
Mlaskier patrzył na swoją obolałą dłoń. Prawa ręka bolała go w przeszłości już wielokrotnie, ale tym razem czuł jakby na jego dłoni zacisnęło się imadło. Widok, składający się z dwóch błyszczących mieczy na tle długich srebrnoróżowych włosów, zaczął go już nużyć. Znał te plecy aż za dobrze i to pod każdym możliwym kątem.
Kiedyś, jak był dużo mniejszy, nie upilnował chomika. Odłożył go tylko na moment żeby podciągnąć spodnie i gryzoń przepadł. Kiedy po kilku godzinach poszukiwań odnalazł zgubę, też nie wypuszczał jej z rąk. Nie skończyło się to dobrze dla zwierzaka. Mlaskier westchnął, pogłaskał Zgwałtoluda i kazał mu się schować w koszyku.
Wejdźmin nie powiedział słowa od momentu zniknięcia Zołmana. Poeta spojrzał na wystające spod koszuli łopatki przyjaciela. Ciężar, jaki spoczywał na jego szczupłych barkach, musiał ostatnimi czasy znacząco się zwiększyć, gdyż zwykle wyprostowany jak struna wejdźmin zaczął się garbić.
Gejralt szedł szybkim krokiem, ciągnąc za sobą Mlaskra w coraz mniej delikatny sposób. Instynkt kazał mu odejść jak najdalej od miejsca, w którym dopadł ich Dziki Zgon, a strach przed kolejną utratą zacisnął się boleśnie na dłoni przyjaciela.
Nagle coś trzasnęło, a coś innego huknęło. Prowizoryczne, zbite z kilku desek drzwiczki wpadły do środka ciasnego dołu razem z wejdźminem i Mlaskrem. Nad wykopem zebrało się kilka poczochranych głów. Gejralt westchnął.
– Kto to, dziadku? – zapytała mała dziewczynka na widok prowadzonych więźniów.
– To miszcz Mlaskier wnusiu, poeta i grajek, zawsze w towarzystwie tego odmiennego osobnika, odzianego w obcisłe stroje albo wcale. Wejdźminem go zwą.
Gejralt spojrzał na staruszka z dzieckiem, który spoglądał na niego spod nisko opuszczonych, siwych brwi.
– Pod żadnym pozorem się do niego nie zbliżaj – usłyszał.
Rozglądał się dalej.
Miejsce, do którego zostali zaprowadzeni, przypominało obozowisko. Szałasy były pełne ludzi, którzy wyglądali na głodnych. Na środku paliło się ognisko, gromadząc przy sobie większość coraz bardziej zainteresowanych przybyszami mieszkańców. Rozchodzące się szepty świadczyły o tym, że go znają, a dzierżone w dłoniach pałki, kamienie i łopaty, że raczej nie z tej dobrej strony.
Gejralt wyciągnął jeden z mieczy i narysował nim koło na ziemi.
– Wszyscy od tyłu…! DO tyłu, znaczy – powiedział. – Jeśli choćby palec przekroczy tę linię, zostanie odcięty i wetknięty gdzie indziej!
Trzymając już oba miecze rozłożył ręce szeroko na boki.
– Gejraltku, nie w ludzi – szepnął Mlaskier.
– Nic innego nie mogę zrobić, przecież wiesz – odparł.
– Ale celujesz w ludzi… – powtórzył poeta.
– A skąd mam to niby wiedzieć? – wyszeptał. – Tyle osób gdzieś w środku lasu… A co jeśli to taki Bogdan i Basia razy sto?
– Ale medalion ci tak nie drga…
Mlaskier miał rację.
Wieśniacy spojrzeli po sobie. Widok dwóch lśniących i całkiem niepospolitych kawałków metalu skłonił ich do refleksji. Wyglądały tak, jakby można było się nimi skaleczyć od samego patrzenia.
– Zostawcie go – rozległ się damski głos. – I tak nie macie szans.
– My na niego kupą skoczymy! – zawołał jakiś chłop.
– Kupą to wy możecie swoje sedesy postraszyć – ciągnęła kobieta w kapturze. – Nie widzicie, że to wejdźmin?
