
Stefano robił kupę.
Wychodek, umieszczony w szczytowym miejscu kwatery głównej Dzikiego Zgonu był dla niego zarazem świątynią, miejscem, gdzie myśli mogą zostać ubrane w dające się wykrzyczeć na militarnej przemowie słowa, oraz miejscem, gdzie robi się kupę.
Prawdę mówiąc, była to jedyna czynność fizjologiczna którą obecnie mógł wykonać, ponieważ z racji pewnego straszliwego przewinienia, pozbawiono go, przegniłej co prawda, ale bardzo istotnej części ciała.
Dziki Zgon cieszył się od setek lat nieposzlakowaną opinią organizacji, która wykonuje swoje zadanie z bezwzględną dokładnością. Podróżując na swoich dawno już umarłych, kościstych rumakach odwiedzali wszystkie zakątki świata, roznosząc plotki, choroby weneryczne i, od czasu do czasu, przesyłki konduktorskie, ale to zdarzyło się tylko kilka razy w czasach mocno uszczuplonego przez nałogowy alkoholizm członków Zgonu budżet.
Jednak najważniejsze były plotki. Pieczołowicie pielęgnowane, gromadzone i roznoszone z nieustępliwością wjeżdżającego do ciasnego tunelu długiego i mokrego parowozu stanowiły o ich reputacji. Było to tym bardziej godne podziwu, że parowozów jeszcze wtedy nikt nie wynalazł. Natomiast to, że gdyby istniały, to na pewno wjeżdżałyby do ciasnych tuneli przewidział już wiele lat wcześniej niejaki Wejdźmin Odbywlasł swoim proroczym manuskrypcie zatytułowanym „Lista rzeczy prawdziwych i nieprawdziwych, ale zarazem długich i mokrych, które mogłoby się zmieścić w ciasnych tunelach, przepraszam ale się rozmarzyłem. Tom LXXVII.”
Za plotki ludzie ich szanowali. Podobno gdy szedł słuch, że nadciąga Dziki Zgon, dzieci malowały barwne laurki, zdobiły je wydzierankami i zostawiały na parapetach posypane cukrem pudrem i okruszkami, ażeby dzielni Jeźdźcy nie musieli podróżować o pustych żołądkach. Tej plotki jednak nie roznieśli, ponieważ nie została zatwierdzona jako wystarczająco wiarygodna; zwłaszcza, że ostatnim razem gdy najechali pewną małą wioskę, wyszedł od nich sołtys i zaproponował złożenie wszystkich dzieci, kobiet i starców, i właściwie wszystkich innych mieszkańców nie licząc Sołtysa, w krwawej ofierze, aby odjechali.
Wtedy obyło się bez ofiar, bo zasadniczo zatrzymali się tylko na tortillę i jeden wyjątkowo podgniły jeździec musiał wysłać polecony, ale wiedzieli, że reputacja ich wyprzedza. Reputacja tych, którzy zawsze rozniosą to, co do nich dotrze i z którymi nie należy zadzierać.
Tak było do momentu, kiedy kilka lat wcześniej, podczas jednego z rajdów napotkali na swojej drodze pewnego wejdźmina, z którym to Stefano dość zażyle się zaprzyjaźnił.
Wejdźmin był wyśmienitym źródłem wszelkiego rodzaju plotek, zwłaszcza, że łatwo było go zastać w stanie mocno wstawionym, a do tego zupełnie nie obrażał się za rozniesienie na niego np. syfilisu, ponieważ wejdźmini z racji swojej wejdźmińskiej natury byli na takie rzeczy odporni.
Działał tu też prosty dobór naturalny. Zwyczajnie ci Członkowie Homo Moher, którzy takiej odporności nie posiadali już dawno zarazili się czymś i wymarli. Stefano wiedział o tym z pierwszej ręki, ponieważ sam, dawno, dawno temu, był jednym z nich. To była tajemnica. Bał się, że straci na autorytecie, jeśli ktoś kiedykolwiek skojarzy go z dziwnym zakonem mieszczącym się w Górach Różowych.
