
Ciepły, wiosenny wieczór zachęcał do spacerów, przy których można by podziwiać malownicze okolice Wyrżnijmy i pobliskich miasteczek. Jednym z takich miejsc, położonym o godzinę drogi konno od głównego traktu było Wsiodełko. Mieszkali tu prości ludzie, którzy na co dzień zajmowali się rolnictwem, hodowlą bydła i rzemieślnictwem, a wieczory poświęcali rodzinie, modlitwie i prostytutkom. Pomarańczowa tarcza słońca falowała na tle usianego puchatymi obłokami nieba, i była już tak blisko horyzontu, że zdawała się prawie dotykać wieży niskiego kościółka, który wciąż stanowił najwyższą budowlę w promieniu wielu mil.
Dziś jednak próżno było szukać na zewnątrz bawiących się dzieci, kokietujących córek młynarza czy nawet drobnych pijaczków o czerwonych nosach. Okiennice większości domostw były pozamykane, huśtawki same, jakby znudzone kołysały się na wietrze, a ostatni, zbłąkani przechodnie szybkim krokiem udawali się w stronę swoich domów. Coś wisiało w powietrzu i ludzie to czuli. Składało się to „coś” głównie z dziwnego zapachu przypominającego mieszaninę cmentarnej zgnilizny i wyśmienitych perfum z najnowszej kolekcji domu mody madame Cock’o’Szpadel – Cock’o Numer 69, z domieszką jajecznicy.
Ostatni obywatele ryglowali właśnie za sobą drzwi, kiedy zrobiło się jakby ciemniej. Słońce jednak nie skryło się jeszcze za linią horyzontu. Być może się bało, bo linia ta rozmyła się i przybrała ciemnoszary kolor, jakby coś kotłowało się tam, gdzie styka się z ziemią. Nienaturalna mgła powoli przemieszczała się w stronę domostw.
***
Dziewczynka siedziała na drewnianym taborecie i przebierała nóżkami. Mama kazała jej się nie ruszać, a był to nakaz, którego wrodzona odpowiedzialność nie pozwalała jej złamać. W końcu od dwóch dni nie była już czterolatką. Wiedziała też, że w razie wyższej konieczności wszystkie zasady należy złamać, aby zrobić to, co jest właściwe. Tego nauczyły ją historie o przygodach taty – a tata zawsze wiedział jak postąpić.
Wyższa konieczność przyszła szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać i dziewczynka musiała podjąć pierwszą w swoim życiu bardzo ważną decyzję. Na parapecie usiadł bowiem motylek. Jego kolorowe skrzydełka złożyły się, a on sam skubał sobie w szczelinie drewnianej framugi coś, co mogło być kroplą zaschniętego miodu, przyniesionym przez wiatr pyłkiem dzikiej róży, lub kupą. Taki motylek w sam raz nadawał się do złapania w rączkę i położenia sobie na nosie.
Nie było rady. Jednym susem zeskoczyła ze stołeczka a następnie z bojową miną przytaknęła sama do siebie, jakby utwierdzając się w przekonaniu, że to słuszny wybór, i zaczęła skradać się w stronę owada. Kiedy ten zamarł w bezruchu, zrobiła to samo. Potrafiła się skradać, bo miała to w genach, tak samo jak swoje skrzące się srebrnym kolorem włosy i pomarańczowe oczy.
Motylek również miał w genach oczy, i dlatego kiedy była już tuż, tuż, przefrunął sobie spokojnie na górną krawędź okna, gdzie z pewnością nie mogła go dosięgnąć. Zmarszczyła gniewnie brwi. Jej zdaniem, był to bardzo niemiły motylek.
Wytarła nos w rękaw i zatuptała krótkimi nóżkami. Motyl znów znieruchomiał, bo powietrze w pokoju zadrżało. Włosy dziewczynki podniosły się lekko, jej oczy jakby pojaśniały, a wszystkie dźwięki stały się przygłuszone. Czas zwolnił. Odbiła się od ziemi, wykonała salto z półobrotem i odbijając się od krawędzi okna wyskoczyła pod sam sufit. Nie miała jednak wprawy. Jej palce minęły o włos kolorowe stworzenie, które panicznie machało skrzydełkami i w ostatniej chwili chwyciły się żyrandola, dzięki czemu ich właścicielka nie runęła z całym impetem na ziemię.
