
Szczepan de Peszczan van Czepaszn, zwany też Dźwiedziem z Gór Groźnych, ubrany jedynie w metalowy ochraniacz na genitalia, sięgnął po miecz. Zrobił to powoli, teatralnie, bo wiedział, że obserwuje go pokaźne grono gapiów. Rycerz złapał w końcu oburącz rękojeść oręża i pociągnął ku górze. Broń ani drgnęła, ponieważ do połowy tkwiła w potężnym głazie.
Szczepan uśmiechnął się nerwowo, starając się sprawiać wrażenie, jakby drwił z całej sytuacji, i zatarł ręce. Stanął w nieco szerszym rozkroku i naprężył muskuły, które, poruszając się pod skórą przywodziły na myśl jakieś duże zwierzę pożarte przez węża. Dla lepszego efektu powiódł jeszcze wzrokiem po publiczności, a następnie zakrzyknął bojowo i szarpnął, tym razem wkładając w tę czynności maksimum wysiłku. Jego twarz nabrzmiała czerwienią, a oczy wyszły z orbit.
– Ha grrrrrruuuuuhhhghh – jęczał głośno mocarz, wciąż jednak nie uzyskał najmniejszych efektów swojego popisu.
Puścił rękojeść i sapiąc ciężko, przetarł czoło. Zaczął zastanawiać się, czy może nie powinien spróbować pod innym kątem, albo użyć masła, albo…
– Następny – zaskrzeczał nieprzyjemnie nosowym głosikiem sięgający mu do kolan gnom, który stał na skale tuż obok, i odhaczył coś malutkim ołóweczkiem na trzymanej przez siebie liście.
– Won! – krzyknął rycerz. – Szczepan spróbować jeszcze raz!
Gnom przewrócił oczami.
– Przysługuje jedna próba, a wykorzystał już dwie – wykwiczał. – Następny!
Szczepan nie należał do czempionów cierpliwości. Kiedyś przypadkiem zobaczył mecz szachów. Tak bardzo rozbolał go od tego mózg, że spędził potem dwa miesiące w szpitalu.
– AAAAARRRGHHH – krzyknął rycerz i zasadził zamaszystego kopa prosto w głowę stworka.
Szczepan nie należał do społecznej elity intelektu. Gdyby było inaczej, wiedziałby, że gnomy to najwięksi specjaliści od starożytnych sztuk walki, takich jak Sratate, Dzidzitsut, i Kung-Hłang-Ping-Pong-Kim-Dżong-Chu-J. Wiele z nich sami wynaleźli.
Mały humunkulus, nie ruszając się z miejsca, jednym paluszkiem odbił zbliżającą się w jego stronę stukilową nogę tak, że Szczepan de Peszczan van Czepaszn spadł z ze skały i wylądował w pobliskim lesie. Gnom poprawił swoje okrągłe okulary.
– Następny! – zaskrzeczał.
Z długiej kolejki, która ustawiła się nieopodal odłączył się kolejny ochotnik i wszedłszy na skałę nadaremno próbował uwolnić z niej miecz.
Kolejka liczyła już kilkaset osób. Teraz panowało w niej zamieszanie, ponieważ, jak niosła wieść, rosły wieśniak pobił się z pewnym siłaczem o to, kto pierdnął. Jak się jednak okazało, źródło intensywnego zapachu musiało tkwić gdzieś indziej, ponieważ było już odczuwalne przez większą część oczekujących.
Harmider zamarł, bo nagle rozległ się przeraźliwy dźwięk trąb. Nie minęła chwila, a pomiędzy skałą a ochotnikami pojawił się pokaźny oddział zbrojnych, na czele z perfidnie wyglądającym osobnikiem o dużym nosie. Smród mocno się przy tym nasilił.
– Jam jest król Fjutest, władca tych ziem! – oznajmił osobnik. – No co tak na mnie patrzycie! Klękać przed królem!
Nikt nie ukląkł.
