
Obracające się drewniane koło z brakującymi szprychami odbijało się od skalistego podłoża, co jakiś czas przejeżdżając po suchej gałązce.
++++++Mlaskrowi zrobiło się smutno kiedy zrozumiał, że koło z tyłu nigdy nie dogoni koła z przodu. Próbował pomóc temu kołu, ale bolało to bardziej niż ostrzegawczy klaps od Gejralta, albowiem poeta jeszcze przed chwilą zwisał górną połową ciała głową w dół i przewieszony przez zbity z desek bok wozu, dyndał twarzą tuż przy jednym z obracających się okręgów. Teraz położył się na sianie obok Zołmana.
++++++Krasnolud leżał na plecach z rękami założonymi za głowę i patrzył w ciemniejące niebo żując źdźbło pszenicy. Z coraz większym trudem utrzymywał otwarte powieki. Kołysany przez nierówną drogę przy akompaniamencie monotonnego szumu wydobywającego się spod wozu, zasypiał.
++++++Wejdźmin wrócił na miejsce obok woźnicy. Przetarł oczy i ziewnął wlepiając wzrok gdzieś przed siebie. Skulił się. Zaczęło robić się zimno.
++++++Droga, coraz bardziej pogrążająca się w szarości kończącego się dnia, nie należała do najciekawszych rzeczy jakie widział w życiu. Otoczona jedynie przez skaliste zbocza, kręta i wąska mogła prowadzić tylko w jedno miejsce.
++++++– Dalej nie jadę – rzekł młody woźnica zatrzymując się na skrzyżowaniu.
++++++Wejdźmin rozejrzał się po głuchej okolicy i zerknął na pogrążonych we śnie towarzyszy.
++++++– Wysadzisz mnie tutaj, czy u siebie? – zapytał.
++++++Woźnica spojrzał na siedzące obok niego indywiduum, które uśmiechało się do niego w sposób do którego nie przywykł. Od początku nie był zadowolony z tego, że wpuścił to dziwne zjawisko na swój wóz, bo od początku nie podobało mu się, jak to siwe tyczkowate coś o kocich oczach mu się przygląda. Uznał to jednak za niegroźne, ale ponieważ wcześniej czegoś takiego nie widział, postanowił temu nie ufać.
++++++– Tu – odparł i dał do zrozumienia, że zakończył rozmowę udając się na stronę.
++++++Wejdźmin powiódł za nim wzrokiem i wzruszył ramionami. Po cichutku wszedł na siano i usiadł okrakiem na Zołmanie.
++++++– Pobudka, Zołmanku – powiedział smyrając go siankiem po policzku. – Dalej będziemy musieli pójść na nóżkach.
++++++Krasnolud otworzył jedno oko, które otworzyło się od razu w bardzo złym humorze, pod bardzo zmarszczoną brwią.
++++++– Zejdź ze mnie – powiedział krasnolud nawet nie drgnąwszy. – I nie mów do mnie jak do Mlaskra.
++++++– Zejdź, zejdź – mruknął Gejralt wiercąc się nieco. – Coś ci przygniotłem?
++++++– Nie siedź na mnie, złaź powiedziałem.
++++++– Uuu, no może rzeczywiście wstanę, bo zaczyna się robić jakoś twardawo…
++++++Zaraz po ukończeniu tego zdania, wejdźmin przekoziołkował przez wóz i znalazł się na ziemi.
++++++– Ałć… – powiedział. – Brutal.
++++++Zimną noc przetrwali śpiąc jeden za drugim, przy czym, po wielu dyskusjach, Zołman wywalczył, że za nim leży Mlaskier, a przed nim nikt. Rano i tak obudził się w środku. Ruszyli w dalszą drogę. Była trudna i niebezpieczna, ale znali ją dobrze – kończyła się na bramie, przed którą zbzikowany starzec z ukrycia lał wodę ze szlaucha. Na bramie, wymazanej dżemem truskawkowym mającym imitować krew. Na bramie, pokrytej gumowymi kolcami, do której wejdźmin ostatnim razem przyłożył swój medalion z serduszkiem. Na bramie, która ani drgnęła.
