Wschodzące słońce wzbiło się ponad wyrżnijmijskie domy i okryło złotym światłem porośnięte cekinami dachy. Przyroda budziła się tu do życia dwa razy szybciej z powodu licznych odblaskowych powierzchni, a cichy śpiew oślepionych ptaków przerywało nieustanne…
– Ile?! – krasnolud chwycił się za głowę. – ILE?
– Tyle, co powiedziałem – rzucił Gejralt, zamykając mosiężne wrota banku Fifaldich.
Założył okulary przeciwsłoneczne. Okulary były niezbędnym gadżetem w Wyrżnijmie w słoneczne dni.
– ILE?! – powtarzał krasnolud.
– Zołmanie, nie wrzeszcz tak, głowa mi pęka, przesadziłem wczoraj z alkoholem, a Fjutest przesadził ze mną. Po tej całej akcji z ryczywołem, nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
– Fjutest dał ci tyle kasy za nic? ZA NIC? Przecież to Porzeczka załatwiła potwora! Ty nic nie zrobiłeś!
– Zrobiłem zrobiłem, Zołmanie. Załatwiłem innego… – Gejralt zastanowił się – …potwora.
– Jezus Maria! Gejralt! Już nigdy nie będziesz musiał pracować! Możemy kupić sobie wszystko! Domy, konie, wozy! Wóz! Tak WÓZ! Kupmy sobie WÓZ!
Pomysły Zołmana nie miały końca. Krasnolud chodził w tą i z powrotem i z obłędem na twarzy wymachiwał rękami. Wejdźmin pozostawał niewzruszony. Miał kaca.
Mlaskier też miał pomysł. Splótł ręce pod brodą i z nadzieją zajrzał w oczy wejdźmina.
Gejralt uśmiechnął się i poklepał poetę po kędziorkach. Jego spojrzenie zawsze wywoływało w nim przyjemne ciepło.
– Prowadź – rzekł.
Z przyczyn bliżej dla Zołmana niewyjaśnionych, Gejralt stał się niewyobrażalnie zamożnym wejdźminem. Z przyczyn jeszcze bardziej dlań niezrozumiałych, nie kupił wozu. Wszystkie pieniądze oddał Porzeczce, zostawiając sobie tylko kilka par majtek i worek cukierków, którymi jak nigdy obdarował go Fjutest.
Mlaskier pomógł urządzić dziewczynce mały pokoik tuż nad jej ulubioną piekarnią, który Gejralt wytargował stosując wachlarz sztuczek wejdźmińskich (tych niestety nie da się tu opisać). Zadbali też o czyste ubrania i jedzenie, chociaż minęło sporo czasu nim nauczyła się, że może jeść więcej niż jedną kromkę chleba dziennie.
Porzeczka pokazała innym, że nawet najbardziej przerażający potwór może być dobry, a kiedy podrosła, stworzyła pierwszy przytułek w mieście, gdzie każdy był mile widziany. Rozsławiona przez ballady miszcza Mlaskra dziewczyna już nigdy nie zaznała chłodu, a „Krater Porzeczki” codziennie wypełniał się podarunkami od zamożnych mieszkańców, które Porzeczka przekazywała swoim podopiecznym. Nawet sam Fjutest wrzucił tam raz cukierka…
Wyrżnijma o tej porze roku wyglądała wyjątkowo. Wyjątkowo, jak sądził Zołman, obciachowo. Miasto pod rządami króla Fjutesta kwitło we wszystkich kolorach tęczy, albowiem władca (zdobywca dziewięciu statuetek ustanowionej przez siebie nagrody dla Najlepszego Króla Ever) słynął z zamiłowania do wszystkiego co mieniące się, błyszczące i ładne. Z tego samego powodu uwielbiał też swój tyłek. Jego skarbiec – pełen słodkości, kosztowności, majtek, cekinów – i monet (wybijanych przez bankierów zawsze wtedy, kiedy król uważał, że ma ich za mało) potrafił topić się niewyobrażalnie szybko i z tego król też był znany. No i jeszcze z paru innych rzeczy, o których może innym razem.
