnienie go do pomocy, za nieuczciwą zdaniem ich obu stawkę w wysokości dwóch i pół Zołmana za godzinę.
Zołman już i tak był na skraju szaleństwa, więc po prostu się zgodził. Był już teraz pewien, że ten dziwny sen skończy się, kiedy w końcu obudzi go śpiew ptaków, leżącego samotnie na plaży swojej bezludnej wyspy.
Pośród rosnącego na jego oczach miasta, sprzedawał zatem wraz z Zołmanem W Fartuchu niezdrowe jedzenie niezliczonym Zołmanom, aż do późnego wieczora, kiedy to zarobiwszy ponad dwadzieścia Zołmanów udał się do nowopowstałego hotelu o nazwie Zołmannt i wykupił tam najtańszy z dostępnych apartamentów. Potem, żałując, że w tym całym śnie nie jest przynajmniej królem tej wyspy (panowała tam, jak wyjaśnił mu pewien Zołman – Zołmanokracja Ludu), poszedł spać.
Obudził go dźwięk bijących dzwonów. Recepcjonista poinformował go, że na głównym placu Zołmanii organizowany jest uroczysty wiec. Pokonując narastającą panikę, że to wszystko może jednak dziać się naprawdę, Zołman udał się tam śladem innych Zołmanów i na miejcu dowiedział się, że w drodze głosowania planują oni ustalić raz na zawsze, który z nich jest Zołmanem Oryginalnym; tym, który przybył na wyspę i jako pierwszy użył Dupperpilatora. Kandydaci mieli wygłaszać przemówienia, wdawać się w polemiki i przekonywać wszystkich do głosowania właśnie na nich. Zołman też wziął udział. Zajął przedostatnie miejsce, a za nim znalazł się tylko pewien Zołman-niemowa, który, w skutek jakiegoś błędu magicznego totemu, był czarny i miał rozbieżnego zeza.
Następnie omawiano sprawę postępującego przeludnienia, i w efekcie postanowiono komisyjnie zniszczyć wszystkie Rudedepilklatory.
Zołmanowi szkoda było ostatków psychicznego zdrowia, żeby się tym przejmować. Poszedł pozwiedzać. Spacerując po – już brukowanych – ulicach Zołmanii dotarł do takich obiektów jak boisko do gry w Zołball, pomnik Wielkiego Zołmana, ogród Zołmanologiczny i skwer imienia Nieznanego Zołmana. W sumie nawet mu to wszystko schlebiało.
Innych Zołmanów zasadniczo unikał. Działali mu, z wzajemnością, na nerwy, choć kilka razy dowiedział się też od nich czegoś ciekawego. Na przykład pewien Zołman palący fajkę w Porcie Imienia Zołmana wyjaśnił mu, dlaczego port jest dziwnie mały, a cumuje w nim tylko jeden niewielki kuter rybacki (kuter miał na burcie wygrawerowany napis “Zołman II”, ponieważ nazwa “Zołman” podobno była już zajęta).
Wszystko w Zołmanii było mianowicie drewniane lub kamienne, ewentualnie stalowe, ponieważ tych surowców było na wyspie pod dostatkiem. Nie było jednak ani lnu, ani bawełny, i nie dało się w żaden sposób wyprodukować żagli. Jedyny kuter miał je tylko dlatego, że wykorzystano w tym celu materiał z namiotu, który Zołman przywiózł ze sobą na wyspę.
Na pocieszenie ów portowy Zołman dodał, że jakaś grupa Zołmanów prowadziła intensywne prace nad wyhodowaniem nowego gatunku wełnistych owiec, z których możnaby potem czerpać włókna na tkaniny do żagli i ubrań. Zołman z ciekawości poszedł je zobaczyć, ale na miejscu zmuszony był zauważyć, że przedsięwzięcie miało nikłe szanse na przyniesienie rezultatów wcześniej, niż za kilka miliardów lat. Zołmani-biolodzy mieli bowiem na razie tylko kilka słoików wypełnionych biedronkami, które starali się tak ze sobą krzyżować, żeby ich potomstwo było coraz bardziej podobne do owiec. Zresztą, co on tam wiedział, może to i było dobre podejście. Nauka nigdy nie była jego mocną stroną.
Po kolejnej nocy w hotelu Zołmannt, czwarty dzień swoich wczasów dał się Zołmanowi we znaki. Przesiedział go w więzieniu, bo z samego rana naubliżał jakiemuś wyjątkowo zołmaniastemu Zołmanowi, i kiedy przybyła straż – Zołmilicja, na nic zdały się jego tłumaczenia, że wyzywanie samego siebie od kretynów i Zołmanów nie jest przecież niczym niestosownym.