++++++– No i co tak stoisz jak widły w gnojówce? – rzucił Zołman patrząc na Gejralta, który nic nie robił.
++++++– No – powiedział w końcu wejdźmin kiwając się w przód i w tył z rękami opartymi na pośladkach. – Medalion też sprzedałem. Teraz mi się przypomniało.
++++++– Ja pierdole – rzekł Zołman po chwili.
++++++– Nieee, wiecie co? Rozmyśliłem się. Wracajmy – powiedział wejdźmin i zawrócił.
++++++Zatrzymało go jednak gorące, pachnące słodkością powietrze, które buchnęło zza rozwierającej się bramy. Mlaskier natychmiast wbiegł do środka. To było jego ulubione miejsce. Pełne kolorów, muzyki, tańców, basenów, drinków, jedzenia, zabawek dla dorosłych i przyjaznych, roznegliżowanych wejdźminów.
++++++– Gejralt, synu! – wykrzyknął Wazelin, wynurzając się ze środka. – Wszędzie poznam twój zapach!
++++++Ten najstarszy z wejdźmińskich braci, ich mentor i nauczyciel, nigdy nie miał dość imprezowania i wszystkiego, co się z tym wiąże.
++++++– Wreszcie zajrzałeś do starego Homo Moh’er! – powiedział. – Ale czekaj, bo jakoś dziwnie wyglądasz.
++++++– Mmm… – pomyślał Gejralt. – Bo jestem trzeźwy?…
++++++Jeden z rekrutów, aktualnie usługujący wszystkim braciom, podał wejdźminowi różową szklaneczkę z papierową tęczową parasolką zanurzoną w białawej cieczy pachnącej wysokoprocentowym kokosem. Gejralt spojrzał na nią, po czym odstawił ją z powrotem na srebrną tacę i zamilkł.
++++++– Chłopcze, wszystko w porządku? – spytał Wazelin głaskając wejdźmina po klatce piersiowej. – Zaraz, zaraz, czegoś mi tu brakuje. Gdzie masz medalion? Nie widzę go na twoim zgrabnym torsie.
++++++– W kieszeni.
++++++Wazelin zerknął.
++++++– To nie jest medalion – stwierdził. – A miecze? Też w kieszeni?
++++++– Miecze to… Ukradli.
++++++– Kto ukradli?
++++++– Odzyskam je, to na chwilę tylko…
++++++– Okradli cię na chwilę tylko? Gejralt, możesz sobie być najlepszym wejdźminem na świecie, ale wciąż obowiązuje się kodeks, mój drogi.
++++++Kilku młodych rekrutów zaczęło szeptać coś między sobą.
++++++– Gejralt – wtrącił Zołman. – Chyba nie przyszliśmy tu po to, żebyś kłamał.
++++++Na te słowa Wazelin zmarszczył czoło.
++++++– Gejralt i Gejralt… – wejdźmin wywrócił oczami. – Przyszliśmy tutaj, bo… Strasznie się stęskniłem! – zawołał i rzucił się Wazelinowi na szyję.
++++++Fioletowobrody mentor bardzo się ucieszył. Obmacał go tu i tam, a potem odepchnął od siebie i zrobił jeszcze groźniejszą minę. Gejralt spodziewał się, że nie będzie łatwo oszukać człowieka, który wszystkiego go nauczył. Cofnął się i uklęknął przed swoim mistrzem tak, jak nakazuje postąpić wejdźmiński regulamin w przypadku czegokolwiek. ++++++Wziął głęboki oddech.
++++++– Straciłem wszystkie moce – zaczął. – I nie działają na mnie żadne eliksiry. Sprzedałem miecze. A potem medalion. Wiem, że tak nie można, ale… Tak wyszło. Wróciłem do domu – Gejralt złapał Zołmana za rękę i ścisnął ją bardzo mocno. – …bo nie wiem co robić. A to jest mój chłopak, więc zabraniam go wam dotykać.