Ponieważ aura sprzyjała rozrywce i zbliżały się Święta Wielkanocne, wejdźmin, wspólnie z kompanami zadecydował, że zostaną kilka dni w mieście. Zołman co prawda protestował, ale przegrał w „papirus, nożyce, kamień”, a ustanowiona przez króla w niedalekiej przyszłości tradycja wkrótce sprawiła, że jeszcze bardziej znienawidził Wyrżnijmę – choć z biegiem lat nauczył się sobie z nią radzić. Znał kilka zaułków, do których królewska władza nigdy nie zaglądała, poza tym akurat dziś wolał unikać Fjutesta po tym, jak podbił mu oko. Wszedł do worka po kartoflach i poszedł spać.
Mlaskier, nie tracąc czasu na fochy krasnoluda, postanowił napisać nową balladę, toteż skierował się do miejskiego parku, gdzie otoczony flamingami z plastiku i prostytutkami niewiadomej płci zabrał się do roboty, uznając to wyjątkowe miejsce za odpowiednie.
Gejralt udał się na główny rynek, gdzie jak co dzień o świcie rozpoczynało się gwarne targowisko. Był głodny. Wśród licznych kupców, dopiero co rozkładających swoje stragany, spostrzegł słup ogłoszeniowy, a na nim długą wąską kartkę. Ubrudził ją bułką z czekoladą, którą wyłudził od cukiernika nim ten zdążył się zorientować i przeżuwając ją dokładnie i powoli, przeczytał tajemniczą wiadomość. Mruknął marszcząc brwi i schował ją do kieszeni.
Mijając robotników stawiających nowy pomnik Fjutesta, dostrzegł wysoką wieżę, której nigdy wcześniej nie widział. Tylko w sobie znany sposób skojarzył długą wąską kartkę i wysoką wieżę i spacerkiem ruszył w jej stronę.
Przesadnie szpiczasta budowla, opleciona schodami ze szpalerem półprzytomnych strażników na każdym stopniu, mogła należeć tylko do jednej osoby.
Gejralt podał ogłoszenie stojącemu pod drzwiami strażnikowi, a ten, spojrzawszy na nie smętnie, rzekł:
– Kto?
– Wejdźmin Gejralt.
– Nie znam.
– Ale on zna. Ja w sprawie ogłoszenia.
– Dobra, niech idzie.
Czterysta stopni później Gejralt przywitał się z kolejną przeszkodą. Służący, wyczekujący pod komnatą swego pana, spoglądał nieprzychylnym wzrokiem na postać przed sobą. Nie mogąc już znieść widoku oblizywanych z czekolady palców i towarzyszącemu temu uporczywemu mlaskaniu, zgodził się zapowiedzieć przybysza.
– Najwyższy Czarodzieju! – zaczął, otwierając kamienne wrota. – Wejdźm…
– Cicho – odezwała się wysoka czarna sylwetka w szpiczastym kapeluszu wyglądająca przez okno.
– Kazałeś nazywać się „najwyższym”? – spytał wejdźmin. – Żal. Nie możesz się po prostu… nie wiem, powiększyć jakimś zaklęciem?
– Już się powiększyłem – odparł czarodziej. – Poza tym, cicho!
Dyrdymał zeskoczył z drabiny, odpiął dolną część swej szaty, poprawił półtorametrowy kapelusz i wygodnie rozsiadł się w kartonie po jajkach machając nóżkami w bucikach ze szpiczastym czubkiem.
– Cicho powiedziałem! – wrzasnął ponownie. – Jak ominąłeś moją straż? Wynająłem tysiąc najlepszych mężczyzn w boju!
„Chyba w upoju”, pomyślał wejdźmin, włożył do buzi cukierka i rzekł:
– Powiedziałem im, że cię znam.
Dyrdymał rozszerzył oczy i przez chwilę nie ruszał się wcale. Nakazał służącemu zwolnić całą straż i zatrudnić nową. Wejdźmin poradził mu, aby polecenie wykonał w odwrotnej kolejności.
– I kup mi więcej jajek! – dorzucił jeszcze Dyrdymał.
Służący ukłonił się nisko. Kiedy wyszedł, Gejralt zwrócił się do czarodzieja, odgarniając włosy na bok.
– Przyniosłem ci dwa jajka – zagaił, rozglądając się po pokoju, w którym roiło się od pisanek. Zastanowił się. – To tego dotyczyło ogłoszenie, prawda?
Dyrdymał zaczął nerwowo chodzić w tą i z powrotem przyprawiając Gejralta o mdłości. Mogła to być też wina cukierków.
