Daleko w głębi lądu, już dawno pokrytym grubą warstwą białego puchu, za dolinami i górami, w samym środku całkiem białego lasu, siedział na pieńku jeden bardzo smutny, i bardzo wstawiony…
– Czy to jest?…
…Święty Mikołaj. Wokół Świętego Mikołaja leżały trzy puste butelki, ale z szarego worka smętnie spoczywającego pod jego nogami wystawało kilka pełnych.
Mikołaj głośno beknął, zapalił ostatniego papierosa, którego uprzednio wyjął z pomiętolonej paczki, po czym mocno zaciągnął się nadpalonym filtrem. Nie zdążył zakląć, bo zorientował się, że ktoś mu się przygląda.
– Święty Mikołaju, czy to ty? Mogę się przysiąść? – spytał wejdźmin i nie czekając na odpowiedź usiadł obok niego.
– Ta… – burknął Święty. – Nie słyszałeś, że Mikołajowi siada się na kolana?
Gejralt, po krótkiej chwili zastanowienia, grzecznie zmienił miejsce i odczekał aż Mikołaj skończy pić wódkę.
– Mały odpoczynek przed kolejną zwariowaną szarżą rozdawania prezentów? – zagaił.
Święty otworzył kolejną butelkę i nie odpowiedział.
– Panie Mikołaju, jest wigilia – ciągnął Gejralt. – Dlaczego nie rozdajesz prezentów?
– Skoro jest wigilia, to czemu ty nie siedzisz przy stole z rodziną, tylko łazisz sam po lesie i zadajesz głupie pytania?
Gejralt uniósł brwi.
– Wyszedłem się przewietrzyć – odparł. – Cudem udało mi się wymknąć. Ona ciągle każe mi jeść, a ja pęknę zaraz. Patrz – wejdźmin rozciągnął ubranie. – Mam nawet sweter z twoją podobizną.
Święty spojrzał na wełniany wzór przedstawiający jego podniebny rydwan na tle gwiazd i księżyca.
– Ech… – westchnął i zaniósł się płaczem tuląc do siebie wejdźmina. – Nigdy więęęceeej…
Gejralt przechylił głowę i spojrzał w jego załzawione oczy.
– Moje elfy o… o… odeszły. Co do je… jednego. Bo nic im nie pła… pła… płaciłem… A ten skurwiel, Króliczek Wielka… ka… ka… nocny, zaproponował im dwa razy ty… tyle…!
– Dwa razy nic to dalej nic – zauważył wejdźmin.
– Dokła… kładnie – Święty wziął kolejny łyk. – Elfik Bąbelek na do wi… wi… widzenia kopnął mnie w ko.. kostkę… Tak się pokłóciliśmy, że o… o… odchodząc, te małe gnojki u… u…kradły mi renifery i ro…ro… rozłożyły sanie na częściii…
– Bardzo mi przykro. Papierosa?
Mikołaj nie odmówił.
– To ko… ko… koniec – ciągnął łapiąc powietrze. – Już ni… ni… nigdy święta nie… nie… będą… Ale co to za święęętaaa…! – Mikołaj zaczął szlochać. – Bez preeeezeeentóóów…!
Gejralt zastanowił się. Jego sweterek z Mikołajem był już całkiem mokry od łez prawdziwego Mikołaja i wejdźmin wiedział, że jak zaraz to wszystko przymarznie, to zrobi mu się zimno.
– Ale czekaj – powiedział. – Żeby dostarczyć prezenty potrzebujesz: środka transportu, zwierza co go pociągnie i zgrai elfów, tak?
– Ta.. tak… – Mikołaj przetarł twarz i pociągnął nosem.
Gejralt obrzucił go pytającym spojrzeniem.
– Schuja’tel – powiedział. – Mówi ci to coś?
– To nie jest Święty Mikołaj – powiedział Yonder i zakładając ręce na piersi nie dał dojść Gejraltowi do słowa. – Po pierwsze, jest pijany i śmierdzi papierosami zamiast ciasteczkami i mlekiem. Po drugie, to nie są jego sanie, tylko jakiś stary rozklekotany wóz do przewożenia gnoju pomalowany zwykłą farbą w krzywy świąteczny wzorek z czerwonym fotelem na przodzie. Po trzecie, jest do nich przyczepiony koń, zresztą pewnie twój, z patykami na głowie, a nie siedem reniferów z dostojnym porożem. Po czwarte, nigdzie nie widzę prezentów.