– No widzimy właśnie!
– A nie widzicie, że to ten sam, co nam ładnych parę lat temu dwa lasodymacze spode wsi ubił, co by was tyłki więcej nie bolały? – kobieta ściągnęła kaptur spod którego wynurzyła się pewna siebie twarz, a ta okazała się być elficką. – Nasz świętej pamięci wójt miał w tym rudym łbie więcej rozumu niż wy wszyscy razem wzięci.
Wśród ludzi rozległy się szumy.
– Ale, alee… On z mieczami w nas!
– A wy to sobie tylko grzecznie stoicie z kwiatami, tak? Nie wpadliście na to, że ktoś taki to mógłby się nam w obecnej sytuacji przydać? – elfka wyprostowała się i wyciągnęła rękę do wejdźmina. – Widzę, że moje centkowane legginsy przypadły ci do gustu.
Gejralt opuścił gardę.
– Tak – powiedział witając się. – Cześć, Marlena.
– To nie żaden wejdźmin tylko oszust! – rzucił ktoś niespodziewanie.
– I morderca!
– Króla zabił!
– Gwałci kozy, porywa dzieci, i zakopuje kobiety! – czyjś palec wzbił się ponad tłum.
– Po nocach z gołą rzycią łazi i chłopów gania po lasach!
– Całe wioski wybucha!
– Porzucił dwanaście swoich dzieci!
– Zjadł kota! A potem go ugotował! W brytfannie! Na żywca!
– Rozpija nieletnich, kompociarz!
– I nie najemy się, bo za chude to!
– Ubić koniokrada!
Rozjuszony tłum zaczął wiwatować, a w powietrze wzniosły się widły, wzleciały berety, dwie pary galotów i jeden biustonosz.
– Złodziej, morderca, gwałciciel, porywacz, piroman, alkoholik i ekshibicjonista – podsumowała Marlena. – Kto wam takich głupot nagadał?
– Nooo… właściwie to… – zaczął wejdźmin, ale na szczęście ktoś mu przerwał.
– Takie słuchy chodzą!
– Debile – sapnęła Marlena pod nosem, po czym dodała głośno. – Znam tego wejdźmina od lat i ręcze za niego. Gejralcie, przyjacielu. Potrzebujemy pomocy.
Okazało się, że rozbitkowie to nikt inny jak mieszkańcy Wychódka Wielkiego, niewielkiej wsi kilka dni drogi od Wyrźnijmy, którą to Gejralt miał przyjemność odwiedzić przed laty. Niewiele z tego pamiętał, albowiem wówczas dość często zdarzało mu się eksperymentować z eliksirami i potem mieć kaca.
Rzecz rozchodziła się o to, że pewnej ciepłej nocy, kiedy właśnie trwała weselna biesiada syna sołtysa, na wioskę napadła zgraja potworów.
– Lasodymacze wróciły? – spytał wejdźmin, zasiadając z innymi przy ognisku. Niektórzy wciąż patrzyli na niego krzywo.
– Jeden to sołtysowi łeb przy samej rzyci urwał – powiedziała Marlena. – Dziwne, bo zeżarł go tylko od pasa w górę, a resztę wziął pod pachę i uciekł.
Gejralt zamyślił się spoglądając na elfkę.
– Ja też potrzebuję pomocy – powiedział.
– Jeśli pomożesz nam wrócić do wioski – ciągnęła Marlena – dostaniesz co zechcesz.
– Ja córki nie oddam – rzucił ktoś z tłumu.
– No dobrze – wejdźmin oparł dłonie na kolanach. – Wasze córki mnie nie interesują. Zastanówmy się, bo lasodymacze nie jedzą ludzi. To jak wyglądają te potwory?
Opisywane przez wszystkich jako niedźwiedzio-wężo-hieno-lwy z trąbką na czole, a może i nawet dwiema, kaprawym pyskiem z wystającymi kłami i koślawych łapach, przywiodły mu na myśl tylko jedno. Marlena pomyślała, że będąc wejdźminem trzeba mieć w sobie ogromne pokłady cierpliwości. Ona sama miała ochotę naciągnąć cięciwę łuku i posłać strzałę każdemu, kto się według niej głupio odezwał.