– Cicho! Mam plan – oznajmił zatrzymując się w końcu. – Będziesz moim ochroniarzem, na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie zamordować.
– A jajka?
– Malowanie kurzych jaj mnie odstresowuje – wyjaśnił czarodziej.
Gejralt nadymał usta.
– Malowanie?… – jęknął. – Trzeba było się jaśniej wyrazić w tym ogłoszeniu…
– Cicho! Zgadzasz się czy nie?
Gejralt wzruszył ramionami. Dyrdymał uznał to za tak, toteż wejdźmin udał się do pobliskiej tawerny, w której przesiadywała większa część jego straży. Zamówił martini z oliwką uznając, że fucha jaką właśnie zdobył jest całkiem przyjemna. Po chwili skupił wzrok na znajomej twarzy.
– Jędrek…? – zaryzykował zapytać.
Pękaty mężczyzna w czapce z futra niedźwiedzia zmrużył oczy.
– Gejralt? Kupę lat! – wrzasnął nagle stanowczo uderzając wejdźmina w plecy. – Ledwo cię poznałem!
– Ja ciebie też, ale sądząc po uderzeniu, dalej rąbiesz drewno – wykaszlał wejdźmin próbując złapać oddech.
– Mylisz się, siadaj! Powspominamy dawne czasy! – ucieszył się. – Lubię takie chwile! – kontynuował zaraz po wlaniu w siebie kufla piwa. – Tłuste żarcie, wódka bez popitki, męskie rozmowy o kobietach!
Gejralt odstawił martini i zdjął nogę z nogi.
– Tak – potwierdził.
Czasami się zapominał. A w zasadzie zawsze. Lub nigdy. On po prostu taki był.
– A co ty jesteś tak dziwnie ubrany? – zapytał Jędrek.
Gejralt poznał Jędrka, kiedy jako młody chłopak opuścił mury Homo Moher i spotkał grupę wędrownych drwali, z którą spędził niecały miesiąc. Opleciony cuchnącymi skórami niedźwiedzi, spał pod gołym niebem, jadł rękami, nie mył się za często, targał drewniane bale na własnych barkach, a nawet czołgał się w błocie, aby sprawdzić, jak to jest być – jak powszechnie uważano – prawdziwym mężczyzną.
Znudziło mu się.
– Pal licho te kozaczki – kontynuował drwal – ale ten różowy rzemyk to już przesada. I wychudłeś jakoś. Te spodnie z lamparciej skóry przywarły ci do tych szczudlastych nóg. I koszula jakaś za krótka, podarła ci się? Chyba nie powodzi ci się najlepiej, co?
Gejralt obrzucił spojrzeniem nadmuchany brzuch towarzysza i jego nieszczery uśmiech, sięgnął po kieliszek na długiej nóżce i odwrócił się bokiem na powrót zakładając nogę na nogę.
– Tobie chyba za to aż za dobrze – rzekł.
Gejralt nigdy nie lubił Jędrka. W myślach nazywał go Kutasem z Dębowego Pola.
– He! A żebyś wiedział! – chełpił się drwal. – Widzisz ten pasek? Najwyższej jakości, nie jakieś byłe co.
– A po co ci pasek? Raczej nic z ciebie nie spadnie… – burknął pod nosem wejdźmin.
– A wiesz, z czego jest mój żakiet?
– Nie wiem, ale dobrze, że materiał się rozciąga…
– Ze skóry małych owieczek! Sam zabijałem! A ty czyją krew masz na włosach?
– Słucham?
– Ten różowawy kosmyk… Jakiś triumfalny potwór, co? Ależ żeś nas wtedy zadziwił, jak wyznałeś, żeś jest wejdźminem! He! Chłopaki nie mogli uwierzyć. Rąbanie drewna nie szło ci najlepiej, ale mieliśmy chociaż z ciebie ubaw! No, ale jak na tych bagnach przegoniłeś te… no te…! Jak im tam było?
– Udupielce.
– No! Udupielce właśnie, tośmy nabrali do ciebie z chłopakami szacunku! – rzekł, ponownie waląc Gejralta w plecy. – Ale nie na długo! He he!
– Jezus Maria… Nie tak mocno – wykaszlał Gejralt, ale Jędrek po raz kolejny nie zwrócił na niego uwagi.
– A żeśmy się cały czas zastanawiali, po kiego wuja ci te dwa miecze i jeszcze noszone na plecach, jak jakaś fujara! No, ale gdyby nie ty, to pewnie byłoby już po nas. Pożarłyby nas żywcem!
– Niekoniecznie. Ale raczej by się wam nie spodobało – rzekł wejdźmin żałując, że wtedy pozbył się tych udupielców. Zmienił temat. – Co sprowadza cię do Wyrżnijmy?
Jędrek podrapał się po głowie.
– A co mi tam! – machnął. – Powiem ci, boś jest swój… – zastanowił się i nie dokończył. – Jesteśmy kolegami po fachu. Zostałem płatnym mordercą.
– To nie po fachu – skwitował Gejralt.
– Zabiję każdego, byle płacili złotem. – Jędrek pochylił się w stronę wejdźmina i pokazał mu portret. – To moje pierwsze zlecenie.
– Przepra-szam najmoc-niej, panie morder-co – wtrącił chwiejący się strażnik. – Czy mógłby mi pan podać tam-ten stojak ze-solą…?
– Kto jest zleceniodawcą? – zapytał Gejralt ubiegając Jędrka w podaniu soli.
– He! Sam król! Rozmawiałem z nim osobiście. Przyjął mnie wczoraj w swojej sypialni. Obok leżała jasnowłosa niewiasta, goluśka cała, a jaki tyłeczek miała… Ech! Taki król, to ma życie!
– Dzię-ku-ję… mości… panie …nko – strażnik oddalił się.
– Ale co ty tam możesz wiedzieć – ciągnął drwal. – To ja poznałem króla osobiście. Dał mi nawet sakiewkę złota na zaliczkę – rzekł, obgryzając ociekające tłuszczem świńskie udko.
Gejralt przewrócił oczami, na co Jędrek zareagował niekontrolowanym śmiechem. Według Gejralta nie było na świecie niczego gorszego niż jeść i śmiać się jednocześnie.
– Ale żeśmy mieli z ciebie ubaw! Po pachy! No teraz to wszystko mi się przypomniało! Ty i te twoje ruchy! A pamiętasz jak kazaliśmy ci zbierać szyszki do koszyczka? – Jędrek zanosił się coraz to bardziej drwiącym rechotem. Niewiele mógł już powiedzieć, więc ponownie uderzył pijącego martini wejdźmina w plecy, co tym razem nie odbiło się bez echa. Pech chciał, że Gejralt właśnie wciągnął oliwkę.
Wejdźmin kaszlnął i wypluł ją. Ta, szybując z dużą prędkością, odbiła się od przyłbicy jednego z bardziej pijanych strażników, który najwyraźniej stwierdził, że oberwał i upadł. Oliwka wylądowała w gardle próbującego napić się wódki innego strażnika. Gejralt wykonał gest Zołmana i przykładając dłoń do czoła próbował się za nią ukryć. „Naciśnijcie go z całej siły tuż pod brzuchem!” – krzyknął ktoś z tłumu, ale duszący się biedak był przecież w zbroi. Z pomocą – pokaźnym toporem i chwiejnym krokiem – ruszył dowódca straży, zamachnął się i rozłupał beczkowatą metalową zbroję. Nie dobrał jednak dobrze siły i wbił topór również w kark nieszczęśnika, który to w końcu wykrztusił oliwkę i padł na ziemię zahaczając o stół zastawiony żarciem. Dowódca uznał zadanie za pomyślnie wykonane. Oliwka wraz z jedzeniem ze stołu poszybowała w górę i trącając żyrandol rozbujała go, po czym z powrotem wpadła do kieliszka Gejralta. Znalazło się w nim też obgryzione kurze udko. Wejdźmin skrzywił się, po czym spojrzał na trzeszczący żyrandol. Następnie utkwił wzrok na spadającej, idealnej kropli wosku, która kapnęła Jędrkowi prosto na czoło. Potem druga. Trzecia. Potem spadła cała świeczka. A potem cały żyrandol huknął i runął na Jędrka, wzniecając niewielki pożar.
Gejralt siedział w bezruchu poruszając tylko gałkami ocznymi. Czuł na sobie wzrok całej gwardii. Spojrzał na wciąż uśmiechniętego, nie ruszającego się drwala, na oliwkę, na martwego strażnika, na żyrandol, znów na oliwkę i w końcu na tłum wlepionych w niego strażników.
– Cóż za… niefortunny ciąg zdarzeń – rzekł, odstawił martini, wstał, chrząknął i wyszedł.