– I to jest właśnie to o czym chciałem z tobą porozmawiać, mój kochany Yonderku – wtrącił Gejralt puszczając mu oczko.
Elf zmarszczył brwi. Zrobił kilka kroków w przód i zatrzymał się milimetr od wejdźmina depcząc jego przestrzeń osobistą z niezwykle złowrogą miną.
– Nie przy ludziach – powiedział.
Gejralt zrobił dzióbek z ust i zerknął na stojący obok szałas. Nie umknęło to szefowi elfiego oddziału łuczników, który słynął ze spostrzegawczości. Wyprostowany co najmniej tak, jak jedna z jego strzał, pokiwał się chwilę i westchnął.
– No dobra – powiedział Yonder piętnaście minut później zapinając spodnie po wyjściu z szałasu. – Ale jak masz zamiar przetransportować siedem tysięcy elfów na tym? – spytał, wskazując na wóz z którego właśnie odpadło koło.
Gejralt spojrzał na Świętego Mikołaja. Ten wyrzucił w krzaki kolejną pustą butelkę.
– Moje stare elfy nie sięgały mi nawet do kolan – powiedział. – Wpakowałem je siłą w worki i przewiozłem na Biegun Północny.
Mikołaj wzruszył ramionami. Wstał i wyciągnął coś z kieszeni.
– Ale w sumie… Kiedyś wsadziłem tam… no, nieważne. Właźcie – powiedział otwierając wór na prezenty, który zdawał się nie mieć dna.
Gejralt także wszedł.
Wór faktycznie nie był tym, czym mógłby się na pierwszy rzut oka wydawać komuś, kto na co dzień nie ma w zwyczaju rozmyślania o wszelkiego rodzaju worach. Gejralta to nie zdziwiło.
Wewnątrz, jak okiem sięgnąć, rozstawione były regały posegregowane geograficznie i alfabetycznie. Wejdźmin zgadywał, że normalnie zawierały prezenty, ale teraz wypełnione były po brzegi najróżniejszego rodzaju trunkami. Był i krasnoludzki spirytus, i zwykła wódka, i niezliczona ilość rodzajów wina, i wódka, i wszelkie odmiany piwa z całego świata, ale głównie wódka. Po bliższej inspekcji wejdźmin stwierdził, że w tej kolekcji niezliczonej ilości butelek po rozmaitych alkoholach jest tylko wódka.
W worze czas płynął inaczej, dzięki czemu podróż powrotna trwała zaledwie kilka minut. W tym czasie elfy ze Schuja’tel zdążyły wypić absolutnie całą zawartość magazynu, a nawet sprzedać butelki i wydać zarobione w ten sposób pieniądze na nieprzyzwoite rozrywki.
Kiedy Mikołaj otworzył wór w swojej fabryce, wewnątrz toczyły się rozmowy o wysokiej sztuce i polityce, bo trzeba wiedzieć, że metabolizm elfów potrzebuje alkoholu do trzeźwego myślenia.
Fabryka, mieszcząca się na Biegunie Północnym przy ulicy Gwiazdkowej, podążała z duchem czasu. Była wyposażona w najnowsze zdobycze technologii, takie jak napędzane energią wodną taśmociągi, czy parowa maszyna przerabiająca światło słoneczne na dżem i wódkę.
Siedem tysięcy elfów ochoczo zabrało się do pracy. Produkcja szła tak dobrze, że kiedy skończyli, zdążyli już wytrzeźwieć, i teraz pijacko obijali się po kątach.
Był jednak jeden problem. Obarczony wypełnionym zabawkami worem wóz okazał się zbyt ciężki, aby uciągnął go wychudzony koń Pupka, trzeba zatem było wykluczyć wszystkich pasażerów z wyjątkiem samego Mikołaja. Wejdźmin, nie mógł lecieć, na co w końcu przystał, choć nie omieszkał przypomnieć wszystkim jaka to strata, zważywszy na jego predyspozycje do przeciskania się przez kominy i inne takie.