– To muszą być rypacze żywcojady – stwierdził Gejralt. – I to na czole to nie jest „trąbka”. Jedzą tylko to, co nie jest ugotowane. I tylko do połowy. Dolną część biorą na boczek i… – wejdźmin zatrzymał potok słów i spojrzał na dzieci. – Rypacze, w każdym razie, są do likwidacji. Jest na nie kilka sposobów – Gejralt wyciągnął Wejdźmiński Bestiariusz z Ptakiem na okładce, gdyż nie spotkał tych storów od dawien dawna. – Będzie mi potrzebny duży kocioł i warzywa, ponieważ… Warzywa? – ponownie zrobił pauzę. – Będziemy gotować – uniósł brwi. – Rosół.
– A nie może być pomidorowa? – spytał jeden z wieśniaków spotykając się z jednym z tych spojrzeń Gejralta, które wgniata w ziemię.
– A jakie są te inne sposoby? Bo akurat tak się składa, panie Gejrwalcie, że nie mamy ani kotła, ani warzyw, ani kurczaka – zauważyła wieśniaczka, uderzywszy go wałkiem kuchennym w ramię.
– Ani kostki rosołowej od tych dwóch winiar, co to się zapiły winem już prawie na śmierć – dorzuciła jakaś staruszka. Na koniec swojej wypowiedzi, splunęła. – Wstrętne winiary.
Gejralt mruknął. Schował się za okładką z ptaszkiem i począł wertować strony.
– Włoszczyzna, kurczak, sól do smaku… mhm, cebulę lekko opal na ogniu, dodaj włoską kapustę… – mruczał, po czym powiódł oczami w górę strony i przeczytał w myślach pierwsze zdanie: „Rypacze żywcojady odstręcza wszystko, co jest ugotowane, a skoro już mowa o gotowaniu, poniżej przepis na smaczny rosołek”. Sprawdził, czy oby na pewno ma w rękach dobrą książkę.
Miał.
– Będę musiał zamienić słówko z Wazelinem – burknął, i zabrał się do roboty. – Kobiety i dzieci tu do mnie – powiedział wyciągając płonące kije z ogniska. – Po pochodnie – dodał. – Pójdziecie nie dalej niż sześć metrów, żebym was wszystkich widział, i pozbieracie wszystko co nadaje się do jedzenia. Staruszkowie pilnują ognia. Sympatyczni panowie z widłami, weźcie naczynia i wiadra, i migiem nad strumyk po wodę, Marlena pójdzie z wami. Pan z lewej wyciągnie paluszek z nosa, pożyczy lutnię od szefowej i zaśpiewa jakąś pogodną piosenkę – dodał puszczając oczko Mlaskrowi. – No. A ja zajmę się tym gotowaniem.
Wejdźmin wyglądał na zadowolonego. Skonstruowane nad ogniskiem prowizoryczne palenisko spełniało swoje zadanie. W naczyniach gotowała się woda. W wodzie gotowały się zebrane składniki. A wszystko pachniało zupełnie jakby właśnie się ugotowało. Silna woń świeżych ziół, rozmaitych grzybów i jeżyn unosiła się w powietrzu. Delikatne smugi pary leniwie przemieszczały się wśród drzew, płynąc coraz dalej i coraz głębiej, przez ciemność pogrążonego w nocy lasu, aż do czujnych nozdrzy pałaszującego właśnie beczkę surowych ryb żywcojada rypacza.
– Ble – powiedział potwór.
Jeszcze bardziej skrzywił się na widok tak samo śmierdzącego człowieka. Wejdźmin, po kąpieli w wywarze z leśnych dóbr, stał i zastanawiał się, czy był to aby na pewno dobry pomysł.
– Nie wiem, czy to był dobry pomysł – powiedział do stojących za nim, tak samo przyprawionych, Marleny i Mlaskra. – No bo rosół to to nie jest. A chyba miał być rosół. Sam nie wiem.
