Rozdział XIII – Bogdan i Basia

13

++++++Ze wzgórza, na którym rosła tylko jedna sosna, rozpościerał się przejrzysty widok. Pagórki i doliny, pokryte cieniem chmur lub światłem słońca, zdawały się kołysać niczym ocean. Panująca wokół cisza i świeże powietrze zachęcały do leniuchowania na soczyście zielonej trawie i bezmyślnego gapienia się na przelatujące obłoki. Na takie chwile nie było wiele czasu.
++++++Wejdźmin wstał i otrzepał ubranie. Wyjął urządzenie opisane jako „Dyrdynetki 18+” i spojrzał przez nie chcąc przyjrzeć się majaczącej w oddali chatce. Nic nie zobaczył, ponownie wycelował i wcisnął jedyny guziczek na metalowej obudowie. Na początku trochę się zdziwił.
++++++– Rany, ale zbliżenie. Widać nawet… Ale zaraz… – zmarszczył brwi.
++++++Wcisnął guziczek jeszcze kilka razy i sprawił, że kolorowe obrazki z gołymi paniami zaczęły zmieniać się przed jego oczami.
++++++– Boże Święty – powiedział i podał urządzenie Zołmanowi. – Masz. Tobie się spodoba.
++++++Krasnolud przyjął prezent i od tamtej pory słuch o nim zaginął. Podobno ktoś widział go jeszcze potem, jak klęcząc krzyczy „Nie jestem gejem”, ale o tym następnym razem.

++++++Zanim wejdźmin wszedł na wzgórze by spojrzeć przez Dyrdynetki, pożeganał się z Lejdi Zgagą i opuścił jej jaskinię, po czym nogi poprowadziły go wprost do najobskurniejszego baru jaki zdarzyło mu się w życiu odwiedzić. Pamiętał, że nie powinien, ale wejdźmińska natura – jak lubił myśleć, a nie przyzwyczajenia – kazała mu przemyśleć wszystko raz jeszcze w stanie, w którym pomysły przychodzą do głowy najszybciej i są niezaprzeczalnie najlepsze na świecie. Nim zaczął myśleć, jak to również bywa w wejdźmińskiej naturze, poznał pewnego mężczyznę. Ten był zdruzgotany i przyszedł prosić wejdźmina
o radę. Ale Gejralt miał szczególne podejście do romansów.

++++++– Zołmanie, to jest Bogdan, a to jest Basia. Bogdan nie chciał iść bez Basi, a Basia nie chciała iść beze mnie – wejdźmin wzruszył ramionami i rozejrzał się po niechlujnie rozbitym obozie w poszukiwaniu wygodnego miejsca. – Trudno – zachichotał. – Zawsze miałem szóstkę z zajęć grupowych, nawet w ekstremalnych warunkach.
++++++Krasnolud przyglądał się wejdźminiowi, którego jedna ręka spoczywała na ramieniu Bogdana, a druga w talii Basi. On sam nie chciał uczestniczyć w tej zakrapianej imprezie i poszedł szukać miejsca na biwak. To znaczy chciał, ale nie mógł, bo był teraz odpowiedzialnym ojcem zgwałtoluda, a Gejralt przysiągł na własny topór, że wypije tylko jedno piwo. Dopiero teraz dotarło do niego, że Gejralt nie ma topora.
++++++– Możecie już iść, przejmę go – powiedział Zołman, ale Bogdan i Basia nie zareagowali w sugerowany sposób, więc zwrócił się do wejdźmina. – Wypiłes jedno piwo i trzydzieści eliksirów, czy jak to było?
++++++– Njeee… – wybełkotał Gejralt. – Albo może tak. Troszeczkę.
++++++Zołman przechwycił przyjaciela.
++++++– Ledwo stoisz – powiedział.
++++++– ‎To akurat u mnie nigdy, że ledwo – usłyszał w odpowiedzi. -‎ Albo stoi, albo wcale, wiesz przecież…
++++++– Zamknij jadaczkę – skwitował Zołman próbując zaciągnąć „zwłoki” do spania. Zdał sobie jednak sprawę, że sam nie da rady, toteż machnął ręką w stronę poety.