Motyl już się nie bawił, ale nie tracąc czasu w linii prostej wyfrunął przez okno.
Dziewczynka, trzymając się jedną ręką ramienia kandelabru, wisiała pod sufitem i patrzyła za nim smutno. Łatwe poddawanie się nie leżało jednak w jej, w końcu – pięcioletnim już – charakterze. Zeskoczyła na ziemię, lądując na ugiętych kolanach i, stając uprzednio na palcach aby dosięgnąć klamki drzwi, wybiegła na zewnątrz.
***
Czarodziejka stała na gołej skale wystającej z porośniętego trawą zbocza wzgórza i w milczeniu wpatrywała się
w widoczne w oddali zabudowania. Czuła w powietrzu coś wielce nieprzyjemnego. Kiedy, przewróciwszy oczami, wytarła liściem z buta kawałek psiej kupy, zapach ustąpił. Dżemmefer zaklęła pod nosem i usiadła na kamieniu. Myślała o przeszłości. O czasach wesołych przygód i spektakularnych wydarzeń. To było lata temu – teraz prowadziła swój wymarzony, stateczny żywot w chatce na obrzeżach położonej opodal wielkiego miasta wsi. Czarów używała rzadko. Swoją magiczną moc oszczędzała na specjalne okazje – na przykład, gdyby ktoś z jej bliskich był w niebezpieczeństwie. Albo kiedy nie chciało jej się przygotowywać kolacji. Albo sprzątać. Albo gdzieś iść.
Czasem zjawiał się u jej drzwi jakiś podróżnik, który zasłyszawszy o talentach, potrzebował przysługi. Sprzedawała mu wtedy wodę z cukrem albo sok z rabarbaru, albo gnojówkę w ozdobnej buteleczce mówiąc, że to eliksir miłości lub eliksir Długi Wonsz, lub maść na hemoroidy. Utrzymać się z tego procederu było łatwo, bo ludzka zdolność do przypisywania zwykłym rzeczom magicznych właściwości nie zna granic, a i gnojówki i rabarbaru było pod dostatkiem.
W wytwarzaniu prawdziwych eliksirów nigdy się nie specjalizowała, choć kiedyś znała prawdziwego mistrza w tej dziedzinie. Uśmiechnęła się na myśl o tych wspomnieniach. Tęskniła za swoim wejdźminem – wirtuozem eliksirów i miecza – jak sam to nazywał, i ojcem jej jedynego dziecka.
Te rozmyślania przerwała jej nagła zmiana w powietrzu. Tym razem jednak nic nie przykleiło się do jej buta. To było znacznie bardziej subtelne, i wyczuwalne przez skórę, jak nagły chłód, kiedy chmura niespodziewanie zakrywa letnie słońce. Ktoś inny wziąłby tę osobliwość za zwykły skok ciśnienia lub jakiś inny kaprys pogody, ale czarodziejskie zmysły potrafiłyby wykryć pierdnięcie muchy w sąsiednim królestwie, jeśli oznaczałoby to niebezpieczeństwo.
Tym razem jej lędźwia zakotłowały się jak domek z kart podczas trzęsienia ziemi.
– Mimi – szepnęła do siebie.
Zeskoczywszy z kamienia na którym stała, Dżemmefer rzuciła się biegiem w stronę swojego domu. Miała złe przeczucie. Nie przebyła jednak dwóch sążni, kiedy powietrze zgęstniało na tyle, że można je było kroić wejdźmińskim mieczem. Ciśnienie tego uczucia przytłoczyło ją; zachwiała się. Próbowała jeszcze osłonić się od tej dziwacznej aury za pomocą naprędce wyartykułowanego zaklęcia – na próżno. “Mimi” – powtórzyła. I padła bezwładnie na ziemię.
***
Motylek był wyraźnie podirytowany determinacją swojego prześladowcy. Przefruwał dalej i dalej, a osóbka w niebieskich trzewikach, która za nim podążała za każdym razem znajdowała jakiś sposób by się do niego zbliżyć. Mimi nie dawała za wygraną. Oddaliła się już od domu na taką odległość, że wiedziała, że kiedy wróci mama, to nie będzie zadowolona i na pewno włosy staną jej dęba a oczy zaświecą się złotym kolorem. Obejrzała się za siebie. Chatki nie było już nawet widać zza drzew, które zostawiła za sobą. Miała jednak na głowie większe zmartwienia. Właściciel kolorowych skrzydełek usiadł bowiem na wysokiej gałęzi stojącej samotnie sosny i najwyraźniej postanowił spędzić w tym malowniczym miejscu długie
i upojne chwile, nie niepokojony takimi błahostkami jak wyścig szczurów i pęd do kariery charakterystyczny dla pokolenia karierowiczów współczesnej cywilizacji.