Poeta na wszelki wypadek jeszcze raz wyjął z kieszeni urządzenie, które wysępił od Dyrdymała i przyłożył je do siebie, aby sprawdzić czy wskaże, że jest ugotowany. Dyrdycianka serii „X” o numerze „53” nie zmieniła koloru, gdyż działała tylko na ugotowane jajka. Mlaskier spojrzał na swoje krocze i doznał olśnienia.
Żywcojady przechadzały się spokojnie po ulicach, wylegiwały na dachach i prowadziły różne społeczne aktywności, takie jak granie w karty i handel deficytowym towarem, jakim najczęściej była (mniej lub bardziej przechodzona) dolna połowa jakiegoś człowieka.
– Pójdę pierwszy – powiedział Gejralt.
Zaopatrzony w miskę parującego wywaru, szedł powoli pomiędzy potworami, które odskakiwały jak poparzone, gdy zwęszały odstręczający je smród. Zaskoczony powodzeniem, machnął w stronę Mlaskra. Ten miał dać sygnał reszcie, był jednak zbyt zajęty sprawdzaniem, czy jest ugotowany. Ściągnął nawet spodnie.
Gejralt zatrzymał się. Woń pojedynczej jednostki słabła i coraz mizerniej kamuflowała jego własny, bardzo w nozdrzach żywcojadów rypaczy, smakowity zapach. Wejdźmin myślał o tych wygodnych czasach, kiedy mógł jednym pstryknięciem rozpalić ognisko i o tym, jak podgrzewał zupę gołymi rękami w domu rodzinnym Zołmana na polecenie jego matki. Wtedy był zły, że to potrafi, bo spędził piętnaście minut sam w kuchni nad garem. Teraz nie był w stanie wykrzesać z siebie choćby najmniejszej iskierki. Jak zwykle w takich sytuacjach, do głowy przyszło mu jeszcze jedno rozwiązanie.
– Dżemmefer – powiedział choć wiedział, że za uratowanie życia znów będzie musiał spełnić jedno jej życzenie.
Powtórzył jej imię jeszcze kilkakrotnie. Odwrócił się. Ani Mlaskra, ani Marleny nie było w umówionym miejscu, a podekscytowane żywcojady zaczynały szukać nęcącego je kąska.
Gejralt zaczął się cofać. Gdyby z pomocą czarodziejki mógł sprowadzić te dwa trolle o imieniu Krzysztof, miałby ten chędożony kocioł i jeszcze do tego sos grzybowy w komplecie, ale nic nie zwiastowało jej pojawienia się, a do Vinogradu stąd był szmat drogi. Zrozumiał wtedy, że posłańcy Zgonu i ją dorwali. Posmutniał. Zastanawiał się dlaczego ktoś taki jak te trzy zbzikowane staruszki próbujące go ugotować, z których jedna była kotem, zjawiają się zawsze w najmniej potrzebnym momencie, a nie na przykład teraz. Kolejny krok w tył zatrzymał jego pośladki na studni. Gdyby tylko mógł podgrzać w niej wodę i wrzucić tam jakiekolwiek jedzenie, byłoby po sprawie. Znów spojrzał w umówioną stronę. Miał sobie za złe, że przestał trzymać Mlaskra przy sobie. „A co jeśli…”, pomyślał, a potem zamarł. Pysk żywcojada znalazł się centymetr od jego własnej twarzy. Rypacz zaczął go niuchać, wypuszczając przy tym duże ilości śliny i innych glutów. Potwór nie był pewny, czy chce zjeść górną, podejrzliwie pachnącą część przybysza, ale co do dolnej połowy nie miał wątpliwości. Teraz odległość wejdźmina od rypacza rozciągnęła się do długości „trąbki”, która uderzyła go w czoło. Moment ciszy, który nastąpił, przerwał odgłos cieknącej na ziemię cieczy, do złudzenia przypominający dźwięk oddawanego moczu. Rypacz wydał z siebie dźwięk zdziwienia odskakując z położonymi po sobie uszami. Zmierzył wejdźmina, po czym spostrzegł, że śmierdząca miska którą ten trzymał, jest przechylona, a wywar z niej znajduje się na jego łapach. “Trąbka” mu oklapła. Wtedy z gęstwiny lasu wyłonili się wieśniacy, na czele z Marleną i Mlaskrem. Za radą wejdźmina, miski z gorąca mieszanką posłużyły za naboje. Sama Marlena wystrzeliła z procy kilkanaście i każdorazowo trafiła bezbłędnie. Życwcojady rypacze wpadły w panikę. Wykręcając się z obrzydzenia, charcząc i plując, uciekły w popłochu. Jeden popełnił spektakularne samobójstwo i zjadł się sam.
