Pod drzewami, nieopodal miasta, leżał trup. Jego podgniłe, zielone ciało wydzielało zapach, który nieco gryzł się ze smrodem fiołków porastających okolicę. Obok trupa leżało kilka butelek po eliksirach o osobliwych nazwach. Obok butelek i trupa, leżał na trawie jeden, nieco już wstawiony, wejdźmin.
– … i wtedy powiedziałem, ale skąd wiesz, że to nie do tego służy? – zakończył Gejralt i zaśmiał się głośno z anegdotki, którą opowiedział.
Trup leżał. Wejdźmin nie ustawał.
– Rozumiesz? Bo miało na końcu taką kulkę i…
– Pozwól, że ci przerwę. – powiedziały w końcu zwłoki, ukazując nieliczne, czarne zęby. – Jak rozumiem, referujesz do dwuznaczności semantycznej, która mogłaby wynikać z braku precyzyjnie określonych norm zastosowań urządzenia, o którym wspomniałeś wcześniej. Pojmuję komizm wynikający z kontrastu pomiędzy skrajnie odmiennymi interpretacjami jego przeznaczenia, ale w tej konkretnie sytuacji wydawać by się mogło, że nieporozumienie było uzasadnione?
– Ee, tak. Obojętnie – powiedział wejdźmin. – To na pewno się nie napijesz?
– Mój przyjacielu – zwłoki zastanowiły się chwilę. – Używki nie stanowią bruku pokrywającego usiane perturbacjami fragmenty gościńca, po którym zmierzamy do naszych celów. Ulegają im umysły słabe, bowiem są one redundantną odskocznią od banału naszego jestestwa, który całkowicie zanegować może jedynie śmierć. Jak kiedyś umrzesz, to też to zrozumiesz.
– No to napijesz się, czy nie?
– Tak. Poproszę. – powiedział trup.
Zombie to specyficzny potwór, chyba najbardziej zróżnicowany pod względem właściwości ze wszystkich gatunków, które Gejralt spotkał na swej drodze. Trafiały się wśród zombie osobniki agresywne, które egzystowały wyłącznie w celu gryzienia, szarpania i zjadania mózgów i innych organów wewnętrznych i zewnętrznych, ale zdarzały się też takie, które były całkiem w porządku. Zwłoki Balona von Devolaille, zdaniem Gejralta, były w porządku. Nawet można było się z nimi napić.
– Jesteś w porządku, Devolau eu iel. El. – powiedział Gejralt nieco bełkocząc.
– Wracając do kwestii naszego wspólnego interesu, Gejralt – mówił Balon, podczas gdy przelatująca koło jego ust mucha umarła dotknąwszy jego oddechu. – Twoje zlecenie jest takie: Musisz odkryć, kto mnie zamordował.
– Spoko – powiedział Gejralt wyciągając z kieszeni cienkiego papierosa. – Ale czekaj. Ja zabijam potwory. Czasem nabijam się z nich. I inne takie. Różne. Ale detektywem nie jestem.
– Na zachętę dla Ciebie powinienem wspomnieć o zapłacie. – Zwłoki puściły do Gejratla oczko, ale powieka przykleiła się, więc samo oko pozostało zamknięte. – Jeśli odniesiesz sukces, dam ci przepis na eliksir “Mordo Ty Moja”. Wiesz, co to jest.
Detektyw Gejralt stał przed drzwiami rezydencji Devolaille wraz ze swoim przyjacielem, doktorem Zołmanem, i przyglądał się kołatce.
– No nie wiem, Gejralt – powiedział Zołman. – Ta cała sprawa jest jakaś dziwna. Nie wolałbyś, po staremu, pójść ubić Bazieliżka, albo coś takiego?
– Bazieliżka, bazieliżka. To jest kwestia honoru, mój drogi przyjacielu, doktorze Zołmanie.
– Honoru? Nagrody raczej. Przyznaj się lepiej co ci obiecali i jak moją brodatą babcię kocham, Gejralt, lepiej żeby to nie było mydło.
– Nic – Gejralt powiedział bardzo szybko i bardzo stanowczo.
– W balona to ty możesz robić Balona. I przestań już z tym doktorem.
– Przecież lubisz jak się w niego bawimy.
– Sam lubisz! I nie bawimy się! Ech. – krasnolud dał za wygraną – Co my tu właściwie chcemy osiągnąć?
