Rozdział VI – Pozamiatane

pozamiatane

Kulka potoczyła się po drewnianej rynience, a następnie spadła z niej, by wylądować w wiaderku, które wisiało na wiklinowym sznurku. Pod wpływem jej ciężaru wiaderko zaczęło powoli opadać, by w końcu spocząć na ustawionej pod odpowiednim kątem listewce. Listewka ta, wykonując półobrót, potrąciła szereg ustawionych pionowo klocków do domina, które, jedno po drugim, zaczęły przewracać się w perfekcyjnym porządku.
++++++Zjawisku temu przyglądały się z bliska oczy, do których przyczepiona była wąsata twarz, która stanowiła znaczną dość część ciała czarodzieja.
++++++– Mh, mh – mruczał do siebie z zadowoleniem Dyrdymał obserwując jak przewracający się łańcuch domina przyspiesza tempa.
Kiedy ostatni klocek z cichym stukotem poddał się reakcji łańcuchowej, spadł ze stołu, na którego stał krawędzi i zanim uderzył w podłogę uruchomił pstryczek dziwacznej maszyny wyposażonej końcówki z małymi nożykami i młoteczkami, która zaturkotała i ożyła. Czarodziej patrzył z zachwytem, jak urządzenie przemieszcza się pokracznie w stronę ustawionego na stoliku jajka na miękko w porcelanowej podstawce.
Wyspecjalizowane końcówki rozpoczęły czynność, do której zostało zbudowane: dziwnymi, ale precyzyjnymi ruchami postukiwały i obierały jajko ze skorupki. Dyrdymał klasnął w dłonie.
++++++– Noo, to się nazywa geniusz myśli technologicznej – rzekł głośno do siebie.
Coś jednak poszło nie tak. Zanim Dyrdy-Jajex (czarodziej był bardzo dumny z tej nazwy) skończył swoje dzieło, wypadła z niego jakaś zębatka. Następnie maszyna zaczęła trząść się i parować, gubić jeszcze więcej części, wyć i wymachiwać swoimi końcówkami, by w końcu zniszczyć i jajko, i stolik, i stojącą na półce drogocenną kolekcję nienajświeższych już szczotek do sedesu. Zanim Dyrdymał zdążył zastanowić się, czy w ogóle zamontował tam jakiś wyłącznik, machina w szale skoczyła na niego i urwała mu głowę.
W podziemnej pracowni nic się nie poruszało. Na podłodze tliły się jeszcze zgliszcza Dyrdy-Jajexa, a jego leżący nieopodal twórca zupełnie stracił głowę.
++++++Nie minęła minuta, a drzwi w rogu pomieszczenia laboratorium uchyliły się ze skrzypnięciem. Do środka zajrzało coś, co na pierwszy rzut oka można by wziąć za drewniany kij, zwłaszcza, że był to drewniany kij.
Magiczna miotła, upewniwszy się, że czarodziej nie robi nic, podczas czego lepiej zostawić go w spokoju, weszła do środka. Jej właściciel, co prawda, urwał sobie głowę i rozpryskał wszędzie krew, ale to zdecydowanie nie była najgorsza rzecz, na której kiedykolwiek go przyłapała. Miotła wyobraziła sobie, że wzrusza ramionami, i zrobiło jej się trochę przykro, kiedy przypomniało jej się, że składa się właściwie tylko z kija i pęku gałęzi. „No nic” – pomyślała – „trzeba zakasać rękawy i brać się za sprzątanie”. Zastanowiła się nad tym sformułowaniem i wpadła w jeszcze podlejszy nastrój.
++++++Brak rąk wcale nie utrudniał miotle zadania. Była magiczna, mogła zatem przenosić przedmioty siłą woli i, na przykład, wyczarować sobie detergent do czyszczenia powierzchni porcelanowych w kuchni i łazience z mikrokryształkami, w atrakcyjnej cenie, który wystarcza na dwa razy więcej zmywania niż zwykły środek.

++++++Kiedy uprzątnęła już wszystkie szczątki nieszczęsnej maszyny, pochowała narzędzia i powycierała rozbryzganą na ścianach krew, miotła zapaliła papierosa, który unosił się w powietrzu w niewielkiej odległości od czubka jej kija i postanowiła pozbyć się ciała. W czasach, kiedy była jeszcze zwykłą, a nie magiczną miotłą, obracała się w różnych, często wątpliwej praworządności środowiskach i wiedziała dokładnie co należy zrobić. Łopata powinna znaleźć się gdzieś w pracowni, natomiast najlepszym miejscem na grób jest jakaś zapomniana polana, gdzie ziemia jest wystarczająco miękka by kopać. Chociaż jest też taka metoda z kwasem… Była już prawie u drzwi wyjściowych, niosąc dwuczęściowe teraz ciało czarodzieja, kiedy przypomniało jej się, że przed śmiercią jej pracodawca dał jej instrukcje na wypadek zaistnienia tego rodzaju okoliczności.
++++++Pacnęła się w czoło, oczywiście w sposób wyimaginowany, mentalnie westchnęła i skierowała się w stronę stojącego przy ścianie drewnianego pudła z napisem „Zmartwychwsta-Dydotron”. Włożyła tam ciało, uprzednio wyjąwszy je z czarnego worka na zwłoki, i nacisnęła przycisk „Start”. Potem zgasiła papierosa i spokojnym krokiem wróciła do swojego schowka.
++++++Coś zafurczało, rozbłysło, a po chwili drzwi pudła otworzyły się z hukiem, a ze środka wypadł Dyrdymał.
++++++– Jaaaa pieeerdooolęęęę, mooja głoowa! – krzyknął, po czym obmacał się, aby sprawdzić, czy wszystko ma na swoim miejscu. Nie bardzo wiedział, co się stało, a ni gdzie się znajduje.
Dla pewności dokładnie się pomierzył i stwierdził, że po skorzystaniu ze Zmartwychwsta-Dyrdytronu jest o milimetr niższy, niż wcześniej. To go rozsierdziło. W przeciwieństwie do wynalazków, z których był najbardziej dumny, takich jak DyrdyDurszlag 7000, który potrafił wywracać garnki na lewą stronę, albo Dyrdyrekor 17, maszyny, która potrafiła udawać, że pracuje, czarodziej uważał Zmartwychwsta-Dydotron za nieudany pomysł, i postanowił rozłożyć go na części w wolnym czasie.
++++++Po zmartwychwstaniu był straszliwie głodny, a to podsunęło mu pomysł na znacznie bardziej użyteczny wynalazek.

++++++Niezwłocznie przystąpił do pracy. Najpierw wyczarował sobie idealnie ugotowane na miękko jajko. Następnie przyniósł z magazynka całą kupę zębatek, sznurków, listewek, klocków domina i innych części, a potem tak długo stukał, pukał, skręcał i przesuwał, aż, po kilku godzinach, jego dzieło było gotowe.
++++++– Nazwę cię – powiedział do maszyny. – Dyrdy-Jajco… Dyrdy… Jajex! Teraz zobaczmy, jak działasz.
++++++Czarodziej pchnął palcem przygotowaną na drewnianej listewce kulkę, która tocząc się uruchomiła reakcję łańcuchową, która w końcu doprowadziła do uruchomienia jego nowego wynalazku. Przyglądał się z zadowoleniem, jak wszystko działa, aż do momentu, kiedy urządzenie zepsuło się, zwariowało i urwało mu głowę. Drzwi schowka uchyliły się, a magiczna miotła niezwłocznie przystąpiła do porządkowania bałaganu, który pozostawił po sobie niefortunny wypadek przy pracy.

++++++Po zmartwychwstaniu czarodziej czuł się głodny, i przyszedł mu do głowy pomysł na pewien wynalazek związany z obieraniem jajek na kolację, ale najpierw postanowił sprawdzić, czy jego Zmartwychwsta-Dydotron działa jak należy. Obmacał się, żeby zobaczyć, czy wciąż ma wszystko na swoim miejscu, ale kiedy postanowił się zmierzyć, odkrył, że nie dosięga do stołu, na którym leżała linijka. Oznaczało to, że był co najmniej o połowę mniejszy, niż normalnie. To było niemożliwe.
++++++Zrozumiałby błąd rzędu jednego, może dwóch milimetrów, ale żeby tak mocno się skurczyć musiałby popełnić jakiś kardynalny błąd w konstrukcji Zmartwychwsta-Dydotronu, właściwie musiałby z premedytacją przebudować maszynę, aby działała w taki sposób. Nawet jego Dyrdy-SzewczykoDratetwex 5000, który zmniejszał sznurówki od butów tak, że miały wyglądać jak włosy, żeby można było z nich robić peruki osiągał sprawność maksymalnie 30%.
++++++Rozłożył więc Dydotron na części, przestudiował dokładnie jego konstrukcję, i stwierdził, że w dalszym ciągu, zważywszy na sposób działania urządzenia, to co się stało było absolutnie wykluczone prawami fizyki, magii a także zdrowego rozsądku.
Usiadł na podłodze.
++++++– Jak, ale jak?! – zapytał sam siebie. –Tak znaczne zmniejszenie czarodzieja za jednym uderzeniem magicznej energii musiałoby spowodow…
Przerwał, bo jego uwagę przukuł spory stosik niedopałków po papierosach piętrzący się obok Zmartwychwsta-Dydotronu.
++++++– Jednym uderzeniem… – powtórzył powoli.
Dyrdymał zerwał się na nogi, które miały teraz taką długość, że właściwie odległość jego głowy od podłogi nie zmieniła się i pobiegł do schowka na miotły.
++++++W środku stał pod ścianą gigantyczny stos czasopism, o których nie wypada mówić w dobrym towarzystwie; było też kilka schowanych na czarną godzinę butelek wódki i jedna, zaczarowana miotła.
++++++– Miotła! – krzyknął, a miotła podniosła się do pionu, na znak, że słucha.
++++++– Czy… czy .. znaczy, czy byłem ostatnio w Zmartwychwsta-Dydotronie więcej niż jeden raz!?
Kij pokiwał twierdząco.
++++++– A czy zbudowałem już wcześniej maszynę do obierania jajek na miękko?!
Kij znów pokiwał.
++++++– O kurwa! I za każdym razem…?!
Kij pokiwał.
++++++Czarodziej wziął sobie butelkę wódki. Zmartwychwsta-Dydotron szedł na śmietnik, i to zaraz. A na kolację zje sobie parówkę.
++++++Te rozmyślania przerwało mu powolne, ale silne walenie do drzwi pracowni.
++++++– I jeszcze ci akwizytorzy – powiedział głośno, nie przejmując się, czy osoba po drugiej stronie drzwi go słyszy. – Jak oni w ogóle tu włażą? Przecież to jest super tajna, podziemna, czarodziejska kryjówka!
Walenie nie ustało, więc Dyrdymał zaklął pod nosem i udał się w stronę drzwi. W międzyczasie przypomniał sobie jednak, że nie może się tak nikomu pokazać. Najpierw skorzystał więc z Dyrdymaximalizera – urządzenia potrafiącego dowolnie powiększać jego wzrost. Wszedłszy do kabiny, ustawił pokrętło na „+50%” i pociągnął za wajchę. Maszyna zaświeciła się, zastukała, i wprawiła w ruch swoje koła zębate. Specjalna łapa wysunęła się z jej górnej części, a następnie zabrała czarodziejowi kapelusz i założyła mu trochę wyższy.
++++++– No, tak lepiej – stwierdził Dyrdymał i otworzył drzwi, w które wciąż ktoś miarowo uderzał pięścią.
++++++To jednak nie był akwizytor.
++++++Kiedy miotła wyjrzała ze swojego schowka, uznała, że to dobry moment na sprzątanie. Jej właściciela nie było. Zamknęła więc drzwi, które najwidoczniej zostawił otwarte na oścież, i doprowadziła pomieszczenie do idealnego porządku. Potem schowała się z powrotem, a w pracowni pozostała tylko cisza.

Rozdział V – Piąte Koło

piate-kolo

Obracające się drewniane koło z brakującymi szprychami odbijało się od skalistego podłoża, co jakiś czas przejeżdżając po suchej gałązce.
++++++Mlaskrowi zrobiło się smutno kiedy zrozumiał, że koło z tyłu nigdy nie dogoni koła z przodu. Próbował pomóc temu kołu, ale bolało to bardziej niż ostrzegawczy klaps od Gejralta, albowiem poeta jeszcze przed chwilą zwisał górną połową ciała głową w dół i przewieszony przez zbity z desek bok wozu, dyndał twarzą tuż przy jednym z obracających się okręgów. Teraz położył się na sianie obok Zołmana.
++++++Krasnolud leżał na plecach z rękami założonymi za głowę i patrzył w ciemniejące niebo żując źdźbło pszenicy. Z coraz większym trudem utrzymywał otwarte powieki. Kołysany przez nierówną drogę przy akompaniamencie monotonnego szumu wydobywającego się spod wozu, zasypiał.
++++++Wejdźmin wrócił na miejsce obok woźnicy. Przetarł oczy i ziewnął wlepiając wzrok gdzieś przed siebie. Skulił się. Zaczęło robić się zimno.
++++++Droga, coraz bardziej pogrążająca się w szarości kończącego się dnia, nie należała do najciekawszych rzeczy jakie widział w życiu. Otoczona jedynie przez skaliste zbocza, kręta i wąska mogła prowadzić tylko w jedno miejsce.
++++++– Dalej nie jadę – rzekł młody woźnica zatrzymując się na skrzyżowaniu.
++++++Wejdźmin rozejrzał się po głuchej okolicy i zerknął na pogrążonych we śnie towarzyszy.
++++++– Wysadzisz mnie tutaj, czy u siebie? – zapytał.
++++++Woźnica spojrzał na siedzące obok niego indywiduum, które uśmiechało się do niego w sposób do którego nie przywykł. Od początku nie był zadowolony z tego, że wpuścił to dziwne zjawisko na swój wóz, bo od początku nie podobało mu się, jak to siwe tyczkowate coś o kocich oczach mu się przygląda. Uznał to jednak za niegroźne, ale ponieważ wcześniej czegoś takiego nie widział, postanowił temu nie ufać.
++++++– Tu – odparł i dał do zrozumienia, że zakończył rozmowę udając się na stronę.
++++++Wejdźmin powiódł za nim wzrokiem i wzruszył ramionami. Po cichutku wszedł na siano i usiadł okrakiem na Zołmanie.
++++++– Pobudka, Zołmanku – powiedział smyrając go siankiem po policzku. – Dalej będziemy musieli pójść na nóżkach.
++++++Krasnolud otworzył jedno oko, które otworzyło się od razu w bardzo złym humorze, pod bardzo zmarszczoną brwią.
++++++– Zejdź ze mnie – powiedział krasnolud nawet nie drgnąwszy. – I nie mów do mnie jak do Mlaskra.
++++++– Zejdź, zejdź – mruknął Gejralt wiercąc się nieco. – Coś ci przygniotłem?
++++++– Nie siedź na mnie, złaź powiedziałem.
++++++– Uuu, no może rzeczywiście wstanę, bo zaczyna się robić jakoś twardawo…
++++++Zaraz po ukończeniu tego zdania, wejdźmin przekoziołkował przez wóz i znalazł się na ziemi.
++++++– Ałć… – powiedział. – Brutal.

++++++Zimną noc przetrwali śpiąc jeden za drugim, przy czym, po wielu dyskusjach, Zołman wywalczył, że za nim leży Mlaskier, a przed nim nikt. Rano i tak obudził się w środku. Ruszyli w dalszą drogę. Była trudna i niebezpieczna, ale znali ją dobrze – kończyła się na bramie, przed którą zbzikowany starzec z ukrycia lał wodę ze szlaucha. Na bramie, wymazanej dżemem truskawkowym mającym imitować krew. Na bramie, pokrytej gumowymi kolcami, do której wejdźmin ostatnim razem przyłożył swój medalion z serduszkiem. Na bramie, która ani drgnęła.
++++++– No i co tak stoisz jak widły w gnojówce? – rzucił Zołman patrząc na Gejralta, który nic nie robił.
++++++– No – powiedział w końcu wejdźmin kiwając się w przód i w tył z rękami opartymi na pośladkach. – Medalion też sprzedałem. Teraz mi się przypomniało.
++++++– Ja pierdole – rzekł Zołman po chwili.
++++++– Nieee, wiecie co? Rozmyśliłem się. Wracajmy – powiedział wejdźmin i zawrócił.
++++++Zatrzymało go jednak gorące, pachnące słodkością powietrze, które buchnęło zza rozwierającej się bramy. Mlaskier natychmiast wbiegł do środka. To było jego ulubione miejsce. Pełne kolorów, muzyki, tańców, basenów, drinków, jedzenia, zabawek dla dorosłych i przyjaznych, roznegliżowanych wejdźminów.
++++++– Gejralt, synu! – wykrzyknął Wazelin, wynurzając się ze środka. – Wszędzie poznam twój zapach!
++++++Ten najstarszy z wejdźmińskich braci, ich mentor i nauczyciel, nigdy nie miał dość imprezowania i wszystkiego, co się z tym wiąże.
++++++– Wreszcie zajrzałeś do starego Homo Moh’er! – powiedział. – Ale czekaj, bo jakoś dziwnie wyglądasz.
++++++– Mmm… – pomyślał Gejralt. – Bo jestem trzeźwy?…
++++++Jeden z rekrutów, aktualnie usługujący wszystkim braciom, podał wejdźminowi różową szklaneczkę z papierową tęczową parasolką zanurzoną w białawej cieczy pachnącej wysokoprocentowym kokosem. Gejralt spojrzał na nią, po czym odstawił ją z powrotem na srebrną tacę i zamilkł.
++++++– Chłopcze, wszystko w porządku? – spytał Wazelin głaskając wejdźmina po klatce piersiowej. – Zaraz, zaraz, czegoś mi tu brakuje. Gdzie masz medalion? Nie widzę go na twoim zgrabnym torsie.
++++++– W kieszeni.
++++++Wazelin zerknął.
++++++– To nie jest medalion – stwierdził. – A miecze? Też w kieszeni?
++++++– Miecze to… Ukradli.
++++++– Kto ukradli?
++++++– Odzyskam je, to na chwilę tylko…
++++++– Okradli cię na chwilę tylko? Gejralt, możesz sobie być najlepszym wejdźminem na świecie, ale wciąż obowiązuje się kodeks, mój drogi.
++++++Kilku młodych rekrutów zaczęło szeptać coś między sobą.
++++++– Gejralt – wtrącił Zołman. – Chyba nie przyszliśmy tu po to, żebyś kłamał.
++++++Na te słowa Wazelin zmarszczył czoło.
++++++– Gejralt i Gejralt… – wejdźmin wywrócił oczami. – Przyszliśmy tutaj, bo… Strasznie się stęskniłem! – zawołał i rzucił się Wazelinowi na szyję.
++++++Fioletowobrody mentor bardzo się ucieszył. Obmacał go tu i tam, a potem odepchnął od siebie i zrobił jeszcze groźniejszą minę. Gejralt spodziewał się, że nie będzie łatwo oszukać człowieka, który wszystkiego go nauczył. Cofnął się i uklęknął przed swoim mistrzem tak, jak nakazuje postąpić wejdźmiński regulamin w przypadku czegokolwiek. ++++++Wziął głęboki oddech.
++++++– Straciłem wszystkie moce – zaczął. – I nie działają na mnie żadne eliksiry. Sprzedałem miecze. A potem medalion. Wiem, że tak nie można, ale… Tak wyszło. Wróciłem do domu – Gejralt złapał Zołmana za rękę i ścisnął ją bardzo mocno. – …bo nie wiem co robić. A to jest mój chłopak, więc zabraniam go wam dotykać.
++++++Krasnoludowi w pierwszej chwili zagotował się mózg, jednak szybko uznał, że z dwojga złego woli tę opcję, niż żeby było tak jak ostatnio, kiedy to obudził się tu rano cały wytatuowany w usta różową szminką. Ale nie puścił ręki przyjaciela też z innego powodu – z powodu wyrazu twarzy Wazelina, który przeraził nawet jego samego.
++++++– Gejraltku! – przerwał ciszę Mlaskier, który przybiegł przebrany za kaczuszkę. – Chodź, szybko! Przy basenie! Musisz to zobaczyć!
++++++– NIE – huknął Wazelin, aż po całym Homo Moh’er przeszły ciarki. – Teraz Gejralt, to ty się udasz na ten drugi dziedziniec. Tam, gdzie wszystko się zaczęło.
++++++Żółte piórka z przebrania Mlaskra opadły na ziemię.

