Wzgórze nie było wysokie, ale rozciągał się z niego widok na większą część wioski. Można było rozróżnić postacie krzątające się przy swoich codziennych sprawach: pasterzy przygotowujących się do wyprowadzenia swoich stad, piekarza noszącego bale do jeszcze nierozpalonego pieca i drobnych pijaczków, którzy, mimo wczesnego ranka zdążyli już odśpiewać niezliczoną ilość różnych wersji tej samej wulgarnej piosenki.
Wejdźmin La Falluz przyglądał się tej krzątaninie w skupieniu, a następnie odwrócił się do swojego konia – Cypki. Zwierzę było jeszcze mokre na skutek ostatniej ulewy. Wejdźmin przejechał delikatnie palcami po futrze na wilgotnej Cypce, a następnie dosiadł jej zwinnym susem. Poruszając miarowo biodrami ruszył galopem w dół zbocza.
Tawerna, wzorem innych tego rodzaju przybytków, niezależnie od pory dnia sprawiała wrażenie zatęchłej piwnicy. Jak na poranek, klientów było sporo. Oprócz kilku dziadków i meneli, przysypiających po kątach, którzy zapewne nie ruszyli się stamtąd od poprzedniego wieczora albo i kilku dni, przy stole siedziało trzech groźnie wyglądających drabów, a w jednym mrocznym zakamarku facet ubrany w skrywający twarz kaptur tłumaczył coś o pierścieniu małemu osobnikowi o bosych, owłosionych stopach. Nikt nikogo nie obsługiwał, bo karczmarz kręcił się między stołami zajęty myciem podłogi szmatą na kiju, a kelnerek nie było. Zapewne nie skończyły jeszcze prywatnych usług, które świadczyły co bardziej zamożnym klientom w znajdujących się na poddaszu pokojach.
Później, na wszelki wypadek, mówiono, że do środka wpadła wtedy banda uzbrojonych żołnierzy. Ten jednak, kto tam był, zobaczyłby jedynie wchodzącego powoli osobnika pokaźnej postury. Był łysy, jego twarz zdobiły złowrogie tatuaże a bicepsy nie czyniły dziwnym zastanawiania się, jak w ogóle zmieścił się w podwójnych wrotach. Oczy miał osobliwe, jakby kocie.
La Falluz zasiadł przy barze i położył na sąsiednim stołku swoją pałę i miecz. Pała wyglądała nawet groźniej niż ostrze. Wykonana z metalu i nabita kolcami, nie pozostawiała wątpliwości co do tego, że mogłaby zmiażdżyć czaszkę nawet przy użyciu niewielkiej siły. A tej ostatniej La Falluzowi nie brakowało.
– Piwo – powiedział wejdźmin, a następnie spokojnie czekał, aż wreszcie wąsaty karczmarz uznał, że większość rzygów i krwi została już na tyle rozmazana po podłodze, że nie rzucała się zbytnio w oczy.
Karczmarz wszedł za ladę i bez słowa nalał mu kufel wyrżnijmijskiego portera. Nie odezwał się. W powietrzu dało się wyczuć napięcie. Kiedy wejdźmin wziął soczystego łyka, rzucił na stół monetę i otarł usta ręką, spojrzeli sobie w oczy.
– Szukam wejdźmina – powiedział La Falluz. – Zwą go Gejralt.
– Panie – powiedział karczmarz takim tonem, jakby mu ulżyło, że obcy w końcu się odezwał. – Gdzie mnie tam spamiętać wszystkich klientów. Może i był tu taki, a może nie…
– Tego byś spamiętał. Chudy taki, włosy srebrne.
– Zlitujcie się. Nawet jeśli tu był, to tutaj przewija się dużo przejezdnych, a co każden to jeszcze dziwniejszy.
– Lepiej pomyśl dobrze, panie karczmarz. Bo drugi raz nie zapytam. A jego dorwę i tak.
Zanim karczmarz zdążył dobrze przemyśleć swoją odpowiedź, ktoś popukał wejdźmina w ramię.
Trzech drabów, którzy wcześniej okupowali jeden z podniszczonych stołów pod ścianą, stało teraz za nim.
– Nie za dużo tych pytań? – powiedział ten największy, który prawie dorównywał posturą La Falluzowi. – Chyba pan do ciebie mówi ośle, że nie widział.
– No właśnie! – dodał ten z rozbieżnym zezem.