– Doktorze Zołmanie. Mamy dowiedzieć się, kto zamordował Balona von Devolaille. W budynku mieszka wciąż kilku domowników: ochroniarz Ugabuga, który jest ogrem, ogrodnik Drapichrust, księgowy Waldemar i narzeczona Balona, Renatka. Któreś z nich wypchnęło go przez okno, i naszym zdaniem jest wykud…
– Co?
– Wykadud…
– Gejralt, na litość boską.
– Wykudodad…
– WYDEDUKOWAĆ?
– Nie. Wcale nie. Chciałem powiedzieć coś innego – wejdźmin dumnie zadarł nos.
– Dobrze – krasnolud wskazał otwartą dłonią drzwi. – Wal.
Zołman zignorował klapsa, którego dostał, jak i pełen radości uśmiech na wpatrzonej w niego twarzy Gejralta. Bez słowa wziął głęboki, uspokajający oddech i zapukał kołatką. Drzwi otworzyły się i stanął w nich brzydki ogr ubrany w nienagannie uprasowany surdut.
– Czego. Tu. – rzekł patrząc na nich posępnie.
– Wejdźmin Gejralt oraz mój przyjaciel, doktor Zołman, przybyliśmy aby rozwiązać zagadkę śmierci Balona De… – Gejralt zamyślił się na chwilę. – Już mi się nie chce rozwiązywać tej zagadki. Idę – powiedział, odwrócił się na pięcie i odszedł przeskakując z nóżki na nóżkę.
– Kurwa mać – burknął krasnolud, i pobiegł za wejdźminem aby przyciągnąć go z powrotem.
Wnętrze rezydencji Devolaille pełne było przepychu, ale też swojego rodzaju atmosfery starości. Przywodziło na myśl bardzo dobrze utrzymany, luksusowy strych.
Najpierw należało ustalić, od czego zacząć dochodzenie. Gejralt co prawda nigdy wcześniej nie rozwiązywał jeszcze zagadki kryminalnej, ale, jak poinformował Zołmana, no i co z tego.
– Chyba powinniśmy przesłuchać świadków? – zagaił krasnolud.
– Wyśmienity pomysł! – ucieszył się wejdźmin. – Jak ja na to wpadłem?
Lepsza propozycja nie pojawiła się, więc należało zabrać się za przesłuchania. To znaczy, była jedna propozycja Gejralta, która nie dotyczyła przestępstwa, ale stojącego w kącie wypchanego nosorożca oraz Zołmana. Krasnolud, nie wiedzieć czemu, zignorował ją, stanęło więc na tym, że Gejralt poprowadzi rozmowy, a Zołman, jako zdecydowanie silniejszy z nich obojga, będzie przyprowadzał świadków.
Pierwszy na fotelu w gabinecie, który wybrali sobie jako pokój przesłuchań nie pytając nikogo o zgodę, zasiadł starszy, łysawy pan o wrednym wyglądzie.
– No? – burknął Waldemar. – Mnie przepytywać będą na stare lata wejdźminy jakieś? Tacyście mądrzy?
Gejralt uśmiechnął się i odchrząknął.
– Takim. Oto mała demonstracja. – powiedział, nabrał dużo powietrza w płuca i kontynuował na jednym wydechu – Brud za paznokciami twoich palców jest beżowo-różowy, z czego wnioskuję, że najczęściej występującymi kwiatami w ogrodzie pana Devolaille jest rzadki gatunek róż Koulec N’Patyku wydzielających żywicę o tym specyficznym kolorze, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Zajmowałeś się nimi nie wcześniej niż dzisiaj rano, w przeciwnym wypadku pyłek w różkach twoich paznokci zdążyłyby już zaschnąć. Mieszkasz na stałe w wiosce, która znajduje się na południe stąd. To wywnioskowałem z minimalnie głębszych zmarszczek na lewej połowie twojej twarzy. Słońce, jak wiadomo, pogarsza kondycję cery, a to właśnie jego promienie oświetlają twoją twarz od wschodu rano, kiedy zmierzasz do pracy w ogrodzie rezydencji, ale nie późnym popołudniem, kiedy wracasz do wioski. Mam kontynuować?
– Nie – powiedział księgowy Waldemar. – Po pierwsze pomyliłeś mnie z ogrodnikiem. Po drugie, mieszkam w kanciapie na parterze. A za paznokciami to mam resztki skórki z pomarańczy, co se ją właśnie obieram.
Wejdźmin spojrzał na owoc trzymany w ręku przez Waldemara i zmarszczył brwi.
– To będzie trudniejsze niż myślałem – powiedział cicho do Zołmana, obserwowany obojętnie przez siedzącego na fotelu Waldemara. – Potrzebna będzie nam pomoc, Zołmanie. Tylko czyja?
