– Nie piłbym tego – stwierdził Gejralt patrząc na siedzącego na kamieniu Zołmana, który właśnie opróżnił butelkę spirytusu jednym haustem.
W odpowiedzi krasnolud wypluł wszystko co miał jeszcze w ustach na porastającą polankę trawę. Mlaskier, który siedział nieopodal na gałęzi z uciechą klaskał w dłonie.
– Dlaczego?!
– Jest tam eliksir Krówka.
– Krówka, co…? – krasnolud panicznie oglądał swoje ręce i otoczenie. – I jak to “jest tam?” I dlaczego nie ma tam mojego spirytusu?
– Potrzebowałem butelki – Wejdźmin podmuchał na schnący na swoich paznokciach lakier. – Robi, że rośnie kwiatek. Na przynętę do pułapki. Widzisz, stworzenia kopytne uwielbiają kwiatki. Nie służy do picia.
Zołman zbladł. Po licznych przeżyciach spowodowanych wypitymi miksturami miał silne postanowienie, aby z wielką ostrożnością podchodzić do wejdźmińskich eliksirów. To, że niemal zawsze musiało skończyć się to dla niego w sposób niepożądany było tak jasne, jak słońce oświetlające rosnącą teraz na czubku jego głowy stokrotkę, której to Gejralt poradził mu nie zrywać, ponieważ mogłoby to przynieść pecha. Poza tym ta zapuściła już korzenie w jego mózgu, więc umarłby i zamienił się w ghula.
Krasnolud, uznał, że najbezpieczniej będzie udawać, że jej tam nie ma.
– Ech – westchnął. – Długo jeszcze?
Wskazał na stojącą pośrodku polany „pułapkę na Pasikonia”. Zlecono im wytropienie i schwytanie tego stwora po tym, jak w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęły znikać krowy z obór należących do mieszkańców jednej z okolicznych wiosejk. Gejralt, używając wejdźmińskich zmysłów zauważył w miejscach wypasu ślady kopyt, uznał zatem, że w okolicy musi grasować taki właśnie potwór. Pułapka składała się z pudełka opartego na patyku.
– Sam nie wiem… – odparł wejdźmin. – Niestety wypiłeś przynętę, więc… o!
– O?
– Ślady kopyt! Oznacza to że Pasikoń jest gdzieś w pobliżu!
– Gejralt, a jesteś pewien, że to nie są po prostu ślady tych krów? – Krasnolud rozejrzał się niepewnie, majtając kwiatkiem na swojej głowie.
– Za mną! – krzyknął Gejralt biegnąc w stronę lasu.
Przedzierał się przez chaszcze wydając z siebie głośne “fuj” za każdym razem kiedy przypadkiem dotknął pajęczyny albo mokrego liścia. Tych ostatnich było coraz więcej, bo teren wokół nich dawał się określić najtrafniej jako skryte w lesie śmierdzące bagnisko. Za nim szedł Zołman, a Mlaskier, który jeszcze niedawno dreptał na końcu gdzieś zniknął. Nie było to wielkim problemem, ponieważ ich towarzysz przywiązany był do grubego sznurka, który z kolei oplatał w pasie wejdźmina. W razie czego można go więc było zlokalizować idąc po tym właśnie sznurku. Biorąc zaś pod uwagę preferencję Wejdźmina co do długich rzeczy linka ta mierzyła z górą dwa kilometry długości, a zatem poszukiwania pozostawili na później.
Zaczęłi się niepokoić dopiero kiedy ich wędrówka wciąż nie wykazywała perspektyw na dotarcie do jakiegokolwiek celu a z rana zrobiło się popołudnie.
– Zołmanie, jesteśmy sami.
– Mówisz to za każdym razem, kiedy jesteśmy sami – fuknął krasnolud, zmęczony długim przedzieraniem się przez chaszcze.
– Chodzi mi o to, że Mlaskier mógł się zgubić. Myślę, że powinniśmy teraz iść po sznur…
Wejdźmin nie skończył mówić, bowiem nagle odleciał w krzaki i zniknął. Krasnolud stał chwilę osłupiały zanim zorientował się, że coś bardzo mocno szarpnęło za przywiązaną do wejdźmina linę.