++++++Niewielu słyszało o ciemnej stronie wejdźmińskiego gniazda, albowiem wiedzą o nim tylko ci, którym przyszło spędzić tu młodzieńcze lata, ale nawet oni sami woleliby o nich czasem zapomnieć. Nie było tu błękitnej wody, kwiecistej roślinności, pachnącego powietrza, ani nawet jednego promyka słońca. Położone głęboko pod ziemią zamczysko tonęło w zimnych kamiennych murach porośniętych mchem i azbestem, pocięte ciasnymi korytarzami, które przemierzało echo niosąc ze sobą krzyki, wycie i szarpanie łańcuchów; to miejsce wyłożone zardzewiałymi klatkami i twardymi pryczami z innymi drewnianymi rzeczami ze skórzanymi paskami, niewiele miało wspólnego z luksusem na powierzchni. I rzadko kto wracał tu po raz drugi.
++++++– Macie niebywałe szczęście – zaczął Wazelin krocząc przez lochy – że możecie to zobaczyć.
++++++– Czy ja wiem… – burknął krasnolud. – Chyba wolałbym go nie wi… Czy to, co przed chwilą minęliśmy, to był prawdziwy cmentarz z prawdziwymi duchami?
++++++– He heh – zaśmiał się Wazelin. – Trzymałem tu kiedyś małego Gejralta, żeby przestał bać się zjaw. W końcu się z nimi zaprzyjaźnił. Nawet ciut za mocno.
++++++– To z duchem można… Chociaż nie. Nie było pytania. Za to mam inne. Trzymałeś dziecko na cmentarzu?
++++++– Ooo, żeby tylko – Wazelin machnął ręką. – No i co się tak patrzysz, Zołmanie? A myślałeś, że dlaczego twój chłopak nie boi się dzisiaj latać w nocy po lasach, spać po jaskiniach albo włazić tam, gdzie nikt by nigdy nie wszedł? Bo się przyzwyczaił. On już widział takie ohydztwa, że teraz już nic go nie przeraża. No chyba, że gołe baby. Bez związku z brzydotą. Przy okazji, cieszę się, że w końcu się zeszliście.
++++++Zołman spojrzał na kolejny loch który mijali, i mógłby przysiąc, że są tam lasodymacze popijające kawę z eleganckich filiżanek. Potrząsnął głową.
++++++– Myślałem – zaczął – że to bardziej kwestia tych waszych eliksirów, że go jakoś… Uodporniły… Czy coś.
++++++– A gdzie tam – Wazelin zmarszczył się. – Eliksiry to tylko kolorowe soczki. Pozwalają na chwilowe wyostrzenie zmysłów, poprawianie tego czy tamtego, albo… no takie różne, hmm, ulepszenia powodują, wiesz, różnych… rzeczy. Nie mówię, że nie są ważne, ale prawdziwe wejdźmińskie zdolności, to lata ciężkiej pracy. Wiesz, jak trudno zrobić wejdźmina? Jak myślisz, dlaczego siedzę tu z czterdziestoma chłopcami?
++++++– Wolę się nad tym nie zastanawiać – powiedział Zołman.
++++++– Przyjrzałeś się im chociaż?
++++++– Nie.
++++++– Większość, to się w ogóle nie nadaje, żeby ich stąd wypuścić.
++++++– A to nie jest przypadkiem tak, że im więcej wejdźminów, tym lepiej dla ludzi? – krasnolud dziwił się sam się sobie, że to powiedział.
++++++– Wejdźminów tak, ale tylko tych udanych.
++++++– A to się może coś nie udać?
++++++Wazelin westchnął.
++++++– Przemiany to nie taka prosta sprawa. Nie każde ciało potrafi zaakceptować i wykorzystać, dajmy na to, jad z lasodymacza. Jedno ciało go zaakceptuje, inne nie, drugiemu sfajczy mózg, a trzecie go wykorzysta. I wtedy dopiero można mówić o początkach powstania ciała wejdźmińskiego.
++++++– Nie podoba mi się sposób, w jaki mówisz o ludziach. Gdzie jest Gejralt?
++++++– Twój przyjaciel, krasnoludzie, to nie jest do końca człowiekiem.
++++++– Wygląda… normalnie, jak na swoje własne standardy. Ludzko, w sensie.
++++++– A ilu widziałeś ludzi o pionowych źrenicach? Wejdźmin potrafi dostrzec pajęczynę w ciemnościach, zanim ty w nią wleziesz. Gejralt się pewnie nie chwali, ale wie co robiłeś wczoraj wieczorem po zapachu twoich rąk, mimo, że myłeś je od tamtej pory kilkanaście razy.
++++++– Chwali się…
++++++– Słyszy bicie twojego serca, kiedy idziecie obok siebie. To znaczy słyszał.
++++++Zołman zamyślił się.
++++++– Nic dziwnego, że jest teraz taki zagubiony – powiedział.
++++++Mlaskier nic nie mówił. Słuchał tylko i oglądał kolejno każdy loch z pleców Zołmana. Nie chciał z nich zejść odkąd zobaczył imprezujące pupojady.
++++++– O magicznych Znakach już nawet nie wspomnę – ciągnął Wazelin. – Gejralt był jak motyl wśród tych wszystkich glist, które tu chowam. Dlatego jestem podwójnie zawiedziony, że tak mnie zawiódł i zawiódł.
++++++– Nie przesadzasz trochę? To przecież nie jego wina, że stracił swoje moce…
++++++– Pozbył się swoich mieczy i medalionu, jak jakichś szpargałów!
++++++– Od razu pozbył. Zapożyczył się, bo i tak nie mógł pracować. Przyszła zima, a my nie mieliśmy co do ust włożyć. No potem to przyznaję, że trochę odleciał, ale powiedzmy że znalazł sposób żeby zarobić…
++++++– Oszukując? Nie tego go uczyłem. Takich wejdźminów, co się po nocach przebierają za potwory i krzyczą: „mrrr, złap mnie wejdźmninku”, to ja tu mam na pęczki.
++++++Krasnolud podrapał się po głowie.
++++++– A nie możecie mu, no nie wiem, po prostu wykuć nowych mieczy i wisiorka? – spytał.
++++++– WYKUĆ NOWYCH?! Wykuć nowych, czyś ty oszalał!? Każdy wejdźmiński miecz musi zamoczyć… to znaczy, musi moczyć się dziesięć lat w gorącej czekoladzie, a drugi w sosie truskawkowym ze starannie wyselekcjonowanych owoców zbieranych tylko w piątek wieczorem przez chłopców o imieniu Jakub! A potem jeszcze trzeba to mieszać z krwią przyszłego właściciela, żeby uzyskać piękny karmazynowy odcień! Ich nie można sobie ot tak wykuć! One należą po wsze czasy tylko do jednego ciała i tego nie da, rozumiesz, NIE DA się powtórzyć! One są magiczne! Nie można ich sprzedawać! I to nie żaden wisiorek, jak go nazwałeś, tylko magiczny MEDALION, który…!
++++++– Dobra, uspokój się, ja pierdole, rozumiem.
++++++Wazelin wziął głęboki oddech i wytarł ręką fioletową brodę, którą sobie zapluł.
++++++– Jak mówią pradawne księgi, które wczoraj przejrzałem po raz pierwszy – kontynuował – podobna rzecz przytrafiła się kiedyś wielkiemu Kutanolsenowi. Do tej pory myśleliśmy, głównie ja, że wszystkie te księgi to jakieś brednie starych, nigdy nie trzeźwiejących zboczeńców, ale teraz wszystko uległo zmianie.
++++++– A co się stało z tym Kutase..nol… Wol..wo… Nem?
++++++– Umarł. Ale do rzeczy. Czas na coś przyjemniejszego. Chłopcy!

++++++Wazelin klasnął w ręce i okrągła sala do której dotarli rozbłysła światłem pochodni. Zgromadzeni wejdźmini nie wyglądali na tak odprężonych jak na górze. Krasnolud spojrzał na każdą z czterdziestu zakapturzonych twarzy. Nie dostrzegł wśród nich tej, której szukał.
++++++– A co wy się tak poubieraliście wszyscy jak na pogrzeb? – zapytał.
++++++– Taka tradycja, ale już powoli od niej odchodzimy.
++++++– Wazelin – ciągnął Zołman, stawiając Mlaskra na ziemi. – Minął już tydzień od naszego przybycia, a my nic nie wiemy. I przede wszystkim, gdzie jest Gejralt, bo już mnie to wszystko irytuje tutaj.
++++++– Musieliśmy się przecież zastanowić. Więc zastanowiliśmy się, że będziemy się właśnie teraz zastanawiać dalej. Chłopcy! Raport!
++++++Jeden z rekrutów wystąpił na środek sali. Powiercił się chwilę pod obszernym czarnym habitem przewiązanym skórzanym pasem, który nagle opadł ukazując lekarski mundurek – taki, który na półkach sklepowych najpewniej byłby oznaczony jako towar dla dorosłych. Otworzył różowy zeszycik gdzieś w połowie. Odchrząknął.
++++++– Próba pierwsza: z… onani… Zorganizowanie epickiej imprezy i doprowadzenie ciała do stanu utraty. Świadomości, poprzez picie a potem już tylko podawanie alkoholu dożylnie – rekrut zachichotał. – Hy hy, fajnie było. I. Utrzymywanie go w tym stanie przez …raz, dwa, trzy… Trzy dni. Wynik: negatywny, brak poprawy bież… bieżno… Bież-non-cego stanu.
++++++– A bo pomyśleliśmy, że to może przez to – wtrącił Wazelin. – Ale jednak nie.
++++++– Próba druga – kontynuował „lekarz”. – Uwie…uuu… Uwięzienie ciała i. Całkowita depilacja, łącznie z głową. Wynik: pozytywny. Ciało zachowało świadomość i uwolniło się z kajdan i uuu… Uciekło. Próba trzecia: u-nie-ru-cho-mie-nie. Ciało. Ciała. Na sztywno. I. Łaskotanie. Wynik: negatywny, ciało straciło czucie w kończynach, bo-je-za-mocno związaliśmy – mówca przerwał i dodał od siebie: – Żeby nam nie uciekł jak poprzednim ra…
++++++– Dobrze, następne! – przerwał Wazelin.
++++++– Próba… Raz, dwa, trzy… Próba czwarta: odurzenie ciała czym się da. W celu uniknięcia… Usunięcia! Usunięcia fff… wszystkich zarazków i. Podawanie zestawu eliksirów wejdźmińskich stopnia… raz, dwa, trzy, cztery, pięć…. piątego, a potem jadu z potworów w kolejności alfan.. analaf…al. Betycznej. Wynik: negatywny. Ciało na chwilę straciło wzrok.
++++++– Dobra, dosyć tego! – Zołman uderzył pięścią w stół. – Gdzie jest Gejralt!
++++++– Bez nerwów – powiedział Wazelin. – Jak mówiłem, eliksiry wzmacniają wejdźmińskie zdolności, a małe ilości jadu mogły je pobudzić, przynajmniej w teorii, he he. Nie zaszkodziło spróbować.
++++++– Pytam po raz ostatni. Gdzie. Jest. Gejralt!
++++++– I tak nic z tobą nie porobi wieczorem, jest trochę zmar…
++++++Stare, zardzewiałe drzwi do sali otworzyły się skrzypiąc
i skupiając na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych. Po chwili z ciemności wyłonił się wejdźmin.
++++++– O tutaj jest, idzie przecież. Cały i zdrowy – Wazelin odetchnął z ulgą. – No i proszę. Jeszcze rano myśleliśmy, że umrze, a tu taka niespo… – przerwał, kiedy przypomniało mu się, że Zołman stoi obok niego. – To znaczy, niedosłownie. Tak się tylko u nas mówi, jak ktoś się troszeczkę gorzej czuje z rana.
++++++Zołman powstrzymał się od rękoczynu.
++++++– Gejralt? – spytał. – Powiedz coś.
++++++Srebrny Wilk, lub Głodny Wilk – jak zaczęli nazywać go wejdźmińscy bracia po tym, jak za każdym razem kiedy tu przyjeżdżał zjadał wszystko w zasięgu wzroku, był blady i bardziej głodny niż zwykle. Jego chude policzki zdawały zapaść się jeszcze bardziej. Wyglądał na skołowanego i mocno zmęczonego, ale poruszał się o własnych siłach pomimo asekuranta, który sprawiał wrażenie bardzo podnieconego, że to właśnie jemu przypadło to zadanie.
++++++– Coś – powiedział wejdźmin.
++++++Ledwo utrzymał się na nogach po nagłym nalocie Mlaskra.
++++++– Nic ci nie jest? – spytał krasnolud.
++++++– Nic, nic, już teraz dobrze.
++++++– Gejraltku, masz jakieś dziwne oczy – zauważył poeta odklejając głowę od przyjaciela.
++++++– To tylko tak na chwilkę Mlaskruś, niedługo przejdzie.
++++++Oczy wejdźmina mieniły się zielono-srebrnym odcieniem, przypominając oczy zwierząt, które w ciemnościach poruszają się sprawniej, niż za dnia. W przypadku wejdźmina reguła ta nie miała jednak odzwierciedlenia albowiem widział teraz dość niewyraźnie.
++++++– A zatem – zaczął Wazelin. – Skoro żadne cywilizowane środki nie pomogły, musimy wymyślić coś innego, co właśnie przed chwilą wymyśliłem, jak cię zobaczyłem, mój ty biedaczku. Skoro moce nie chcą ci wrócić po dobroci, to wpakujemy je w ciebie na siłę, he he. Co wy na to, chłopcy?
++++++Wejdźmińscy uczniowie strasznie się rozochocili. Kilku puściło Gejraltowi oczko, inni zaczęli się od razu rozbierać.
++++++– No ale… Wszyscy na raz?… – dopytał wejdźmin, przytulając Mlaskra mocniej do siebie.
++++++– Masz rację – przyznał mentor. – Ja zacznę. I potem reszta będzie się po kolei dołączać, co do jednego. Chłopcy! Ustawcie się w szyku, dwanaście osób na rząd!

++++++Gejralt chciał coś powiedzieć, ale wszystko działo się zbyt szybko jak na jego obecny stan. Trzy osoby już zaczęły się do niego dobierać. Ktoś mu pomachał.
++++++– Pierwsza dwunastka za mną! – krzyknął Wazelin.
++++++Zołman uniósł brwi.
++++++– Mogę coś powiedzieć, zanim zaruchacie go na śmierć? – wtrącił.
++++++– Krasnoludzie, to jest WEJDŹ-MI-N – wytłumaczył Wazelin zrzucając narzutkę. – Od razu widać, że nic nie wiesz o genitologi tego słowa. Ja nie wiem, co on w tobie widzi.
++++++Mlaskier naburmuszył się. Może i nie miał nadprzyrodzonych zmysłów ani żadnej super mocy, ale najlepiej ze wszystkich wiedział co to jest wejdźmin. Zaczął drapać zbliżających się rekrutów pazurami, jednak został szybko zneutralizowany poprzez zbiorową moc unieruchamiania. Gejralta to rozgniewało.
++++++– No no, jaki porywczy chłopiec! – powiedział Wazelin, smarując się olejkiem bananowym. – Może zamiast z ciebie Gejralt, to z niego zrobimy nowego wejdźmina po prostu?
++++++Gejralt zmarszczył brwi.
++++++– Prędzej pozwolę wam wszystkim grzmotnąć mnie na raz – powiedział. – Odsuńcie się! JUŻ!
++++++Na sali zapanowała cisza. Rekruci zrobili wejdźminowi miejsce, zostawiając go w utworzonym w ten sposób okręgu. Wazelin upuścił flakonik z olejkiem, który zabrzęczał kilka razy na kamiennej posadzce i zatrzymał się.
++++++– Niesamowite – powiedział, wybałuszając oczy. – Dlaczego słuchacie go bardziej ode mnie? – spytał swoich uczniów.
++++++– No bo… – zaczął ktoś. – Jakby nie było, to jednak najlepszy wejdźmin na świecie jest.
++++++– Legenda – dodał ktoś inny. – Szacunek się należy.
++++++– Na własne oczy widzieliśmy jak pokonał ryczywoła i żadne moce nie były mu potrzebne.
++++++– Przecież on nie ma żadnych mocy i jest słaby jak bąk! – przekonywał mentor.
++++++– Ja tam wole nie ryzykować – powiedział ktoś inny, a reszta przytaknęła.
++++++Wazelin zmrużył oczy. Kazał wszystkim zgromadzić się na głównym placu i wyjąc palce.