– Gejralt! Kopę lat! – Mlaskier uwiesił się Gejraltowi na szyi. Wciąż miał na sobie długie spodnie, ale kapelusz z wypchanym ptakiem na jego głowie świadczył, że grajek powoli wracał do swojego normalnego* sposobu bycia.
– Widzieliśmy się dwie godziny temu – przypomniał wejdźmin. – Tuż przed tym, jak poszedłem spotkać się z trupem. Ale wiś sobie.
Mlaskier skorzystał z propozycji i sobie wisiał.
– Co się dzieje? – zapytał.
– Szukamy mordercy naszego zleceniodawcy. Pomyślałem, że przydałaby nam się pomoc.
– Mlaskier ochoczo pokiwał głową. Robimy tak jak zawsze?
– Jasne.
Gejralt odczepił sobie z szyi Mlaskra i postawił go na podłodze.
– Gotowy? – zapytał grajka.
– Gotowy! – zasalutował Mlaskier.
– No to uwaga… Mlaskier! Szukaj!
– Tak, tak! – uśmiechnął się szeroko grajek i podskoczył. – Szukam! Czego szukam?!
– Szukaj wskazówek!
– Szukam!
Mlaskier wywiesił język, wrzasnął z ekscytacji i wymachując rękami wybiegł z pokoju przez drzwi. Niestety nie zauważył, że były zamknięte, uderzył w nie i stracił przytomność.
– Trudniejsze niż myślałem… – powtórzył do siebie Gejralt, filozoficznie drapiąc się po brodzie.
Przesłuchania pozostałych domowników również nie przyniosły zadowalających rezultatów. Ogrodnik Drapichrust nie okazał się zbyt pomocny, zwłaszcza, że umarł trzy lata wcześniej, ogr Ugabuga umiał powiedzieć tylko dwa słowa (”Czego.” Oraz “Tu.”) a narzeczona Balona, Renatka, była zdecydowanie zbyt wątłej postury, żeby kogokolwiek skądkolwiek wypchnąć. Jak na dziewięciolatkę była za to dość wygadana, więc powiedziała na odchodne “pieprzcie się” i zamknęła się w pokoju.
Gejralt, Mlaskier i Zołman siedzieli w gabinecie nie bardzo wiedząc, co dalej. Zołman chodził w kółko przyglądając się bogato zdobionym meblom, Gejralt golił nogi i rozmyślał, a Mlaskier od godziny w skupieniu układał puzzle z kwiatkiem, które dostał kiedyś od swojej jedynej dziewczyny. Składały się z sześciu elementów, ale cztery już dawno się zgubiły, więc zadanie nie było takie łatwe. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że, o czym Mlaskier nie wiedział, jeden z dwóch pozostałych kawałków leżał obrazkiem do dołu.
– I to by było na tyle – westchnął w końcu wejdźmin. – Powinniśmy byli poprzestać na Bazieliżkach.
– Mówiłem, że to bez sensu – powiedział Zołman. – Mnie się na ten przykład już chce do wychodka. A ta zdobiona szafka wygląda podejrzanie jak jakiś, no nie wiem, barek.
Wszyscy spojrzeli na szafkę, którą właśnie otwierał krasnolud. Ich oczom ukazał się schowek zawierający niezliczoną ilość naczyń i butelek pełnych najbardziej egzotycznych trunków. Towarzysze wyraźnie się rozpromienili.
– To co, będzie się lepiej myślało? – powiedział Zołman czytając etykietki. – Balon już raczej się nie obrazi?
Mlaskier porzucił puzzle i ochoczo podbiegł do szafki. Wyjął z niej trzy duże kielichy. Wybrał też jedną małą butelkę.
– Ta nie. Ta miała brzydki kolor – powiedział wyrzucając ją przez okno. – Ale te inne…
– I wtedy mówię mu… ale skąd wiesz, że to nie do tego służy? – zakończył opowiadać anegdotkę Gejralt, jakiś czas później.
Zołman i Mlaskier ryknęli śmiechem, aż kilkadziesiąt pustych butelek zatrzęsło się na stole. Gejralt jednak nagle posmutniał.
– Nie będzie z nas detektywów – powiedział. – Zagadka Balona pozostanie nierozwiązana.
Drzwi pomieszczenia otworzyły się skrzypiąc. Do środka głowę włożył księgowy Waldemar i odchrząknął.
– Bo tak to właśnie jest. Tyle dobrych chęci – ciągnął monolog wejdźmin. – Ale może nasz los jest już z góry zapisany w gwiazdach…
– Przepraszam – powiedział Waldemar. – Ja już tak dalej nie mogę. Nie wytrzymam tej presji.