++++++Mlaskier siedział owinięty kocem pod sam nos i obserwował wszystko zza ogniska. Zimno mu nie było, tylko Zołman kazał mu się ubrać. Nie, nie – kędzierzawa głowa poety nie była aż tak zakręcona, żeby ubrać się w koc – to był akurat pomysł krasnoluda. Problem Mlaskra często polegał na tym, że nawet gdy się ubrał, to wciąż wyglądał jak nieubrany. Toteż miał siedzieć w kocu, dopóki Zołman nie zaśnie albo Gejralt nie wróci i nie powie mu, że ma się ubrać – choć na to drugie krasnolud zbytnio nie liczył. Na to pierwsze właściwie już też nie.
++++++– A wiesz, że ja umiem sofać szas?…Pacz – wymamrotał wejdźmin, zrobił kilka chwiejnych kroków w tył i roześmiał się głupkowato.
++++++– Cholera! Kładź się – warknął krasnolud. – Bo mi dziecko obudzisz.
++++++– No pszesiesz siekładę – wyjęczał wejdźmin wstając.
++++++Zołman pchnął go z powrotem.
++++++– No to choźźź się… chociaż przytul… – postulował Gejralt. – Szy coś…
++++++– Śpij!
++++++– Ale ja – mamrotał Gejralt. – Najlepiej zasypiam, jak tszymam szyjeś udo, jak najwyszej… Najwyżej tak.
++++++– Może być moje? – spytała Basia.
++++++– Eee… nieee – odparł wejdźmin. – A właściwie, to dzie est Mlaskier?
++++++Mlaskier był dumny ze swojego kamuflażu. Wejdźmin postanowił go poszukać, ale Zołman przygniótł go butem do ziemi.
++++++– Czasami się zastanawiam, jak ty w ogóle zrobiłeś to dziecko – burknął.
++++++– Tesz się szasami zastanawiam – odparł wejdźmin przyglądając się nodze na swojej klatce piersiowej, której nie był w stanie odgadnąć.
++++++– A można się dosiąść? – spytał ni stąd ni zowąd Bogdan.
++++++– Moszna… Ale bez „się”… – wymamrotał Gejralt nie otwierając oczu.
++++++Zołman pacnął się w czoło.
++++++– Dobra – powiedział. – Wszystko mi już jedno, co będziecie tu robić, ja idę. Gdzieś.
++++++Krasnolud machnął ręką i przeniósł swoje posłanie, z zawiniętym w środku synem, kilkanaście metrów dalej.

++++++Zgwałtolud, który rósł klika centymetrów dziennie, o świcie wsadził Zołmanowi duży palec u stopy do nosa. Od tej pory postanowił już zawsze budzić tatę w ten sposób. Krasnolud przełknął ślinę i odczekał, aż jego umysł ocknie się na tyle, by zrozumieć co się przed chwilą stało i przypomnieć sobie co właściwie robi sam na drewnianym pomoście. Spojrzał przed siebie. Dzień zapowiadał się ładnie. Wstające słońce oświetlało taflę jeziora na jasny pomarańczowy kolor. Kiedy przypomniał sobie to i owo, wrócił do obozu rozbitego pod samotnie stojącą na wzgórzu sosną i spostrzegł śliniącego się Mlaskra z ręką nieprzytomnego wejdźmina na jego udzie. Uznał, że wszystko jest w normie. Chwilę później spostrzegł rzeczy, które nie należały do żadnego z nich. Były to dwie sakiewki.
++++++– No tak – westchnął. – Bogdan i Basia.
++++++Krasnolud przystanął z rękami w kieszeniach i rozejrzał się w poszukiwaniu ich właścicieli. Pokręcił się jeszcze tu i tam, pogwizdał, porozglądał, pogmerał coś butem w ziemi, a potem dopadł, by je otworzyć. W środku znalazł kilka kawałków kości oblepionych robakami i wzdrygnął się odrzucając je od siebie. Spostrzegł, że takich szczątek wkoło jest więcej i że układają się w ścieżkę prowadzącą w dół, i dalej wgłąb lasu. Spojrzał na Gejralta.