Rzucił się w kierunku, w którym poszybował jego towarzysz. Pościg nie trwał długo; Gejralt zatrzymał się na pierwszym napotkanym drzewie.
– Mam uszta pełne dszewa – wybełkotał.
Linka leżała teraz luźno na ziemi. Kiedy zdołał odkleić się od szumiącej złowieszczo sosny, obaj bez słowa pobiegli w kierunku, w którym prowadziła. Biegnąc wejdźmin zauważył ślady kopyt prowadzące w tę samą stronę.
Otwór w ziemi był tak głęboki, że nawet przy stojącym wysoko na niebie słońcu nie było widać jego dna. Miał średnicę kilku leżących dorosłych ludzi, choć zdaniem niektórych obecnych osób ta miara nie była precyzyjna – zależało bowiem, czy ci ludzie leżeliby jeden za drugim, czy jeden na dru…
– Zamknij się! – pacnął Gejralta Zołman, nie patrzył jednak na niego, ale na niknący w otchłani czerwony sznurek.
– A tak, Mlaskier! – wzdrygnął się wejdźmin. – Chyba jest w tej dziurze. Ponieważ jednak, jak widzisz, linka zaczepiła się o kamień i dalej jest naprężona, to prawdopodobnie nie dotarł do dna. Co oznacza, że zawisnął.
– Mlaaaa skieeer! – krzyknął do otworu, odpowiedziała mu jednak tylko cisza.
– Zawisnął?
– No na sznurku. A jeśli, mój drogi Zołmanku, w moim monologu pojawiają się takie słowa jak “dziura” i “naprężony” to znaczy, że będzie trzeba ciągnąć.
– Sam nie wierzę, że to mówię, ale chyba masz rację – rzekł krasnolud zacierając ręce.
Ciągnęli tak długo, aż czynność ta stała się zauważalnie łatwiejsza, choć ciężar na drugim końcu sznura wydawał się niespodziewanie duży. W końcu nad brzegiem krawędzi pojawiła się głowa. Nie należała jednak do Mlaskra, ale do czegoś, co wyglądało zupełnie jak krowa.
Zwierzę sprawiało wrażenie nieco zdezorientowanego, ale poza tym z jego oczu biła właściwa krowom ambiwalencja na temat otaczającego je świata. “Muu” – powiedziało i poczęło obojętnie patrzeć na wysiłki wejdźmina i krasnoluda, którzy ostatkiem sił wygramolili całe cielsko na powierzchnię. Oprócz tego, że była przewiązana w kłębie sznurkiem, była to całkowicie zwyczajna, łaciata krowa.
– Mu. – stwierdziła, poleżała jeszcze chwilę na boku, po czym powoli wstała i zabrała się za konsumpcję porastającej polankę trawy.
– O boże! – zdumiał się wejdźmin. – Tylko nie to.
– No co do kurwy nędzy? To wszystko robi się coraz dziwniejsze – zmarszczył brwi Zołman zastanawiając się chwilę. – Gejralt, czy to jest jedna z takich sytuacji, w których zaraz powiesz “grasuje tu potwór, który zamienia ludzi w krowy” a później, z powodu jakiegoś niesamowitego zbiegu okoliczności Mlaskrowi nic się nie stanie a ja wpadnę do tej dziury?
– Nie, Zołmanie – pokręcił głową wejdźmin. – To znaczy, tak i nie. W zasadzie, to odpowiedź brzmi: prawdopodobnie tak. Wygląda na to, że mamy do czynienia z magicznym otworem zamieniającym bezbronne istoty w krwiożercze… znaczy, straszliwe… ee, znaczy po prostu krowy. I to raczej nie jest Pasikoń. Właściwie to nawet nie wiem, co to jest Pasikoń.
Krasnolud usiadł na ziemi z ponurą miną.