Gejralt odetchnął. Uradowany tłumek ruszył w jego stronę. Ktoś go podniósł, ktoś ucałował, ktoś inny poklepał tu i tam, ktoś mu rozwichrzył fryzurę, pociągnął za policzek, za ubranie, za…
– No już, już – powiedział wejdźmin. – Nie ma za co, sio. Marlena? – zawołał. – Musimy pogadać.
Mlaskier wygramolił się spod pierzyny. Ubrał się, przeciągnął i przez małe okienko w dachu wyszedł na taras zbudowany na samym czubku domu Marleny.
– Ja chcę jeszcze raz – powiedział do siedzącego tam wejdźmina.
Gejralt uśmiechnął się smutno, po czym podszedł do grilla i odwrócił skwierczące warzywa.
– A co ty jadłeś cały dzień, jak ja byłem zajęty? – spytał.
Mlaskier chwycił pierwszego z brzegu bakłażana, ale nie zdążył go nawet ugryźć.
– Ten nie – zatrzymał go wejdźmin. – Weź ten drugi.
– Dlaczego?
– Bo ten drugi jest lepszy.
– Rzeczywiście – przyznał Mlaskier biorąc wreszcie gryza. – Ten jest lepszy. Dużo. A dlaczego kazałeś wszystkim dziś wieczorem pozamykać okna i zaryglować drzwi? I dlaczego nie wolno im wychodzić z domów pod żadnym pozorem aż do świtu? – zapytał z pełną buzią.
– Żeby nikt nas nie podglądał.
– No weź. A po co te plotki, że ja gram dzisiaj koncert, jak ja nic nie grałem?
– Oj Mlaskierku, nic się nie martw, będziesz grał, ale tylko dla mnie.
Mlaskier zrobił minę świadczącą o tym, że wcale mu nie wierzy.
– A czemu twój medalion wibruje? I to coraz mocniej, nawet jak Juniorek jest na dole z Marlenką?
– Nie wiem, może się zepsuł.
Wejdźmin uspokoił przyjaciela, ale dobrze wiedział, że wejdźmińskie medaliony się nie psują. Ich magiczne właściwości wykrywają choćby krztę potwora z bezbłędną dokładnością, a zwiastujące ich przyjście spostrzegł właśnie na horyzoncie. Natychmiast spoważniał, wziął linę, którą otrzymał od Pani z Wodospadu, i zaczął nią gorączkowo owijać komin, wiążąc supły.
– Bujasz mnie – powiedział Mlaskier bardzo stanowczym tonem. – Przecież widzę, że tak naprawdę to ty jesteś zmartwiony.
Wejdźmin ucałował go w czółko.
– Myślałem, że będziemy mieć więcej czasu – powiedział nie przerywając pracy. – Wolałbym cię teraz wrzucić z powrotem pod kołdrę, ale niestety muszę cię przywiązać do tego komina.
– Mi tam się nigdzie nie spieszy – powiedział Mlaskier.
– Chciałbym ci coś wytłumaczyć, tylko nie wiem jak – westchnął wejdźmin spoglądając na kotłującą się w oddali czarną chmarę. – Bo wiesz, chciałbym żebyś wiedział że dzień, w którym kompletnie pijany wygrałem cię w karty z Fjutestem, był najlepszym dniem mojego życia. Tego dnia obiecałem sobie, że będę się tobą opiekował najlepiej jak umiem, aż do jego końca.
– Aż mnie nie będzie? – wtrącił Mlaskier przyglądając się poczynaniom wejdźmina. – Czy ciebie?
Gejralt spojrzał w dal, czując jak czas przecieka mu przez plączące się palce.