– No to, w każdym razie, ten – kontynuował król. – Szukamy zbiega, który dopuścił się zniewagi na najważniejszej osobie w państwie! Mam sobie z nim do porozmawiania! Osobnik ten jest wejdźminem i podróżuje w towarzystwie krasnoluda i takiej jakby małpki. Jeśli ktoś tutaj widział rzeczonych zbiegów, to ma mi natychmiast o tym… a co tu się właściwie dzieje?
Król spojrzał na pilnującego skały gnoma. Ten westchnął i ostentacyjnie schował ołówek.
– Kolejka jest – wyskrzeczał.
– Nie wydałem zgody na żadną kolejkę! A do czego ta kolejka? Coś tu jest za darmo fajnego? Bo, jakby co, to ja akurat właśnie wczoraj to coś zgubiłem i chciałbym to odzyskać.
– W kolejce musi poczekać – cierpliwie powtórzył gnom. – Do miecza, co spadł z nieba i się tu wbił. Jak go wyciągnie, to dostanie w nagrodę breloczek. Nad resztą legendy jeszcze pracujemy. Przysługuje jedna próba.
Fjutestowi zaświeciły się oczy. Gdyby to on wyjął miecz, to dorobiłoby się później do tego jakąś filozofię, że tylko najwspanialszy i prawowity władca, potężny bohater będący dziewicą o czystym sercu był w stanie to zrobić, a jego władza zyskałaby wręcz mityczny wymiar. Warunkiem było jednak to, że nie uprzedziłby go nikt inny.
– Likwiduję tę kolejkę – oznajmił. – I konfiskuję tę skałę. Brać go!
Dwóch zbrojnych zeskoczyło z koni i ruszyło w stronę mikrego gnoma, zastanawiając się, czy go związać, czy może włożyć do jakiegoś rodzaju klatki dla chomików. Siedem sekund później nie mieli już tego problemu, mieli za to ręce zawiązane na supeł i frunęli z dużą prędkością w bliżej nieokreślonym kierunku.
Król potrzebował chwili, żeby zorientować się, co się stało.
– No, na co czekacie? – wrzasnął na resztę swoich ludzi.
Ci niechętnie ruszyli do przodu, drogę zastąpiło im jednak kilku groźnie wyglądających osobników, którzy wyszli z wciąż stojącej w jednym rzędzie kolejki.
– KOLEJKA jest, kurwa – powiedział ten największy, popychając pierwszego z żołnierzy prowokacyjnie.
Wywiązała się bójka. Gnom łoił niemiłosiernie całe grupy gwardzistów, którzy nacierali na niego chcąc zyskać w oczach króla, a cała reszta biła się na pięści z zastępami poddanych, których coraz więcej włączało się do walki.
– Noooooo, bij, ale nie taak, kretynie, a w ogóle to jestem królem i macie mnie słuchać! – krzyczał Fjutest ze łzami w oczach, ale nikt go nie słuchał.
Po drugiej stronie skały z zagajnika wyłoniło się trzech podróżników. Jeden z nich był kompletnie przemoczony.
– Ty i ten twój magiczny proszek – fuknął ociekający Zołman. – Dzięki niemu będziesz mógł przejść po wodzie! To naukowo potwierdzony sposób! ZAUFAJ MI!
– Ależ Zołmanku, wszyscy wiedzą, że w słonej wodzie wszystko się unosi – powiedział Gejralt obserwując swoje paznokcie. – Myślałem, że jak posolę jezioro…
– Dobra, zamknij się. Możesz mi powiedzieć, po co my tu w ogóle przyszliśmy?
– No cóż, dowiedzieliśmy się z Mlaskrem że jest tu jakaś kolejka. Może dają coś fajnego za darmo?
– Gejralt, a nie mamy czasem dużo ważniejszych rzeczy do roboty?
– Tak, ale i tak nie wiemy już gdzie szukać śladów i informacji. Równie dobrze możemy zacząć tutaj.
Ich uszu dobiegł brzęk stali. Kiedy ucichli, dało się również słyszeć jęki, krzyki i przekleństwa.
– Co to – powiedział Mlaskier, wskazując palcem na widoczne w pewnym oddaleniu sylwetki walczących.