++++++– Nie – powiedział i ruszył podążając śladem kości.
++++++Im głębiej w las szedł, tym było ich więcej, a one same coraz mniejsze i bardziej pokruszone. Starał się po nich nie stąpać, by poruszać się jak najciszej. Nagle spostrzegł dwie kucające postacie. Były odwrócone do niego tyłem i szeptały coś do siebie.
++++++Krasnolud zamarł, kiedy przestały.
++++++Nie do końca pamiętał jak wyglądali przybysze, których przyprowadził wejdźmin. To znaczy – pamiętał, że Basia nie była zbyt ładna ale to, co teraz stało przed nim w pełnym świetle dnia, na pewno wyglądało gorzej niż wczoraj. Bardziej trupio. To samo dotyczyło jej kompana.
++++++– Witam – powiedział i poprawił sobie żuchwę Bogdan. Spostrzegłwszy, że krasnolud dziwnie na niego patrzy, dodał: – Zawsze tak mam po jedzeniu. Wypada mi.
++++++Basia wzruszyła ramionami, a potem szybko chwyciła się za jedno z nich, przyciskając je do reszty ciała. W bezwładnie wiszącej ręce trzymała plakat, który przykuł uwagę krasnoluda. Uśmiechnęła się ukazując wszystkie zęby – górne i dolne, te z tyłu i te z przodu – łącznie z dziąsłami, jakby brakowało jej znacznej ilości skóry. Zołman cofnął się o krok.
++++++– Po jakim jedzeniu? – spytał.
++++++– Nie chcieliśmy przeszkadzać – powiedział Bogdan.
++++++– Bo spaliście – dodała Basia.
++++++Krasnolud zrobił kolejny krok w tył. Kiedy obydwoje zaczęli się do niego zbliżać, zrobił to jeszcze klika razy, aż w końcu odwrócił się i przyśpieszył. Przez środek pleców przeszedł go zimny dreszcz i zdawało mu się, że pozostawił za sobą złowieszcze sapnięcie. Tym razem pomysł obudzenia wejdźmina wcale nie wydawał mu się taki najgłupszy.
++++++– Gejralt! – wyszeptał w panice. – Gejralt! Obudź się!
++++++Wejdźmin mruknął coś pod nosem.
++++++– Gejralt, kurwa! Wstawaj!
++++++– Leż, wstań, śpij, nie śpij… – powiedział wejdźmin
w półśnie. – Weź się człowieku, zdecyduj…
++++++– Kurwa, zabije cię, jak się zaraz nie obudzisz! – Zołman obejrzał się za siebie.
++++++– No to rzeczywiście…
++++++– Gejralt, coś jest z nimi nie tak! – Zołman potrząsnął wejdżminem za barki.
++++++Ten w końcu otworzył oczy i spojrzał na niego.
++++++– Uspokój się, Zołmanie, nie wiem o co ci chodzi.
++++++– Bogdan i Basia!
++++++– Ktooo…?
++++++– Ja pierdole, Gejralt! – Zołman zaczął szukać medalionu na torsie wejdźmina oklepując go trzęsącymi się rękami. – Gdzie go masz!?
++++++– Noo… Trochę niżej…
++++++Krasnolud posłuchał i szukał, ale gdy jego dłonie znalazły się poniżej wejdźmińskiego pępka, a miednica przybrała wygodniejszą pozycję, natychmiast się cofnął.
++++++– Medalion, kurwa! – wrzasnął półszeptem łapiąc się za włosy. – Medalion!
++++++– Zdjąłem, bo przy twoim zgwałtoludku nieustannie drga. Nie żebym nie lubił, ale tak przez cały czas to…
++++++– Gdzie jest!? Masz go przy sobie?!
++++++– Możliwe.
++++++– Gejralt! Ja nie żartuję!