– Człowiek ćwiczy, trenuje, zdobywa doświadczenie… – zamyślił się Gejralt. – A wszystko to tylko w jednym celu.
– To ja zabiłem Balona. – powiedział księgowy opuszczając głowę. – To ja. Wypchnąłem go z zazdrości o Renatkę. Zróbcie ze mną co chcecie.
– Zabijam potwory. Zabijam, zabijam. I co? – Wejdźmin zadumał się na poważnie. – Czy ktoś w ogóle to docenia?
– Gejraaalt, przecież wiesz, że cię doceniamy – pocieszał go Zołman.
– Zabiłem Balona! – zniecierpliwił się Waldemar. – Wypchnąłem go z pieprzonego okna. Rękami. Tego właśnie tu! Okna.
– Ja tam nie wiem nic o żadnych potworach – dodał Mlaskier. – Poza tym, znowu zgubiłem puzzel.
Waldemar przeszedł przez cały gabinet omijając wciętych towarzyszy, otworzył okno i stanął na parapecie. – Stał tu! – krzyknął. – A ja go popchnąłem i spadł!
– Życie, życie. My, wejdźmini sami sobie zgotowaliśmy ten los! – lamentował głośno Gejralt.
Waldemar patrzył na niego ale zabrakło mu słów.
– Gejralt! Trzeba żyć pełnią życia! – wrzasnął nagle Mlaskier wymachując pustą butelką. – Tak jak ja! Korzystam z życia, nie przejmuję się. Jak mi się coś nie podoba, to to wyrzucam! – grajek nie patrząc celnie wyrzucił butelkę przez okno aby zilustrować swoją tezę. Na drodze stanął jej jednak Waldemar, który zachwiał się i wypadł. – Pełnią życia! Gejralt. Pełnią życia!
Świtało już, kiedy Gejralt, Mlaskier i Zołman obudzili się wciąż siedząc w fotelach gabinetu wśród dżungli butelek. Mieli potwornego kaca. Gejralt podrapał się po głowie i nagle jego oczy rozszerzyły się.
– Mlaskier! Zołman! Zgromadźcie wszystkich natychmiast w salonie! – krzyknął. – Już wszystko wiem!Godzinę później jego towarzysze zwlekli się z foteli i wyszli z gabinetu powłócząc nogami i marudząc pod nosami.
Renatka, ogr Ugabuga, księgowy Waldemar, z ręką na temblaku, Zołman i Mlaskier siedzieli na kanapach, które ustawione były przy ścianach obszernego salonu. Na środku pokoju stał Gejralt, chwiejąc się nieco i spoglądając na wszystkich triumfalnie.
– Rozwiązałem zagadkę śmierci Balona Devolaille’a! – ogłosił. – A zatem, nie przedłużając, ujawnię, kto jest mordercą.
Wszyscy czekali w skupieniu.
– Jest nim… Zołman! – wykrzyknął Gejralt wskazując palcem oskarżycielsko na krasnoluda.
– Gejralt. Skoncentruj się – odparł spokojnie krasnolud.
– A tak. To nie mógł być Zołman – powiedział pod nosem wejdźmin. – W takim razie nie wiem.
Połowa obecnych na sali pacnęła się w czoło. Druga połowa skryła głowy w dłoniach.
– To ja – powiedział znudzonym głosem Waldemar patrząc w sufit.
– Albo w zasadzie wiem! – podekscytował się Gejralt na nowo. – To ja to zrobiłem! Zagadka rozwiązana. Idę po nagrodę.
Gejralt, zadowolony z siebie, zaczął zmierzać w stronę wyjścia. Coś jednak przyszło mu do głowy i zatrzymał się. – Zaraz, zaraz – powiedział. – To nie mogłem być ja. Ja w tym czasie byłem zdecydowanie gdzieś indziej. Ale przypomniał mi się pewien szczegół. Renatko! Jakiego koloru jest dywan w gabinecie Balona?
– Pomarańczowy – odparła Renatka przewracając oczami.
– Pomarańczowy! – triumfalnie zakrzyknął Gejralt. – A kto z obecnych tutaj najbardziej lubi pomarańcze?
Gejralt zrobił pauzę dla lepszego efektu.
– WALDEMAR! – wejdźmin wskazał palcem księgowego. – To musiał być on! Nikt oprócz mnie nie mógł tego zauważyć, ale moje wejdźmińskie zmysły pozwoliły mi dostrzec jeszcze jedną rzecz. Ręka na temblaku! Musiał ją złamać wypychając Balona! Jakoś. No, Waldemar, teraz to już się nie wywiniesz.