Przedarł się przez czterysta stopni omijając czterystu urżniętych strażników i wszedł do komnaty Dyrdymała.
– Cicho! Moi strażnicy właśnie donieśli mi, że nic podejrzanego się nie dzieje – rzekł czarodziej na jego widok.
Gejralt zrobił dzióbek z ust.
– Znalazłem twojego mordercę – oznajmił.
Dyrdymał upuścił jajko.
– Pozbyłeś się go? – zapytał czarodziej.
– Tak jakby.
– Tak jakby?!
– Powiedzmy, że umarł ze śmiechu. Resztę będzie musiał wyjaśnić Fjutest. Chodź.
W tawernie pod wieżą zaczęto zapalać świece, bo po stracie żyrandola zrobiło się tu zbyt ciemno. Dyrdymał podarował właścicielowi swoje jajcarskie prace jako zadośćuczynienie, a ten postanowił przyozdobić nimi swój lokal. Gejralt wyjrzał za okno i podał Mlaskrowi kolejną pisankę, do której właśnie skończył przytwierdzać sznureczek.
– Nie widziałeś Zołmana? – zapytał.
Grajek pokiwał głową.
Orszak króla był już prawie na miejscu.
– Co tu się kurwa wyprawia! Tyle straży w moim mieście? Przecież tu się kurwa w ogóle nic nie dzieje – powiedział Fjutest zrzucając cekinową pelerynę na ziemię w towarzystwie królewskiego szwadronu, który wchodząc wyważył drzwi. – Pomijając wczorajszy incydent z jakimś zjebanym potworem, co rozpierdolił mój pomnik. Kurwa, jak tu ładnie! Dlaczego ja nie mam takich ładnych jajek?
Wejdźmin zachichotał po czym pomyślał, że rzeczywiście – nie ma.
– Gejralt! – ciągnął król. – Po co kazałeś mi przychodzić do tej zatęchłej dziury akurat o osiemnastej? Nie wiesz, kurwa, że o tej porze biorę kąpiel? Daj, kurwa, chociaż dotknąć włosów.
Fjutest podszedł do wejdźmina i już miał go szarpnąć za czuprynę, kiedy coś przykuło jego uwagę.
– Znam tego gościa – oznajmił król spoglądając na przygniecione żyrandolem uśmiechnięte zwłoki. – Kto to jest?
– To jest Jędrek – wyjaśnił wejdźmin. – Podobno go wynająłeś, aby pozbył się Dyrdymała.
– Co ty Gejralt, pojebało cię? Nie pamiętasz jak było? No ty akurat rzeczywiście możesz nie pamiętać – stwierdził chwilę później król klepiąc go w tyłek, po czym zwrócił się do czarodzieja:
– Sorry Dyrdymał, na śmierć o tym zapomniałem, najebany byłem. Gejralt zasnął ryjem w poduszkę i ni chuja nie dało się go obudzić, a że mnie ciągle brało na pieszczoty, to przejrzałem ogłoszenia, patrzę: Jędrek Żelazna Ręka, pomyślałem: No! Tego mi właśnie trzeba! A tu przychodzi taki obleśny typ i mówi, że zabije każdego, kogo wskażę. No myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale że byłem w nastroju do żartów i miałem twój portret na szafce nocnej, to mu dałem dla jaj, bo portretu Gejralta szkoda mi było oddawać. I ot kurwa, cała historia.
Fjutest oparł ręce na biodrach i wysunął miednicę do przodu. Rozejrzał się.
– To co, skoro już wyszedłem z domu, to muszę do niego wrócić. Albo nie! – krzyknął niespodziewanie. – Kurwa, w końcu są Święta! Zapraszam wszystkich na ucztę do tej tawerny i ustalam nową tradycję na cześć mojego przyjaciela Dyrdymała, wedle której, od tej pory, podczas Wielkanocy wszystkie jajka w mieście mają być pomalowane! A ciebie Gejralt – dodał psotnie – zapraszam na twoje ulubione martini z oliwką! A potem do mnie.
Wejdźmin westchnął.
– Tym razem wypiję bez – zadecydował. – Same problemy przez te oliwki, co nie Mlaskier?
Wejdźmin spojrzał na przyjaciela.
– Mlaskier? Mlaskier, do jasnej ciasnej! Te jajka nie!