++++++– Oj no już dobrze, dobrze – wejdźmin westchnął. – Widzisz ten koszyczek Mlaskra, tam naprzeciwko?…
++++++Zołman nie odpowiedział. Natychmiast dopadł do koszyka i wyrzucił wszystko ze środka.
++++++– …No to nie tam – dokończył Gejralt. – Ale pupkę to masz fajną, jak się tak wypinasz.
++++++Zołman wybałuszył oczy. Wejdźmin wsparł tułów na łokciach i przechylił głowę na bok.
++++++– Coś ci przyszło do głowy w związku z tym medalionem? – zapytał, próbując ukryć oznaki rozbawienia na twarzy.
++++++Mlaskier zachichotał.
++++++– A ja chyba wiem gdzie go masz… – powiedział.
++++++Gejralt uśmiechnął się.
++++++Krasnolud wyprostował tułów i ruszył w stronę wejdźmina. Po drodze od niechcenia wziął oparty o drzewo topór i bez słowa wyjaśnienia zamachnął się wbijając ostrze do połowy w ziemię między nogi przyjaciela, które ten zdążył w porę rozsunąć.
++++++– A TOBIE PRZYSZŁO COŚ TERAZ DO GŁOWY!? – warknął.
++++++Gejralt patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Wiedział, że krasnoludzkie zaloty bywają brutalne, ale to byłaby przesada.
++++++– Odbiło ci!? – zapytał.
++++++– MOŻLIWE!
++++++– A co, gdybyś trafił?!
++++++– NICO! – Zołman raz jeszcze zerknął na ścieżkę usianą kośćmi. – Będziesz mnie teraz słuchał?!
++++++– Medalion mam w torebce – powiedział wejdźmin.
++++++Krasnolud spojrzał na wejdźmińską sakwę z cekinowym szlaczkiem i wysuniętym z niej srebrnym sznurkiem, który drgał miarowo, wprawiając całą resztę w ledwo dostrzegalne wibracje.
++++++– Mówiłem, że przy twoim synku jest bezużyteczny. Po co ci on? – zapytał wejdźmin.
++++++– A ja mówiłem, że coś jest z nimi nie tak! Zjedli całe zwierzę w lesie! CAŁE! Do najmniejszej kosteczki! I mają twój portret! O ile się nie mylę, to ten z sypialni Fjutesta!
++++++– Dobrze, próbuję nadążać…
++++++– Skup się, kurwa!
++++++– Ciężko się skupić, jak tak mi wpychasz ten wielki topór pomiędzy nogi i jeszcze boli mnie… – wejdźmin nie dokończył, bo Zołman wcisnął topór głębiej w ziemię.
++++++– Fjutest posłał za tobą list gończy, pamiętasz? – powiedział.
++++++– A, no tak – odpowiedział Gejralt i spojrzał za Zołmana mrużąc oczy, a kiedy był pewny, zwrócił się do Bogdana i Basi, którzy właśnie pojawili się na miejscu. – Przepraszam, czy jesteście może jednymi z tych co chcą mnie uprowadzić i postawić przed królem Wyrżnijmy celem odebrania nagrody za moją głowę?
++++++Zołman zdębiał. Podobnie jak Bogdan i Basia, którzy spojrzeli po sobie i przecząco pokiwali głowami.
++++++– Nie. My zbieramy plakaty – powiedział Bogdan.
++++++– No widzisz, Zołmanie, zbierają plakaty. I po co tyle krzyku?
++++++Krasnolud bał się odwrócić.
++++++– I już?… – zapytał. – Ja wiem że masz kaca, ale nie wydaje ci się, że wyglądają trochę… MARTWO? – wyszeptał.
++++++Wejdźmin ponownie się przyjrzał, a potem pytająco zerknął na przyjaciela. Zołman obejrzał się. Bogdan i Basia wyglądali jak całkiem normalni ludzie.
++++++Krasnolud opadł na ziemię, wziął swoje długie na ponad metr dziecko i głaszcząc je po główce posiedział tak jeszcze przez chwilę patrząc w nicość.
++++++– To niemożliwe – powiedział.
++++++– Tato, kupa – odezwał się zgwałtolud.