– Pupciu moja – powiedział przytulając się do końskiego zadka. – Kocham cię bardzo. Wiem, że dasz radę.
Koń odwrócił łeb i spojrzał na wejdźmina.
– Nie wiem kim jesteś, ale też cię kocham – powiedział.
Gejralt zdębiał. Na szczęście szybko przypomniał sobie, że w Wigilię gadające zwierzęta to nic nadzwyczajnego, szczególnie tu, na Biegunie. Kiedy upewnił się, że to na pewno nie jego koń, postanowił wykorzystać sytuację i udał się na negocjacje z mieszkającymi nieopodal pingwinami.
Koniec końców, rydwan Świętego Mikołaja zaprzężony w dwa niedźwiedzie polarne, cztery pingwiny, konia i jedną fokę podjął próbę ruszenia z miejsca. Okazało się, że foka, choć posypana magicznym proszkiem lata całkiem nieźle, nie potrafi pracować w zespole, toteż wejdźmin uznał ją za zbędny balast i wykluczył z zaprzęgu.
– No to w drogę! – zawołał Mikołaj. – Hej ho! Hej ho! A nie… Ho! Ho! Ho!
Wejdźmin patrzył przez chwilę za oddalającym się orszakiem, po czym przypomniał sobie, że nie ma jak wrócić do domu.
– Ug ug ug! – usłyszał nagle. To była foka. – To znaczy, te, wejdźmin, nawet tak na mnie nie patrz.
Barszcz parował przyjemnie pomiędzy innymi potrawami na pokrytym obrusem stole, a zasiadający przy nim krasnolud, ubrany w sweterek z podobizną orszaku Świętego Mikołaja grzecznie czekał na sygnał, by zacząć jeść. Miał już spróbować podkraść leżącego na skraju talerza krokieta, kiedy otworzyły się drzwi.
– No i gdzieś ty łaził tyle! – wrzasnęła matka Zołmana. – W kominku już prawie ogień zgasł! Pilnować miałeś!
Gejralt wchodząc do pomieszczenia użył mocy i buchnął ogniem w żarzące się drewno.
– A tak się kręciłem, tu i tam – odparł. – Na Biegunie Półno…
– Siadaj, barszczyk jedz a nie kłapiesz jęzorem – przerwała. – Ciepły, rozgrzewający, nalałam ci. I zwiąż te kudły do jedzenia!
Spod stołu rozległa się muzyka grana na lutni. Gejralt domyślił się, że jest tam Mlaskier, więc położył obok swojego krzesła talerzyk pierogów. Po chwili spod obrusu wynurzyła się ręka i wciągnęła go za sobą, ale co ciekawe, muzyka ani na chwilę nie przestała grać.
Siedzieli potem długo, śmiali się i rozmawiali, aż do momentu kiedy poeta wyszedł w końcu ze swojej, jak sam zwykł ją określać, tajnej bazy o której nikt nie wie, i wskazał palcem na udekorowaną różowymi wstążkami choinkę.
– Prezenty! – krzyknął poeta i wybiegł na zewnątrz. Po chwili wrócił nieco skonsternowany, mówiąc, że najwidoczniej przegapił Mikołaja, ale za to jest całkowicie pewny, że widział przelatującą nieopodal fokę.
Zołman, zabierając się do otwierania swojego prezentu postanowił, ten jeden raz nie skomentować bzdur, które gada jego przyjaciel i kurtuazyjnie tylko przewrócił oczami.
– Co tam dostałeś, syneczku? – spytała pani krasnoludowa.
Zołman wyciągnął bardzo małe skórzane ubranko z łańcuszkiem pośrodku i szybko je schował.
– Nic – powiedział.
Wejdźmin wysunął swój prezent z podłużnego pudełka tylko do połowy.
– Mój to chyba robił sam Yonder – stwierdził.
– Gejralt? – spytał Zołman patrząc na przyjaciela. – Mówiłeś, że gdzie byłeś?