Wyszedł dopiero pod wieczór i to tylko dlatego, że znając upodobania strażnika, czyli swoje, przekupił go flaszką krasnoludzkiego bimbru, który cichaczem nabył poprzedniego wieczora od szemranego Zołmana w długim płaszczu za ostatnie trzy Zołmany, które zostały mu jeszcze z jego pierwszej pracy.
Kiedy, zmierzając z więzienia po ciemku do hotelu, minął grupę siedmiu Zołmanów niosących na ramieniu kilofy i podśpiewujących “hej ho, hej ho…”, a którzy akurat opuszczali pokaźny przybytek z różowym szyldem opatrzonym literami “Królewna Zołmanieżka”, uznał, że tego już jest za wiele i że musi niezwłocznie przerwać to szaleństwo. Podjął decyzję o natychmiastowym powrocie do domu.
Jedynym sposobem opuszczenia Zołmanii był ów mały kuter rybacki, Zołman II, który Zołman widział wcześniej przycumowany w porcie. Nie czekając na nic, skręcił w ciemną uliczkę i zaczął przemykać się w stronę morza.
W porcie nie było nikogo, a z wyjątkiem szumu fal odbijających się o burty kołyszącego się z wolna kutra panowała cisza. Zołman wolał jednak nie ryzykować. Przemykał się z cienia do cienia i był już tuż od trapu łączącego stateczek z nabrzeżem, gdy nastąpił komuś na nogę.
– Ała! – powiedział tamten ale zaraz ściszył głos.
– Eee – zająknął się Zołman. – Kim jesteś?
– Jestem Zołmanem – powiedział tamten konspiracyjnym szeptem. – Ćśśś. Ja jestem ten prawdziwy. Oryginalny. Postanowiłem stąd uciekać, bo takie wakacje to nie na moją głowę. Już wolę fanaberie Gejralta i dziwne rzeczy czające się w każdym zakamarku Wyrżnijmy. Więc kradnę kuter i wracam do domu!
Zołman kątem oka zauważył, że w cieniach w różnych miejscach portu coś się porusza. Wyglądało na to, że liczba Zołmanów, którzy skradają się do kutra rosła. Nie czekając na nic, przywalił temu drugiemu w twarz, rozbiegł się i jednym susem znalazł się na pokładzie statku, który natychmiast odcumował. Inni Zołmani też już się nie kryli. Dobiegli do nabrzeża, ale Zołman II zdążył już odpłynąć dobre kilka metrów, więc tylko machali rękami i krzyczeli coś, osobliwie, szeptem, żeby ich nikt nie usłyszał.
Krasnolud odetchnął z ulgą. Jakąś milę od brzegu z wody wyłoniła się wielka, zielona macka, ale kiedy próbowała owinąć się wokół pokładu, Zołman spojrzał na nią powoli.
– Nawet mnie nie wkurwiaj – powiedział kręcąc głową.
Macka zastygła na chwilę w bezruchu, i jakby przemyślawszy sytuację niespiesznie schowała się z powrotem pod wodę.
***
– Zołmanku, no straszliwie się za tobą stęskniłem – powiedział Gejralt, kiedy siedzieli razem i popijali piwo w jednym z najbardziej zatęchłych wyrżnijmijskich pubów.
– A wiesz Gejralt, że, nie żartuję, ja za tobą też.
– Hi hi. A nie kusiło cię, by użyć Re-dup-likatora? Zrobiłem ci na liściku buziaczki.
– A, nie, jakoś nie – Zołman postanowił przemilczeć wobec Gejralta fakt, że gdzieś na świecie jest wyspa po brzegi wypełniona Zołmanami. Taka informacja mogłaby mu zaszkodzić. – A tak z ciekawości, pamiętasz może, jakie było to magiczne słowo?
– Hmm, niech pomyślę – wejdźmin podrapał się po głowie. – „Nabuchodunedazuzor”. Wymyśliłem takie, żebyś czasem nie wypowiedział go przypadkiem.
– Nabu… co? Jesteś pewien?
– No, tak… hej, Mlaskierku!
Zza jednej z kolumn niespodziewanie wyłoniła się głowa pewnego poety.
– Czy na pewno dobrze powtórzyłeś czarodziejowi nasze magiczne słowo? Nabuchodunedazuzor?
Na dłuższą chwilę Mlaskier jakby zastygł w całkowitym bezruchu.
– Tak – powiedział w końcu. – Następnie głowa powoli schowała się z powrotem za kolumną i dało się słyszeć, przysiągłby Zołman, oddalające się pospiesznie kroki.
– No w każdym razie – wzruszył ramionami Gejralt. – Musiało ci być ciężko tak tylko we własnym towarzystwie…
– A żebyś wiedział – Zołman dolał sobie więcej piwa z dzbana. – Że ciężko. Własnego towarzystwa to ja mam na razie serdecznie dość.