– Tak, to ja – westchnął Waldemar. – Dość mam już tego. Karty na stół. Tak naprawdę Waldemar zaginął dawno temu.
Księgowy wykonał dziwny gest przy swojej twarzy, jakby coś odczepiał. Następnie ściągnął skórę, która okazała się misternie wykonaną maską, ukazując zupełnie inną twarz.
– Drapichrust! Ty żyjesz! – krzyknął ogr Ugabuga. – Ale dlaczego? Przez te wszystkie lata udawałeś Waldemara?
– Zawsze wydawało mi się, że Renatka leci na Waldemara – przyznał ogrodnik. Więc kiedy zniknął, postanowiłem upozorować własną śmierć i zająć jego miejsce. Ale zaraz, Ugabuga, od kiedy ty umiesz mówić?
Wszyscy spojrzeli na ogra.
Ogr westchnął, i ociągając się, zdjął zębatą, brzydką maskę ze swojej twarzy.
– Waldemar! – krzyknęli wszyscy, ujrzawszy twarz, która kryła się pod spodem.
– Tak. To ja – odpowiedział księgowy – Dawno temu upozorowałem swoje zniknięcie, a potem zatrudniłem się tu w przebraniu ochroniarza. Wiecie. Mniej stresu, własna budka przy bramie…
Wszyscy spojrzeli na Renatkę.
– Odwalcie się. Ja jestem prawdziwa – powiedziała marszcząc brwi.
– Co tu się, kurwa, dzieje? – szepnął Zołman nienaturalnie wysokim głosem.
– To chyba nie ma sensu. – rzekł powoli Drapichrust, jeszcze przed chwilą będący Waldemarem. – Sytuacja i tak wymknęła się spod kontroli.
Drapichrust, będący wcześniej Waldemarem, sięgnął do twarzy i zdjął kolejną maskę. Zielona twarz zombie, która ukazała się pod spodem cuchnęła stęchlizną.
– Balon von Devolaille! – krzyknęli chórem wszyscy, z wyjątkiem Mlaskra, który tylko ziewnął.
– Nie no, zajebiście – przewróciła oczami Renatka.– Tak. To ja – powiedział Balon. – No cóż. Niedługo po tym, jak zaręczyłem się z Renatką pojawiły się słuchy, że moja narzeczona leci na Waldemara, a dla mnie chłodna była jak cegła. Ten jednak niespodziewanie zniknął, co było mi na rękę. Wtedy zobaczyłem w tym wszystkim szansę. Chciałem zatem upozorować własną śmierć, ale przypadkiem zabiłem się naprawdę. Wróciłem tu później w przebraniu księgowego aby chociaż przez jakiś czas przebywać w otoczeniu Renatki. Zżerały mnie jednak wyrzuty sumienia, a i Renatka zrobiła się już wtedy trochę, prawdę mówiąc, za stara. Postanowiłem, że naślę na Waldemara, który był mną, wejdźmina, który zrzuci na niego winę za moją śmierć, Renatka się wkurzy i w ten sposób księgowy zostanie na zawsze wyeliminowany z naszego życia a ja osiągnę spokój sumienia i przestanę być zombie. Czułem się przy tym wszystkim dość niezręcznie szargając pamięć starego przyjaciela, więc uznałem że może lepiej będzie przekonać wszystkich, że zrobił to Drapichrust w przebraniu Waldemara, który…
– Ja pierdolę! – wrzasnął Zołman. – Zamknij się!
Gejralt, Mlaskier i Zołman siodłali konie. Postanowili, że nie będą więcej ingerować w sprawy rezydencji Devolaille. Swoją robotę wykonali, a to, co później zrobiła z wszystkimi innymi domownikami Renatka długo jeszcze będą opiewać najznamienitsze podręczniki dla operatorów maszyn oblężniczych.
– Wiesz, Zołmanie – powiedział Gejralt. – Chyba miałeś rację. Chodźmy sobie lepiej upolować jakiegoś Bazieliżka.
– Wiem, że miałem. – odparł krasnolud, pomagając Mlaskrowi zapiąć naszyjnik. – A dostałeś chociaż tę nagrodę?
– Dostałem. – Rozpromienił się wejdźmin. – Zagadka została przecież rozwiązana. Taki tam eliksir.
– Jaki? – zapytał ostrożnie krasnolud.
– Taki tam. Spróbuj. Mordo ty moja.