Wiele dekad wcześniej, jeszcze jako żyjący młodzieniec o imieniu Stefancjusz, wstąpił do Homo Moher, gdzie został przyjęty z otwartymi nogami i już jako swoje nowe wcielenie – Wejdźmin Sewalin wyruszył ochoczo w świat aby wykonywać wejdźmińskie zadania.
Niestety, los chciał, że w ciągu zaledwie szesnastu minut od początku swojej misji Sewalin złapał siedemdziesiąt dziewięć różnych chorób wenerycznych i wkrótce dokonał swego żywota leżąc w konwulsjach na łóżku w wiejskiej lecznicy usytuowanej w nieznanej nikomu miejscowości, która miała później znacząco się rozrosnąć i stać stolicą całego królestwa, od tej pory funkcjonując pod nową nazwą – Wyrżnijma.
Wiejscy znachorzy debatowali później długo, czy bardziej do jego śmierci przyczyniły się liczne choroby, czy to, że spadł na niego czterdziestokilowy żyrandol, ale Sewalinowi nie robiło to już wtedy wielkiej różnicy.
Wiedział jedno – życie po własnym pogrzebie to już właściwie nie jest życie. Wstąpił zatem do Dzikiego Zgonu, o którym słyszał liczne plotki, że pozwala na realizację talentów każdemu, kto zna się na roznoszeniu, i radził tam sobie tak dobrze, że wkrótce wybrano go czołowym przywódcą. Kolejny raz zmienił imię – tym razem nazwał się Stefano, nie chcąc, by łączono go z jego dawnym życiem, ani z wejdźmińską przeszłością. To nowe imię wybrał na cześć swojego normalnego imienia, z czasów, kiedy nie był jeszcze ani Upiornym Jeźdźcem, ani wejdźminem.
Głosownie na przywódcę nie miało nawet związku z jego osiągnięciami, ale zupełnym przypadkiem miał akurat wśród Jeźdźców najdłuższe Ko’Tas-u, co w starożytnym języku nieumarłych oznaczało tę część anatomii, która najbardziej świadczy o zdolnościach przywódczych wśród każdej organizacji, która zajmuje się czymkolwiek.
Przez setki lat Dziki Zgon pod rządami Stefano osiągał same sukcesy. Było tak do momentu kiedy na ich drodze stanął wspomniany wcześniej wejdźmin, a towarzyszył mu wyjątkowo dziwny poeta i niezwykle podejrzliwy krasnolud.
Gejralt faktycznie dysponował nowymi i świeżymi plotkami na każdą okazję, ale zafascynowany nim Stefano zupełnie opuścił gardę i zignorował zasady panujące w Zgonie – a w efekcie rozniesione zostały plotki, które wejdźmin zwyczajnie wymyślił, albo wyssał z palca. Prawdopodobnie Mlaskrowi. I prawdopodobnie nie z palca.
Musiał więc Stefano stanąć przed sądem polowym złożonym z komisji pewnych wysoko postawionych w upiornym świecie indywiduów, kilku przedstawicieli Urzędu Skarbowego i jednej gadającej ryby w podstawionym na szybko akwarium. Trybunał prędko wydał wyrok, zwłaszcza, że wszystkim bardzo się spieszyło, z uwagi na zapowiadaną od tygodni promocję w pobliskim lumpeksie, a w efekcie, choć co prawda pozwolono mu pozostać na stanowisku przywódcy, w ramach kary musiał stracić Ko’Tas-u.
A wejdźmini, nawet byli, i nawet nieżywi, są bardzo przywiązani do swojego Ko’Tas-u. Zemsta musiała być straszliwa.