Trzeci obserwował wejdźmina z ręką na rękojeści czegoś, co miał wetknięte za pas. Mogła to być zwykła deska z gwoździem, ale mogł to też być sztylet.
La Falluz zmarszczył brwi, nieco zaskoczony, jakby zobaczył, że mucha usiadła mu na zadku, po czym odwrócił się z powrotem do karczmarza.
– Są tu jakieś inne tawerny, gdzie mógł się zatrzymać?
Któryś z drabów pchnął go ręką.
– Jak żeś ogłuchł, to my ci zaraz, kurwa, wbijemy do łba żebyś zrozumiał! – usłyszał za sobą.
– No właśnie! – dodał zezowaty.
Wejdźmin wykonał dwa ruchy. Jeden składał się z półobrotu, podczas którego złapał leżącą na stołku pałę i trafił tego największego tak, że ten tak jakby cały wywrócił się na lewą stronę, i jednocześnie tył naprzód. Drugi ruch zrobił palcami, tworząc znak. Dwóch pozostałych drabów zostało odepchniętych z taką siłą, że jeden wyleciał oknem, a drugi ścianą.
Kiedy opadł kurz, wejdźmin pociągnął kolejny łyk ze swojego kufla.
– Pytałem, kto jeszcze mógł go widzieć – rzekł do pobladłego karczmarza.
***
– Cicho! – syknął Zołman, wyglądając zza ściany drewnianej budki klozetowej przylegającej do kamienicy. – Nie widzę, gdzie jest. Widzisz, gdzie jest? Mlaskier, widzisz, gdzie jest? Mlaskier?
– Zołmanku – powiedział sennie Gejralt, który leżał u jego stóp na ziemi podpierając głowę ręką i żując jakiś patyk. Poeta gdzieś zniknął. – On nas nie zje. Przecież to twoje dziecko. Poza tym, nie spędzimy reszty życia schowani za wychodkiem.
– Mów za siebie. O boże! – Krasnolud zbladł. – Widzę go!
W pewnej odległości, spomiędzy domów wypełzło do rynsztoka niewielkie stworzenie. Miało trudną do określenia ilość nóg, dwa oślizgłe ogony i pyszczek, który na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem sympatycznie, ale po uważnym przyjrzeniu się można było odkryć, że jest to pomarszczony otwór pełen nieregularnie rozmieszczonych zębów. Na tym, co prawdopodobnie było głową, z jakiegoś powodu, stwór nosił niewielkich rozmiarów elegancki cylinder.
– Gejralt, jak teraz zaczniemy uciekać, to nas zobaczy? Czy to w ogóle ma oczy?
– Hmm. Oczywiście, że ma – oznajmił Gejralt. – Powtarzam ci, on tylko chce miłości. Dlaczego ty się w ogóle boisz? Sam mi mówiłeś, jak ważne jest, żeby okazywać uczucia swoim dzieciom. Poza tym już i tak nas widzi, bo popatrz, Mlaskier własnie go głaszcze i do nas macha.
Zołman nie musiał patrzeć, żeby wiedzieć, że to była prawda. Rozważył jeszcze kilka rozpaczliwych planów ucieczki, ale, koniec końców, machnął na Gejralta ręką, by ten poszedł za nim. Nawet jemu zdarzały się takie chwile, w których bezpieczniej czuł się z wejdźminem za plecami.
Z bliska stworzenie było o tyle bardziej przerażające, że całe jego ciało pokrywały macki i wypustki, z których wypływał brzydkiego koloru śluz. Na widok krasnoluda najeżyło się i wykręciło „głowę” do góry nogami, po czym wydało z siebie skrzeczący dźwięk, który brzmiał jak nieludzki szept. „Finken tinken kinken pinken globlglgg.”
– Ojej, no nie mogę! – ucieszył się Mlaskier. – Powiedział „tata”!
– Jeeezus maria – zbladł Zołman.
– No, pogłaszcz go. I przytul – pouczył go wejdźmin. – Zobaczysz, że natychmiast poczujesz instynkt tacierzyński.
– Zwariowałeś?
– Zaufaj mi, Zołmanku.
Krasnolud nie był do końca pewien, dlaczego to robi, ale uznał, że mimo lat wpędzania w tarapaty, wejdźmin nie kazałby mu z premedytacją dotykać czegoś, co rzeczywiście odgryzłoby mu głowę. Przełykając ślinę przyklęknął na jedno kolano i drążcymi ramionami, powoli i niechętnie objął stwora.