++++++Jeżeli wcześniej krasnoludowi wydawało się, że wejdźmińscy rekruci ubrali się jak na pogrzeb, to teraz trudno było mu nazwać styl ich ponurych strojów. Być może on sam miał już dosyć tego miejsca, a może była to tylko kwestia zachmurzonego nieba, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że w powietrzu wisi coś niepokojącego i nie miał na myśli unoszącego się nad dziedzińcem Wazelina. Mentor, w pełnym rynsztunku, powoli zbliżał się ku ziemi. Kiedy stopami dotknął gruntu, odczepił uprząż i wszedł na specjalne podwyższenie.
++++++– Nie ma to jak mocne wejście, he he – powiedział. – Rach, ciach i bum! No ale, już bez zbędnych ceregieli. Gejralt, wystąp.
++++++Wejdźmin wykonał polecenie.
++++++– Drogi Bracie – zaczął fioletowobrody rozwijając zwój papieru. – Ze względu na haniebne czyny jakich się podjąłeś, aby splugawić swoje imię i święty kodeks wejdźmiński, wydanie czwarte, z ptaszkiem na okładce, okrywam cię hańbą, yyy… tak. Nie to czytam – Wazelin przeleciał oczami kilka następnych linijek tekstu. – O! Niniejszym zostajesz skazany na wygnanie z bractwa wejdźminów. Według paragrafu jeden-zero-jeden, złóż swój medalion i miecze na…, yyy… opuść to miejsce, no wyjdź przez bramę i nie wracaj, po prostu.
++++++Gejralt skinął głową, wstał i bez słowa udał się do wyjścia. Mlaskier wystawił wszystkim język, a Zołman napluł na podłogę.
++++++Zgrzyt zamykającej się za nimi bramy przyprawiał o dreszcze. Metalowe zatrzaski huknęły, a potem wszystko ucichło pozostawiając za sobą tylko kłęby opadającego pyłu. Wejdźmin wyprzedził przyjaciół i usiadł na kamieniu z widokiem rozciągającym się na wąwóz. Mlaskrowi zrobiło się smutno, toteż opadł na ziemię i przytulił się do ud Zołmana. Krasnolud patrzył chwilę na milczącego wejdźmina, po czym wziął głęboki oddech. Kazał Mlaskrowi poczekać i podszedł bliżej urwiska.
++++++– Gejralt? Czy lasodymacze mogłyby, tak czysto teoretycznie, pić kawę z filiżanek? – zagaił.
++++++– Nie wiem, chyba tak – odparł wejdźmin. – Mają zwinne dłonie. A czemu pytasz?
++++++– A nic. Tak tylko… zagaduje. Chodźmy już stąd – rzekł i odszedł kilka kroków. Zatrzymał się i westchnął. Spojrzał na przyjaciela, który w dalszym ciągu siedział na kamieniu.
++++++– Idziesz? – spytał.
++++++– Nie wiedziałem, że świat jest taki cichy – powiedział wejdźmin.
++++++Krasnolud usiadł obok niego. Już powoli zaczynał przyzwyczajać się do roli pocieszyciela.
++++++– Cichy nie cichy – rzekł. – Wciąż mamy robotę. Ja to bym się nawet cieszył, że mnie stąd wygnali. I mogą sobie mówić co chcesz, i tak jesteś wejdźminem, czy się to komuś podoba czy nie. I to najlepszym. A teraz rusz ten tłusty tyłek, szlak czeka.
++++++Nagle poczuł, że został objęty za ramię.
++++++– No tak. To ja próbuję podnieść cię na duchu, a ty jak zwykle… – Zołman spojrzał na oparte na kolanach, luźno zwieszone obie dłonie wejdźmina.
++++++Powoli zerknął na swoje ramie.
++++++– Gejralt… – szepnął.
++++++Wejdźmin mruknął pytająco.
++++++– Lasodymacz… – wyłkał krasnolud.
++++++– Już mówiłem, że chyba mogą pić tę kawę…
++++++– Nie, Gejralt, nie o to mi chodzi – Zołman w bezruchu popatrzył na zakończony czarnym frędzelkiem ogon, który wciąż leżał na jego ramieniu. – Lasodymacz! Jest za nami!
++++++Wejdźmin obrócił się w locie i błyskawicznie stanął na równe nogi. Zołman skulił się i zakrył oczy rękami. Po chwili rozszerzył palce. Było zdecydowanie za cicho.
++++++– Zołman, tu nikogo nie ma – stwierdził Gejralt.
++++++Krasnolud wstał i rozejrzał się. Po lasodymaczu nie było nawet śladu.
++++++– Mógłbym przysiąc, że widziałem jego ogon obejmujący mnie za ramię! – powiedział. – Czułem to!
++++++– Oj Zołmanku… – wejdźmin westchnął. – Przywidziało ci się. Lasodymacze nie zapuszczają się w te strony. Ale masz rację, chodźmy już stąd. Spędziłeś za dużo czasu w Homo Moh’er, jak my wszyscy – Gejralt uśmiechnął się pobłażliwie na widok Mlaskra, próbującego odpiłować sobie własną nogę patykiem. Wciąż nie miał w niej czucia.
++++++– Potrzebujemy pieniędzy, a ja wiem gdzie jest ich dużo za dużo – powiedział wejdźmin.
++++++Zołman nagle zamarł, wpatrzony w przyjaciela, który spojrzał na niego z góry.
++++++– A ty co się tak na mnie patrzysz? – spytał Gejralt, uśmiechając się szeroko. – Zakochałeś się we mnie w końcu?

++++++Jego jasne włosy powiewały na tle ciemnych chmur, pełna spokoju twarz promieniała, a górne trójki były dłuższe niż reszta zębów i bardziej spiczaste niż zwykle.
++++++Krasnolud przełknął ślinę. To nie mogło wróżyć niczego dobrego.

Rozdział IV – Nieduza Sprawa


Wioska Śmierdź w czasach swojej świetności słynęła ze znakomitych wyrobów garncarskich i istniejącego tam niegdyś domu publicznego dla bezdomnych sierot, dotowanego przez fundusz inwestycyjny pochodzący ze skarbca samego króla Fjutesta, któremu kilka razy zdarzyło się zaszczycić ów przybytek własną obecnością.
++++++Czasy te należały jednak do przeszłości. Kiedy Gejralt wraz z towarzyszami stanęli u jej bram, z niepokojem zauważyli, że bram nie ma, zostały bowiem zamurowane. W tej sytuacji nieoceniony okazał się Mlaskier, który znał wiele ballad o magii, bramach i generalnie różnego rodzaju otworach, a zatem wiedział, że pewne magiczne typy wrót ujawniają się dopiero po wypowiedzeniu na głos specjalnego hasła. Postanowił więc wypróbować wszystkie znane sobie słowa w kolejności alfabetycznej.
++++++– Albert – powiedział poeta któreś już z kolei słowo, i odczekał stosowną chwilę, aby zobaczyć, czy dało to jakieś rezultaty. Kiedy wyglądało na to, że nie, pokręcił głową zmartwiony. – Albinos. Wiecie co, znudziło mi się – Hasło to pewnie więcej niż jedno słowo. Spróbuję powiedzieć wszystkie możliwe kombinacje.
++++++– Mlaskier, Jezus Maria – westchnął przeciągle Zołman.
++++++– Czubek butelki. Pierogi z mięsem i warzywami. Motyla noga. Żółto-zielony dzbanek.
++++++– Mlaskier…
++++++– Patrz – wejdźmin przerwał krasnoludowi gestem, i skinął głową w stronę najwyższej części muru.
++++++Za flanką coś się poruszało.
++++++– Wygląda jak hełm – Zołman zmrużył oczy.
++++++– Mhm – Gejralt podrapał się po głowie.
Wyjął zza pazuchy jeden z gadżetów, które otrzymali wcześniej od czarodzieja Dyrdymała – Dyrdyfon 8000. Urządzenie czyniło głos mówiącego wielokrotnie głośniejszym.
++++++– Dzień dobry. Czy jest ktoś tam na górze? – powiedział do mniejszego końca urządzenia.
++++++– BLEBLEBLEBLE HAHAHAAHAHAHA KUKURYKUUUU!!!!! – wydobyło się z drugiego końca. ++++++Wejdźmin westchnął. Schował urządzenie do kieszeni.
++++++– Haloo! Tam na czubku! Czy pan nas słyszy?! – wydarł się na całe gardło.
Hełm podniósł się niechętnie, ukazując noszącą go głowę. Należała do mężczyzny z wielkimi, zawiniętymi w górę wąsami. Miał opaloną cerę i rozbieżnego zeza.
++++++– Czego tu?! – odkrzyknął nieznajomy irytującym, piskliwym głosem.
++++++– Jesteśmy wędrowcami i mamy do wykonania bardzo ważną misję! – odpowiedział Gejralt. – Szukamy noclegu, jadła i języka do zasięgnięcia!
++++++– Nikogo nie ma w domu! Idźcie sobie!
++++++– Jak to… nikogo nie ma? – skonsternował się Gejralt. – Widzę dymy z kominów!
++++++Strażnik podrapał się po hełmie, zamrugał oczami i zrobił usta w dzióbek.
++++++– Nikogo nie ma! Dymi się bo żona gotuje zupę! – krzyknął, a następnie bardzo powoli z powrotem schował się za cegłami.
++++++Gejralt i Zołman spojrzeli na siebie pytająco, i bez słów zgodzili się poczekać na dalszy rozwój wypadków. Mlaskier próbował otworzyć wrota.
++++++– Drzewo sandałowe. Wisiorek z pętelką. Siedemnaście czternastych kilograma lnu – w tym miejscu zrobił pauzę, gdyż coś mu mówiło, że trafił w dziesiątkę. Mur jednak ani myślał drgnąć. – Ech. Siedemnaście czternastych kilograma snu? Słoik z zakrętką. Pies ogrodowy…
Zza muru znów wychynęła głowa. Wciąż miała na sobie te same wąsy, i właściwie wciąż wyglądała tak samo, z wyjątkiem tego, że tym razem zamiast hełmu na jej czubku widniała kępa złotego siana.
++++++– A wy jeszcze tu?! … Ekhm – głowa odchrząknęła i zmieniła głos na nieco wyższy – A wy jeszcze tu?! Mąż już mówił! Nikogo nie ma! A się dymi bo zupę gotuję!
++++++– A gdzie są wszyscy? – zapytał Gejralt.
Głowa schowała się, by za chwilę wynurzyć się na powrót ubrana w hełm, spod którego wystawało źdźbło siana.
++++++– Ładnie to tak wypytywać bezbronne kobiety?! – krzyknął strażnik. – Żona wszystko mi powiedziała!
++++++– Słuchaj pan! – krzyknął Zołman, który się już zirytował. – Mój kolega jest wejdźminem! I jak zaraz nas nie wpuścisz to on… swoimi mocami rozwali ten wasz murek w drobny mak! I przekonamy się jak jest naprawdę!
++++++Zezowaty strażnik przez chwilę patrzył na nich i na rosnące opodal drzewa.
++++++– Na pewno nie jesteście myszami?! – krzyknął w końcu.
++++++Spojrzeli na siebie. Potem na niego.
++++++– No dobra! Wpuszczam was. Ale niech chociaż jeden zje kawałek sera albo się schowa pod miotłą to już nie będę taki niesamowicie grzeczny!
++++++Mlaskier ucichł. Spojrzeli na cegły wypełniające wnękę, w której kiedyś była brama. Wydawały się teraz nabierać nieznacznie jaśniejszego koloru. Przyroda wokół jakby zamarła. Fuga w murze przestała wydawać się realna. Lada chwila miała się…
++++++– No idziecie?! – strażnik krzyknął na nich z góry. I pokazał palcem na sznurową drabinkę, którą przed chwilą spuścił.
Mlaskra zostawili przed bramą, bo uparł się, że odgarnie prawidłową kombinację słów. Postanowili wrócić po niego, jak załatwią sobie nocleg.
++++++Wąsaty strażnik miał jakiś metr wzrostu i podejrzanie odmawiał odpowiedzi na jakiekolwiek pytania dotyczące tego, gdzie się podziała jego żona, ale co do tego, że nikogo tam nie było najwyraźniej aż tak nie minął się z prawdą.
++++++Wieś milczała jak grób. Wszystkie okiennice były pozamykane, a na głównym placu nie było żywej duszy. Tylko unoszący się gdzieniegdzie z kominów dym i migoczące zza okiennic światła świec pozwalały sądzić, że w kilkudziesięciu chatach i domach kryją się jacyś ludzie.
++++++– Idźcie lepiej od razu do sołtysa – wypiszczał strażnik nerwowo rozglądając się na boki. Robił to nie poruszając głową. – I tak nikt inny was nie wpuści. Powiedz pan żeś jest wejdźmin, to może was nie ustrzelą.
++++++– Ustrzelą? – Zainteresował się Gejralt, ale strażnik nerwowym krokiem oddalił się już w stronę schodków prowadzących do posterunku na szczycie muru obronnego.
++++++– Gejralt, może po prostu poszukajmy innej wioski. – zasugerował Zołman. – Tu się dzieje coś bardzo dziwnego. W ogóle, mur wokół takiej małej wsi? Muszą mieć jakąś paranoję. A bez twoich mocy…
++++++– Spokojnie, Zołmanku, mamy przecież mnóstwo zaczarowanych gadżetów od Dyrdymała. – Co może nam z nimi grozić?

++++++Chatę sołtysa znaleźli bez większych problemów, bo wisiał na niej krzywo wymalowany żółtymi literami szyld głoszący „SŁOTYS WSI ŚMIERDŹ. NIE WCHODZIĆ”. Zapukali. Nikt im nie otworzył, więc Gerjalt pomyślał o swoim Dyrdyfonie, ale szybko potrząsnął głową i zapukał głośniej.
++++++– Panie sołtysie! Jestem wejdźminem! Chcieliśmy noclegu i odpowiedzi na pytanie, czy w tych okolicach nie działo się ostatnio nic dziwnego. Ale to chyba już wiemy!
++++++– Wejdźmin? – odpowiedziały cicho drzwi. – Udowodnij.
++++++– Chwilowo … nie mogę. Ale jeśli powiecie nam co tu się dzieje, to może spróbuję pomóc.
++++++Zanim drzwi zdążyły odpowiedzieć, Gejralt usłyszał za sobą krzyk Zołmana przypominający połączenie bardzo brzydkiego przekleństwa i pisku małej dziewczynki.
++++++Z miejsca przyklęknął przy przyjacielu, który, blady jak ściana, leżał nieruchomo na plecach. Oddychał, co wejdźmin dokładnie sprawdził dotykając mu piersi pod kolczugą, ale nie dawał się obudzić ani spoliczkowaniem, ani klapsem, ani nawet…
++++++– Dobra, was też to bierze – zadudnił zza drzwi głos sołtysa. – Czyli można wam ufać. Ale nie myślcie, że otworzę. Jak żeście wejdźmin, to zróbcie coś z tym.
++++++Gejralt podrapał się po głowie.
– Z tym?
– Twój przyjaciel właśnie padł Tego ofiarą. Od kilku miesięcy dzieją się tu straszne rzeczy. I czasem kogo dopadną. To znaczy, nikomu się jeszcze nic wielkiego nie stało, z wyjątkiem paru omdleń i jednego lekkiego zawału, ale strach blady na wieś padł. Ostatnio w biały dzień chleb prawie odgryzł piekarzowi głowę. No panie wejdźmin, jak żeście tacy dzielni to do roboty!
++++++– Gejralt! – wymamrotał nagle wciąż półprzytomny krasnolud. – Gejralt… załóż na siebie… Gejralt.. dlaczego to jest takie… nie … nie zmieści…
Wejdźmin zmrużył oczy i przyjrzał się przyjacielowi. Kiedy ten w końcu otworzył oczy, przyłożył palec do ust, nie pozwalając mu się odezwać.
++++++– Zołmanku, chyba po raz pierwszy od lat czeka nas prawdziwa wejdźmińska robota. Ale mów cicho, bo najwyraźniej grasuje tu bardzo niebezpieczny potwór.
++++++– Gejralt…? Masz szczęście że to co mi się przed chwilą śniło, że widziałem i zemdlałem… nie, zaraz. Dlaczego ja jestem na ziemi? I jaki potwór? Mamy misję, pamiętasz?
++++++– To może być powiązane z naszą misją. Ten potwór to bardzo rzadki gatunek. Żyje tylko w niewoli, u potężnych czarodziejów, bo tylko oni są w stanie sobie z nim poradzić. Ale tu w okolicy nie ma potężnych czarodziejów. Hmmm. Musiało tędy coś… przejść?
++++++– Dobra, dobra – Zołman oprzytomniał, ale wciąż miał dreszcze. – Ubijmy to lepiej zanim znowu coś mi się stanie. Potem będziemy się zastanawiać. Co to za potwór?
++++++– O ile się nie mylę, Zołmanku, jest to nic innego jak straszliwa Nieduza. Jest zazwyczaj dość nieduża. Gdy spojrzysz jej w oczy, natychmiast zamienia siebie i otoczenie w to, czego boisz się najbardziej. Sama w sobie zazwyczaj nie jest szczególnie groźna, zmienia się w myszy i takie tam. Ale ludzie pod jej wpływem stają się niebezpieczni dla siebie i otoczenia… Zołmanku?
++++++– Rozumiem – rzekł krasnolud zawiązując oczy oderwanym rękawem. – Będę po prostu machał toporem w przypadkowych kierunkach.
++++++– Nieduzę, mój drogi, najlepiej pokonać za pomocą… o cholera.
++++++– Gejralt, co?
++++++– Nic.
++++++– Gejralt!
++++++– No… siedzi ci na głowie. I właśnie spojrzałem jej w oczy.
++++++– Co mam zrobić?
++++++– Nie patrz jej w oczy.
++++++– Przecież mam przepaskę! Jestem bezpieczny?
++++++– Trudno powiedzieć.
++++++– Dlaczego?!
++++++– No bo… jedna z rzeczy których boję się najbardziej jest taka, że spotka cię straszliwa śmierć w męczarniach.
– Ja pierdolę.
Nieduza siedziała na czubku krasnoludowej głowy i świeciła oczami. W tym samym momencie na niebie rozbłysł jakiś punkcik. Spowodowało to spore zamieszanie w, odległych o wiele mil, obserwatoriach Wyrżnijmijskiej akademii nauk, gdyż nikt nie spodziewał się tak dużego meteorytu spadającego na jakieś miejsce w królestwie o tej porze roku. Gejralt przeczuwał, jakie to będzie miejsce.
Z cienia przy chacie sołtysa, przy której wciąż się znajdowali wysunęły się jakieś macki i jęły powoli pełznąć w stronę przerażonego Zołmana, który nie wiadomo skąd kieszenie miał teraz pełne dynamitu. Gdzieś za plecami krasnolud usłyszał ryk tygrysa. Meteor na niebie robił się coraz większy.
++++++– Gejralt! Co się dzieje?! – wrzasnął Zołman. – Zrób coś!
++++++– Nie mogę! – wejdźmin stał jak sparaliżowany. – Nie mogę ciąć mieczem bo siedzi ci na głowie! Zresztą nawet go nie mam. A im bardziej patrzę na te wszystkie straszne rzeczy tym bardziej się boję, że zaraz cię rozszarpią!
++++++– No to wymyśl coś!
Jadowite węże właśnie wchodziły Zołmanowi do nogawek, a ich syczenie zagłuszał świst lecącej w ich kierunku ognistej kuli z nieba. Gejralt intensywnie myślał. Gdyby mógł użyć swoich znaków, to zatrzymałby to szaleństwo, ale w tej sytuacji może najrozsądniej byłoby po prostu czule pożegnać się z towarzyszem, zanim…
++++++Meteor uderzył tuż po tym, jak spomiędzy ryków, świstów i złowrogich pomruków dał się słyszeć jeden, ledwo przebijający się przez hałas głos.
++++++– A co to?
Nie stało się nic. Meteor zniknął. Zniknęły wszystkie tygrysy, węże i demony. Na końcu sama Nieduza, która najwyraźniej nie bardzo rozumiała co się dzieje, zrobiła pop! i nagle przestała istnieć.
++++++Wejdźmin rozglądał się badawczo, a Zołman zsunął z twarzy opaskę. Był blady jak ściana i miał drgawki, ale na jego twarzy gościł wyjątkowo głupawy uśmiech.
++++++– He, he, he – powiedział i położył sobie liść na głowie. Następnie zjadł go i się rozpłakał.
Za nimi stał tam Mlaskier, który miał właśnie opowiedzieć im wszystkie kombinacje słów, którymi nie udało się otworzyć bramy, i jak to w końcu postanowił, że ten mur może być zwykłym murem, i wszedł po drabince, ale widząc reakcję Zołmana szybko poszedł przynieść mu kupkę błota na pocieszenie.
Gejralt zamyślił się i poszedł porozmawiać z sołtysem. Niewiele to dało, bo sam sołtys jak i mieszkańcy, którzy obserwowali wszystko przez dziurki od klucza i szpary w okiennicach, postanowili pozostać zamknięci w domach do końca życia, ale wejdźmin wiedział już na pewno, że w królestwie działo się coś… magicznego. Magicznego w zły sposób.
++++++Kiedy krasnolud doszedł do siebie i napił się wódki, zapytał Gejralta jak właściwie pokonali tę Nieduzę.
++++++– A wiesz, że to samo w sobie jest zagadką … – odparł wejdźmin. – Mlaskierku, powiedz mi, czego ty boisz się najbardziej?
++++++– Hmm – zastanowił się poeta jedząc stokrotkę. – No… najczęściej boję się, że nie ma. Na przykład, że nie ma ciebie, że nie ma Zołmanka, albo śniadanka. Albo że nie ma szyszek…
++++++– No i właśnie w to zmieniła się Nieduza – ucieszył się Gejralt.
Zołman schował tylko twarz w dłoniach. Postanowili, że nie będą przedłużać swojego pobytu we wsi Śmierdź. To nie było szczególnie przyjemne miejsce.
Ruszyli w dalszą drogę. Wieś opuścili przez magiczny mur, do którego hasło podał im sołtys. Brzmiało: „Siedemnaście czternastych kilograma bzu”.