– No dobra – powiedział sprawdzając ręką, czy topór czeka w gotowości na jego plecach. – Ale co z Mlaskrem? Da się go jakoś odczarować?
– Trudno powiedzieć. Ale być może nie będziemy musieli.
– Nie wiem, czy chcę pytać, co masz na myśli, ale pewnie i tak mi powiesz.
– Właśnie doszedłem do wniosku – powiedział filozoficznie Gejralt. – Że ta krowa to nie może być Mlaskier.
– Bo?
– Ma od niego więcej nóg i wymion. I Mlaskier jest za tobą.
Zołman obejrzał się i rzeczywiście ujrzał najsłynniejszego poetę świata chopsającego sobie po kałużach w ich kierunku. W ręku miał koszyczek. Krasnolud nic nie powiedział, ale powiódł wzrokiem po poecie, a potem po linie obwiązującej krowę.
– Malskierku! – krzyknął Gejralt – Juu huu! Tutaj!
– Nazbierałem stokrotek dla Natalii – odparł Mlaskier z uśmiechem.
– Czy przywiązałeś też do Natalii sznurek? – zapytał Zołman, wiedząc do czego to zmierza.
– Tak. Żeby się nie zgubiła – Mlaskier był pod wyraźnym wrażeniem swojego sprytu. – Poznałem ją zbierając stokrotki dla Manueli.
– Bardzo ładnie – pochwalił go Gejralt. – To właściwie, łącznie, ile spotkałeś krów kiedy cię nie…
Gejralt przerwał, bo energicznie złapał za leżący na ziemi sznurek. Krowa Natalia z jakiegoś powodu była tak blisko krawędzi otworu, że prawie znów wpadła do środka. Przez chwilę wydawało mu się, że zwierzę specjalnie ciągnie linkę w stronę tajemniczej dziury, ale kiedy zaparł się nogami, ta przestała stawiać opór i powiedziała “mu” patrząc obojętnie na drzewo. Mimo wysiłków Wejdźmina, nie chciała jednak dać odciągnąć się na większą odległość.
– Trzeba ją zwabić stokrotkami – stwierdził Mlaskier. – Ja bym się zwabił.
– Dzieje się tutaj coś dziwnego. Patrzcie – powiedział Gejralt powoli. Wskazał palcem w górę. Jego towarzysze spojrzeli na niebo i ze zdziwieniem odkryli, że wszystkie chmury nad nimi są teraz różowe jak wata cukrowa. Chwilę później z nieba zaczęły padać cukierki.
– Gejralt, co to wszystko znaczy?! – krzyknął Zołman, który osłaniał rosnącą na czubku swojej głowy stokrotkę przed spadającymi wszędzie brązowymi kulkami.
– Nie ma czasu na wyjaśnienia! – odkrzyknął wejdźmin. – Musimy uciekać! Krowa, krówki padające z nieba, otwór… wszystko staje się jasne!
– Co?!
– Uciekamy!
Zaczęli już biec, gdy zauważyli, że Mlaskier wciąż stoi w miejscu i żałośnie pochlipuje pokazując palcem na łaciate zwierzę przesuwające się małymi kroczkami w stronę ziejącej w ziemi dziury. W drugiej dłoni trzymał stokrotkę, ale najwyraźniej zwierzę nie skusiło się na więdnący już powoli przysmak. Trzeba było działać szybko.
– Psia mać! Mlaskier! – krzyknął Zołman.
– Ma rację, trzeba ją uratować – odpowiedział Gejralt. – Zołmanie, ja pociągnę a ty będziesz pchać!
Niebo pociemniało i dało się słyszeć grzmoty. Krasnolud zmierzył wejdźmina upewniając się, że ten nie ma na myśli czegoś zupełnie innego, niż ratunek dla krowy. Pobiegł.
Zaparł się mocno nogami o krawędź otworu i począł pchać krowę z całych sił, ta jednak ani drgnęła. Deszcz cukierków nasilił się, a ich początkowo delikatne uderzenia zaczynały być bolesne.
– No idź, głupia ty żesz… Krowo! – wystękał i zamarł.