Dziewczynka nie miała już sił aby zrobić użytek ze swoich nadnaturalnych zdolności, ale spostrzegła, że nisko położony konar idealnie nadawał się do tego, aby postawić na nim gołą stópkę. Z tego konara dostała się jeszcze wyżej, na platformę złożoną z dwóch skrzyżowanych gałęzi, a potem, łapiąc się ziejącej w pniu dziupli, wgramoliła się na gniazdo, które dawno temu pozostawił po sobie jakiś zapomniany budowniczy. Była już całkiem blisko motylka. Kiedy upewniła się, że suche patyki dawały jej wystarczające oparcie, przygotowała się do skoku wzwyż. Ku jej niezmiernemu rozczarowaniu, właśnie w tym momencie owad zatrzepotał od niechcenia skrzydełkami i, zatoczywszy kilka chwiejnych pętli odfrunął, unosząc się tak wysoko nad ziemią, że nie było już żadnej nadziej na pościg. Zmarszczyła brewki i tupnęła nóżką.
Jak mówi stare, wejdźmińskie przysłowie, każde gniazdko wytrzyma harce niesfornego ptaszka. Czy to z powodu niewłaściwego oszacowania sił naporu przez projektanta, czy tego, że, jak stwierdza jasno Wielki Wejdźmiński Bestiariusz Z Misiem Na Okładce, nawet bardzo małe dziewczynki prawie zawsze ważą więcej niż bardzo małe ptaszki, suche patyki pod jej stopami pękły z głośnym trzaskiem, a Mimi runęła na znajdującą się poniżej trawę. Przez chwilę mrugała załzawionymi oczami, nie bardzo wiedząc co się właściwie stało, ale szybko chęć łkania przerodziła się w szeroki uśmiech, ponieważ na nosie usiadł jej motylek.
Dziewczynka miała właśnie złapać go delikatnie palcami, kiedy zauważyła, że przed nią na trawie rozpościera się wyraźnie czyjś cień. .
Powoli odwróciła głowę.
***
Dżemmefer otworzyła oczy. Poczuła w ustach smak ziemi i trawy i uświadomiła sobie, że wciąż leży w tym samym miejscu, w którym straciła przytomność. Dziwny półmrok i złowieszcza aura zniknęły. Było całkiem zwyczajne, letnie popołudnie. To były złe wieści. Zerwała się na nogi.
– Mimi! – zawołała, kiedy wpadła z impetem do chatki. Gdy nikt jej nie odpowiedział, opadła ciężko na stojący przy drzwiach taboret. Szybko jednak wzięła się w garść. Wiedziała, że musi działać szybko.
Dżemmefer zamknęła oczy i wypowiedziała szeptem formułę zaklęcia. Powietrze w głównej izbie zamigotało i na chwilę rozbłysło fioletowo-zielonym światłem. Z podłogi podniosły się tumany kurzu, a kiedy opadły, zostawiły po sobie unoszące się w powietrzu świetliste drobinki, które wskazywały drogę. Czarodziejka pognała ich śladem, nie zamykając za sobą drzwi. Świetlisty szlak poprowadził ją przez pobliską łąkę i las na szczyt górującego nad okolicą wzgórza. Kilka razy musiała wspiąć się na stromą skarpę, czy ominąć głęboki rów, nawet wtedy, gdy unoszące się nad nim światełka sugerowały, że ktoś znacznie zwinniejszy wcześniej go przeskoczył. Biegnąc zastanawiała się, co mogło odciągnąć dziewczynkę tak daleko od domu. Miała najgorsze myśli.
Ślad urywał się nagle przy wysokiej sośnie, kołyszącej się spokojnie na wietrze nieopodal najwyższego punktu wzniesienia. Wokół drzewa latał sobie motylek. To była niezwykle malownicza okolica. Dżemmefer opadła na kolana. Nikogo tam nie było.