++++++Krasnoludowi w pierwszej chwili zagotował się mózg, jednak szybko uznał, że z dwojga złego woli tę opcję, niż żeby było tak jak ostatnio, kiedy to obudził się tu rano cały wytatuowany w usta różową szminką. Ale nie puścił ręki przyjaciela też z innego powodu – z powodu wyrazu twarzy Wazelina, który przeraził nawet jego samego.
++++++– Gejraltku! – przerwał ciszę Mlaskier, który przybiegł przebrany za kaczuszkę. – Chodź, szybko! Przy basenie! Musisz to zobaczyć!
++++++– NIE – huknął Wazelin, aż po całym Homo Moh’er przeszły ciarki. – Teraz Gejralt, to ty się udasz na ten drugi dziedziniec. Tam, gdzie wszystko się zaczęło.
++++++Żółte piórka z przebrania Mlaskra opadły na ziemię.
++++++Niewielu słyszało o ciemnej stronie wejdźmińskiego gniazda, albowiem wiedzą o nim tylko ci, którym przyszło spędzić tu młodzieńcze lata, ale nawet oni sami woleliby o nich czasem zapomnieć. Nie było tu błękitnej wody, kwiecistej roślinności, pachnącego powietrza, ani nawet jednego promyka słońca. Położone głęboko pod ziemią zamczysko tonęło w zimnych kamiennych murach porośniętych mchem i azbestem, pocięte ciasnymi korytarzami, które przemierzało echo niosąc ze sobą krzyki, wycie i szarpanie łańcuchów; to miejsce wyłożone zardzewiałymi klatkami i twardymi pryczami z innymi drewnianymi rzeczami ze skórzanymi paskami, niewiele miało wspólnego z luksusem na powierzchni. I rzadko kto wracał tu po raz drugi.
++++++– Macie niebywałe szczęście – zaczął Wazelin krocząc przez lochy – że możecie to zobaczyć.
++++++– Czy ja wiem… – burknął krasnolud. – Chyba wolałbym go nie wi… Czy to, co przed chwilą minęliśmy, to był prawdziwy cmentarz z prawdziwymi duchami?
++++++– He heh – zaśmiał się Wazelin. – Trzymałem tu kiedyś małego Gejralta, żeby przestał bać się zjaw. W końcu się z nimi zaprzyjaźnił. Nawet ciut za mocno.
++++++– To z duchem można… Chociaż nie. Nie było pytania. Za to mam inne. Trzymałeś dziecko na cmentarzu?
++++++– Ooo, żeby tylko – Wazelin machnął ręką. – No i co się tak patrzysz, Zołmanie? A myślałeś, że dlaczego twój chłopak nie boi się dzisiaj latać w nocy po lasach, spać po jaskiniach albo włazić tam, gdzie nikt by nigdy nie wszedł? Bo się przyzwyczaił. On już widział takie ohydztwa, że teraz już nic go nie przeraża. No chyba, że gołe baby. Bez związku z brzydotą. Przy okazji, cieszę się, że w końcu się zeszliście.
++++++Zołman spojrzał na kolejny loch który mijali, i mógłby przysiąc, że są tam lasodymacze popijające kawę z eleganckich filiżanek. Potrząsnął głową.
++++++– Myślałem – zaczął – że to bardziej kwestia tych waszych eliksirów, że go jakoś… Uodporniły… Czy coś.
++++++– A gdzie tam – Wazelin zmarszczył się. – Eliksiry to tylko kolorowe soczki. Pozwalają na chwilowe wyostrzenie zmysłów, poprawianie tego czy tamtego, albo… no takie różne, hmm, ulepszenia powodują, wiesz, różnych… rzeczy. Nie mówię, że nie są ważne, ale prawdziwe wejdźmińskie zdolności, to lata ciężkiej pracy. Wiesz, jak trudno zrobić wejdźmina? Jak myślisz, dlaczego siedzę tu z czterdziestoma chłopcami?