– Zawsze myślałem – ciągnął – że jak odejdę, to ani ciebie, ani Zołmana nie będzie już wtedy na świecie.
Mlaskier podniósł głowę.
– A gdzie będę, jak mnie nie będzie?
Wejdźmin spojrzał na przyjaciela.
– Gdziekolwiek będziesz chciał – powiedział po chwili.
– To ja będę chciał być tam gdzie ty.
Ziemia zaczęła drżeć. Wejdźmin zacisnął sznur w pasie poety kilkukrotnie, a resztą zaczął owijać siebie, raz po raz zawiązując mocne, wejdźmińskie więzy. Już nawet nie patrzył na horyzont. Patrzył na przyjaciela, który zdezorientowany uniósł ręce w górę, by nie przeszkadzać.
– Mlaskierku, bo… Czasami jedna osoba jest powodem całego zamieszania i wszystkich złych rzeczy, które przytrafiają się innym. I ta osoba musi podjąć decyzję, która nie wszystkim może się spodobać. Trochę tak jak z tym bakłażankiem, wiesz? Nie pozwoliłem ci wziąć tego którego chciałeś i mogłeś pomyśleć, że to było samolubne. Ale koniec końców wyszło lepiej, bo zjadłeś tego lepszego. Rozumiesz?
– Nie lubię jak tak mówisz.
– Ja też nie lubię jak tak mówię i wcale nie chce, ale..
– To po co robić coś, co się wcale nie chce – Mlaskier obraził się.
– Bo gdyby wszystkim się nie chciało, to świat byłby okropnym miejscem. A mi się właśnie bardzo długo nie chciało i teraz muszę to naprawić.
– Przecież tobie się zawsze chce.
– To prawda – przyznał Gejralt.- We wiele rzeczy wkładałem całe serce, palce i inne części ciała, ale w tych najważniejszych kwestiach chyba nie starałem się dostatecznie.
Silny podmuch wiatru niemal zwalił go z nóg. W zbliżającej się chmurze pełnej gęstego dymu, dało się już dostrzec sylwetki upiornych jeźdźców. Mlaskier spojrzał na wejdźmina.
– A teraz graj – Gejralt podał mu lutnię. – Graj.
Grajek chwycił ręcznie rzeźbiony instrument Marleny i ułożył palce na strunach. Wirująca chmara skręciła za dźwiękiem muzyki i zaczęła zacieśniać nad nimi koło, a im szybciej wirowała, tym jej wnętrze mocniej przyciągało do siebie. Mlaskier nie zdołał utrzymać instrumentu. Gdyby nie to, że został przywiązany, podzieliłby los lutni. Gejralt dopadł do komina i chwycił przyjaciela za ramiona. Dolna połowa jego ciała uniosła się w powietrzu.
– Nie możesz być tam gdzie ja – powiedział, zwalniając uchwyt. – Przepraszam.
Lina pomiędzy nimi naprężyła się. Wejdźmin szarpnął za sznur i ściągnął miecz z pleców. Mlaskier próbował wygramolić się z więzów, ale lina zacisnęła się wokół niego z siłą, jaką nie dysponował. Odór obniżającej się, zmąconej mgły był nie do zniesienia. Grajek nie widział nic, prócz tego co wyobrażał sobie za zamkniętymi oczami.
W jednej chwili wszystko wokół ucichło. Lina odpuściła, zsuwając się z poety. Mlaskier otworzył powieki i rozejrzał się. Drugi koniec sznura zniknął za okapem dachu. Poeta zaczął go wciągać, aż dotarł do odciętego końca. Spojrzał w górę, ale nie było tam nic, prócz gwiazd.
W zupełnie innym, nie wiadomo gdzie znajdującym się miejscu, zimnym, głuchym i ponurym, dwóch jeźdźców Dzikiego Zgonu stało obok długowłosej, raczej mało zadowolonej postaci, i przyglądało się jej z przerażeniem.
– O FLAK – powiedział w końcu jeden z nich. – TOŚMY SIĘ POMYLYLY DECZKO. SZEF NIE BĘDZIE ZADOWOLONY.