Baba wodna przeciągnęła się na swoim leżu i jeszcze przez chwilę tępo patrzyła w sufit jaskini. O tej porze roku na moczarach powietrze było wilgotne i całą norę porastały mchy w kolorach zgnilizny – gustownych i, o ile Baba Wodna znała się na modzie, całkiem modnych.
Na śniadanie Baba zjadła paluszki ludzkie z glonami, po czym przyszedł czas na odświeżającą kąpiel w kupach przytarganych pieczołowicie z pola sołtysa Żytowita z leżącej tuż za wzgórzem wioski.
Baba wodna, trzykrotna laureatka mistrzostw moczarów na najbardziej Śmierdzące Pachy i Pachwiny, od razu poczuła się lepiej.
Po kąpieli był czas na tradycyjny poranny spacer w poszukiwaniu grzybów, ziół i zwłok. Baba ubrała się w swoją najładniejszą, wyjściową podartą starą szmatę i pieczołowicie natarła ciało wywarem z glizd i suszonego odbytu skunksa. Po zakończeniu toalety zrobiła już kilka człapiących kroków w stronę wyjścia i stanęła jak wryta.
– Grrrhhhhhhhh! – zdziwiła się.
W wejściu do jaskini była głowa. Zwisały z niej długie, srebrne włosy z pasemkiem na środku, a po drugiej stronie przyczepiona była reszta ciała ubrana w kolczugę z cekinów oraz baletki z koziej dupy.
Jednym słowem wejdźmin.
Baba, poważany w pewnych kręgach autorytet w dziedzinie teorii aerodynamiki Skoków do Gówna, wielkim susem odskoczyła w drugi koniec jamy i wyszczerzyła kły. Wejdźmin stał nieruchomo z mało inteligentnym wyrazem twarzy, ale Baba nie urodziła się wczoraj. O wejdźmińskich sztuczkach opowiadały legendy.
Wiedziała, że walczy o życie. Charcząc złowrogo skoczyła i uczepiła się ściany jaskini, zagarnęła ze szczeliny skalnej garść śmierdzącego błota i odbiła się w stronę sufitu, w locie dokonując półobrotu i rzucając nim w twarz wroga. Widząc że nie spudłowała, zawisła na suficie do góry nogami, czyhając na dogodny moment do skoku i przebicia szponami oślepionego zabójcy.
– Fuuuuuuuuuuj! – wejdźmin tupał nogami i pospiesznie wycierał twarz różową chusteczką, którą wyjął z pluszowego etui. Zamiast atakować, popsikał się jeszcze jabłkowymi perfumami.
To musiał być jakiś podstęp. Baba postanowiła, póki co, pozostać niezauważona. Kiedy Wejdźmin oczyścił mokre od łez oczy, położył ręce na biodrach i westchnął głośno.
– Ładnie to tak? Przyszedłem po cukier! Dla konia Pupci. O boże, jak tu brudno – jęknął, rozglądając się z niesmakiem po gustownie, zdaniem Baby Wodnej, urządzonym wnętrzu.
– A to? – Baba spojrzała na wskazaną palcem przez wejdźmina kupkę kości. – Oooo nie. No tak to nie może być. Proszę natychmiast zejść z sufitu.
Zdezorientowana Baba, przykładna i szanowana przez inne trupojady obywatelka Grzązkich Bagien, wpatrywala się w przeciwnika, i charcząc z dezorientacji, z hukiem spadła na dno jaskini. To musiał byc koniec. Wejdzmiński urok zadziałał, w każdej chwili miał spać na nią cios miecza.
– Dalej, dalej. Samo się nie posprzata – kontynuował wejdźmin.
Baba, chodzący przykład determinacji w dążeniu do wyznaczonych celów, podniosła wzrok na wroga, który wpatrywał się w nią znacząco i ostatkiem sił, rycząc, z nienacka skoczyła na niego wystawiając szpony. Wejdźmin jednak nie przejął się tym zbytnio i robiąc unik wcisnął w nie mopa.
Jaskinia lśniła czystością. W wypolerowanych kamieniach można było się przejrzeć, a w powietrzu unosił się zapach lawendy.
– I co, nie było tak źle – powiedział wejdźmin paląc cienkiego papierosa. – Warto by było jeszcze zaopatrzyć się w cukier. Choćby dla gości – wejdźmin popatrzył na babę sceptycznie. – A tak, muszę szukać dalej.
Gejralt opuścił jaskinię mrucząc coś pod nosem.
– Grhh – zacharczało ze zrezygnowaniem stojące wciąż na środku monstrum, ubrane w śnieżnobiały fartuszek, który pożyczył mu wejdźmin.
Baba, nowoodkryty talent w dziedzinie Higieny Jam i Nor, wróciła do leża.