– O cholera – Zołman osłonił od słońca oczy ręką aby lepiej widzieć. – Gejralt, to chyba Fjutest!
Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Ee tam, on mi i tak wszystko w końcu wybacza – powiedział. – Ale może faktycznie, nie potrzeba nam teraz jatki. Lepiej chodźmy do jakiejś karczmy i popytajmy o dziwne zjawiska, magię, wejdźmińskie miecze, adresy kelnerów… ale najpierw siku.
Gejralt stanął pod niewysoką skałą, rozpiął rozporek i zaczął pogwizdywać.
– Aaach, jak przyjemnie – powiedział, kiedy skończył. Wtedy zauważył, że na skale nad jego głową siedzi Mlaskier i majta nogami.
– Gejraalt – powiedział poeta. – A tu jest twój miecz.
– Ależ Mlaskierku, przecież widzisz go kilkadziesiąt razy dziennie…
– Ale on jest tak jakby wciśnięty w szczelinę.
– No, to też nic now…
– W tej skale.
– Co?
Gejralt kilkoma zwinnymi ruchami wspiął się na szczyt kamienia. Był stamtąd dobry widok na toczące się okolicy walki, ale sami walczący byli zbyt zajęci okładaniem przeciwników, by zwrócić na nich uwagę. Fjutest najwidoczniej gdzieś zniknął.
– O cholipka – ucieszył się wejdźmin i poklepał Mlaskra po głowie. – Zołmanku! Tu jest mój miecz!
Delikatnie wysunął oręż ze szczeliny. Ten na chwilę zaświecił się na różowo.
Gejralt powąchał rękojeść.
– I w dodatku wiem, gdzie jest drugi! – powiedział. – Chodźcie za mną!
Kilka minut po tym, jak się oddalili, na skałę coś wpełzło. Był to starający się nie rzucać w oczy Fjutest, który postanowił wykorzystać nieuwagę walczących i po kryjomu samemu spróbować uwolnić miecz.
Gdzieś daleko za sobą usłyszeli jak ktoś bardzo głośno woła „Kuuuurrrrwaaaaa!”.
– Wciąż nie mogę uwierzyć – powiedział Zołman podążając przez las za Gejraltem. – Że tak nam się uwaliło! W końcu zaczynasz z powrotem być wejdźminem. Z mieczem i w ogóle! Ale powiedz mi, Gejralt, jakim cudem tak łatwo wyciągnąłeś go z tej skały? Przecież na moje oko, to on był tam całkiem solidnie wbity.
– Hmm – zastanowił się wejdźmin. – Widzicie, wejdźmińskie miecze są dość śliskie, od tych wszystkich błyszczyków i wazeliny, którymi się je naciera, i łatwo je skądkolwiek wyciągnąć. To stwierdzenie jest prawdziwe na wielu różnych poziomach interpretacji. Ale jest pewien haczyk. Taki oręż jest specjalnie zaczarowany za pomocą różnych tajemnych rytuałów opracowanych w Homo Moher, aby można go było bezpiecznie zostawić i na przykład pójść na chwilę na stronę… po coś. Więc jeśli się go w coś wbije, to można go wyjąć wyłącznie ręką, która przed chwilą dotykała pewnej części ciała. Ale której, to jest wejdźmińska tajemnica. Dość powiedzieć, że w ten sposób upewniamy się, że praktycznie zawsze może jej używać każdy wejdźmin. Właściwie, jak o tym pomyślę, to Fjutestowi pewnie też by się udało…
Zołman postanowił po prostu iść dalej w milczeniu. Na szczęście jego myśli na temat własnego życia, przyjaciół, i sensu egzystencji zagłuszał Mlaskier, który szedł nieopodal przygrywając na lutni i śpiewając wesoło piosenkę.
Raz raz raz
idziemy se przez las
znaleźliśmy miecz
wspnaniały dzisiaj lecz
drugiego jeszcze trza
bo gdy znajdziemy dwa
to mieczami tymi
uratujemy Mimi…
Gejralt uśmiechnął się do niego, bo po raz pierwszy od bardzo dawna faktycznie sytuacja przestała stawać się coraz gorsza. Następnie przekrzyczał poetę, zwracając się na powrót do Zołmana.