Gejralt miał stracić wszystko – swoje moce, przyjaciół i sens życia, a kiedy zostałby już zupełnie sam i popadł w rozpacz, przyszłaby pora i na niego. Wtedy Stefano dokonałby ostatecznego dzieła – wcieliłby Gejralta do Zgonu (uprzednio sprawdziwszy za pomocą suwmiarki czy czasem bardziej od niego nie nadaje się na przywódcę). Większa część planu już się dokonała. Teraz była już prawie pora na wielkie zakończenie. Do pojmania pozostał im jeszcze tylko ów dziwny poeta, który zawsze towarzyszył Gejraltowi, a wtedy samotny i opuszczony wejdźmin złamałby się jak trzcina cukrowa na… to znaczy, jak piórko, które… No cóż. Stefano nigdy nie był zbyt dobry w poetyckich porównaniach.
Poza tym, w drzwi wychodka właśnie ktoś zapukał.
– Ee… zajęte – krzyknął wyrwany z zamyślenia przywódca.
– Ale szefieee – odpowiedział głos zza drzwi. – Ja naprawdę muszę…
Przywódca dzikiego Zgonu westchnął przeciągle i zapiął swoje mocno już nieświeże po kilkuset latach nieprania bryczesy. Przez te wszystkie dywagacje misję odwiedzenia toalety zmuszony był uznać za zakończoną niepowodzeniem.
Przejechał kościotrupią ręką po czaszce, jakby poprawiał dawno już nieistniejące włosy, wziął głęboki oddech i otworzył drzwi.
– Szeregowy! – wrzasnął na trzymającego się za brzuch zielonego, podgniłego trupa. – To jest wychodek wyłącznie DLA DOWÓDCY!
– Ale ja jestem tu nowy…
– To mnie nie interesuje! A zresztą, nieważne. Mam ważniejsze rzeczy na czaszce! A ty znajdziesz sobie inny…
– Już nie trzeba.
– Co?
– Już nie trzeba – odparł podgniły z widoczną ulgą na twarzy. – Przepraszam, szefie.
Stefano lekko zatkało, więc patrzył tylko jak szeregowy oddala się kołysząc bioderkami. Coś go w tym zastanowiło.
– Szeregowy!
– Eee?
– Mówiłeś, że jesteś nowy. Jak się nazywasz i kim byłeś wcześniej?
– No, szefie, nazywam się Rafał…
– Nie ściemniać! Nie ma takiego imienia.
– No dobra… to znaczy, tak jest – odpowiedział domniemany Rafał po dłuższej chwili, wyraźnie zafrasowany. – Nie chciałem się przyznawać, bo takie tam, i teraz jeszcze ta afera z wejdźminami i fałszywymi plotkami… ale nie miałem nawet czasu wymyślić dobrej wymówki. Nazywałem się Siezmieścin, no i rozumie szef, wcześniej tak jakby… no sam byłem wejdźminem. Wstyd się przyznać, ale zabiły mnie chyba te wszystkie rzeczy, co człowieka nachodzą jak się dużo no, ten tego…
Stefano przestał słuchać. Jego umysł wszedł na wysokie obroty. Stanęło mu przed oczami kilka firmowych imprez i to, że w Zgonie dominowała zasadniczo tylko jedna płeć.
– Spocznij! – krzyknął do szeregowego i pobiegł schodami na balkon wychodzący na główny dziedziniec kwatery głównej.
Szeregowy nie poruszył się w widoczny sposób, z wyjątkiem lekkiego spojrzenia w dół.
– Już – zamrugał.
Na schodach Stefano wpadł na Januszszo, Jeźdźca, który był niewiele tylko młodszy stażem w Zgonie od niego samego.
Januszszo składał się praktycznie wyłącznie z obżartych przez robaki kości.
– Stać!
– NO? – odpowiedział Januszszo, głębokim tonem właściwym tym Jeźdzcom, którzy utracili już jakiekolwiek resztki ciała i musieli posługiwać się magicznym głosem. – SZEFIE, BŁAGAM. IDĘ KUPĘ.