++++++– Co? – Zołman ocknął się.
++++++– Powiedział „kupa”, Zołmanie – wtrącił wejdźmin. – Chyba powinieneś pójść.
++++++Tak naprawdę zgwałtolud powiedział coś, co brzmiało jak „tal kuku buba”, ale Zołman i reszta zdążyli już nauczyć się co oznacza owe zdanie na własnej skórze. Wejdźmin odprowadził ich wzrokiem i przechylił głowę na widok rozdartej na plecach koszuli Zołmana. Kiedy ten całkiem zniknął za wzgórzem, spojrzał na przybyszy, których obydwa imiona zaczynały się na literę „B”.
++++++– I co tam, bąbelki? – spytał marszcząc brwi. – Bo nic nie pamiętam z wczoraj.
++++++Odkąd oglądał ich dzisiaj, nie podobały mu się ich sztywne sylwetki, sposób w jaki mu się przyglądają i głucha cisza, która obecnie ich dzieliła. Spostrzegł, że jego medalion wciąż drga, mimo nieobecności zgwałtoluda.
++++++Bogdan i Basia zrobili kilka powolnych kroków w przód jeszcze bardziej wbijając w niego wzrok. Gejralt obserwował, nie poruszał się. Kątem oka widział medalion. Na ich twarzach zaczął malować się złowrogi uśmiech, na przemian z prześwitującą pod skórą przegnitą czaszką. Wejdźmiński medalion zaczął wibrować jak szalony, całkiem wysuwając się z torby. Gejralt zachowywał spokój, ale jego szybki oddech i skupiony wzrok zdradzał, że jest gotowy na wszystko.
++++++– Nie ruszaj się – powiedział. – Ani odrobinkę – dodał nie odrywając od nich wzroku.
++++++Mlaskier dobrze znał ten ton wejdźmina. Natychmiast zamarł.
Piach podniósł się z ziemi i zaczął wirować wokół przybyszy. Skrawki ubrań i skóry odrywały się raz po raz od ich kości, aż oczom wejdźmina ukazały się dwa całkiem gołe i zgnite szkielety, które zamieniły się w szary pył i zniknęły; a on sam znalazł się w zimnym, wietrznym miejscu spowitym mgłą i cieniami.
++++++– KŁAMCA… – rozległ się niewyraźny głos.
++++++Gejralt zerwał się na równe nogi. Nim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, wylądował we wnętrzu małej chatki. Cienie zamieniły się w smugi światła wpadające przez przybrudzone szyby w oknach, a szepty w spokojny śpiew ptaków. Zrobiło się ciepło. Wejdźmin objął wzrokiem całe wnętrze. Zauważył mały taboret, dziecięce trzewiki, otwarte na oścież drzwi i porozrzucane sukienki Dżemmefer. Nad jednym z okien siedział motylek, nienaturalnie otoczony kolorową poświatą. Wejdźmin zbliżył się do niego bardzo powoli.
++++++– Myślisz, że uda ci się go złapać?… – usłyszał głos.
++++++Kolorowy motyl zatrzepotał skrzydełkami. Wejdźmin podszedł do parapetu i wyciągnął rękę by chwycić owada, ten jednak w nienaturalnie szybki sposób przemieścił się na żyrandol. Gejralt, nie zastanawiając się wcale, zrobił dwa kroki i ponownie sięgnął po motylka. I tym razem mu umknął, wyfruwając przez okno.
++++++– Yhmm… – rozległo się nagle jakby przypadkiem. – Z niską dzewczynką było jakoś fajniej…
++++++Ziemia zatrzęsła się, a ciasna chatka przestała być przytulna. Jej wnętrze spowiła szarość i pachnący cmentarzem odór, połączony z mieszanką znanych perfum. Promienie słońca na powrót zamieniły się w gęste opary. Gejralt zachwiał się na nogach. Jasny motylek, jedyna widoczna rzecz w przestrzeni ogarniętej cieniem, jakby na niego czekał. Gejralt przeszedł przez skrzypiące drzwi.
