Zapachu psa i aresztu nie dało się żadną miarą wziąć za zapach fiołków z lawendą. Wielka, czarna chmura zmaterializowała się na ścieżce strzelając na wszystkie strony błyskawicami. Rozwiewała się powoli, ukazując stojącą w kuszącej pozie sylwetkę czarodziejki stopniowo od stóp wzwyż, co bez wątpienia było dokładnie zaplanowanym efektem.
– Psia mać! – Dżemefer straciła cierpliwość i pomachała ręką żeby rozwiać ostatnie resztki chmury. – Nareszcie was znalazłam.
Przejeżdżający obok rycerz, zapewne jeden z amatorów słynnej nagrody za cmoka, tak zapatrzył się na czarodziejkę, że ledwo zdążył zatrzymać konia przed krawędzią urwiska. Niestety jechał dość szybko więc nie zdążył zatrzymać też siebie.
– Dżemmefer – powiedział Gejralt.
– Tak, ja! – wrzasnęła czarodziejka. – Gdybyś nie wypowiedział mojego imienia, to bym was nie namierzyła. Zgłupieliście do reszty? Czy wy ogóle zdajecie sobie sprawę jak niebezp..
– Dżemmefer – powiedział Gejralt wzdychając.
Przelatujący ptak patrzył na czarodziejkę tak intensywnie, że uderzył w ścianę skalną powyżej.
– Zamknąć się! Co tu się w ogóle dzieje? Zołman wygląda jakby bardzo chciał być gdzieś indziej, Mlaskier ocieka sosem, sądząc po zapachu, grzybowym, a o tobie, Gejralt, to już nawet mi się nie chce gadać. Mlaskier, dlaczego ociekasz sosem? Chociaż nie chcę tego wiedzieć.
– Dżemmefer – Gejralt skrzywił się.
– No co?! I dlaczego masz minę jakby ktoś ci nasrał do talerza?
– Jesteś goła.
– Co? – Dżemefer spojrzała na siebie. – A, tak – pstryknęła palcami, a na jej ciele pojawiła się czarna suknia.
Gejralt i Mlaskier chichotali i szeptali do siebie coś co kończyło się na “fuuj”. Dżemefer kopnęła ich małą błyskawicą.
***
– Dlaczego była wkurzona? – zapytał karczmarz.
– A kto ją tam wie – machnął ręką krasnolud. – Jej zdaniem powinniśmy byli ją ze sobą zabrać, bo, że zacytuję, takich trzech idiotów na potwora nie uradzi. I trochę dlatego, że sama miała ochotę na tego cmoka.
Karczmarz zachichotał polerując szklankę.
– No tak. Kobieta – powiedział – Ale uspokoiła się?
– Uspokoiła. Musiała, bo…
***
Zupełnie niespodziewanie, z całym impetem, wzbijając tumany kurzu, na środku ścieżki wylądował z rykiem trzygłowy potwór. Jego paszcze zionęły niebieskim ogniem, a jego długi, srebrny ogon rozdzierał powietrze ze świstem.
Gejralt odruchowo zrobił salto do tyłu wyciągając miecz. Dżemmefer odskoczyła a w obu jej rękach pojawiły się kule ognia. Mlaskier rył nosem ziemię w poszukiwaniu trufli.
– Cmok! – krzyknął Zołman wyciągając topór. – No to mamy przejebane!
Potwór nie atakował. Kręcił się powoli wokół własnej osi, ciężko stąpając łapami i pomrukując groźnie. Powoli przyglądał się wszystkim towarzyszom, którzy nie bardzo wiedzieli co zrobić. Walka nawet z mniejszym potworem wymaga strategii i przygotowań, a każde z nich było kompletnie zaskoczone. Wyjątkiem był Mlaskier, który, nie znalazłszy trufli, budował domek z kołdry i dwóch krzeseł.
– Zołman! – krzyknęła Dżemmefer. – Coś Ty powiedział?
– Cmok! – Zołman nie spuszczał oczu z potwora. – I że mamy przejebane!
Dżemmefer zmarszczyła brwi.
– Zołman. To nie jest cm…
***
– To nie jest cmok?
– Chyba tak. Nie jestem pewien co powiedziała, bo rozpętało się piekło – mówił ponuro krasnolud sącząc wódkę. – Właściwie od tamtego momentu to ja już mało co pamiętam. Potwór zaryczał i zaczął ziać na wszystkie strony, tak że mogliśmy tylko patrzeć, gdzie uciekać. A potem… upatrzył sobie Dżemmefer. I mnie. Staliśmy obok siebie a bestia rzuciła się na nas z zębiskami. I wtedy Gejralt…
– Waść, mówże szybciej!
Krasnolud westchnął i zamilkł na chwilę.
– Gejralt – kontynuował po następnym kieliszku – Wypił coś. Nie wiem co to było. Ale zaczął tak się błyszczeć, że potwór poniechał nas z Dżemmefer i rzucił się na niego. Specjalnie to zrobił, wiem, bo nawet już nie walczył. Potwór złapał go w szpony i przyglądał mu się, świecącemu, wszystkimi trzema głowami. Mlaskier złapał stwora zębami za nogę, ale na niewiele się to zdało bo… właśnie wtedy Gejralt eksplodował. Wybuchł po prostu. Tak jasno, że nic nie widzieliśmy przez następne dziesięć minut. A kiedy w końcu doszedłem do siebie, z potwora, Mlaskra i Gejralta zostało tylko to.
Krasnolud powoli wyjął z torby pomięty, nadpalony japonek i czarną od sadzy szyszkę i patrzył na nie smutno.
– A co z Dżemmefer? – zapytał karczmarz.
– Nie wiem.
Znów długa pauza.
– Gdzieś w międzyczasie wyczarowała portal i wskoczyła do niego mówiąc, że zacytuję, że coś jej tu bardzo śmierdzi. Przyznam, że zapach spalenizny był nie do zniesienia, ale…”
Krasnolud schował głowę w dłoniach.
„Pypryszę nastympne pywo.” – krzyknął jeden z gości. Karczmarz zignorował go.
– Twoi towarzysze wydają się bardzo dzielni – powiedział.
– Bo, kurwa, byli dzielni – Zołman mówił powoli, wpatrzony w jeden punkt. – Pieprzone spedalone cioty. Co ja bym dał, za te ich głupie żarty.
– Kochałeś ich?
– Tylko bez takich! – warknął krasnolud, ale zaraz potem łzy pociekły mu po policzku – Tak, kurwa. Kochałem. Na swój sposób. Kochałem, kurwa!”
Zołman położył głowę na blacie.
– Dy widzynia – powiedział ktoś – Dziynkuję za gośćynę.
– Haha, eliksir Y – zaśmiał się karczmarz wychodząc zza lady.
Zołman wciąż wpatrywał się w jeden punkt czerwonymi od łez oczami, ale w jego umyśle otworzyły się jakieś małe drzwiczki. Kilka neuronów połączyło się w łańcuszek. Orkiestra szarych komórek trafiła w znajomy klucz.
– Zaraz – powiedział. – Skąd on tu wziął taki zjebany eliksir?
– Zołmanie – powiedział łagodnie karczmarz odklejając sztuczne wąsy i zdejmując jednego japonka, którego miał na nodze – Zołmanie.
***
Nie jest łatwo przekonać ludzi o istnieniu czegoś, co nie istnieje, czego nikt nie widział. Jednakże w świecie, w którym na każdym kroku można spotkać takie stworzenia jak Belze–bab ze Swądogradu, Zrzyga z Wyrżnijmy albo Wypierdalać z Tąd, perspektywa Cmoka nie wydaje się nikomu aż tak nadzwyczajna. I komu właściwie ma się wierzyć w kwestii magicznych monstrów bardziej niż specjaliście? Rozpuszczenie wieści o rzekomym potworze to nie problem, a jeśli jeszcze rozłoży się kilka kup Hihihipotama w strategicznych miejscach, to można liczyć na to, że kłamstwo, powtórzone wiele razy, stanie się prawdą. Pewną niedogodnością było to, że król rychło wyznaczył wielką nagrodę za owego cmoka, ale zawsze można było postarać się o zlecenie na wyłączność. Sprawa wymknęła się nieco spod kontroli gdy chodziły słuchy, że nawet organizacja skrytobójców ostrzy sobie kły na pokaźną sumkę wyznaczoną przez Vinograd, a nawet stara się wyeliminować całą konkurencję, ale przejawów tego ostatniego Gejralt akurat nie zauważył. Trolle pilnujące jaskini też stanowiły problem. Wtedy Wejdźmin zaczął już wątpić w powodzenie przedsięwzięcia, ale na szczęście legwan pożyczony od Dyrdymała w połączeniu z mieszanką eliksirów “Kocham” i “Wyolbżymiam” podaną Zołmanowi rozwiązał problem. Tym w końcu zajmują się Wejdźmini. Rozwiązywaniem problemów.
***
Zołman patrzył na Gejralta, który jeszcze przed chwilą był karczmarzem i nie mógł uwierzyć własnym oczom.
– No chodź się przytul – powiedział Wejdźmin. Krasnolud zrobił to, ale po chwili odsunął się.
– Co.. Gejralt. Jak? Czy… – wystękał. – Czy to wszystko… Nie. Czy to było po to, żebym, kurwa, powiedział, że was kocham? Powiedz że to wszystko nie było tylko po to, żebym powiedział że was kocham.
Gejralt uśmiechnął się porozumiewawczo.
– Oż kurwa. Kurwa, oż. Kurwa. Mać. A cmok? Nigdy nie widziałem takiego wielkiego potwora!
– E, to tylko legwan. Ma na imię Pikuś – powiedział Wejdźmin. Zołman tylko patrzył na niego przez chwilę wytrzeszczonymi, zaczerwienionymi oczami.
– A… eksplozja? – krasnolud mówił coraz cieńszym głosem. – Gejralt, kurwa. Kurwa, widziałem jak wybuchasz.
– Efekty specjalne. Eliksir Supernowa. I trochę konfetti.
– A od kiedy umiesz prowadzić karczmę?! – krzyknął Zołman.
– Eliksir Karczmarz.
– A robić drinki!?
– Ten sam eliksir.
– A polerować szklanki?! Też eliksir karczmarz?!
– Nie, Zołmanie. To akurat nie jest takie trudne.
Krasnolud bez patrzenia sięgnął ręką po stojącą wciąż na barze butelkę spirytusu. Wypił ją duszkiem.
– A Dżemmefer? Gejralt, ona też się nabrała. Oszukałeś czarodziejkę. Wiesz co to oznacza.
– Tak. Biblijny potop. Już wkrótce. Ale nie z takimi rzeczami sobie radziliśmy – Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Kurwa – krasnolud opadł na krzesło. – A Mlaskier? Wiedział o tym?
– Właściwie to nie wiem. Trudno powiedzieć – zastanowił się Wejdźmin – Ale jest cały i zdrowy. Bawi się w błocie na zapleczu.
– Ja pierdolę – pisnął krasnolud. – Czyli nigdy nie było żadnego cmoka?
– Aaa… – powiedział Gejralt z uśmiechem robiąc usta
w dzióbek.
CMOK! – rozległo się cichym echem po sali.
Wejdźmin zrobił maślane oczy.
Krasnolud zaczął się śmiać. Wejdźmin też zaczął się śmiać.
Kilku gości karczmy na wszelki wypadek, gdyby miało ich ominąć coś śmiesznego, też zaczęło się śmiać. Krasnolud wstał.
– Zajebię Cię toporem – powiedział. – Dokładnie za trzydzieści sekund.
Gejralt przeskoczył z nóżki na nóżkę.
– Mlaaskieeer – krzyknął.
– Noo? – rozległo się z zaplecza.
– Wskakuj na Pupkę! – Wejdźmin w podskokach podążył w stronę wyjścia. – Tylko szybko. Hi hi.
To był ciężki dzień. A była, znów, dziewiąta rano.