Ten, na znak radości, zadygotał, oblał go śmierdzącą mazią i oplótł macką, która nagle urosła.
– I jak tam Zołmanku? – powiedział Gejralt. – Czujesz miłość?
– Nie, czuję szambo. I nie mogę się ruszyć. Co właściwie ma się teraz stać?
– Nie wiem. Myślałem, że go pokochasz.
– Gejralt, odczep to ode mnie!
Interwencja wejdźmina nie była konieczna, bo Zołman Junior sam zwolnił uścisk, odpełzł i zagrzebał się do połowy w piasku.
– No i co zrobiłeś? – zmarszczył brwi Mlaskier. – Teraz płacze.
– Czego wy ode mnie chcecie?! – zirytował się ociekający szlamem Zołman. – Zrozumcie, jakiś potwór zgwałcił mnie kiedyś w lesie.
– Zgwałt – wtrącił Gejralt.
– I potem to ze mnie… wyszło. To nie jest dziecko. To jest pasożyt. Jajo potwora, które ten złożył we mnie wykluło się i wylazło to. Po jaką cholerę mam udawać, że jestem jego tatą?! Jak wy w ogóle możecie się tego nie brzydzić? A tamte dzieci, co, nie wiem jakim cudem, się z tym zaprzyjaźniły, mają szczęście, że jeszcze żyją!
– Mylisz się, mój kochany – odparł spokojnie Gejralt. – Zgwałt to bardzo szczególne stworzenie, wcale nie pasożyt. Jego dzieci, nawet jeśli ma je z przedstawicielem innego gatunku, zawierają dokładnie po połowie materiału genetycznego obojga rodziców. Ale w jednym masz rację, nie jesteś jego tatą. Jesteś jego mamą.
– Wiedziałem! – wykrzyknął Mlaskier, który głaskał stwora patrząc nieco z pode łba na krasnoluda. – A ty go nawet nie chcesz przytulać. A jest taki słodziutki i podobny do ciebie…
– Co… – Zołmanowi opadły ręce. – Ale przecież popatrzcie na TO.
Wejdźmin podrapał się po głowie. Coś mu w tej całej sytuacji nie pasowało. Wrócił myślami do zajęć z potworologii i tym, co mówiono tam o Zgwałtach i ich potomstwie. Pamiętał, że z jakiegoś powodu w Wejdźmińskim Bestiariuszu z Misiem na Okładce w dziale o Zgwałtach nie było obrazka przedstawiającego rozmnażanie… a ilustracji o takiej tematyce figurowało tam poza tym niewiarygodnie dużo.
– Już wiem! – krzyknął Gejralt. – Zołmanku, nic dziwnego, że masz trudności z zaakceptowaniem tego tutaj małego Zołmanka jako swojej najukochańszej pociechy!
– Tak? – Krasnolud schował głowę w dłoniach.
– Oczywiście! Bo… dziecko Zgwałta i istoty rozumnej to jedno z najpiękniejszych stworzeń, jakie w ogóle można sobie wyobrazić! I to dosłownie, jakie można sobie wyobrazić! Widzisz, taka istota jest również bardzo rozumna, pewnie jeszcze bardziej od ciebie, ale najważniejsze jest to, że każdy widzi ją na swój własny sposób! Dlatego dla dzieci był przyjacielem, mnie wydaje się po prostu mniejszą i ładniejszą wersją ciebie, Mlaskier to nie wiadomo co w nim widzi, ale jest urocze, a ty od samego początku bałeś się i brzydziłeś, co to będzie, więc teraz aż boję się zapytać, jak on dla ciebie wygląda…
***
Pan Gieniusz wbił ostatni gwóźdź trzymający zawiasy drzwi i poruszał nimi, by sprawdzić, czy działają. Wolał uwinąć się, zanim wróci żona, bo wiadomość, że ich dom stał się celem napaści mogłaby ją tylko niepotrzebnie wystraszyć. Hanna praktycznie nie miała przecież styczności z żadnymi mężczyznami oprócz swojego męża, a co tu dopiero mówić, gdyby dowiedziała się, że taki mięśniak, do tego z taką wielką pałą, przestąpił próg ich domu. Pewnie nie chciałaby tam więcej mieszkać.
To ci heca, pomyślał. Dwóch wejdźminów w jednym tygodniu, będzie co wnukom opowiadać. I obaj weszli przez zamknięte drzwi!