++++++Świetlisty owad poprowadził go przez rozległą łąkę pokrytą suchą trawą, a zaraz potem pośród martwych pni spalonych drzew, które niegdyś były lasem. Niektóre z nich zdawały się ożywać i próbowały sięgnąć go czarnymi konarami, kiedy tylko je mijał. Inne piętrzyły przed nim swe karłowate korzenie, utrudniając gonitwę. Był od nich jednak znacznie szybszy. Motylek frunął przed siebie, prowadząc go wprost na wzgórze.
++++++Wspinaczka zdawała się nie mieć końca, a powtarzające się charakterystyczne elementy utwierdziły go w przekonaniu, że znajduje się w jakiegoś rodzaju koszmarnej pętli. Mimo słabnących sił, chwytał się kolejnych półek skalnych z wrodzoną zwinnością, aż dotarł na szczyt, znajdując w sobie resztki wejdźmińskiej, niczym nie wspomaganej siły.
++++++Motylek usiadł na wysoko położonej gałęzi samotnie stojącej sosny i rozprostował skrzydełka. To było to samo miejsce, w którym wczoraj rozbili obóz. Gejralt obejrzał się za siebie, ale czubek wzgórza z kołyszącym się drzewem, był jedyną dostrzegalną materią. Cała reszta, o ile w ogóle coś tam było, tonęła w gęstej mgle. Wejdźmin patrzył na skrzącego się owada oddychając ciężko.
++++++– Może herbatki, wejdźminie? – usłyszał głos rozchodzący się we wszystkich kierunkach.
++++++Te kilka chwil odpoczynku wystarczyło mu, by odbić się od ziemi i chwycić się kilku kolejnych konarów z rzędu,
wydrążonej w pniu dziupli, i wspiąć się do gałęzi, na której mu zależało. Kiedy tylko jego dłoń zacisnęła się we właściwym miejscu, gałąź zniknęła rozpraszając się w proch, a on sam, przeleciał przez dawno zapomniane ptasie gniazdo i z trzaskiem łamanych patyków wylądował na samym dole. Syknął zaciskając powieki. Kiedy je otworzył, na jego nosie siedział motylek. Wejdźmin wstrzymał oddech, ale nie z powodu owada. Nad jego głową pojawił się czyjś cień.
++++++– Niedaleko padła jabłoń od jabłka… He he… – usłyszał.
++++++Cień przemieścił się zwinnie.
++++++– Jak wiesz, roznosimy plotki – powiedział. – I nie tylko – dodał. – A ty jesteś KŁAMCĄ!
++++++Gejralt bezskutecznie próbował zlokalizować źródło rozchodzącego się głosu.
++++++– Zostaniesz szczególnie zarażony. Nie masz nic przeciwko? – usłyszał, a zaraz potem coś szepnęło mu wprost do ucha. – Kłamco?!
++++++Gejralt rozejrzał się poruszając tylko oczami. W pobliżu nie było niczego, prócz wijących się mgieł i dymów na tle czarnej nicości.
++++++– Ostatnim razem byłeś bardziej gadatliwy… – cień mruknął w zamyśle. – MÓW DO MNIE!
++++++Wrzask rozszedł się pulsującym echem i nie doczekał się reakcji.
++++++– Yhm, w takim razie ja będę mówił dalej – ciągnął cień przemieszczając się lekko. – Rozniosę całemu światu najgorsze plotki na twój temat i będę patrzył jak szczują cię psami, plują i rzucają w ciebie kamieniami i błotem! Ha ha ha!
++++++– Plotki to plotki – powiedział Gejralt. – Rzadko są prawdziwe.
++++++– Yhm. Odezwał się. Widzę, że do ciebie nie dociera, wejdźminie – głos jakby przefruną nad nim. – Zabiorę ci wszystko co kochasz i co czyni cię tym, kim jesteś, aż zostaniesz całkiem sam i bezużyteczny… A potem będę niszczył wszystko, z czym nawiążesz choćby nić porozumienia! Zrobię z ciebie najgorszą zarazę…!
++++++Motylek spłonął w magicznych oparach. Wejdźmin przełknął ślinę.