– Co? Ale wychodek dla… Nieważne! Mów kim byłeś wcześniej!
– WCZEŚNIEJ?
– No, zanim umarłeś!
– NIECH POMYŚLĘ. A TAK. NAZYWAŁEM SIĘ WYSSAMIN I…
Stefano dalej nie słuchał. Biegł już dalej. Po drodze przemknęła mu jakaś myśl o zaskakującym przypadku że akurat dwóch towarzyszy zmierzało do tego samego wychodka, do którego normalnie nikt nie chodzi. Zupełnie, jakby się umówili…
Kiedy stanął na mównicy ogarnął wzorkiem przechadzających się w ogromnej sali jeźdźców zajętych własnymi sprawami. Były wśród nich zarówno kościotrupy, jak i zwłoki w różnym stadium rozkładu, a także półprzezroczyste zjawy i upiory. Atmosfera panowała przyjazna. Ktoś dyskutował o niuansach refrakcji świetlnej w półprzezroczystych cieczach. Ktoś inny dłubał sobie patykiem w zadku.
– Halo! – głos Stefano zwrócił uwagę Zgonu. – Wszyscy patrzeć na mnie. Odpowiadać prawdę, bo za kłamstwo kara będzie straszliwa!
Wskazał palcem stojącego najbliżej zgnilca.
– Jak nazywałeś się za życia?
Zgnilec chciał jakby powiedzieć coś innego, ale w końcu spuścił wzrok i odpowiedział.
– Ciupcissan.
Teraz przyszedł czas na zjawę w długiej szacie, która przewróciła oczodołami i wydała teatralne jęknięcie.
– Ee… – odparł upiór. – Co ja tam będę ukrywał, że moje prawdziwe imię to Ciągnimin.
Stefano miał już wskazać następną ofiarę, kiedy spod szaty upiora, na wysokości pasa, wychynęła jakaś trupia głowa i też spuściła wzrok.
– Liżechun – powiedziała głowa.
Stefano potrząsnął głową, i zamknąłby oczy, gdyby je miał.
– Jak nazywał się twój koń? – zagadnął dla pewności, ale ze zrezygnowaniem do opierającego się o filar szkieletu.
– NIECH POMYŚLĘ. SUTKA.
– Czy jest tu w ogóle ktoś, kto wcześniej nie był wejdźminem? – zagrzmiał Stefano.
Zapadła cisza.
Naczelny Przywódca z otwartą szczęką i nie do końca wiedział, jak zinterpretować te wszystkie lata…
– Wracają! – przerwał mu trup stojący gdzieś na końcu tłumu.
Chwilę później na dziedzińcu wylądowały dwa trupie konie, a więzień ich jeźdźców został przywleczony przed oblicze Stefano. Na głowę miał narzucony czarny wór.
*****
– HA! – krzyknął Stefano. – Przedostatni element mojego planu!
Dwaj jeźdźcy spojrzeli po sobie, a jeden z nich przełknął coś, co miał zamiast śliny.
Stefano poznał po ich minach, że coś jest nie tak.
– Co jest z wami? No? – wycedził. – Porwaliście tego całego Mlaskra, i wam, całkowicie przypadkowo, umarł, tak?
Nie doczekał się odpowiedzi.
– Nieważne, może se być nieżywy! Dopóki, zgodnie z planem, wejdźmina zeżre samotność i pustka zanim się za niego wezmę, he, he, to nie ma wielkiego znaczenia. Bo w przeciwnym wypadku to on by mnie raczej, he he…
Jednemu z przybyłych jeźdźców udało się mieć skrajnie żałosną minę, mimo, że na jego twarzy malowała się tylko wysuszona kość. Ten drugi pociągnął kaptur, odsłaniając oblicze więźnia.
– O kurwa – zdołał wydusić dowódca.