– Skoro już się tak dopytujesz, Zołmanku, to powiem ci dlaczego powąchałem rękojeść.
– Ani przez chwilę się nad tym nie zastanawiałem.
– Otóż powąchałem ją, bo ładnie pachnie.
– Ech.
– I wyczułem bardzo charakterystyczny zapach pewnego występującego w tych okolicach stwora, a konkretnie Łechlataczki.
– Jezus Maria, Gejralt, kto wymyśla te…
– Wygląda jak połączenie małży z krzyżówką orła z nietoperzem wielkości niedźwiedzia, który przebrał się za strusia. Ma też specjalne wypustki do łechtania. No taki jakby skórzasty, pomarszczony, ptak, he he, he…
– Gejralt!
– A, tak. No i ta Łechlataczka zazwyczaj lata sobie po lesie i wszystko łechta. Chyba że akurat jest w okresie godowym, wtedy robi się niebezpieczna. No i przypuszczam, że ten, kto miał moje miecze, został przez nią złapany w charakterze obiadu dla małych łechlataczątek. Podczas kiedy go niosła, pewnie ten ktoś się przypadkiem połechtał i upuścił miecz, który wbił się w tamtą skałę. A z drugim zapewne doleciał do gniazda…
– I tam go znajdziemy.
– Właściwie mogłeś powiedzieć tylko to. Ale ten ktoś to pewnie już nie żyje?
– Różnie bywa. Jeśli jest w stanie żyć bez kończyn, głowy i torsu to może będzie się dało go uratować…
– Rozumiem. A skąd wiesz, którędy iść do tego gniazda?
– To proste. Trzeba kierować się w tę stronę, z której rzeczy są najbardziej połechtane.
Krasnolud przypomniał sobie, że już kilka razy postanawiał o nic nigdy nie pytać Gejralta. Ale w głębi duszy uśmiechnął się do siebie, bo miał też wrażenie, że wejdźmin naprawdę wraca do siebie.
Kiedy dotarli do gniazda tropionego przez nich stwora, krasnolud zwymiotował. Samo siedlisko przedstawiało się całkiem zwyczajnie, był to upleciony w niegłębokiej ziemnej jamie krąg z błota, gałęzi i siana. Jego zawartość przypominała jednak stos flaków i kup uklejonych w kule z doczepionymi krzywymi kikutami skrzydeł. Jak wyjaśnił Gejralt, to były małe łechlataczątka, jego zdaniem niesłychanie urocze. Poinstruował tylko towarzyszy, żeby ich nie głaskali, bo z powodu obcego zapachu mama mogłaby ich nie poznać. Zołman postanowił nie podejmować takiego ryzyka w stosunku do przeuroczych stworków, które nieprzerwanie ćwierkały „HGRRĆwwlllBRLlgLLL” i „TRFLUPL TRFLUPL”, a jedno z nich wybeknęło właśnie czaszkę, która potoczyła się mu pod nogi.
Wokół gniazda piętrzyły się strzępki tkanin, kawałki zbroi, i całkiem sporo różnego rodzaju kości, a nawet jeden metalowy ochraniacz na genitalia. Prawdopodbnie gdzieś wśród tego wszystkiego znajdował się wejdźmiński miecz.
Gejralt wyjął ze swojej torby niewielki przyrząd – WykryDyrdywacz Broni. Pociągnął za małą dźwigienkę umiejscowioną na jego boku. Urządzenie zabuczało, wydało z siebie ciche „pip, pip”, po czym magiczny głos przemówił ze środka.
– Czarodzieju! – powiedział. – Bronia, córka karczmarza, idzie właśnie do pracy. Tradycyjnie będzie się przebierać na zapleczu od strony podwórza. W ścianie tegoż zaplecza jest małe okienko przez które wszystko widać, ale możesz też skorzystać z dziurki od klucza w bocznych drzwiach jak ostatnio.
– Hmm… – zastanowił się Gejralt, kiedy WykryDyrdywacz znowu zapipkał i umilkł. – To chyba nam nie pomoże.
Zołman postukał go w ramię.
– Słuchajcie, tak sobie pomyślałem – powiedział rozglądając się powoli. – Czy mama tych tutaj zwierzątek, to… co jak ona jest gdzieś w pobliżu?
– To wykluczone – odparł wejdźmin. – Łechlataczki polują i karmią młode wyłącznie w nocy. Czas od wschodu do zachodu słońca spędzają na łechtaniu. Zresztą, nawet gdyby tu była to, o Jezus Maria uciekajcie szybko bo właśnie nadlatuje!!!
Wnęka wydrążona przez jakieś zwierzę w pniu wiekowego drzewa była spora. Nie na tyle jednak spora, by komfortowo mieścił się w niej krasnolud oraz dwoje ludzi. Na całe szczęście wejdźmin znał doskonale sposoby na zmieszczenie naprawdę dużych rzeczy w naprawdę ciasnych przestrzeniach, mogli więc się tam schować. Z wnętrza obserwowali, jak przedziwny stwór ląduje nieopodal z hukiem i pokracznie przechadza się wokół, co jakiś czas łechtając a to kamień, a to pień sosny, a to tak sobie łechtając w powietrzu. W końcu wyglądało na to, że kreatura zasnęła.
– Niech was nie zmyli to, że tak leży i pochrapuje – powiedział powoli Gejralt. – Ona tak naprawdę… śpi.
– Nie musisz mi tego… Zaraz, co? – spojrzał na niego Zołman, tym okiem, które nie było wciśnięte do połowy w policzek Mlaskra. – Zresztą nie ważne, czuję się tu z wami mocno niekomfortowo. Może się oddalimy, dopóki to brzydkie coś przycina komara, i wrócimy trochę później?
Mimo wspólnego jęku rozczarowania, który cicho wydali jednocześnie wejdźmin i poeta, zgodzili się, że to będzie najlepsze wyjście. Pierwszy z dziupli wygramolił się Mlaskier. Wcale nie zrobiło się tam więcej miejsca. Następnie wyszedł Gejralt, czemu akompaniował odgłos wyjmowania korka z butelki wina.
– Ała – jęknął Zołman, ale zanim zdążył przemyśleć sytuację zauważył, że jako najniższy z ich trójki, nie zdoła samemu dosięgnąć otworu w drzewie tak, żeby wyjść. W tamtą stronę było łatwiej, bo wejdźmin bez słowa po prostu złapał go w biegu i wciągnął do środka. W dodatku w wejściu była uśmiechnięta głowa Mlaskra, który nie mrugał, tylko patrzył.
– Przestań, to jest dziwne, jak się tak gapisz – mruknął krasnolud. – No przestań mówię! I podaj mi rękę!
Głowa Mlaskra zaczęła powoli przesuwać się ku krawędzi otworu aż znikęła. Krasnoluda to nie zdziwiło. Złapał się tylko palcami za nasadę nosa i przeciągle westchnął.
– Zołmanku! – w otworze znowu pojawił się bardzo zadowolony poeta i nachylił się do środka. – Proszę!
– No, chociaż raz można na ciebie KURWA MAĆ!
Mlaskier rzeczywiście podał mu rękę, jednak nie było można nie zauważyć, że nie była to jego ręka. Ta nie była już przyczepiona do swojego pierwotnego właściciela i ewidentnie od czasu rozstania zdążyła już trochę nadgnić.
Kiedy Zołmanowi minęły pierwsze objawy szoku pourazowego, pomogli mu się wydostać. Nie czekali jednak aż przedziwny stwór obudzi się i odleci. Jak się bowiem okazało, ręka, którą znalazł Mlaskier wciąż zaciskała w dłoni coś, na czym widocznie bardzo zależało jej poprzedniemu właścicielowi. Wejdźmiński miecz, mimo okoliczności, pozostawał nieskazitelnie czysty.