Rozdział III – Największy Czarodziej

rozdzial 3

++++++Głęboko pod ziemią, w miejscu o którym nie wiedział nikt prócz szczurów, kretów i dżdżownic, panowała całkowita cisza. Kolorowe mikstury w skomplikowanej aparaturze chemicznej nie bulgotały, kotły pełne tajemniczych wywarów zdążyły już ostygnąć, a magiczne przedmioty i fikuśne maszyny porozstawiane tu i ówdzie w całkowitym chaosie zdawały się drzemać. Nawet białe myszy laboratoryjne przeciągały się leniwie w swoich klatkach, trącając się łapkami po rozdziawionych pyszczkach. W koło, lekko i powoli, unosiły się drobinki kurzu, widoczne w ciepłym blasku pochodni i nadtopionych świec.
++++++Jednym słowem, czarodziej Dyrdymał zrobił sobie dzisiaj wolne.
++++++Było tak jak lubił najbardziej – cicho. Nie odpowiadał na wiadomości z transmagicznych tuneli świetlnych, wyłączył portale teleportacyjne co do jednego i wyciszył wszystkie pikające urządzenia wkładając sobie kołki z waty do uszu. Myślał o schematach, liczbach i kompilacjach. Układał w głowie wzory, które za pomocą magicznych umiejętności wizualizowały się nad jego głową, jeden nad drugim, by w końcu wyparować wśród gorącej pary uciekającej z drewnianej misy, w której zażywał ciepłej kąpieli.
++++++I nagle do głowy przyszła mu piosenka. „Motylem jestem… aaa, pofrunę gdzie nie byłam jeszcze, uuu…” zanucił, zupełnie nie wiedząc dlaczego właśnie to akurat teraz przyszło mu do głowy. Poczuł, że maseczka z zielonej glinki zaczyna go piec w skórę. Czarodziej wstał, zdjął plasterki ogórka z oczu, wykręcił długie wąsiki pozbywając się resztek ziołowej odżywki i opłukał twarz. Ponieważ miał tylko pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, w zasadzie nie było różnicy czy siedzi czy stoi, więc usiadł.
Siedział tak jeszcze przez chwilę kiwając się w rytm snującej się po jego głowie melodii, kiedy do jego zmysłów dotarło niepokojące dudnienie. Dyrdymał wyjął watę z uszu i zmarszczył krzaczaste brwi, próbując zlokalizować źródło odgłosów.
++++++Ubrał niebieski szlafrok w żółte gwiazdki i puszyste bambosze w tym samym wzorze. Pobiegł na sam środek swojej tajnej bazy, podskoczył i pociągnął za dźwignię ściągając z góry rozsuwany peryskop. Bacznym okiem rozejrzał się po powierzchni ziemi. Nikogo jednak nie spostrzegł. Odgłosy zdawały się być coraz głośniejsze i przypominać ludzką mowę.
++++++Czarodziej przyłożył policzek do jednej ze ścian i wzmocnił dźwięk zaklęciem.
++++++– Trochę tam ciemno – usłyszał.
++++++– Poprowadzisz?
++++++– Wiesz, ostatnio w ciemnych miejscach lepiej sobie radzę jak jestem z tyłu.
++++++– Hihihi… Prawda.
++++++– Kurwa!
++++++Przekleństwo było tak głośne i siarczyste, że Dyrdymał odskoczył od ściany jak poparzony. Natychmiast zamiótł porozrzucane płatki róż pod dywan, zrzucił szlafrok i pobiegł po bardziej odpowiednie ubranie ledwo wyrabiając zakręt, zza którego znienacka wyrosły przed nim długie nogi w obcisłych wzorzystych leginsach.
++++++– Przeszkodziliśmy w czymś? – spytał wejdźmin.
++++++– Aaaaa…! – czarodziej zawrócił i na powrót odział się w gwiaździstą podomkę. – Tak! – wrzasnął.
++++++Przemyślał to jednak i…
++++++– NIE! – dodał szybko. – To nie moje!
++++++– Przecież masz to na sobie…
++++++– Cicho!
++++++Gejralt przykucnął i pomiział wciąż ciepłą wodę w małej drewnianej misce wyjmujące z niej płatek.
++++++– Kąpałeś się w różach? – dopytywał.
++++++– Nie! Ja się nie kąpie! – rzucił czarodziej. – Jak się tu dostaliście?!
++++++– Tyłem.
++++++– Tu nie ma tylnego wejścia!
++++++– Mhm, każdy tak mówi na początku – stwierdził wejdźmin.
++++++– Szliśmy takim wąskim ciemnym tunelem – powiedział Mlaskier, otrzepując się z piasku na podłogę.
++++++– Co!? Wysadziłem to przejście lata temu! – krzyknął mag i oparł ręce na biodrach, zupełnie zapominając o tym, że nie zawiązał szlafroka, który bezwładnie rozchylił się na boki ukazując środkową część jego ciała. – Zresztą, jakim cudem ktoś tak wielki jak ty się tamtędy przecisnął? To był tunel awaryjny, tylko na mój rozmiar!
++++++Gejralt przygryzł dolną wargę spoglądając na półtorametrowego czarodzieja i jego maleńką posturę.
++++++– Mogę ci powiedzieć, Dyrdymale – zaczął – że czasami bardziej liczy się technika, a nie rozmiar.
++++++– Dosyć tego bablania – przerwał Zołman, który dopiero co wygramolił się z tunelu. – Gejralt potrzebuje pomocy. Masz chwilę? Kurwa, co ty masz na sobie?

++++++Problem utraty wejdźmińskich mocy był dla czarodzieja, jak i samego zainteresowanego, czymś całkiem nowym. Po zapoznaniu się z sytuacją Dyrdymał przebył cztery kilometry po swoich włościach drepcząc w tę i z powrotem pod nakazem całkowitej ciszy, podczas której dogłębnie analizował problem na wszystkie możliwe znane sobie sposoby – choć Gejralt od razu zwrócił mu uwagę, że „dogłębnie” w jego przypadku jest raczej mało możliwe.
++++++Czarodziej zatrzymał się tuż przed wejdźminem i kazał mu się położyć. Przeszedł po nim kilkakrotnie, po czym zajrzał mu pod powieki, uszczypnął w rękę i wyrwał mu włosa z głowy. Długi srebrny włos zdawał się nie błyszczeć jak zwykle. Czarodziej wypowiedział zaklęcie, podpalił go, zrobił z niego kulkę i wsadził ją sobie do buzi. Pociamkał przez chwilę burcząc coś pod nosem, po czym wypluł ją i zadeptał.
++++++– Tak jak myślałem! – wrzasnął w końcu, budząc Zołmana. – Jesteś kompletnie zatruty.
++++++– Ktoś go otruł?… – spytał udający całkowitą przytomność krasnolud.
++++++– Sam się otruł.
++++++– Ja?… – zdziwił się Gejralt.
++++++– Cicho! Jesteś po prostu jedną wielką chodzącą trucizną. Zademonstruję ci.
++++++Dyrdymał podszedł do słoiczka z owadami i wyciągnął najgłodniejszego komara sadzając go na skórze Gejralta. Komar natychmiast go ugryzł i z błogim uśmiechem wciągnął porcyjkę wejdźmińskiej krwi. Chwilę później doznał ataku serca i umarł.
++++++– Przekroczyłeś wszelkie limity zdrowego rozsądku i żyjesz jeszcze tylko dlatego, że jesteś wejdźminem – kontynuował czarodziej, nie pozwalając sobie przerwać. – Cicho! Zwykły człowiek już dawno by zszedł, albo skończył jak mój świętej pamięci kuzyn, który utopił się w sedesie, bo nie potrafił odróżnić kibla od czapki i został pochowany z klozetem na głowie, bo nie dało się go wyjąć.
++++++Dyrdymał znów przeszedł kilka razy w tę i z powrotem nie zważając na leżącego na drodze wejdźmina, po czym uniósł wskazujący palec.
++++++– Diagnoza i rozwiązanie! – zawołał. – Zdrowa dieta, żadnych używek, eliksirów, alkoholu i…
++++++– To co ja będę robił? – zmartwił się Gejralt.
++++++– Cicho! Możesz zacząć uprawiać s…
++++++– Przecież uprawiam… – przerwał mu wejdźmin.
++++++– Przynajmniej trzy razy w tygodniu! – dodał.
++++++– Ooo… – jęknął wejdźmin. – To to spokojnie. Słyszeliście? – Gejralt zwrócił się do przyjaciół.
++++++Zołman pokręcił głową.
++++++– Sport, kretynie.
++++++– Cicho! – wrzasnął czarodziej. – Ponieważ masz przed sobą trudne zadanie, mogę ci zaoferować natychmiastową pomoc doraźną.
++++++– Przecież zrobię ci krzywdę – stwierdził wejdźmin.
++++++– Cicho! I za mną!

++++++Szklana tuba, którą zjechali kolejno na najniższy poziom sekretnej jaskini Dydrymała, przemieszczała się niemal bezszelestnie. Po przebyciu skomplikowanego skalnego labiryntu i przeskoczeniu przez fosę z lawy, dotarli do pustej ściany.
Czarodziej zaczął wymachiwać rękami by po kilku chwilach przez ich oczami ukazały się żelazne drzwi z tabliczką:

„SEKRETNE LABORATORIUM NAJWIĘKSZEGO , NAJPOTĘŻNIEJSZEGO I NAJWIĘKSZEGO CZARODZIEJA-WYNALAZCY NA ŚWIECIE”.

++++++Za tymi drzwiami, według maga, kryły się cuda nie z tej ziemi. Nie wolno było niczego dotykać, a oglądać można było tylko z odległości jednego metra. Plusem było to, że wszystkie urządzenia były dość malutkie, aby można je było bez problemu schować do kieszeni, toteż Mlaskier właśnie to dokładnie robił.

++++++– Dyrduszka S-35 – zaczął czarodziej. – Mój najnowszy magiczny wynalazek. Precyzja magii nad przewagą kunsztu nad precyzją i przewagą magii w jednym.
++++++– Jakaś nowa przyprawa do rosołu?… – spytał wejdźmin.
++++++– Cicho! – oburzył się czarodziej. – To tylko tak wygląda jak kostka rosołowa, dla bezpieczeństwa.
++++++– A co to? – zainteresował się Mlaskier.
++++++– Wystarczy tutaj potrzeć i proszę!
++++++Złocisty sześcianik zrobił PYK! i zamienił się w puszystą poduchę.
++++++– No to rzeczywiście… – burknął krasnolud. – Dobrze, że ta niebezpieczna rzecz jest w formie kostki rosołowej.
++++++– Cicho! A tu mam jeszcze coś lepszego. Dyrdymolix V-kropka-1500. Wirtuozeria w najczystszej postaci połączona z maestrią i szczyptą najwyższej techniki rodem z elfiego lasu.
++++++Wejdżmin wziął do ręki patyk.
++++++– Czyli…? – spytał.
++++++Dyrdymał sięgnął po jabłko i przyłożył do niego swój wynalazek, którego końcówka po kontakcie ze skórką rozżarzyła się zielonym światłem.
++++++– Można nim wycinać napisy na owocach – wyjaśnił. – Nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. A tu – Dyrdymał wbiegł po drewnianych schodach przystawionych do regału i ściągnął z półki metalowe kółko wielkości monety. – Dyrdymerek Z, wersja druga!
++++++Czarodziej położył ją wejdźminowi na dłoń. Obręcz zakręciła się i wypuściła ze środka małą chmurkę, która falując ułożyła się w mglistą liczbę.
++++++– Sześćdziesiąt dziewięć…? – zapytał Gejralt.
++++++– Przykład niesamowitej zręczności poruszania się w arkanach magii zatopiona w morzu piękna i majestatu koła. Pokazuje liczbę, o której najczęściej myślisz – chrząknął mag.
++++++– A co robiła wersja pierwsza?
++++++– Nic – odparł. – A tu! Dyrdycianka X53!
++++++– Dyrdymał – odezwał się Zołman. – Masz coś, co zastąpi Gejraltowi chociaż część wejdźmińskich umiejętności? Albo chociaż kiedykolwiek się przyda?
++++++– Ja chcę Dyrdyciankę Iks Pięćdziesiąt Trzy! – Mlaskier założył ręce na piersi i naburmuszył się. – Daj mi.

++++++Poeta uspokoił się dopiero wtedy, kiedy dostał upragniony przedmiot. Wspólnie zadecydowali, że rzecz ta jest na tyle bezpieczna, aby Mlaskier mógł ją posiadać na wyłączność. Dyrdycianka serii „X” o numerze „53” zmieniała kolor, kiedy jajko było ugotowane.