Zza zadka, który usiłował pchnąć, zobaczył jak zwierzę powoli odwraca głowę w jego stronę.
– Sam idź – powiedziało. I kopnęło.
Krasnolud nie miał szans. Wpadł prosto do otworu. Czuł jak szybuje w całkowitej ciemności. Z kwiatka na jego głowie pęd powietrza urwał wszystkie płatki. Powietrze robiło się coraz cieplejsze, ale strach i przeciążenie sprawiły, że krasnolud cały dygotał.
– To koniec – pomyślał i w tym samym momencie z impetem wylądował w wielkim stogu siana. Zakręciło mu się w głowie.
Kiedy doszedł do siebie, poczuł, że jest przywiązany do krzesła. Miejsce, w którym się znajdował wyglądało na gigantyczną podziemną jaskinię. Na ścianach, umieszczone w specjalnych uchwytach paliły się liczne pochodnie. Przed nim, na kamiennym podłożu stał i obserwował go tłum kilkudziesięciu krów. Jedna z nich wyszła przed szereg i stanęła tak blisko, że jej pysk prawie stykał się z jego nosem.
– Kim jesteś? – powiedziała.
Zołman nie odpowiedział, bo ze strachu właśnie narobił w bryczesy.
– Gadaj! – wrzasnęła krowa.
– Ee… Ja… Tylko wpadłem. Na chwilę – wybełkotał krasnolud. – Ale zaraz sobie idę.
– Nigdzie nie idziesz! Jak odkryłeś nasze tajne stowarzyszenie?! – zwierzę wrzasnęło na niego wytrzeszczając oczy.
– Ale ja nic nie wiem o żadnym…
– Ktoś musiał zdradzić ci lokalizację jednego z naszych tajnych wejść. Musisz zginąć!
Inne krowy jak na komendę zaczęły głośno skandować “śmierć, śmierć, śmierć!”. Zołman narobił w bryczesy trochę więcej.
– Ale zanim to nastąpi – powiedziała ciszej ta, która wcześniej na niego krzyczała. – Wyśpiewasz nam wszystko!
– Wszystko…? – pisnął krasnolud.
– Wszystko! Co zrobiłeś z Natalią?!
– Nic, naprawdę, pani krowo, ja tylko…
– Gadaj!
Krowa podniosła przednią nogę i przywaliła mu nią w twarz. Zołman prawie się rozpłakał.
– Ale my tylko chcieliśmy… – próbował powiedzieć, ale spotkało go drugie uderzenie.
– Gadaj!
– Ale…
– Gadaj!!! – kolejne udrzenie.
– Aaaaaa!!!!
Zołman znów dostał w twarz, ale tym razem kończyna, która go uderzyła była jakby delikatniejsza. Obraz rozmył mu się przed oczami i powoli wracał do ostrości. Zobaczył twarz Gejralta, który przekrzywiając głowę przyglądał mu się z bliska. Na niebie świeciło słońce. Wejdźmin znów delikatnie pacnął go w policzek.
– Chyba wraca do siebie – powiedział wejdźmin. – A mówiłem, nie pij tego, Zołmanku.
Krasnolud zerwał się na nogi.
– Co się dzieje?! – wrzasnął.
– No nic, wciąż czekamy na tego Pasikonia – wzruszył ramionami Gejralt. – Na razie złapały się tylko dwa ślimaki i raz Mlaskier. Poza tym nudy.
– To se na niego polujcie! Ja na was poczekam w jakiejś karczmie, gdzie podają normalny spirytus!
To powiedziawszy, krasnolud, mając lekkie jedynie drawki, podniósł się na nogi i poszedł w stronę wsi.
– Hm – powiedział tylko Gejralt patrząc za nim, i ponownie otworzył flakonik z lakierem, aby zabrać się za malowanie paznokci u drugiej ręki.
– Zołmanek jest smutny – powiedział Mlaskier. – Ale na pewno się ucieszy, jak zobaczy, że, jak był nieprzytomny przyczepiłem mu na głowie śliczną stokrotkę.