++++++– Wolę się nad tym nie zastanawiać – powiedział Zołman.
++++++– Przyjrzałeś się im chociaż?
++++++– Nie.
++++++– Większość, to się w ogóle nie nadaje, żeby ich stąd wypuścić.
++++++– A to nie jest przypadkiem tak, że im więcej wejdźminów, tym lepiej dla ludzi? – krasnolud dziwił się sam się sobie, że to powiedział.
++++++– Wejdźminów tak, ale tylko tych udanych.
++++++– A to się może coś nie udać?
++++++Wazelin westchnął.
++++++– Przemiany to nie taka prosta sprawa. Nie każde ciało potrafi zaakceptować i wykorzystać, dajmy na to, jad z lasodymacza. Jedno ciało go zaakceptuje, inne nie, drugiemu sfajczy mózg, a trzecie go wykorzysta. I wtedy dopiero można mówić o początkach powstania ciała wejdźmińskiego.
++++++– Nie podoba mi się sposób, w jaki mówisz o ludziach. Gdzie jest Gejralt?
++++++– Twój przyjaciel, krasnoludzie, to nie jest do końca człowiekiem.
++++++– Wygląda… normalnie, jak na swoje własne standardy. Ludzko, w sensie.
++++++– A ilu widziałeś ludzi o pionowych źrenicach? Wejdźmin potrafi dostrzec pajęczynę w ciemnościach, zanim ty w nią wleziesz. Gejralt się pewnie nie chwali, ale wie co robiłeś wczoraj wieczorem po zapachu twoich rąk, mimo, że myłeś je od tamtej pory kilkanaście razy.
++++++– Chwali się…
++++++– Słyszy bicie twojego serca, kiedy idziecie obok siebie. To znaczy słyszał.
++++++Zołman zamyślił się.
++++++– Nic dziwnego, że jest teraz taki zagubiony – powiedział.
++++++Mlaskier nic nie mówił. Słuchał tylko i oglądał kolejno każdy loch z pleców Zołmana. Nie chciał z nich zejść odkąd zobaczył imprezujące pupojady.
++++++– O magicznych Znakach już nawet nie wspomnę – ciągnął Wazelin. – Gejralt był jak motyl wśród tych wszystkich glist, które tu chowam. Dlatego jestem podwójnie zawiedziony, że tak mnie zawiódł i zawiódł.
++++++– Nie przesadzasz trochę? To przecież nie jego wina, że stracił swoje moce…
++++++– Pozbył się swoich mieczy i medalionu, jak jakichś szpargałów!
++++++– Od razu pozbył. Zapożyczył się, bo i tak nie mógł pracować. Przyszła zima, a my nie mieliśmy co do ust włożyć. No potem to przyznaję, że trochę odleciał, ale powiedzmy że znalazł sposób żeby zarobić…
++++++– Oszukując? Nie tego go uczyłem. Takich wejdźminów, co się po nocach przebierają za potwory i krzyczą: „mrrr, złap mnie wejdźmninku”, to ja tu mam na pęczki.
++++++Krasnolud podrapał się po głowie.
++++++– A nie możecie mu, no nie wiem, po prostu wykuć nowych mieczy i wisiorka? – spytał.
++++++– WYKUĆ NOWYCH?! Wykuć nowych, czyś ty oszalał!? Każdy wejdźmiński miecz musi zamoczyć… to znaczy, musi moczyć się dziesięć lat w gorącej czekoladzie, a drugi w sosie truskawkowym ze starannie wyselekcjonowanych owoców zbieranych tylko w piątek wieczorem przez chłopców o imieniu Jakub! A potem jeszcze trzeba to mieszać z krwią przyszłego właściciela, żeby uzyskać piękny karmazynowy odcień! Ich nie można sobie ot tak wykuć! One należą po wsze czasy tylko do jednego ciała i tego nie da, rozumiesz, NIE DA się powtórzyć! One są magiczne! Nie można ich sprzedawać! I to nie żaden wisiorek, jak go nazwałeś, tylko magiczny MEDALION, który…!
++++++– Dobra, uspokój się, ja pierdole, rozumiem.
++++++Wazelin wziął głęboki oddech i wytarł ręką fioletową brodę, którą sobie zapluł.
++++++– Jak mówią pradawne księgi, które wczoraj przejrzałem po raz pierwszy – kontynuował – podobna rzecz przytrafiła się kiedyś wielkiemu Kutanolsenowi. Do tej pory myśleliśmy, głównie ja, że wszystkie te księgi to jakieś brednie starych, nigdy nie trzeźwiejących zboczeńców, ale teraz wszystko uległo zmianie.
++++++– A co się stało z tym Kutase..nol… Wol..wo… Nem?
++++++– Umarł. Ale do rzeczy. Czas na coś przyjemniejszego. Chłopcy!
++++++Wazelin klasnął w ręce i okrągła sala do której dotarli rozbłysła światłem pochodni. Zgromadzeni wejdźmini nie wyglądali na tak odprężonych jak na górze. Krasnolud spojrzał na każdą z czterdziestu zakapturzonych twarzy. Nie dostrzegł wśród nich tej, której szukał.
++++++– A co wy się tak poubieraliście wszyscy jak na pogrzeb? – zapytał.
++++++– Taka tradycja, ale już powoli od niej odchodzimy.
++++++– Wazelin – ciągnął Zołman, stawiając Mlaskra na ziemi. – Minął już tydzień od naszego przybycia, a my nic nie wiemy. I przede wszystkim, gdzie jest Gejralt, bo już mnie to wszystko irytuje tutaj.
++++++– Musieliśmy się przecież zastanowić. Więc zastanowiliśmy się, że będziemy się właśnie teraz zastanawiać dalej. Chłopcy! Raport!
++++++Jeden z rekrutów wystąpił na środek sali. Powiercił się chwilę pod obszernym czarnym habitem przewiązanym skórzanym pasem, który nagle opadł ukazując lekarski mundurek – taki, który na półkach sklepowych najpewniej byłby oznaczony jako towar dla dorosłych. Otworzył różowy zeszycik gdzieś w połowie. Odchrząknął.
++++++– Próba pierwsza: z… onani… Zorganizowanie epickiej imprezy i doprowadzenie ciała do stanu utraty. Świadomości, poprzez picie a potem już tylko podawanie alkoholu dożylnie – rekrut zachichotał. – Hy hy, fajnie było. I. Utrzymywanie go w tym stanie przez …raz, dwa, trzy… Trzy dni. Wynik: negatywny, brak poprawy bież… bieżno… Bież-non-cego stanu.
++++++– A bo pomyśleliśmy, że to może przez to – wtrącił Wazelin. – Ale jednak nie.
++++++– Próba druga – kontynuował „lekarz”. – Uwie…uuu… Uwięzienie ciała i. Całkowita depilacja, łącznie z głową. Wynik: pozytywny. Ciało zachowało świadomość i uwolniło się z kajdan i uuu… Uciekło. Próba trzecia: u-nie-ru-cho-mie-nie. Ciało. Ciała. Na sztywno. I. Łaskotanie. Wynik: negatywny, ciało straciło czucie w kończynach, bo-je-za-mocno związaliśmy – mówca przerwał i dodał od siebie: – Żeby nam nie uciekł jak poprzednim ra…
++++++– Dobrze, następne! – przerwał Wazelin.
++++++– Próba… Raz, dwa, trzy… Próba czwarta: odurzenie ciała czym się da. W celu uniknięcia… Usunięcia! Usunięcia fff… wszystkich zarazków i. Podawanie zestawu eliksirów wejdźmińskich stopnia… raz, dwa, trzy, cztery, pięć…. piątego, a potem jadu z potworów w kolejności alfan.. analaf…al. Betycznej. Wynik: negatywny. Ciało na chwilę straciło wzrok.
++++++– Dobra, dosyć tego! – Zołman uderzył pięścią w stół. – Gdzie jest Gejralt!
++++++– Bez nerwów – powiedział Wazelin. – Jak mówiłem, eliksiry wzmacniają wejdźmińskie zdolności, a małe ilości jadu mogły je pobudzić, przynajmniej w teorii, he he. Nie zaszkodziło spróbować.
++++++– Pytam po raz ostatni. Gdzie. Jest. Gejralt!
++++++– I tak nic z tobą nie porobi wieczorem, jest trochę zmar…
++++++Stare, zardzewiałe drzwi do sali otworzyły się skrzypiąc
i skupiając na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych. Po chwili z ciemności wyłonił się wejdźmin.
++++++– O tutaj jest, idzie przecież. Cały i zdrowy – Wazelin odetchnął z ulgą. – No i proszę. Jeszcze rano myśleliśmy, że umrze, a tu taka niespo… – przerwał, kiedy przypomniało mu się, że Zołman stoi obok niego. – To znaczy, niedosłownie. Tak się tylko u nas mówi, jak ktoś się troszeczkę gorzej czuje z rana.
++++++Zołman powstrzymał się od rękoczynu.
++++++– Gejralt? – spytał. – Powiedz coś.
++++++Srebrny Wilk, lub Głodny Wilk – jak zaczęli nazywać go wejdźmińscy bracia po tym, jak za każdym razem kiedy tu przyjeżdżał zjadał wszystko w zasięgu wzroku, był blady i bardziej głodny niż zwykle. Jego chude policzki zdawały zapaść się jeszcze bardziej. Wyglądał na skołowanego i mocno zmęczonego, ale poruszał się o własnych siłach pomimo asekuranta, który sprawiał wrażenie bardzo podnieconego, że to właśnie jemu przypadło to zadanie.
++++++– Coś – powiedział wejdźmin.
++++++Ledwo utrzymał się na nogach po nagłym nalocie Mlaskra.
++++++– Nic ci nie jest? – spytał krasnolud.
++++++– Nic, nic, już teraz dobrze.
++++++– Gejraltku, masz jakieś dziwne oczy – zauważył poeta odklejając głowę od przyjaciela.
++++++– To tylko tak na chwilkę Mlaskruś, niedługo przejdzie.
++++++Oczy wejdźmina mieniły się zielono-srebrnym odcieniem, przypominając oczy zwierząt, które w ciemnościach poruszają się sprawniej, niż za dnia. W przypadku wejdźmina reguła ta nie miała jednak odzwierciedlenia albowiem widział teraz dość niewyraźnie.
++++++– A zatem – zaczął Wazelin. – Skoro żadne cywilizowane środki nie pomogły, musimy wymyślić coś innego, co właśnie przed chwilą wymyśliłem, jak cię zobaczyłem, mój ty biedaczku. Skoro moce nie chcą ci wrócić po dobroci, to wpakujemy je w ciebie na siłę, he he. Co wy na to, chłopcy?
++++++Wejdźmińscy uczniowie strasznie się rozochocili. Kilku puściło Gejraltowi oczko, inni zaczęli się od razu rozbierać.
++++++– No ale… Wszyscy na raz?… – dopytał wejdźmin, przytulając Mlaskra mocniej do siebie.
++++++– Masz rację – przyznał mentor. – Ja zacznę. I potem reszta będzie się po kolei dołączać, co do jednego. Chłopcy! Ustawcie się w szyku, dwanaście osób na rząd!
++++++Gejralt chciał coś powiedzieć, ale wszystko działo się zbyt szybko jak na jego obecny stan. Trzy osoby już zaczęły się do niego dobierać. Ktoś mu pomachał.
++++++– Pierwsza dwunastka za mną! – krzyknął Wazelin.
++++++Zołman uniósł brwi.
++++++– Mogę coś powiedzieć, zanim zaruchacie go na śmierć? – wtrącił.
++++++– Krasnoludzie, to jest WEJDŹ-MI-N – wytłumaczył Wazelin zrzucając narzutkę. – Od razu widać, że nic nie wiesz o genitologi tego słowa. Ja nie wiem, co on w tobie widzi.
++++++Mlaskier naburmuszył się. Może i nie miał nadprzyrodzonych zmysłów ani żadnej super mocy, ale najlepiej ze wszystkich wiedział co to jest wejdźmin. Zaczął drapać zbliżających się rekrutów pazurami, jednak został szybko zneutralizowany poprzez zbiorową moc unieruchamiania. Gejralta to rozgniewało.
++++++– No no, jaki porywczy chłopiec! – powiedział Wazelin, smarując się olejkiem bananowym. – Może zamiast z ciebie Gejralt, to z niego zrobimy nowego wejdźmina po prostu?
++++++Gejralt zmarszczył brwi.
++++++– Prędzej pozwolę wam wszystkim grzmotnąć mnie na raz – powiedział. – Odsuńcie się! JUŻ!
++++++Na sali zapanowała cisza. Rekruci zrobili wejdźminowi miejsce, zostawiając go w utworzonym w ten sposób okręgu. Wazelin upuścił flakonik z olejkiem, który zabrzęczał kilka razy na kamiennej posadzce i zatrzymał się.
++++++– Niesamowite – powiedział, wybałuszając oczy. – Dlaczego słuchacie go bardziej ode mnie? – spytał swoich uczniów.
++++++– No bo… – zaczął ktoś. – Jakby nie było, to jednak najlepszy wejdźmin na świecie jest.
++++++– Legenda – dodał ktoś inny. – Szacunek się należy.
++++++– Na własne oczy widzieliśmy jak pokonał ryczywoła i żadne moce nie były mu potrzebne.
++++++– Przecież on nie ma żadnych mocy i jest słaby jak bąk! – przekonywał mentor.
++++++– Ja tam wole nie ryzykować – powiedział ktoś inny, a reszta przytaknęła.
++++++Wazelin zmrużył oczy. Kazał wszystkim zgromadzić się na głównym placu i wyjąc palce.
++++++Jeżeli wcześniej krasnoludowi wydawało się, że wejdźmińscy rekruci ubrali się jak na pogrzeb, to teraz trudno było mu nazwać styl ich ponurych strojów. Być może on sam miał już dosyć tego miejsca, a może była to tylko kwestia zachmurzonego nieba, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że w powietrzu wisi coś niepokojącego i nie miał na myśli unoszącego się nad dziedzińcem Wazelina. Mentor, w pełnym rynsztunku, powoli zbliżał się ku ziemi. Kiedy stopami dotknął gruntu, odczepił uprząż i wszedł na specjalne podwyższenie.
++++++– Nie ma to jak mocne wejście, he he – powiedział. – Rach, ciach i bum! No ale, już bez zbędnych ceregieli. Gejralt, wystąp.
++++++Wejdźmin wykonał polecenie.
++++++– Drogi Bracie – zaczął fioletowobrody rozwijając zwój papieru. – Ze względu na haniebne czyny jakich się podjąłeś, aby splugawić swoje imię i święty kodeks wejdźmiński, wydanie czwarte, z ptaszkiem na okładce, okrywam cię hańbą, yyy… tak. Nie to czytam – Wazelin przeleciał oczami kilka następnych linijek tekstu. – O! Niniejszym zostajesz skazany na wygnanie z bractwa wejdźminów. Według paragrafu jeden-zero-jeden, złóż swój medalion i miecze na…, yyy… opuść to miejsce, no wyjdź przez bramę i nie wracaj, po prostu.
++++++Gejralt skinął głową, wstał i bez słowa udał się do wyjścia. Mlaskier wystawił wszystkim język, a Zołman napluł na podłogę.
++++++Zgrzyt zamykającej się za nimi bramy przyprawiał o dreszcze. Metalowe zatrzaski huknęły, a potem wszystko ucichło pozostawiając za sobą tylko kłęby opadającego pyłu. Wejdźmin wyprzedził przyjaciół i usiadł na kamieniu z widokiem rozciągającym się na wąwóz. Mlaskrowi zrobiło się smutno, toteż opadł na ziemię i przytulił się do ud Zołmana. Krasnolud patrzył chwilę na milczącego wejdźmina, po czym wziął głęboki oddech. Kazał Mlaskrowi poczekać i podszedł bliżej urwiska.
++++++– Gejralt? Czy lasodymacze mogłyby, tak czysto teoretycznie, pić kawę z filiżanek? – zagaił.
++++++– Nie wiem, chyba tak – odparł wejdźmin. – Mają zwinne dłonie. A czemu pytasz?
++++++– A nic. Tak tylko… zagaduje. Chodźmy już stąd – rzekł i odszedł kilka kroków. Zatrzymał się i westchnął. Spojrzał na przyjaciela, który w dalszym ciągu siedział na kamieniu.
++++++– Idziesz? – spytał.
++++++– Nie wiedziałem, że świat jest taki cichy – powiedział wejdźmin.
++++++Krasnolud usiadł obok niego. Już powoli zaczynał przyzwyczajać się do roli pocieszyciela.
++++++– Cichy nie cichy – rzekł. – Wciąż mamy robotę. Ja to bym się nawet cieszył, że mnie stąd wygnali. I mogą sobie mówić co chcesz, i tak jesteś wejdźminem, czy się to komuś podoba czy nie. I to najlepszym. A teraz rusz ten tłusty tyłek, szlak czeka.
++++++Nagle poczuł, że został objęty za ramię.
++++++– No tak. To ja próbuję podnieść cię na duchu, a ty jak zwykle… – Zołman spojrzał na oparte na kolanach, luźno zwieszone obie dłonie wejdźmina.
++++++Powoli zerknął na swoje ramie.
++++++– Gejralt… – szepnął.
++++++Wejdźmin mruknął pytająco.
++++++– Lasodymacz… – wyłkał krasnolud.
++++++– Już mówiłem, że chyba mogą pić tę kawę…
++++++– Nie, Gejralt, nie o to mi chodzi – Zołman w bezruchu popatrzył na zakończony czarnym frędzelkiem ogon, który wciąż leżał na jego ramieniu. – Lasodymacz! Jest za nami!
++++++Wejdźmin obrócił się w locie i błyskawicznie stanął na równe nogi. Zołman skulił się i zakrył oczy rękami. Po chwili rozszerzył palce. Było zdecydowanie za cicho.
++++++– Zołman, tu nikogo nie ma – stwierdził Gejralt.
++++++Krasnolud wstał i rozejrzał się. Po lasodymaczu nie było nawet śladu.
++++++– Mógłbym przysiąc, że widziałem jego ogon obejmujący mnie za ramię! – powiedział. – Czułem to!
++++++– Oj Zołmanku… – wejdźmin westchnął. – Przywidziało ci się. Lasodymacze nie zapuszczają się w te strony. Ale masz rację, chodźmy już stąd. Spędziłeś za dużo czasu w Homo Moh’er, jak my wszyscy – Gejralt uśmiechnął się pobłażliwie na widok Mlaskra, próbującego odpiłować sobie własną nogę patykiem. Wciąż nie miał w niej czucia.
++++++– Potrzebujemy pieniędzy, a ja wiem gdzie jest ich dużo za dużo – powiedział wejdźmin.
++++++Zołman nagle zamarł, wpatrzony w przyjaciela, który spojrzał na niego z góry.
++++++– A ty co się tak na mnie patrzysz? – spytał Gejralt, uśmiechając się szeroko. – Zakochałeś się we mnie w końcu?
++++++Jego jasne włosy powiewały na tle ciemnych chmur, pełna spokoju twarz promieniała, a górne trójki były dłuższe niż reszta zębów i bardziej spiczaste niż zwykle.
++++++Krasnolud przełknął ślinę. To nie mogło wróżyć niczego dobrego.