++++++Zaopatrzeni w wynalazki Dyrdymała, opuścili podziemną twierdzę w ciszy. Zołman szedł drapiąc się po głowie i myślał o czymś bardzo intensywnie, patrząc na Mlaskra, który sprawdzał, czy każda napotkana rzecz nie jest przypadkiem ugotowana. Wejdźmin zerwał śliwkę z drzewa i usiadł na głazie.
++++++– Wygrawerowałem sobie serduszko – powiedział. – Kiedyś potrafiłem to zrobić bez dyrdy-czegoś-tam. Jestem do niczego.
++++++Krasnolud usiadł obok wejdźmina, pierwszy raz od bardzo dawna z własnej woli.
++++++– Uszy do góry, Gejralt – powiedział. – Jest nas trzech, poradzimy sobie i bez twoich nadludzkich zdolności. Zresztą, po co ci one. I bez tego jesteś dość pomysłowy.
++++++– Hi hi – zachichotał grajek. – Prawda. Wczoraj w nocy…
++++++– Mlaskruś, to akurat nie ma nic wspólnego z moimi nocami. Mocami, znaczy się.
++++++– Nie to nie – rzucił Mlaskier i odwrócił się obrażony.
++++++Zołman zastanowił się.
++++++– Z Dyrdymałem nie wyszło. To może w Homo Moher ci pomogą?
++++++– Możliwe.
++++++Krasnolud westchnął.
++++++– Powiesz wreszcie jaki jest ten twój plan? – zapytał.
++++++– A ja znam plan – powiedział z dumą Mlaskier odwracając się. – Gejralt wszystko mi wczoraj opowiedział.
++++++– Tobie?
++++++– Tak. A więc – poeta nabrał powietrza, skupił się bardzo mocno i lekko się zarumienił. – Jak już wydostaniemy się z tego gąszczu samych niewiadomych – zaczął głaskając się po włosach – zeskoczymy na moje czółko i sprawdzimy, czy żaden kłopot nie wpadł mi do oczek. Następnie wejdziemy na sam czubek mojego noska, gdzie rozejrzymy się za potencjalnymi możliwościami dalszej wędrówki. Stamtąd spostrzeżemy, że niżej są dużo ciekawsze rzeczy. Zanim jednak ruszymy na dobre na południe, zboczymy trochę z głównej trasy i zajrzymy najpierw za wschodnie uszko, a potem zachodnie, bo nigdy nie wiadomo co uda nam się tam usłyszeć. Następnie będziemy się powoli i dokładnie przesuwać w dół po szyjce, aż dotrzemy do dwóch bliźniaczych malutkich pagórków, gdzie spędzimy troszkę więcej czasu próbując wyssać trochę wiedzy na temat utraty wejdźmińskich mocy. W międzyczasie zasięgniemy języka, aby upewnić się, że o niczym ważnym nie zapomnieliśmy. Wracając, ominiemy pagórki i pójdziemy dalej w dół zahaczając o największe żebrowe metropolie, gdzie odwiedzimy kilku starych przyjaciół, aż dotrzemy do małej dziurki na środku brzuszkowej polanki, gdzie rozpalimy duże ognisko i może nawet uwarzymy kilka eliksirów. Dalszą drogę wskaże nam wąska, porośnięta kłosami ścieżka i tu będziemy musieli uważać, żeby nie spaść z biodrowej skarpy. Stamtąd zaczniemy niebezpiecznie zbliżać się do miejsca pobytu przynajmniej jednego z wejdźmińskich mieczy, który najpierw oswobodzimy, a potem użyjemy troszkę siły i odwrócimy…
++++++– Dobra! Wystarczy! – wrzasnął Zołman ocknąwszy się w porę.
++++++Wejdźmin puścił Mlaskrowi oczko i uśmiechnął się lekko.
++++++– Tak – przyznał. – Tyle wystarczy. Dalej już troszkę zabrakło mi weny.
++++++– Winszuję wyobraźni – rzucił krasnolud. – A teraz po ludzku.
++++++– No nic – odparł wejdźmin po chwili namysłu i dał Zołmanowi śliwkę z serduszkiem. – Zrobię to, co umiem najlepiej. Wstanę i pójdę przed siebie – powiedział.

++++++Chwilę później, gdzieś w głębi lasu, rozbrzmiał wesoły śpiew przy akompaniamencie jednej, jak się okazało, zupełnie nieugotowanej lutni…
++++++– Motylem jestem… mm-mmmm… na na na na, motylem jestem, uu-uuu… Pofrunę gdzie nie byłem jeszcze, aa-aaa…, zatrzymaj bo nie wróóócę więcej…!

Rozdział II – Wyjdźmin

rozdzial2

++++++Ciszę przerwało walenie do drzwi tak nagłe, że Zołman podskoczył, a Mlaskier spróbował schować głowę w piasek. Ten zamiar został skutecznie udaremniony poprzez fakt, że pomiędzy piaskiem a jego głową znajdowała się drewniana podłoga. Poeta stracił przytomność. Zołman spojrzał na niego jakby chcąc krzyknąć „uważaj, debilu”, ale po chwili pokręcił tylko głową i spokojnie podszedł do drzwi.
++++++Kiedy je otworzył, ujrzał brodatego wieśniaka, który wymachiwał rękami, jakby żywo gestykulując podczas opowiadania jakiejś historii, ale mówić zaczął dopiero kiedy Zołman pacnął go w głowę.
++++++– Panieee! – zaczął starzec, któremu brakowało większości zębów. – Paniee…
Zołman odczekał jeszcze chwilę, ale zorientował się, że jego rozmówca śpi. Tym razem szturchnął go w ramię.
++++++– Paniee! – obudził się dziadek. – Wedźmyna czeba! Podobno znikł i go ni ma od dawna, a tu potwóry sie mnożom! A nasza Jagienka pono zasłyszała dzie, że ten wedźmyn to ostatnio w tych łokolicach widzion był. Ale Jagienka guupia, to sie jej mogło pokićkać cuś…
++++++Zołman westchnął.
++++++– Wejdźmin jest niedysponowany – powiedział. – Nie pójdzie. Jakie potwory?
++++++– A żebym to ja wiedzioł, jakie. He, he, he he.
++++++– Eee – Zołman nie bardzo wiedział co nagle tak rozśmieszyło przybysza. – To chyba niezbyt groźne, że się pan śmiejesz na samą myśl.
++++++– A dzie tam niegroźne! Sie śmiejem bo mnie się przypomnioło jak to ciotka Zulka sie zamkła w wychódku a ja żem z Antkiem go hyc! Do jeziora poturlali. Zulka pływać umiii, ale jak na niom wypłynęło to całe gówno, to panie śmiechu to była kupa, he he he he.
++++++Zołman przewrócił oczami.
++++++– Ale co mnie pan o gównach godo jak ja tum ratunku przyszoł szukać! – dziadek zmarszczył brwi i pogroził mu palcem. – Snujom się jakieś zjawy i inne duperszwance po lesie tam we wsi za miedzom i babom chłopów kuszom, i kuszom i, wyobraź sobie pan, z nimi filtrujom! I inne takie. No wiesz pan co mówiem, nie? Po dupach je macajom!
++++++– To rzeczywiście brzmi jak wejdźmińska robota – westchnął krasnolud. – Ale już mówiłem. Przykro mi – wejdźmin nie pójdzie.
++++++– Chuleera! – zafrasował się staruszek. – A ja mówił im że wydźmon to bujda jaka! Tera jeszcze powiedzom że ja głupi dziad i go nie umioł przekonać do pomocy. A niech ich to licho se dyma po kniejach, zaraza. I jeszcze żem zapomniał cuś ważnego. Nie wieta co to?
++++++Zołman pokręcił przecząco głową. Przybysz począł odchodzić, ale ponieważ szedł bardzo, bardzo powoli, po kilku minutach wciąż był na wyciągnięcie ręki od wejścia do chatki. Krasnolud stał niezręcznie w drzwiach czekając aż zamknięcie ich nie będzie nietaktowne, ale kiedy staruszek przebył kolejne trzy kroki w czasie, w którym spokojnie można by ugotować wystawną kolację, zatrzasnął je machnięciem ręki. Potem wrócił do niewielkiego salonu, w którym stało kilka mebli, a na podłodze siedział Mlaskier i masował sobie nogę powtarzając pod nosem „moja głowa”.
++++++– Gejralt, siedzisz tam już ze dwa tygodnie – powiedział do kredensu. – Jak nie wyjdziesz, to umrzesz z głodu.
++++++Odpowiedziała mu cisza.
++++++Krasnolud usiadł na podłodze obok Mlaskra.
++++++– Nic – rzucił w przestrzeń. – On tam chyba już zostanie, Mlaskier. Nagle dowiedzieć się, że jest się ojcem, niezła farsa. Ale, kurwa, kto mógł wiedzieć że tak się… zamknie.
++++++– Gejraltuś jest w szoku – odparł poeta wciąż masując nogę. – Jak raz przypadkiem nadepnąłem na ślimaka to też już potem nie wyszedł z muszelki. Ta sama zasada.
++++++– Eee.. No mniej więcej – burknął krasnolud. – Szkoda że Dżemmefer postanowiła działać na własną rękę. Już ona by go wykurzyła… Masz jeszcze jakieś pomysły?
++++++– Tak, ostatnio pomyślałem, że można by doczepić skrzydełka do bułek – poeta rozpromienił się na tę myśl i widać było, że przeszedł mu cały ból.
++++++– Czasami się zastanawiam, czy ty tego nie robisz specjalnie. Pytam czy masz jakieś pomysły na temat tego, co z tym zrobić – krasnolud wskazał palcem stojący pod ścianą kredens.
++++++– A, to tak. Mam 37 pomysłów.
++++++– To teraz odrzuć wszystkie, które nie mają absolutnie żadnego sensu, i powiedz mi te które zostaną.
++++++– To nie mam.
++++++– Tak myślałem.
++++++– Chociaż nie, mam jeden – Mlaskrowi twarz zaświeciła się, jakby właśnie wynalazł nie tylko koło, ale też trójkąt, kwadrat i stożek. Trójkąt, gwoli ścisłości, wynaleziony został przez trzech mnichów – założycieli akademii Homo Moher, i to już pierwszego dnia ich działalności.
++++++Mlaskier zrobił efektowną pauzę i zmrużył oczy.
++++++– Włożyć do nosa – powiedział powoli.
++++++– Co?
++++++– A co innego można by zrobić z palcem?
++++++– Mlaskier, Jezus Maria, nie chodzi mi o palec … czy ty jesteś taki…
++++++– CO INNEGO MOŻNA BY ZROBIĆ Z PALCEM? – powtórzył Mlaskier.
++++++Zołman już miał pacnąć go dłonią w tył głowy, ale nagle coś do niego dotarło.
++++++– Hmm. No nie wiem Mlaskier – powiedział ostentacyjnie głośno – co można zrobić z palcem. Może…
++++++Z kredensu dobiegły dźwięki, jakby ktoś się tam poruszył.
++++++– Tak po prostu włożyć do nosa? A może gdzieś indziej?
++++++Krasnolud i poeta spojrzeli na siebie przytakując porozumiewawczo.
++++++– Ja też nie wiem Zołmanku gdzie można jeszcze włożyć palec. Szkoda, że nie ma tu Gejraltusia, może on by wiedział?
++++++– Taak, taak – Zołman wziął głęboki oddech, powtarzając sobie w myślach, że robi to dla przyjaciela. – On na pewno by wiedział. A tak to chyba nigdy się nie dowiemy gdzie można by, ehm, włożyć palec…
++++++Kredens nie wytrzymał. Ze środka dało się słyszeć przeciągłe westchnięcie, a potem głos, który szczegółowo wyjaśnił im, co jeszcze można zrobić z palcem.
++++++– A widzisz Gejralt – ucieszył się Zołman. – Jednak jest jeszcze dla ciebie nadzieja! Wyłaź!
++++++Odpowiedziała mu cisza.
Krasnolud miał dość. Wstał i kopnął drzwiczki kredensu.
++++++– Gejralt! Musisz stamtąd wyjść – warknął. – Posłuchaj. Nie wiem dlaczego nie możesz już robić swoich dziwnych znaków i pić eliskirów. Nie mam pojęcia co się z tobą dzieje, ale wiem jedno. Jesteś najdzielniejszą osobą jaką znam, a znam Mosznana z Gór Krwawych, zwanego Młotojądrym, który własnymi jajcami zatłukł na śmierć cztery niedźwiedzie grizzly. Na swój własny, pojebany, pedziowaty sposób zawsze sprawiałeś, że najgorsze śmierdzące bagno, w jakie wpadliśmy zamieniało się w różowy budyń, a z dwojga złego lepsze to, niż żeby zeżarła ci głowę jakaś mizerna Mizerna, a potem ją wysrała i zeżarła z powrotem. Ja też mam dziecko, Gejralt, i w moim przypadku to akurat jest sytuacja z gatunku tych gównianych. Ale pomyśl, ty, co baby dotykasz tylko jak chcesz sprawdzić gdzie kupiła taki fajny tusz do powiek, czy inne gówno, dostałeś od losu w prezencie takiego małego kogoś, kto pewnie odziedziczył te twoje niestworzone zdolności, a na dodatek jest w połowie fajną czarodziejką. Ale co najważniejsze, bezpieczeństwo tego kogoś zależy od ciebie. Pokonałeś już cholernie dużo potworów, ale te, które są pod łóżkiem twojej córki, to one są dla ciebie teraz najważniejsze. Ja to co innego, ja co noc sprawdzam czy pod moim łózkiem nie czai się ten mój… potomek, ale ty musisz teraz wziąć się w garść. Rozumiesz? Bo jak nie rozumiesz, to zaraz wezmę topór i nie będziesz miał gdzie się…
++++++– Tak – odpowiedział kredens.
++++++Drzwiczki powoli otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Ze środka wyłonił się wejdźmin. Zołmanowi przeszło przez myśl, że to niemożliwe, że po tygodniach spędzonych w środku Gejralt wciąż ma perfekcyjną fryzurę i doskonały makijaż. Zaraz jednak zganił się za to, że zwraca uwagę na takie rzeczy. Lata przygód w tym specyficznym towarzystwie pozostawiły pewien znaczący ślad na jego psychice.
Wejdźmin popatrzył w sufit, jakby zastanawiając się nad czymś, po czym pewnym krokiem ruszył w stronę wyjścia.
++++++– Co ty robisz…? – Zołman zmarszczył brwi, ale wiedział, że choćby próbował, to nie jest w stanie zatrzymać przyjaciela. – Chcesz teraz odejść?
++++++– Mój kochany, ja nie odchodzę, ani nawet, co mnie samego dziwi, tym razem nie dochodzę. Ja IDĘ. Idę pokonać potwory spod łóżka.

++++++Zołman odetchnął z ulgą i skinąwszy na Mlaskra podążył za wejdźminem na zewnątrz. Była dobra pogoda na marsz, więc chatkę, w której spędzili ostatnie tygodnie zostawili za sobą szybko. Niczego ze sobą nie zabrali.
++++++– Gejralt, ale czekaj … – powiedział krasnolud. – Cieszę się, że zmieniłeś zdanie, ale może jednak przystopujmy. Trzeba by ustalić jakiś plan, przygotować się…
++++++– Ja już mam plan. I przygotowałem rzeczy – odparł wejdźmin nie zwalniając kroku.
++++++– Rzeczy? Przecież siedziałeś w kredensie!
++++++– Ależ Zołmanku, byłem tam tylko kilka razy malować paznokcie. Akurat mówiliście coś o palcach. To było całkiem na temat, bo bo mój nowy lakier musi schnąć w ciemności – Wejdźmin obejrzał się na towarzysza i zauważył jego rozdziawione pytająco usta – Za szafką w ścianie jest dziura. – dodał, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
++++++Zołman zweryfikował to stwierdzenie jednym spojrzeniem na majaczącą w oddali chatkę. W jej ścianie ział widoczny nawet teraz całkiem spory otwór. Spojrzał z powrotem na wejdźmina.
++++++– No tak. To przynajmniej pewna zjawa nie będzie się już kręcić po okolicznych lasach i klepać po dupach, co?
++++++– Ja nic o tym nie wiem – powiedział Gejralt poważnie, przyspieszył kroku i zagwizdał najbardziej podejrzaną melodyjkę, jaką można sobie wyobrazić.
++++++– Zołmankuu – powiedział Mlaskier ciągnąc Zołmana za rękaw. – A czyja to właściwie była ta chatka, co w niej mieszkaliśmy z kredens… znaczy Gejraltusiem?

++++++Dwa tygodnie później pewien siwy dziadek dotarł piechotą do wsi i pacnął się w czoło. Z miejsca zawrócił i ruszył w stronę domu.

Rozdział I – Między wódką a nogami

rozdzialy-1

++++++Szereg kolorowych butelek zdobiących spiętrzone półki nad barem odbijały światła świec, lampionów i rozweselone twarze. Nagle, jedna z nich schwytana przez pulchną dłoń, powędrowała na blat i przechyliła się wypełniając ciemnobrązowym trunkiem kieliszek, który – wędrując wprost do gardła sponiewieranego klienta – sprawił, że delikwent zaraz po konsumpcji uderzył czołem w blat.
++++++– Nie śpi! – warknęła stojąca za barem baba o okrągłych kształtach. – Bo mi włosy w likierze moczy!
++++++Wejdźmin Gejralt podniósł głowę, odgarnął długie srebrne włosy z różowymi pasemkami, odczekał aż wirujący w kącie zegar nabierze ostrości i odwrócił się w stronę sali opierając łokcie na blacie. Wypuścił wysokoprocentowe powietrze z ust nucąc coś o ponętnych figurach
i wierconych w nich dziurach, po czym rozejrzał się po pełnej i głośnej sali drewnianego przybytku. Musiał jeszcze chwilę odczekać, toteż wyciągnął rękę w stronę kobiety za barem nie odwracając się do niej wcale.
++++++– A niech cię szlag trafi! – krzyknęła baba. – Jesteś gorszy od pleśni! Gdybym wiedziała, że taki z ciebie moczymorda, to dług za tego wonszojeża spłacałabym inaczej!    
++++++– Wonszołaka – rzucił Gejralt, i z nową butelką wina w ręku ruszył przed siebie.
++++++Zwinnie ominął wszystkie półnagie panie i biorąc soczystego łyka prosto z gwinta, tanecznym krokiem przedostał się na drugą stronę parkietu. Wzniósł toast z przypadkowymi ludźmi, po czym – lekko się chwiejąc – przywitał namiętnie pewnego młodzieńca, którego akurat mijał; okręcił się wokół własnej osi klepiąc innego
w pośladki, by wreszcie znaleźć się na zewnątrz, aby trochę się przewietrzyć. Po kilku ładnych minutach, które spędził głównie na niecierpliwym patrzeniu przed siebie i opróżnianiu butelki, w końcu wlał w siebie ostatnią kroplę trunku i chcąc pozbyć się flaszki spostrzegł, że tuż obok kosza na śmieci stoi wyraźnie rozgniewany krasnolud, który z założonymi rękami przygląda mu się co najmniej złowieszczo.
++++++– Długo tu stoisz? – spytał Gejralt.
++++++– Dzisiaj moja kolej – burknął Zołman.
++++++– Kolej na co? – wejdźmin odpalił papierosa w niepodobny do siebie sposób. – Teraz to do mnie jest kolejka, Zołmanie.   
++++++Krasnolud zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
++++++– Dzisiaj ja wyrywam z twoją pomocą – wytłumaczył.
++++++– A niby dlaczego? – wejdźmin spojrzał na zegar wieży kościelnej.
++++++– Bo – zaczął Zołman. – Przedwczoraj czytałem Mlaskrowi tę samą bajkę trzydzieści dwa razy, żebyś ty mógł zabawiać się z jakimś opalonym obcokrajowcem. Cztery dni temu udawałem, że cię nie znam, żebyś mógł mi dać kosza i popisać się przed jakimś mięśniakiem, a w zeszłym tygodniu kłóciłem się z tobą udając twojego chłopaka, żeby ten wysoki brunet mógł cię potem pocieszać! Więc, kurwa! Dzisiaj. Moja. Kolej! 
++++++– Boże Święty, jestem strasznie rozwiązły – zamyślił się Gejralt, wiodąc wzrokiem za dotąd niewidzianym mężczyzną przeciskającym się przez obstawione ludźmi wejście do tawerny pod szyldem „Goły Byk”. Był pewny, że nigdy go nie spotkał, bo nigdy nie widział człowieka ze skrzydłami na plecach.
++++++– Przepraszam, można przejść? – zapytał nieznajomy napotykając na stojącego w drzwiach wejdźmina.
++++++– Nie – odparł Gejralt. – Można tylko przelecieć.
++++++Krasnolud pacnął się w czoło. Ledwo zdążył nabrać powietrza by powiedzieć kilka gorzkich słów przyjacielowi, gdy prawie już gotową wiązankę soczystych przekleństw przerwał mu przerażony lament kulejącego starca:
++++++– Ratunku! Kolejny mokrojeb! Ludzie! Pomóżta…!
++++++Zołman spojrzał na Gejralta spod brwi i pokręcił głową. Ten wyprostował się i poprawił opadające spodnie. 
++++++– Oho! – powiedział. – To brzmi jak zadanie dla wejdźmina! W ogóle się nie spodziewałem. 
++++++Zdyszany starzec padł na ziemię i z niepełnym uśmiechem złapał się za serce dziękując Bogu za zesłanie wybawcy w tym ciężkim dla miasteczka czasie. Tłum ludzi zaczął kibicować wejdźminowi.
++++++– Później do ciebie wrócę, ptaszku – szepnął Gejralt w stronę dopiero co poznanego skrzydlatego człowieka, puszczając mu oczko. – Jak masz na imię?
++++++– Może być Ptaszek – odparł mężczyzna z szeroko otwartymi oczami zdając sobie sprawę z tego, że musiał właśnie poznać miejscowego bohatera.
++++++Wejdźmin uśmiechnął się szeroko. A potem zwrócił się w stronę krasnoluda. 
++++++– Jesteśmy w Gołopolu, Zołmanie – oznajmił. – Ludzie mnie uwielbiają. Rozchmurz się troszkę.
++++++– Mam tego dość – burknął krasnolud i wszedł do „Gołego Byka”. 

++++++Nieopodal w krzakach, ale wystarczająco daleko aby uciec przed oczami miejscowej gawiedzi, buszował straszliwy potwór. W okresie godowym lasodymaczy nawet Gejralt wolał nie zapuszczać się głęboko w ciemny las. Duże szkliste oczy potwora i białe zęby wyróżniały się na tle jego ciemnej, pokrytej grubą warstwą zaschniętego błota twarzy. Reszta jego wijącego się ciała ociekała glonami, trzciną i czymś, co ciężko było rozpoznać nawet wejdźminowi. Gejralt zapalił zapałkę, aby lepiej widzieć i dojrzał, że z krocza szkarady zwisał już dość długo martwy karp; w dłoniach, niczym noże, trzymał podłużne szyszki, którymi machał bez konkretnego kierunku, za to celnie celował rogiem wystającym z czubka jego głowy w zbliżającego się oprawcę wydając z siebie dźwięki, przypominające upośledzoną kozę uciekającą przed rozszalałym indykiem. Na jego szyi zawieszona była drewniana tabliczka z napisem: „Wonszołak”. 
++++++Do uszu miejscowych, wpatrujących się w ślad za wejdźminem, dotarło chrupnięcie. 
++++++– Pogruchotał mu gnaty! – wykrzyknął ktoś z tłumu wywołując kolejną falę wiwatów.
++++++W krzakach jednak nikt nikogo nie gruchotał.
++++++A przynajmniej nie w ten sposób.
++++++– Dobry pomysł z tym rożkiem od lodów na róg, Mlaskier – przyznał wejdźmin, kończąc chrupać nieco twardy już wafelek.
++++++– Wiem – odparł dumny poeta. – Sam wymyśliłem.
++++++Gejralt nakazał Mlaskrowi pojęczeć jeszcze trochę tak jak zwykle, a następnie przekazać mu trofeum.
++++++Mlaskier nagle przestał umierać.
++++++– Wziąłeś trofeum, prawda?… – zapytał wejdźmin.

++++++Chłopi z Gołopola początkowo wierzyć nie chcieli, jakoby trofeum z wonszołaka było w formie ryby. Poprzednie trofea wydawały im się być bardziej przekonywujące. Bardziej potworne. Bardziej złe. Nijak próbowali przyrównać zdechłego karpia do stworów, które od kilku miesięcy prześladowały ich miasteczko w sposób niezwykle niepokojący – strasząc dzieci genitaliami, napastując zwierzęta domowe (głównie kozy), oddając mocz na źródła światła i obmacując jajka w kurnikach po nocach. Na szczęście wejdźmin, darzony szacunkiem za pozbycie się dwudziestego siódmego z rzędu szkodnika, dopiął rozporek i zdołał udobruchać niedowierzający tłum powołując się na to, że jakie by to trofeum z wonszołaka nie było, to wargi to łaknięcia ma akurat pokaźne, a potwora już nie słychać. Wróciwszy do tawerny, zlokalizował Ptaszka i na dobry początek, postawił mu drinka.
++++++Sytuacja rozwijała się pomyślnie. Taboret wejdźmina był już przesadnie blisko krzesła „Ptaszka”, toteż obydwoje uznali, że nie ma sensu zajmować dwóch siedzeń na raz, skoro mogą zajmować jedno. Chwilę później doszli do wniosku, że w ogóle nie ma sensu ich zajmować i poszli potańczyć. Wejdźmin rzadko trafiał na tak dobrych tancerzy, jak on sam. Nawet Zołman lubił czasem na niego popatrzeć, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał. Wijąc się gdzieś pośród rozgrzanych muzyką ludzi, już miał przechodzić do bezpośredniego ataku na „Ptaszka”, gdy usłyszał znajomy głos za plecami.
++++++Czarodziejka drgała z zimna, strachu i przemęczenia. I trochę na widok wejdźmina.
++++++– Gejralt… – szepnęła, przytulając go niezwykle mocno.
++++++– No nie, no nie teraz kobieto, już prawie go miałem – wybełkotał półprzytomny wejdźmin.
++++++– Tak strasznie za tobą tęskniłam… – Dżemmefer uśmiechnęła się roniąc łezkę i wtuliła się jeszcze mocniej.
++++++– Już do ciebie wracam, Ptaszku ty mój, tylko się wygramolę… – zawołał Gejralt próbując wydostać się z uścisku. – Ale zaraz, jak ty mnie w ogóle znalazłaś? Nie wypowiedziałem twojego imienia – wejdźmin przerwał.
++++++Ironiczny uśmiech krasnoluda i jego szeroko rozstawione nogi mówiły same za siebie.
++++++– Ty mały zdrajco! – warknął wejdźmin.
++++++– Trzeba już było skończyć tę całą szopkę – rzekł Zołman. – I pomóc mi z panienkami.    
++++++– Pomóc ci z…?! Ooo… już ja ci pomogę…! Hej, dziewczyny! – zawołał Gejralt. – Widzicie tego krasnoluda? Wiecie, dlaczego jest taki malutki? Bo ma krótkie nóżki, krótkie rączki i krótkiego…
++++++– Gejralt! – czarodziejka podniosła głos, szarpiąc wejdźminem. – Ocknij się! Mimi! 
++++++– Co mi-mi?
++++++– Zniknęła… Ta zła magia, mgła… Nie czułeś?… Stawiam na Łoże Czarodziejek, ale nie mogę się tam pokazać bo wtedy się przyznam!
++++++– Do czego? I co to jest, albo raczej było, „mi-mi”? – dociekał wejdźmin.
++++++– Nasza córka, Gejralt.
++++++– CO?! – oburzył się Ptaszek. – To ty masz dziecko z tą kobietą?! – zaskrzeczał, po czym parsknął, machnął ręką i odszedł opadając z sił przy najbliższym stoliku.
++++++– Właśnie miałem spytać mniej więcej o to samo… – wyartykułował wejdźmin wpatrując się w Dżemmefer.
++++++– He he he he… – zarechotał Zołman. – No to rzeczywiście powstrzymałeś ten „biblijny potop”, na całe dziewięć miesięcy…!
++++++– Zamknąć ryje! – wrzasnęła barmanka. – Do sądu idźcie się powydzierać!
++++++– Nie wtrącaj się gruba babo! – wysyczała czarodziejka.
++++++– Ja ci dam grubą babę, wywłoko! Trzeba się było nie puszczać z tą moczymordą! Gdyby nie jego upodobania, to byśmy tu mieli istne przeludnienie!
++++++– Gejralt, zatrzymają ją znakiem!
++++++– A czemu sama jej czymś nie zaczarujesz, Dżem? – spytał.
++++++– Nie gadaj, tylko rób! – wrzasnęła czarodziejka.
++++++Wejdźmin spojrzał na nią ukradkiem i uniósł brwi równolegle z palcem wskazującym.
++++++– Ostatnim razem jak to powiedziałaś – zaczął – posłuchałem cię i zostałem tatusiem. Więc nie.
++++++– Mam siostrzyczkę…? – na twarzy Mlaskra pojawił się pełen naiwnej radości uśmiech, który sprawił, że niedomyte resztki błota odpadły z jego policzków.
++++++Dżemmefer już od dawna podejrzewała, że ojcem Mlaskra jest Gejralt, a jego matką jakaś małpa.
++++++Wejdźmin przetarł ręką czoło i wskazał na poetę.
++++++– To nie jest mój syn – wyjaśnił.
++++++– To ty tak z własnym synem!? I kto wie co jeszcze! Ty zboczeńcu! – oburzył się ktoś z gości, a na sali rozgorzały głosy zniesmaczenia.
++++++– To nie jest mój syn – powtórzył Gejralt, próbując nie stracić kontroli. – I wygląda na to, że nie mam też córki, bo ta wariatka, co tu właśnie wtargnęła, zgubiła własne dziecko. Co z ciebie, Mlaskruś wyjmij orzeszki z noska, za matka?! 
++++++Dżemmefer znieruchomiała. Chwilę później zaczęła przypominać czajnik pełen gorącej wody, która zaraz się zagotuje.
++++++– Jak śmiesz! – ryknęła. – Ty egoistyczna łajzo! Zawsze myślisz tylko o sobie! Naprawdę cię to nie interesowało? Wiesz, że wdała się w ciebie?…
++++++Gejralt podniósł wzrok, który po chwili stał się całkiem obojętny.
++++++– No to może wcale nie zniknęła, tylko miała cię dosyć i uciekła? – zasugerował, a czarodziejka znów zamarła. – Sama powiedziałaś, że wdała się we mnie – wyjaśnił.
++++++W karczmie zapanowała bucząca w uszach, niezręczna cisza. Dżemmefer z trudem łapała oddech, zaciskając pięści. Zołman pokiwał głową z dezaprobatą. Gejralt wciągnął policzki błądząc oczami gdzieś po podłodze. Mlaskier wyciągnął orzeszki z nosa.
++++++– Przepraszam – powiedział wejdźmin.
++++++– Dżem ma rację, Gejralt – wtrącił krasnolud. – Pogubiłeś się. 
++++++– Musiałem odreagować…
++++++– Sześć lat?!… – wyłkała czarodziejka.
++++++– Od sześciu lat nie przyjął ani jednego zlecenia na potwory – dodał krasnolud.
++++++– No jakże to? – oburzył się jakiś pijak. – A wonszołaki…?
++++++– Zołmanie, jeszcze słowo… – pogroził mu Gejarlt.
++++++– I co? – przerwał mu krasnolud. – Użyjesz swoich słynnych wejdźmińskich mocy?
++++++Wejdźmin posmutniał i zacisnął zęby. 
++++++– Co się z tobą stało, Gejralt? – skrzywiła się czarodziejka. – Wydaje mi się, jakbym w ogóle cię nie znała. Twoja córka, pal licho że nie miałeś chęci jej poznać, zniknęła. – Dżemmefer wpatrywała się w wejdźmina z oczekiwaniem, ale nie usłyszała odpowiedzi. – Prosić cię o pomoc, to był błąd. No bo dlaczego miałbyś się nią akurat teraz przejąć? I wiesz co? Dobrze, że Mimi wdała się w ciebie, może nie będzie tak głupia jak ja. Mam nadzieję, że żyje.
++++++Dżemmefer odwróciła się kierując się w stronę wyjścia. Miała w głowie jeden wielki mętlik. Gejralt też.
++++++– Nie mogę jej pomóc… – powiedział cicho. 
++++++– Proszę, już nic więcej nie mów…
++++++– Nie jestem już wejdźminem, Dżem.
++++++Czarodziejka zatrzymała się i zawróciła.            
++++++– O czym ty mówisz?… – zapytała.
++++++Gejralt, z nieznanym sobie dotąd trudem, otworzył usta:
++++++– Sprzedałem miecze bo… Nie były mi już potrzebne, bo… Eliksiry też nie działają i…. Straciłem swoje moce. Wszystkie. Syrden, Mignij, Fucksji i Dancing Queen są do niczego. Nie słyszę lepiej niż Mlaskier, nie widzę wyraźniej niż Zołman. Nie czułem żadnej złej energii, nie widziałem mgły. Nie słyszałem nawet, że weszłaś.
++++++– Jak to straciłeś?… Dlaczego? Co się stało?
++++++Gejralt spojrzał w tracące nadzieję oczy czarodziejki, które z wolna zbliżały się w jego stronę. Wzruszył ramionami.
++++++– Nie wiem… Ja… nie pamiętam. Nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz byłem trzeźwy. Obudziłem się i… już ich nie było. Po prostu zniknęły…

PROLOG

PSX_20190822_194057

++++++Ciepły, wiosenny wieczór zachęcał do spacerów, przy których można by podziwiać malownicze okolice Wyrżnijmy i pobliskich miasteczek. Jednym z takich miejsc, położonym o godzinę drogi konno od głównego traktu było Wsiodełko. Mieszkali tu prości ludzie, którzy na co dzień zajmowali się rolnictwem, hodowlą bydła i rzemieślnictwem, a wieczory poświęcali rodzinie, modlitwie i prostytutkom. Pomarańczowa tarcza słońca falowała na tle usianego puchatymi obłokami nieba, i była już tak blisko horyzontu, że zdawała się prawie dotykać wieży niskiego kościółka, który wciąż stanowił najwyższą budowlę w promieniu wielu mil.
++++++Dziś jednak próżno było szukać na zewnątrz bawiących się dzieci, kokietujących córek młynarza czy nawet drobnych pijaczków o czerwonych nosach. Okiennice większości domostw były pozamykane, huśtawki same, jakby znudzone kołysały się na wietrze, a ostatni, zbłąkani przechodnie szybkim krokiem udawali się w stronę swoich domów. Coś wisiało w powietrzu i ludzie to czuli. Składało się to „coś” głównie z dziwnego zapachu przypominającego mieszaninę cmentarnej zgnilizny i wyśmienitych perfum z najnowszej kolekcji domu mody madame Cock’o’Szpadel – Cock’o Numer 69, z domieszką jajecznicy.
++++++Ostatni obywatele ryglowali właśnie za sobą drzwi, kiedy zrobiło się jakby ciemniej. Słońce jednak nie skryło się jeszcze za linią horyzontu. Być może się bało, bo linia ta rozmyła się i przybrała ciemnoszary kolor, jakby coś kotłowało się tam, gdzie styka się z ziemią. Nienaturalna mgła powoli przemieszczała się w stronę domostw.

***
++++++Dziewczynka siedziała na drewnianym taborecie i przebierała nóżkami. Mama kazała jej się nie ruszać, a był to nakaz, którego wrodzona odpowiedzialność nie pozwalała jej złamać. W końcu od dwóch dni nie była już czterolatką. Wiedziała też, że w razie wyższej konieczności wszystkie zasady należy złamać, aby zrobić to, co jest właściwe. Tego nauczyły ją historie o przygodach taty – a tata zawsze wiedział jak postąpić.
++++++Wyższa konieczność przyszła szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać i dziewczynka musiała podjąć pierwszą w swoim życiu bardzo ważną decyzję. Na parapecie usiadł bowiem motylek. Jego kolorowe skrzydełka złożyły się, a on sam skubał sobie w szczelinie drewnianej framugi coś, co mogło być kroplą zaschniętego miodu, przyniesionym przez wiatr pyłkiem dzikiej róży, lub kupą. Taki motylek w sam raz nadawał się do złapania w rączkę i położenia sobie na nosie.
Nie było rady. Jednym susem zeskoczyła ze stołeczka a następnie z bojową miną przytaknęła sama do siebie, jakby utwierdzając się w przekonaniu, że to słuszny wybór, i zaczęła skradać się w stronę owada. Kiedy ten zamarł w bezruchu, zrobiła to samo. Potrafiła się skradać, bo miała to w genach, tak samo jak swoje skrzące się srebrnym kolorem włosy i pomarańczowe oczy.
Motylek również miał w genach oczy, i dlatego kiedy była już tuż, tuż, przefrunął sobie spokojnie na górną krawędź okna, gdzie z pewnością nie mogła go dosięgnąć. Zmarszczyła gniewnie brwi. Jej zdaniem, był to bardzo niemiły motylek.
++++++Wytarła nos w rękaw i zatuptała krótkimi nóżkami. Motyl znów znieruchomiał, bo powietrze w pokoju zadrżało. Włosy dziewczynki podniosły się lekko, jej oczy jakby pojaśniały, a wszystkie dźwięki stały się przygłuszone. Czas zwolnił. Odbiła się od ziemi, wykonała salto z półobrotem i odbijając się od krawędzi okna wyskoczyła pod sam sufit. Nie miała jednak wprawy. Jej palce minęły o włos kolorowe stworzenie, które panicznie machało skrzydełkami i w ostatniej chwili chwyciły się żyrandola, dzięki czemu ich właścicielka nie runęła z całym impetem na ziemię.
++++++Motyl już się nie bawił, ale nie tracąc czasu w linii prostej wyfrunął przez okno.
Dziewczynka, trzymając się jedną ręką ramienia kandelabru, wisiała pod sufitem i patrzyła za nim smutno. Łatwe poddawanie się nie leżało jednak w jej, w końcu – pięcioletnim już – charakterze. Zeskoczyła na ziemię, lądując na ugiętych kolanach i, stając uprzednio na palcach aby dosięgnąć klamki drzwi, wybiegła na zewnątrz.

***

++++++Czarodziejka stała na gołej skale wystającej z porośniętego trawą zbocza wzgórza i w milczeniu wpatrywała się
w widoczne w oddali zabudowania. Czuła w powietrzu coś wielce nieprzyjemnego. Kiedy, przewróciwszy oczami, wytarła liściem z buta kawałek psiej kupy, zapach ustąpił. Dżemmefer zaklęła pod nosem i usiadła na kamieniu. Myślała o przeszłości. O czasach wesołych przygód i spektakularnych wydarzeń. To było lata temu – teraz prowadziła swój wymarzony, stateczny żywot w chatce na obrzeżach położonej opodal wielkiego miasta wsi. Czarów używała rzadko. Swoją magiczną moc oszczędzała na specjalne okazje – na przykład, gdyby ktoś z jej bliskich był w niebezpieczeństwie. Albo kiedy nie chciało jej się przygotowywać kolacji. Albo sprzątać. Albo gdzieś iść.
++++++Czasem zjawiał się u jej drzwi jakiś podróżnik, który zasłyszawszy o talentach, potrzebował przysługi. Sprzedawała mu wtedy wodę z cukrem albo sok z rabarbaru, albo gnojówkę w ozdobnej buteleczce mówiąc, że to eliksir miłości lub eliksir Długi Wonsz, lub maść na hemoroidy. Utrzymać się z tego procederu było łatwo, bo ludzka zdolność do przypisywania zwykłym rzeczom magicznych właściwości nie zna granic, a i gnojówki i rabarbaru było pod dostatkiem.
++++++W wytwarzaniu prawdziwych eliksirów nigdy się nie specjalizowała, choć kiedyś znała prawdziwego mistrza w tej dziedzinie. Uśmiechnęła się na myśl o tych wspomnieniach. Tęskniła za swoim wejdźminem – wirtuozem eliksirów i miecza – jak sam to nazywał, i ojcem jej jedynego dziecka.
++++++Te rozmyślania przerwała jej nagła zmiana w powietrzu. Tym razem jednak nic nie przykleiło się do jej buta. To było znacznie bardziej subtelne, i wyczuwalne przez skórę, jak nagły chłód, kiedy chmura niespodziewanie zakrywa letnie słońce. Ktoś inny wziąłby tę osobliwość za zwykły skok ciśnienia lub jakiś inny kaprys pogody, ale czarodziejskie zmysły potrafiłyby wykryć pierdnięcie muchy w sąsiednim królestwie, jeśli oznaczałoby to niebezpieczeństwo.
++++++Tym razem jej lędźwia zakotłowały się jak domek z kart podczas trzęsienia ziemi.
++++++– Mimi – szepnęła do siebie.
++++++Zeskoczywszy z kamienia na którym stała, Dżemmefer rzuciła się biegiem w stronę swojego domu. Miała złe przeczucie. Nie przebyła jednak dwóch sążni, kiedy powietrze zgęstniało na tyle, że można je było kroić wejdźmińskim mieczem. Ciśnienie tego uczucia przytłoczyło ją; zachwiała się. Próbowała jeszcze osłonić się od tej dziwacznej aury za pomocą naprędce wyartykułowanego zaklęcia – na próżno. “Mimi” – powtórzyła. I padła bezwładnie na ziemię.

***

++++++Motylek był wyraźnie podirytowany determinacją swojego prześladowcy. Przefruwał dalej i dalej, a osóbka w niebieskich trzewikach, która za nim podążała za każdym razem znajdowała jakiś sposób by się do niego zbliżyć. Mimi nie dawała za wygraną. Oddaliła się już od domu na taką odległość, że wiedziała, że kiedy wróci mama, to nie będzie zadowolona i na pewno włosy staną jej dęba a oczy zaświecą się złotym kolorem. Obejrzała się za siebie. Chatki nie było już nawet widać zza drzew, które zostawiła za sobą. Miała jednak na głowie większe zmartwienia. Właściciel kolorowych skrzydełek usiadł bowiem na wysokiej gałęzi stojącej samotnie sosny i najwyraźniej postanowił spędzić w tym malowniczym miejscu długie
i upojne chwile, nie niepokojony takimi błahostkami jak wyścig szczurów i pęd do kariery charakterystyczny dla pokolenia karierowiczów współczesnej cywilizacji.
++++++Dziewczynka nie miała już sił aby zrobić użytek ze swoich nadnaturalnych zdolności, ale spostrzegła, że nisko położony konar idealnie nadawał się do tego, aby postawić na nim gołą stópkę. Z tego konara dostała się jeszcze wyżej, na platformę złożoną z dwóch skrzyżowanych gałęzi, a potem, łapiąc się ziejącej w pniu dziupli, wgramoliła się na gniazdo, które dawno temu pozostawił po sobie jakiś zapomniany budowniczy. Była już całkiem blisko motylka. Kiedy upewniła się, że suche patyki dawały jej wystarczające oparcie, przygotowała się do skoku wzwyż. Ku jej niezmiernemu rozczarowaniu, właśnie w tym momencie owad zatrzepotał od niechcenia skrzydełkami i, zatoczywszy kilka chwiejnych pętli odfrunął, unosząc się tak wysoko nad ziemią, że nie było już żadnej nadziej na pościg. Zmarszczyła brewki i tupnęła nóżką.
++++++Jak mówi stare, wejdźmińskie przysłowie, każde gniazdko wytrzyma harce niesfornego ptaszka. Czy to z powodu niewłaściwego oszacowania sił naporu przez projektanta, czy tego, że, jak stwierdza jasno Wielki Wejdźmiński Bestiariusz Z Misiem Na Okładce, nawet bardzo małe dziewczynki prawie zawsze ważą więcej niż bardzo małe ptaszki, suche patyki pod jej stopami pękły z głośnym trzaskiem, a Mimi runęła na znajdującą się poniżej trawę. Przez chwilę mrugała załzawionymi oczami, nie bardzo wiedząc co się właściwie stało, ale szybko chęć łkania przerodziła się w szeroki uśmiech, ponieważ na nosie usiadł jej motylek.
++++++Dziewczynka miała właśnie złapać go delikatnie palcami, kiedy zauważyła, że przed nią na trawie rozpościera się wyraźnie czyjś cień. .
Powoli odwróciła głowę.

***

++++++Dżemmefer otworzyła oczy. Poczuła w ustach smak ziemi i trawy i uświadomiła sobie, że wciąż leży w tym samym miejscu, w którym straciła przytomność. Dziwny półmrok i złowieszcza aura zniknęły. Było całkiem zwyczajne, letnie popołudnie. To były złe wieści. Zerwała się na nogi.
++++++– Mimi! – zawołała, kiedy wpadła z impetem do chatki. Gdy nikt jej nie odpowiedział, opadła ciężko na stojący przy drzwiach taboret. Szybko jednak wzięła się w garść. Wiedziała, że musi działać szybko.
++++++Dżemmefer zamknęła oczy i wypowiedziała szeptem formułę zaklęcia. Powietrze w głównej izbie zamigotało i na chwilę rozbłysło fioletowo-zielonym światłem. Z podłogi podniosły się tumany kurzu, a kiedy opadły, zostawiły po sobie unoszące się w powietrzu świetliste drobinki, które wskazywały drogę. Czarodziejka pognała ich śladem, nie zamykając za sobą drzwi. Świetlisty szlak poprowadził ją przez pobliską łąkę i las na szczyt górującego nad okolicą wzgórza. Kilka razy musiała wspiąć się na stromą skarpę, czy ominąć głęboki rów, nawet wtedy, gdy unoszące się nad nim światełka sugerowały, że ktoś znacznie zwinniejszy wcześniej go przeskoczył. Biegnąc zastanawiała się, co mogło odciągnąć dziewczynkę tak daleko od domu. Miała najgorsze myśli.

++++++Ślad urywał się nagle przy wysokiej sośnie, kołyszącej się spokojnie na wietrze nieopodal najwyższego punktu wzniesienia. Wokół drzewa latał sobie motylek. To była niezwykle malownicza okolica. Dżemmefer opadła na kolana. Nikogo tam nie było.

Wejdźmin Gejralt ratuje Święta

++++++Daleko w głębi lądu, już dawno pokrytym grubą warstwą białego puchu, za dolinami i górami, w samym środku całkiem białego lasu, siedział na pieńku jeden bardzo smutny, i bardzo wstawiony…
++++++– Czy to jest?…
++++++…Święty Mikołaj. Wokół Świętego Mikołaja leżały trzy puste butelki, ale z szarego worka smętnie spoczywającego pod jego nogami wystawało kilka pełnych.
Mikołaj głośno beknął, zapalił ostatniego papierosa, którego uprzednio wyjął z pomiętolonej paczki, po czym mocno zaciągnął się nadpalonym filtrem. Nie zdążył zakląć, bo zorientował się, że ktoś mu się przygląda.

++++++– Święty Mikołaju, czy to ty? Mogę się przysiąść? – spytał wejdźmin i nie czekając na odpowiedź usiadł obok niego.
++++++– Ta… – burknął Święty. – Nie słyszałeś, że Mikołajowi siada się na kolana?
++++++Gejralt, po krótkiej chwili zastanowienia, grzecznie zmienił miejsce i odczekał aż Mikołaj skończy pić wódkę.
++++++– Mały odpoczynek przed kolejną zwariowaną szarżą rozdawania prezentów? – zagaił.
++++++Święty otworzył kolejną butelkę i nie odpowiedział.
++++++– Panie Mikołaju, jest wigilia – ciągnął Gejralt. – Dlaczego nie rozdajesz prezentów?
++++++– Skoro jest wigilia, to czemu ty nie siedzisz przy stole z rodziną, tylko łazisz sam po lesie i zadajesz głupie pytania?
++++++Gejralt uniósł brwi.
++++++– Wyszedłem się przewietrzyć – odparł. – Cudem udało mi się wymknąć. Ona ciągle każe mi jeść, a ja pęknę zaraz. Patrz – wejdźmin rozciągnął ubranie. – Mam nawet sweter z twoją podobizną.
++++++Święty spojrzał na wełniany wzór przedstawiający jego podniebny rydwan na tle gwiazd i księżyca.
++++++– Ech… – westchnął i zaniósł się płaczem tuląc do siebie wejdźmina. – Nigdy więęęceeej…
++++++Gejralt przechylił głowę i spojrzał w jego załzawione oczy.
++++++– Moje elfy o… o… odeszły. Co do je… jednego. Bo nic im nie pła… pła… płaciłem… A ten skurwiel, Króliczek Wielka… ka… ka… nocny, zaproponował im dwa razy ty… tyle…!
++++++– Dwa razy nic to dalej nic – zauważył wejdźmin.
++++++– Dokła… kładnie – Święty wziął kolejny łyk. – Elfik Bąbelek na do wi… wi… widzenia kopnął mnie w ko.. kostkę… Tak się pokłóciliśmy, że o… o… odchodząc, te małe gnojki u… u…kradły mi renifery i ro…ro… rozłożyły sanie na częściii…
++++++– Bardzo mi przykro. Papierosa?
++++++Mikołaj nie odmówił.
++++++– To ko… ko… koniec – ciągnął łapiąc powietrze. – Już ni… ni… nigdy święta nie… nie… będą… Ale co to za święęętaaa…! – Mikołaj zaczął szlochać. – Bez preeeezeeentóóów…!
++++++Gejralt zastanowił się. Jego sweterek z Mikołajem był już całkiem mokry od łez prawdziwego Mikołaja i wejdźmin wiedział, że jak zaraz to wszystko przymarznie, to zrobi mu się zimno.
++++++– Ale czekaj – powiedział. – Żeby dostarczyć prezenty potrzebujesz: środka transportu, zwierza co go pociągnie i zgrai elfów, tak?
++++++– Ta.. tak… – Mikołaj przetarł twarz i pociągnął nosem.
++++++Gejralt obrzucił go pytającym spojrzeniem.
++++++– Schuja’tel – powiedział. – Mówi ci to coś?

++++++– To nie jest Święty Mikołaj – powiedział Yonder i zakładając ręce na piersi nie dał dojść Gejraltowi do słowa. – Po pierwsze, jest pijany i śmierdzi papierosami zamiast ciasteczkami i mlekiem. Po drugie, to nie są jego sanie, tylko jakiś stary rozklekotany wóz do przewożenia gnoju pomalowany zwykłą farbą w krzywy świąteczny wzorek z czerwonym fotelem na przodzie. Po trzecie, jest do nich przyczepiony koń, zresztą pewnie twój, z patykami na głowie, a nie siedem reniferów z dostojnym porożem. Po czwarte, nigdzie nie widzę prezentów.
++++++– I to jest właśnie to o czym chciałem z tobą porozmawiać, mój kochany Yonderku – wtrącił Gejralt puszczając mu oczko.
++++++Elf zmarszczył brwi. Zrobił kilka kroków w przód i zatrzymał się milimetr od wejdźmina depcząc jego przestrzeń osobistą z niezwykle złowrogą miną.
++++++– Nie przy ludziach – powiedział.
++++++Gejralt zrobił dzióbek z ust i zerknął na stojący obok szałas. Nie umknęło to szefowi elfiego oddziału łuczników, który słynął ze spostrzegawczości. Wyprostowany co najmniej tak, jak jedna z jego strzał, pokiwał się chwilę i westchnął.

++++++– No dobra – powiedział Yonder piętnaście minut później zapinając spodnie po wyjściu z szałasu. – Ale jak masz zamiar przetransportować siedem tysięcy elfów na tym? – spytał, wskazując na wóz z którego właśnie odpadło koło.
++++++Gejralt spojrzał na Świętego Mikołaja. Ten wyrzucił w krzaki kolejną pustą butelkę.
++++++– Moje stare elfy nie sięgały mi nawet do kolan – powiedział. – Wpakowałem je siłą w worki i przewiozłem na Biegun Północny.
++++++Mikołaj wzruszył ramionami. Wstał i wyciągnął coś z kieszeni.
++++++– Ale w sumie… Kiedyś wsadziłem tam… no, nieważne. Właźcie – powiedział otwierając wór na prezenty, który zdawał się nie mieć dna.

++++++Gejralt także wszedł.

++++++Wór faktycznie nie był tym, czym mógłby się na pierwszy rzut oka wydawać komuś, kto na co dzień nie ma w zwyczaju rozmyślania o wszelkiego rodzaju worach. Gejralta to nie zdziwiło.
Wewnątrz, jak okiem sięgnąć, rozstawione były regały posegregowane geograficznie i alfabetycznie. Wejdźmin zgadywał, że normalnie zawierały prezenty, ale teraz wypełnione były po brzegi najróżniejszego rodzaju trunkami. Był i krasnoludzki spirytus, i zwykła wódka, i niezliczona ilość rodzajów wina, i wódka, i wszelkie odmiany piwa z całego świata, ale głównie wódka. Po bliższej inspekcji wejdźmin stwierdził, że w tej kolekcji niezliczonej ilości butelek po rozmaitych alkoholach jest tylko wódka.
W worze czas płynął inaczej, dzięki czemu podróż powrotna trwała zaledwie kilka minut. W tym czasie elfy ze Schuja’tel zdążyły wypić absolutnie całą zawartość magazynu, a nawet sprzedać butelki i wydać zarobione w ten sposób pieniądze na nieprzyzwoite rozrywki.

++++++Kiedy Mikołaj otworzył wór w swojej fabryce, wewnątrz toczyły się rozmowy o wysokiej sztuce i polityce, bo trzeba wiedzieć, że metabolizm elfów potrzebuje alkoholu do trzeźwego myślenia.
Fabryka, mieszcząca się na Biegunie Północnym przy ulicy Gwiazdkowej, podążała z duchem czasu. Była wyposażona w najnowsze zdobycze technologii, takie jak napędzane energią wodną taśmociągi, czy parowa maszyna przerabiająca światło słoneczne na dżem i wódkę.
Siedem tysięcy elfów ochoczo zabrało się do pracy. Produkcja szła tak dobrze, że kiedy skończyli, zdążyli już wytrzeźwieć, i teraz pijacko obijali się po kątach.
++++++Był jednak jeden problem. Obarczony wypełnionym zabawkami worem wóz okazał się zbyt ciężki, aby uciągnął go wychudzony koń Pupka, trzeba zatem było wykluczyć wszystkich pasażerów z wyjątkiem samego Mikołaja. Wejdźmin, nie mógł lecieć, na co w końcu przystał, choć nie omieszkał przypomnieć wszystkim jaka to strata, zważywszy na jego predyspozycje do przeciskania się przez kominy i inne takie.
++++++– Pupciu moja – powiedział przytulając się do końskiego zadka. – Kocham cię bardzo. Wiem, że dasz radę.
++++++Koń odwrócił łeb i spojrzał na wejdźmina.
++++++– Nie wiem kim jesteś, ale też cię kocham – powiedział.
++++++Gejralt zdębiał. Na szczęście szybko przypomniał sobie, że w Wigilię gadające zwierzęta to nic nadzwyczajnego, szczególnie tu, na Biegunie. Kiedy upewnił się, że to na pewno nie jego koń, postanowił wykorzystać sytuację i udał się na negocjacje z mieszkającymi nieopodal pingwinami.
++++++Koniec końców, rydwan Świętego Mikołaja zaprzężony w dwa niedźwiedzie polarne, cztery pingwiny, konia i jedną fokę podjął próbę ruszenia z miejsca. Okazało się, że foka, choć posypana magicznym proszkiem lata całkiem nieźle, nie potrafi pracować w zespole, toteż wejdźmin uznał ją za zbędny balast i wykluczył z zaprzęgu.
++++++– No to w drogę! – zawołał Mikołaj. – Hej ho! Hej ho! A nie… Ho! Ho! Ho!
++++++Wejdźmin patrzył przez chwilę za oddalającym się orszakiem, po czym przypomniał sobie, że nie ma jak wrócić do domu.
++++++– Ug ug ug! – usłyszał nagle. To była foka. – To znaczy, te, wejdźmin, nawet tak na mnie nie patrz.

++++++Barszcz parował przyjemnie pomiędzy innymi potrawami na pokrytym obrusem stole, a zasiadający przy nim krasnolud, ubrany w sweterek z podobizną orszaku Świętego Mikołaja grzecznie czekał na sygnał, by zacząć jeść. Miał już spróbować podkraść leżącego na skraju talerza krokieta, kiedy otworzyły się drzwi.

++++++– No i gdzieś ty łaził tyle! – wrzasnęła matka Zołmana. – W kominku już prawie ogień zgasł! Pilnować miałeś!
++++++Gejralt wchodząc do pomieszczenia użył mocy i buchnął ogniem w żarzące się drewno.
++++++– A tak się kręciłem, tu i tam – odparł. – Na Biegunie Półno…
++++++– Siadaj, barszczyk jedz a nie kłapiesz jęzorem – przerwała. – Ciepły, rozgrzewający, nalałam ci. I zwiąż te kudły do jedzenia!

++++++Spod stołu rozległa się muzyka grana na lutni. Gejralt domyślił się, że jest tam Mlaskier, więc położył obok swojego krzesła talerzyk pierogów. Po chwili spod obrusu wynurzyła się ręka i wciągnęła go za sobą, ale co ciekawe, muzyka ani na chwilę nie przestała grać.
Siedzieli potem długo, śmiali się i rozmawiali, aż do momentu kiedy poeta wyszedł w końcu ze swojej, jak sam zwykł ją określać, tajnej bazy o której nikt nie wie, i wskazał palcem na udekorowaną różowymi wstążkami choinkę.
– Prezenty! – krzyknął poeta i wybiegł na zewnątrz. Po chwili wrócił nieco skonsternowany, mówiąc, że najwidoczniej przegapił Mikołaja, ale za to jest całkowicie pewny, że widział przelatującą nieopodal fokę.
Zołman, zabierając się do otwierania swojego prezentu postanowił, ten jeden raz nie skomentować bzdur, które gada jego przyjaciel i kurtuazyjnie tylko przewrócił oczami.

++++++– Co tam dostałeś, syneczku? – spytała pani krasnoludowa.
++++++Zołman wyciągnął bardzo małe skórzane ubranko z łańcuszkiem pośrodku i szybko je schował.
++++++– Nic – powiedział.
++++++Wejdźmin wysunął swój prezent z podłużnego pudełka tylko do połowy.
++++++– Mój to chyba robił sam Yonder – stwierdził.
++++++– Gejralt? – spytał Zołman patrząc na przyjaciela. – Mówiłeś, że gdzie byłeś?

Opowiadanie XX – „Mlaskier”

Piekarnia krasnoluda Jana Banana nigdy nie narzekała na brak klientów. Szyld w kształcie chleba zawieszony nad wejściem co chwilę dzwonił, albowiem co rusz otwierające i zamykające się drzwi trącały niewielki dzwoneczek doń przyczepiony. Pan Banan pozdrawiał ciepłym gestem każdego klienta, którego torby wypełniało świeże, pachnące pieczywo. Z uśmiechem na twarzy spojrzał na swoje idealne wypieki, i przetarł lśniącą ladę bawełnianą chusteczką. Następnie chwycił miotłę i zebrał kilka ziarenek piasku z podłogi, które zakłócały ład przestrzenny. Rozejrzał się po swoim błyszczącym czystością przybytku i z zadowoleniem chwycił się za pas na swoim pokaźnych rozmiarów brzuchu, do którego przytwierdzone były rozmaite szmatki i detergenty. Zamknął oczy i pociągnął nosem wzdychając z ulgą. Wydobywający się z pieca zapach chrupkiej, chlebowej skórki sprawił, że pan Banan zakręcił się w majestatycznym piruecie i z błogością na twarzy podreptał do okna sklepowego, gdzie jego mina szybko zrzedła. Po drugiej stronie witryny ujrzał bowiem przyklejony nos do zaparowanej i tłustej od paluchów szyby, a zaraz za nim resztę spłaszczonej twarzy jakiegoś bezdomnego włóczęgi. I to jeszcze w miejscu, gdzie starannie wygrawerowano napis: „Piekarnia Jana Banana, najlepszy chleb w całym… w… Wszędzie”. Natychmiast chwycił za niezbędne środki czystości, wyszedł na zewnątrz i wycelował strzelbą w liżącego szkło Mlaskra.
++++++– Wynocha! – wrzasnął, kiedy na linii jego strzału pojawiła się nieco zdenerwowana srebrna głowa.
++++++– Spokojnie, panie Bananie – powiedziała uśmiechając się. – Chyba nie chce pan tego zrobić?
++++++– A i owszem, chce! Rusz się, bo mi zasłaniasz!
++++++Krasnolud skupił wzrok.
++++++– Ale, ale – ciągnął wejdźmin. – Jak mu pan strzeli w głowę, to będzie miał pan dużo więcej sprzątania. I po co?
++++++Piekarz spojrzał na wejdźmina spod groźnie zmarszczonych krzaczastych brwi.
++++++Warknął i opuścił broń. Podszedł do witryny i przetarł ją jedną ze swych szmatek.
++++++Fuknął na do widzenia i wszedł do środka.

++++++Miszcz Mlaskier wstał i podrapał się po wklęśniętym brzuchu. Zapachy wydobywające się z wnętrza piekarni sprawiły, że jego kiszki zagrały marsza, co nie umknęło słuchowi wejdźmina.
++++++– Jesteś głodny – stwierdził Gejralt wyciągając na wierzch puste kieszenie i zerknął na parujące wypieki.
++++++Westchnął i spojrzał na przyjaciela.
++++++– Nie mam ani grosza – powiedział.
++++++Mlaskier spuścił wzrok. Jego powieki zaczęły delikatnie drgać, a kąciki ust opadły. Grajek podniósł głowę i wlepił wielkie zaszklone oczy w wejdźmina.
++++++– Nie no, tylko nie ta mina…! – pisnął Gejralt i złożył ręce pod nosem. – Dobra – dodał zaraz po krótkiej chwili patrzenia na przyjaciela. – Czekaj tu. Już ja się znam na krasnoludach.
++++++Wejdźmin szybko rozeznał się po wnętrzu piekarni i wszedł do środka, by po chwili z powrotem wysunąć głowę.
++++++– Tylko się nie ruszaj – ostrzegł zwracając się do poety. – Rozumiesz? Masz tu stać jak słup przed tą szybą, żebym cię cały czas widział.
++++++Mlaskier potwierdził skinięciem głowy, po czym na jego twarzy wymalowało się przerażenie. „Na szczęście” – pomyślał, „Gejralt już schował się w środku i nie zauważył, że ruszyłem głową”.
++++++Poeta uspokoił się. Stał w całkowitym bezruchu lustrując oczami gwarne otoczenie. Szybko doszedł do wniosku, że swędzi go noga. Nie mogąc się poruszyć, zaczął wydawać z siebie delikatny jednostajny cichutki dźwięk cierpienia. Z tego wszystkiego zaczęła go swędzieć również druga noga. Polecenie Gejralta było bardzo wyraźne, toteż poeta musiał szybko wymyślić jak zaradzić obecnej sytuacji.
++++++– Psszeprasszaaam… – zwrócił się do przechodnia niemalże nie otwierając ust. – Bo ja se ruchaś ne moge… Szy mosze mie pan posmyrać po nocach? – zapytał, a potem powiódł za nim oczami, gdyż ten nie wykazał żadnego zainteresowania, prócz bardzo osobliwego wyrazu twarzy.
++++++Mlaskier przełknął ślinę. Spojrzał w witrynę. Jego przyjaciel powoli i bardzo dokładnie przeciskał się przez każdą osobę w kolejce. I był tyłem. Mlaskier lubił patrzeć na Gejralta od tyłu, toteż minęło trochę czasu nim uznał, że jak podrapie się bardzo szybko, to Gejralt tego nie zauważy, chociaż trochę się bał, bo już nie raz tak było, że chciał zrobić coś po ciuchu za plecami wejdźmina, gdy ten nagle zwracał mu uwagę, nawet nie zerkając na niego ani przez sekundę.
++++++„Raz owcy śmierć” – pomyślał i rzucił się na swędzące miejsca, po czym na powrót stanął bez ruchu, tępo wpatrzony w witrynę. Nawet przechodzący obok pies uznał go za słup i podniósł tylną nogę. Poeta nie poruszył się nawet wtedy, ale zapach który dotarł do jego nosa przypomniał mu, że już od dawna chciało mu się siku.
++++++Myśl ta nie dawała mu spokoju. Wibrowała w jego mózgu niczym… coś wibrującego w… czymś innym. Po pięciu minutach zaczął się pocić. Rozważał zrobienie tego tu i teraz, ale szkoda mu było nowych satynowych spodenek w szałowym, purpurowym odcieniu, które dostał od wejdźmina. Poza tym, gdyby je zniszczył, Gejralt byłby jeszcze bardziej zły, niż gdyby się poruszył. Poeta uznał to za pewnik. Podszedł do witryny i rozpiął rozporek. „Dźwięk taki, jakby padał deszcz na szybę”, pomyślał i z uśmiechem na twarzy spostrzegł, że Gejralt właśnie na niego spojrzał. Był z siebie dumny – wejdźmin miał go widzieć przez cały czas i on tu ciągle jest. Pomachał mu więc. Nie rozumiał tylko dlaczego jego przyjaciel ma taką przerażoną minę i dlaczego narzucił właśnie swoją ulubioną tunikę na głowę właściciela sklepu.
Poeta wzruszył ramionami. Ustawił się tam gdzie przedtem i westchnął ociężale. Już dawno nie miał tak trudnego zadania do wykonania.
++++++Kiedy tak stał i przyglądał się spływającym strugom po szybie, zdał sobie sprawę z tego, że zapomniał ile ma lat. Przelatujący obok czerwony robaczek w kropki przywiódł mu pewną myśl. Postanowił policzyć kropki na swoim ciele, aby dowiedzieć się w jakim jest wieku. Ale czy on miał w ogóle jakieś kropki? Oczywiście, że miał. Spostrzegł to szybko, kiedy całkiem się rozebrał.
++++++– Jeden, dwa, trzy… – liczył. – Znowu jeden, dwa, trzy… Jeden, dwa, trzy…
++++++Doliczył się trzech kropeczek razy osiem takich obliczeń i podrapał się po głowie. Niestety aby dokładnie określić swój wiek, potrzebował pomocy wejdźmina. Ten akurat uchylił drzwi i wystawił głowę.
++++++– Mlaskier, co ty wyprawiasz, ubierz się! – wycedził, po czym wrócił do piekarni.
++++++Poeta pomyślał, że nigdy wcześniej nie słyszał podobnych słów z ust Gejralta. Coś wprost odwrotnego, owszem, ale „ubierz się”? Nigdy. Niemniej jednak posłuchał przyjaciela, mimo protestującego znanego w okolicy ulicznego malarza aktów, który pojawił się tuż obok nie wiadomo skąd. Rozzłoszczony artysta klepnął go w plecy, zwinął sztalugę i odszedł obrażony. I wtedy Mlaskier zdał sobie sprawę z tego, że nie policzył kropek na plecach. Ubrał więc tylko spodnie i zaczął przeglądać się w witrynie, próbując coś dostrzec. Skrzywił się. Do tego też przydałby mu się Gejralt. Dodatkowo uznał, że w tych nowych spodenkach jego pupka wygląda bardzo ładnie. Uśmiechnął się do siebie i puścił sobie oczko. Stojąca za szybą ponętna niewiasta odwzajemniła jego „zaloty” posyłając mu buziaczka, czego poeta nie zauważył, bo jego wzrok przykuło coś znacznie w jego mniemaniu fajniejszego.
++++++W szybie odbijał się biały łabędź. Źrenice Mlaskra rozszerzyły się. Gdyby go złapał, mógłby go podarować Gejraltowi. Jego przyjaciel uwielbiał łabędzie i zawsze chciał jednego mieć. A może to był króliczek…? „Nieważne”, pomyślał Mlaskier. Ważne, że zwierzę było białe, a wejdźmin lubił białe zwierzątka.

++++++W rzeczywistości, gwoli jasności, nie był to łabędź, tylko biała kura, która z przerażającym wrzaskiem zaczęła uciekać przed napastnikiem. Mlaskier nie dawał za wygraną. Gonił ja przez cały rynek lawirując pomiędzy licznymi straganami. On i kura wzbudzili niemałe zamieszanie. Mlaskier przebiegł po perskich dywanach, wywrócił stanowisko ze świeżymi rybami, poślizgnął się i wpadł w czyjeś pranie, starannie rozwieszone za domem, skąd przeskakując przez płot znalazł się na torze wyścigowym, gdzie właśnie odbywały się zawody. Cudem uniknął stratowania przez pędzące konie nawet ich nie zauważając. Kwoka pędziła przed siebie z rozłożonymi skrzydłami, zupełnie jakby chciała wzbić się do lotu. Ale Mlaskier nie był głupi, wiedział, że łabędzie nie latają. Wtargnąwszy na pole kapusty ogrodzone drutem kolczastym, o mało nie skręcił sobie nogi skacząc po nich jak gdyby grał w popularne w tej części rejonu klasy. Biesiadująca obok grupa pijanych muzykantów kibicowała mu zawzięcie, dopóki peta nie przebiegł przez ich ognisko potrącając lampy naftowe. Spektakularny wybuch za plecami Mlaskra widziało tysiące osób, oprócz niego samego.
++++++W lesie było znacznie trudniej gonić kurę. Drzewa i podskakujące co rusz pułapki na wilki i niedźwiedzie nie zbiły poety z tropu. Kura też świetnie radziła sobie z omijaniem przeszkód. Robiła to w sposób podobny do swojego myśliwego – po prostu biegła przed siebie z otwartym dziobem nie zważając na nic. Tuż za lasem nieco jej się upiekło, gdyż z racji niskiego wzrostu, chłopi koszący zboże maczetami, nie byli w stanie jej sięgnąć. Mlaskier nie spostrzegł niebezpieczeństwa – szczególnie, że kiedy przebiegał tuż obok rozbujanych ostrz, te zatrzymywały się w bezruchu, łącznie z ich właścicielami. Natomiast równo ułożone snopki siana znacznie utrudniały mu widoczność, toteż postanowił przebiec przez większość z nich. Nie zauważył, że dobiegł do urwiska i że prędkość jego ciała gwałtownie przyspieszyła z racji spadania. Był coraz bliżej lecącej wraz z nim kury. Mlaskier przefrunął tuż obok nastroszonego zwierzęcia, które najwidoczniej również nie do końca wiedziało, co się dzieje. Niestety było za szybko, żeby je złapać. Poeta spojrzał w dół i zobaczył malutki domek, który robił się coraz większy. Jego dach nagle pokrył się kulistym płomieniem, a potem znaczna jego część odfrunęła, tworząc dziurę. Ziemia zadudniła i silny podmuch powietrza od dołu uniósł go nieco.
++++++– Łiii…! – cieszył się poeta, a zaraz potem ucieszył się jeszcze bardziej, bo do zabawy dołączył Gejralt, który zdołał dogonić poetę.
++++++Wejdźmin chwycił Mlaskra w locie, a następnie wycelował znakiem Haard w ziemię prosto przez dziurę w dachu stodoły. Siano w jej wnętrzu wzbiło się i opadło tworząc puszystą kołderkę, a kolejny silny podmuch wiatru wzniecony tuż nad ziemią, wzbił ich w górę i ocalił przed znacznie twardszym lądowaniem.

++++++Gejralt zdmuchnął siano z twarzy i szybko obejrzał przyjaciela.
++++++– Mlaskieruniu, nigdy więcej tak nie rób! – krzyknął. – Gdyby coś ci się stało, to bym chyba oszalał! Jesteś cały? – zapytał.
++++++Poeta nie rozumiał zasadności tego pytania, więc zadał swoje.
++++++– Dlaczego masz rybę na głowie, wyglądasz, jakbyś wyszedł z pożaru i urosły ci cycki? – zapytał.
++++++Wejdźmin uspokoił się i wyciągnął dwie jeszcze ciepłe bułki spod koszulki.
++++++– O – powiedział Mlaskier.
++++++Poeta wziął zamaszystego gryza i, przeżuwając bardzo dokładnie, zamyślił się. Tuż obok jego głowy jak bomba przeleciała kura wbijając się w siano. Zaraz potem zniosła dwa jajka na raz.
++++++– Gejraaalt? – zagaił poeta wciąż zamyślony.
++++++– Tak, Mlaskruś? – wydyszał wejdźmin trzymając się za serce. – Zapomniałem o kurce.
++++++– A pamiętasz jak mówiłeś, że ma się tyle lat ile jest kropek?
++++++– Tak, jak łapaliśmy biedronki.
++++++– No to jak ja będę coraz starszy i będę miał coraz więcej tych kropek, to czy ja w końcu będę cały czarny?
++++++Wejdźmin parsknął śmiechem.
++++++– Co?… – zapytał co najmniej tak rozbawiony, jak zestresowany i zmęczony.
++++++– No czy jak będę stary, to czy będę cały czarny? – powtórzył nie dające mu spokoju pytanie Mlaskier.
++++++Gejralt z trudem tłumił narastające rozbawienie. Nie wytrzymał. Opadł na siano i popłakał się ze śmiechu.
++++++Mlaskier naburmuszył się. Zwinął kolana pod brodą i objął nogi rękami. Nie lubił jak wejdźmin śmieje się z czegoś śmiesznego i nawet nie powie mu z czego.
++++++– Przepraszam, Mlaskruś… – wykrztusił wejdźmin próbując nie chichotać. – Nie robaczku, nie będziesz cały czarny – powiedział wycierając łzy.
++++++– A ile? – rzucił wciąż obrażony, acz ciekawy poeta. – Do połowy?
++++++Gejralt spojrzał na niego z pobłażliwą miłością i pogłaskał go po główce.
++++++– To dlatego rozebrałeś się przed piekarnią? – zapytał. – Liczyłeś pieprzyki?
++++++– Chciałem policzyć ile mam lat – odparł dumny z siebie poeta.
++++++– Mhm. A na plecach? Policzyłeś?
++++++– Nieee… – uśmiechnął się Mlaskier. – Ale wszędzie indziej naliczyłem trzy. Dużo razy.
++++++– A niżej?… Liczyłeś?…
++++++– Też nie… – poeta zarumienił się.
++++++– Noo too… – zaczął wejdźmin uśmiechając się łobuzersko i zabrał się za niezbyt skomplikowaną matematykę z dogłębną, jak na wejdźmina przystało, skrupulatnością…