Większych szkód obcy właściwie nie wyrządził, ale sam Gieniusz trochę najadł się strachu, kiedy ten złapał go za fraki i jął wypytywać o tego poprzedniego, i mówiąc coś o karach i wyrokach, i że ktoś musi odpowiedzieć za swoje czyny.
Pan Gieniusz, prawdę mówiąc, dość miał niespodziewanych odwiedzin. Dlatego, kiedy jakiś czas później, siedząc w głównej izbie, usłyszał pukanie, udał, że go nie ma. Listonosz postanowił zatem przyjść kiedy indziej. Zwłaszcza, że nie miał dla Państwa Zwiędlaków żadnych przesyłek.
***
– Jesteś pewien, że to tak działa? – powiedział Zołman unosząc jedną brew.
– Nie – odparł Gejralt. – Zmyśliłem to. Ale to jedyne możliwe wyjaśnienie. A, jak głosi stare, wejdźmińskie porzekadło – jeśli w danej sytuacji odrzuci się to, co niemożliwe, to chodźmy do mnie.
– Po prostu powiedz mi co mam robić. Ale jeśli to nie zadziała, to obiecaj, że zostawimy już to obrzydlistwo w spokoju i zajmiemy się szukaniem twojej córki, która akurat ma tę przewagę nad … tym, że na przykład ma swoją własną twarz, i nie musi zjadać czyjejś.
– Tak właśnie zrobimy – odparł Gejralt, ale w myślach trochę posmutniał, bo, choć wolał się do tego nie przyznawać, sam już nie miał pomysłu na to, gdzie szukać informacji, które doprowadziłyby go do córki. – Przyjrzyj się swojemu synkowi, Zołmanku. I teraz skoncentruj się. Zapomnij o strachu. Porzuć uprzedzenia do bawienia się ze swoimi przyjaciómi pod kołdrą w…
– Gejralt!
– A, tak. Porzuć uprzedzenia do bycia mamą. Zapomnij, że cały czas myślałeś o tym jak to potwór włożył w ciebie jajko. He, he. Po prostu oczyść umysł.
Zołman westchnął i stanął w niewielkiej odległości od, wciąż zagrzebanego po części w piasku, potwora. Postanowił nie myśleć o niczym, tylko patrzeć.
Mijały minuty, ale nic się nie zmieniło. Krasnolud zaklął.
– Dość tego – zwrócił się do wejdźmina. – Wiem, że jest ciężko, i że nie wiemy gdzie szukać, ale zajmowanie się takimi pierdołami też nie pomoże! Gejralt, musimy działać. Jak cię to uszczęśliwi, to patrz, uściskam to coś z całych sił, żebyś może poczuł się zazdrosny, że ja mam swoje własne indywidualne dziecko, jakiekolwiek by ono nie było, a ty swojego nie możesz, bo nawet nie wiesz gdzie jest! Może, to cię ruszy i coś wymyślisz. Wiem, że tak będzie, bo ty zawsze coś wymyślasz!
Zołman, to powiedziawszy, podniósł machającego mackami Juniora i przytulił go, tym razem z całej siły, i choć plecy zlał mu zimny pot, zamknął oczy i dla dobra sprawy pocałował go soczyście w mackę.
Ku swojemu zdumieniu, nie poczuł jednak na ustach glutowatego szlamu. Kiedy otworzył oczy, to, co miał w ramionach nie było potworem.
– O boże… – wypowiedział nie wydając przy tym dźwięku. – Widzicie to?
Gejralt tylko się uśmiechnął.
– Jaki on piękny – wyszeptał Zołman i upadł na kolana, tuląc do siebie to, co dla każdego z nich wyglądało cudnie na swój własny sposób.
Mlaskier zaklaskał i podskoczył, a wejdźmin, choć szczęśliwy, zamyślił się.
Zołman miał rację. Myślał o córce, ale żadne rewelacyjne pomysły, jakieś odkrywcze rozwiązanie nie przyszło mu do głowy. Kopnął kamień. Ten potoczył się po ulicy, ale zanim zdążył bezwładnie dotrzeć do miejsca, w które celował, zatrzymała go jakaś noga.
– Wejdźmin Gejralt! – krzyknął łysy, pokaźnych rozmiarów osobnik o wytatuowanej twarzy.
– Eee… – wydusił z siebie Gejralt. – Nie.
– A więc to ty – powiedział nieznajomy, nie mrugając. – Przysyła mnie Wielka Rada Homo Moher. Niniejszym mam oznajmić ci, że za swoje liczne przewinienia, w tym porzucenie wejdźmińskich mieczy, obcowanie z kobietą a nawet spłodzenie potomka, zostałeś skazany. Czy z własnej woli poddajesz się karze?
– Ale przecież ja dopiero co tam byłem. Wtedy nic nie mówili…
– Proces rozpoczął się już wtedy. Wielka Rada nie ujawnia od razu swoich knowań byle przybłędom i do tego kryminalistom. A poza tym, już po twoim wyjeździe wyszły na jaw kolejne z twoich niegodnych uczynków. Czy poddajesz się karze?
Między nimi stanął krasnolud, który, oddawszy delikatnie Juniora w ręce Mlaskra, trzymał teraz oburącz groźnie swój topór.
– Słuchaj no! – wrzasnął. – To był dla mnie ciężki dzień. A ty właśnie grozisz mojemu przyjacielowi. Jeszcze jeden krok, i ta twoja pała znajdzie się tam, gdzie wejdźmini lubią najbardziej!
Ten drugi nie odpowiedział.
– Zołmanku – westchnął Gejralt. – Dziękuję. Ale nic nie możesz poradzić. Tak musi być. Jestem przecież wejdźminem, no i, w zasadzie, wszystko co mówi jest prawdą…
– Ale Gejralt…
Gejralt tylko pogładził go po włosach i pokręcił przecząco głową.
– Poddaję się – powiedział głośno.
La Falluz skinął powoli. Gejralt odłożył miecze.
Zołman kurczowo zacisnął w rękach topór, ale wiedział, że jeśli jego przyjaciel mówi coś takim tonem, to faktycznie nic nie da się zrobić.
– Wejdźminie Gejralcie, niniejszym wymierzam ci najwyższą karę Akademii Homo Moher za postępowanie niegodne i nielicujące z mianem wejdźmina – oznajmił gromko La Falluz.
Gejralt przytaknął.
Następnie lekko się pochylił.
Ten wielki podszedł do niego i bardzo delikatnie, dwukrotnie dał mu klapsa w pupę.
– A ti! A ti! Niedobry wejdźmin! – powiedział zalotnym głosikiem.
Gejralt zachichotał.
– Hej! Masz obowiązek odpowiedzieć formułą! – skarcił go La Falluz.
– A, faktycznie. Ekhmn, ajć, ajć! Oj jak boli! – poprawił się Gejralt. Następnie wziął z powrotem swoje miecze, przeciągnął się i mrugnął do La Falluza.
Zołman złapał się palcami za nasadę nosa.
– No dobra – rzekł łysy wejdźmin. – Skoro sprawiedliwość została wymierzona, to teraz powiem ci, Gejralt, że w Homo Moher niedobrze się dzieje. Lepiej na razie tam nie wracaj.
– Nie mów, że syfilis.
– Właściwie to tak. Ale nie o to chodzi. Nasza największa wieża runęła. Niektórzy uznają to za złowróżbny znak. Zwłaszcza, że stało się to podczas dziwnej, jakby magicznej burzy. A na domiar złego nie ma kto wszystkich trzymać w ryzach, bo nikt nie wie, gdzie jest Wazelin.
– Jak to, nikt nie wie, gdzie jest Wazelin? Zazwyczaj wtedy jest z tyłu.
– Więc nic o tym nie słyszałeś? Wieści ostatnio powoli się rozchodzą… Mówię ci Gejralt. Coś złego się dzieje.
– To, to ja akurat wiem – mruknął Gejralt.
Kiedy La Falluz, zadowolony z wzorowo wypełnionej wejdźmińskiej misji oddalił się celem spożycia pokaźnej ilości alkoholu, zostali sami. Mlaskier tłumaczył Zołmanowi jak przewijać dziecko, co prowadziło do pewnych nieporozumień, ponieważ oprócz tego, że poeta nie miał o tym zielonego pojęcia, obaj najwyraźniej widzieli go zupełnie inaczej. Obojgu przy tym wydawało się, że dziesięciolatków się nie przewija. Ale nie byli pewni.
Wejdźmin przyglądał im się, mając wrażenie, że gdzieś w jego głowie dzwoni jakaś myśl, która była bardzo ważna, i która nadałaby sensu ostatnim wydarzeniom, ale nie mógł jej uchwycić. „Wieści ostatnio powoli się rozchodzą…”