++++++– Co chcesz wiedzieć? – spytał.
++++++– Od ciebie? Nic – głos zdawał się być tuż przed twarzą Gejralta, a potem zaczął zanikać. – Już wszystko wiem.
++++++Zadymione powietrze rozrzedziło się, a wraz z przebijającymi się promieniami słońca, zimna posadzka obrosła zieloną trawą. Wejdźmin zacisnął ją w dłoniach, była prawdziwa. Spojrzał w górę. Białe chmury płynęły spokojnie na tle nieboskłonu. Z samotnie stojącej na wzgórzu sosny zbiegła wiewiórka, pokręciła łepkiem i rzuciła w niego orzechem, zupełnie jakby chciała powiedzieć „Hej, ocknij się, kolego”.
++++++Wejdźmin spojrzał na nią groźnie. Gryzoń zerknął na wyrzucony nieopatrznie orzeszek, a potem na niego i znacząco przechylił główkę.
++++++– Ale, że co? Chcesz go z powrotem? – spytał Gejralt i wystawił drżącą dłoń z orzechem.
++++++Zza wzgórza wyłonił się Zołman. Wiewiórka czmychnęła na drzewo.
++++++– Nie wiem po kim on ma takie sranie, ale na pewno nie po mnie – powiedział do wejdźmina. – Pół godziny i jeden mały bobek. A co ty taki blady jesteś? Będziesz rzygał po wczorajszym?
++++++Gejralt spojrzał na wibrujący medalion.
++++++– Gejraltku, coś cię boli? – spytał Mlaskier przyglądając się ciężko oddychającemu przyjacielowi. – Bo się trzęsiesz gorzej niż ten twój wisiorek.
++++++Wejdźmin pokiwał głową.
++++++– Kazałem ci się nie ruszać, pamiętasz? – zapytał.
++++++Mlaskier przytaknął.
++++++– Co było potem?
++++++– Nic takiego – odparł poeta. – Z drzewa zeszła wiewiórka, a potem przyszedł Zołman. Nie chciałeś żeby się wystraszyła, prawda? Dlatego kazałeś mi się nie ruszać?
++++++Gejralt odgarnął włosy i złapał się za twarz.
++++++– Nie, nie, nie – wyszeptał. – A Basia?… I ten drugi…
++++++– No tak się woła wiewiórkę! Basia, Basia! – grajek rozpromienił się na moment. – Czy nie?
++++++– Wszystko gra? – dopytał Zołman.

++++++Wejdźmin wstał i otrzepał ubranie. Wyjął urządzenie opisane jako „Dyrdynetki 18+” i spojrzał przez nie chcąc przyjrzeć się majaczącej w oddali chatce. Nic nie zobaczył, więc wcisnął kilkakrotnie jedyny guziczek na metalowej obudowie i sprawił, że kolorowe obrazki z gołymi panienkami zaczęły zmieniać się przed jego oczami.
++++++– Boże Święty – powiedział i podał urządzenie Zołmanowi. – Masz. Spodoba ci się.
++++++Krasnolud przyjął prezent i odszedł w zaciszne miejsce. Nie zauważył nawet, że coś nieustannie chrupie pod jego butami.
++++++– Nie będziesz wiedział o czym mówię, ale miałeś rację – powiedział Gejralt patrząc przed siebie. – Coś było z nimi nie tak. To byli posłańcy Dzikiego Zgonu. Nie tylko Mimi została porwana. Są tam wszyscy, na których kiedykolwiek w jakikolwiek sposób mi zależało. A to znaczy, że może być tam dziesięć osób, ale może być też na przykład ponad cztery tysiące. Zależy w jaki sposób ocenił stan mojego zaangażowania w…- Gejralt chrząknął. – W każdym razie, od dzisiaj macie się trzymać blisko mnie – wejdźmin odwrócił się na pięcie chwytając Mlaskra za rękę. – Bliżej niż wtedy jak w trójkę… Zołmanie?

++++++Krasnoluda nie było w pobliżu. Z drzewa spadła wiewiórka.
++++++Była martwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *