Rozdział XII – „Okres burz”, Część I

Barman, który sprzątał karczmę, patrzył na plamę i kiwał głową ze zrezygnowaniem. Impreza była przednia: ostatni klient, pewien niedowierz, który tej nocy został wejdźminem, wyszedł dopiero przed chwilą.
Normalnie porządki polegały na zgarnięciu łopatą kufli i niedopałków walających się po kątach, ale ta konkretna plama niosła ze sobą ryzyko. Rozlany płyn układał się w kształt niewyraźnie przypominający wyjątkowo paskudną twarz. Piwny Fjutest był jeszcze brzydszy niż w rzeczywistości.

Król nie znosił przedrzeźniania. Świtało już, a władca znany był z porannych wizyt w karczmie Wypruty Flak aby zdrowo rozpocząć dzień od kilku butelek wódki. Mówiąc ktrótko, lepiej, żeby tego nie widział. Barman przypomniał sobie, że na wyposażeniu przybytku nie znajdowała się nawet szmata, a o mopie nie było co nawet marzyć. Rozejrzał się z zakłopotaniem drapiąc się po głowie.
Drzwi otworzyły się. Fjutest natychmiast odnalazł wzrokiem swoją karykaturę. Karczmarz rozważył rzucenie się na podłogę i zakrycie jej własnym ciałem, ale król tupał już nogami i krzyczał o swoim stanowczo nie takim dużym nosie. Rycerz z jego obstawy, przypominający modela z najznamienitszych wybiegów Domu Mody Dobrze&Banana, który czekał przed drzwiami zajrzał do środka. Uspokajał króla przez dobre dziesięć minut. Zaproponował królowi polowanie, na które ten przystał przez łzy. Lubił sobie czasem coś zabić dla sportu. Chodziły później słuchy, że spotkali tam dziwne stworzenia. Żołnierze zrobili sobie potem z nich rękojeści do mieczy.

***

Wejdźmin otworzył oczy.
Zanim przyzwyczaił się do ciemności, poczuł chłód kajdan na swoich nadgarstkach. Rozejrzał się. Większość pomieszczenia tonęła w cieniu, ale nie było wątpliwości, że na ścianie po jego obu stronach byli przyczepieni Mlaskier i Zołman. Grajek dyndał sobie nogami a krasnolud wisiał ponuro, z miną mówiącą coś, od czego więdną kwiaty. W cieniu, kilka metrów przed nim stała w cieniu jakaś postać.
– Dżemmefer – powiedział do postaci wejdźmin.
– Och, Gejralt – usłyszał głos czarodziejki. Tyle, że nie dochodził on od strony strażnika. Dżemmefer, jak się okazało, była przykuta do ściany zaraz za Zołmanem.

– Gejralt. Co to ma znaczyć? Kim oni są i dlaczego nas uwięzili?!

To było dziwne. Wejdźmin wytężył wzrok, aby przyjrzeć się postaci, która stała w półmroku przed nimi nieruchomo. W otwartej przyłbicy odbijało się światło pochodni. Z wnętrza hełmu wystawało zaś coś, co wyglądało na szklany pojemnik, w środku którego dawał się poznać niewyraźny kształt ryby.
– Zamknąć się! – krzyknął strażnik bulgocząc. – Jesteście teraz więźniami księstwa O’koń! Będziecie grzecznie oczekiwać egzekucji! Hahahaha!
– E tam – przewrócił oczami wejdźmin wyjmując swoje chude ręce z kajdan. – Więźniami, więźniami. Mamy większe problemy.

Przy akompaniamencie gróźb strażnika lekko zeskoczył na ziemię. Wypił sobie eliksir “Mały Robaczek”, który, jak wyjaśnił, miał sprawić, że na chwilę jego palec stałby się tak mały, że można by go było wsunąć do zamków w kajdanach. Eliksir zadziałał, i wejdźmin począł uwalniać towarzyszy. Wszyscy odwrócili wzrok, ale nic nie powiedzieli. Po latach znajomości z Gejraltem i tak żadne z nich nie liczyło, że to będzie palec.
Gejralt uwolnił Mlaskra, który w podskokach podbiegł do strażnika, wyjął akwarium z hełmu i wziął je sobie pod pachę z wyraźnym zadowoleniem. Zołman burknął coś pod nosem i ocierał nadgarstki. Dżemmefer na wszelki wypadek wejdźmin pominął, ale za to wyswobodził Romka i Dyrdymała, którzy wisieli w drugim kącie lochu. Zastanowił się chwilę.

– Dyrdymał? – powiedział.
– Nie. Święta Kalkuta z krainy Jeży – odparł czarodziej. – Teraz i tak już za późno.
– Romek? – powiedział Gejralt. – Na co za późno?
– Dostałem zlecenie na jakieś ryby – powiedział smutno Romek. – Ale złapali mnie.
– Na wszystko za późno, kretynie! – krzyknął czarodziej, który, stojąć już na ziemi, sięgał wejdźminowi do pewnej wysokości. Pospiesznie zrobił krok w tył. – Zobaczyłem przeszłość w mojej magicznej kuli. Najnowszy model, Wróżbix 2000. Ma zasięg dwóch miesięcy w czasie i praktycznie nielimitowanej odległości. Najnowsza wersja systemu trochę muli, ale wciąż czekam na aktualizację.
Wejdźmin zamrugał oczami.

– A, tak – otrząsnął się Dyrdymał. – Czy ty wiesz, co żeście narobili?
– Noo – powiedział Gejralt i zrobił krok w przód. – Przecież oni totalnie byli raczej trochę pełnoletni. Zresztą w niektórych księstwach wiek…
– Cicho! Żeście musieli to wy wszystko spowodować. Ale już się stało! – Dyrdymał zrobił krok w tył. – To musiało być wtedy co zachlaliście z tym całym Niedowierzem!
– Nooo nie wiem – odezwał się syczący głos ze ściany w kącie. Wiszący w kajdanach niedowierz podniósł jedną brew. Dyrdymał przez chwilę przyglądał się mu, westchnął i odchrząknął. Zamachał w powietrzu rękami.
– Może jeszcze da się to odkręcić – burknął. – Spróbuję was ostrzec. Ale po takim czasie moje zaklęcie potrwa tylko chwilę. – Mam nadzieję, że, debile, zrozumiecie przesłanie.

Magiczne iskry, które krążyły przez chwilę jak świetliki powoli ułożyły się w kształt okna, które zawisło w przestrzeni. Dyrdymał otworzył je, i wychylił się do środka. Zaledwie po kilku sekundach okno rozprysło się z głośnym POP!, a czarodziej został odrzucony do tyłu.
– Nie zrozumieliście – powiedział. Skoncentrował się na powrót i wyczarował okno drugi raz.
Cała sytuacja powtórzyła się. Czarodziej opadł z sił i dał za wygraną, chociaż zdążył jeszcze raz otworzyć portal i wyjąć sobie z niego kieliszek wódki.

– Wódka niezdrowa – rozległ się głos z narożnika. – Mundo nie lubić wódka.
– Zamknij się! Uwolnij nas i wszystkich ich natychmiast pozabijaj! – warknęła wisząca obok Murzyna Ruch Anna.
– Mundo być zakuty – odparł wyniośle niski głos. – Zresztą Mundo nie zabijać. Mundo pacynka.
– Pacyfista, cholera. Jak już – poprawiła Anna. – I tak, Mundo być zakuty!

Wejdźmin nie miał przy sobie eliksiru Pies, ale jego oczy przywykły już do ciemności. Musiał sobie poradzić widząc na kolorowo. Powiódł wzrokiem po wiszących na ścianach postaciach oraz pustej zbroi stojącej u wejścia. I drugiej zbroi zawierającej akwarium, której jeszcze przed chwilą tam nie było.
– Co to za hałasy! – wrzasnęła ryba. Z przerażeniem spojrzała na Mlaskra, trzymającego pod pachą akwarium – Ej, ty! Natychmiast uwolnij zakładnika!

Ryba krzyczała na nich wypluskując trochę wody ze swojego hełmu. Reszta jej zbroi stała nieruchomo, ponieważ, jak zauważył wejdźmin, z tyłu miała przyczepiony stojak. Gejralt zastanawiał się przez chwilę, jak właściwie rycerze księstwa O’koń robią… cokolwiek. Na przykład się przemieszczają. Albo zakuwają ludzi w kajdany. I wtedy wszystko stało się naraz.

Dżemmefer straciła cierpliwość i wyczarowała dwie ogniste kule, które rozświetliły pomieszczenie. Lada chwila miała je wystrzelić, ale jeszcze rozglądała się, w kogo. Romek zacisnął oczy i podkulił nogi. Zołman począł biec w kierunku wyjścia. Mundo toczył z Ruch Anną zażartą dyskusję na temat wyzyskiwania przez rządzące elity zwykłego obywatela. Dyrdymał ostatkiem sił wyczarował drzwi, wbiegł do nich, ale zapomniał najpierw otworzyć. Podniósł się z ziemi, potarł czoło, otworzył je, wbiegł do środka i nie stało się nic, ponieważ były to całkiem zwyczajne drzwi. Stał więc po drugiej stronie nieco zdezorientowany. Niedowierz patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Mlaskier wyjął sobie drugiego strażnika i karmił rybki. Kule ognia w rękach Dżemmefer zagrzmiały mocno topiąc jej kajdany i wtedy… zatrzęsła się ziemia. Zatrzęsła się tak, że puste zbroje rozsypały się, z sufitu poleciał gruz a wszyscy, którzy jeszcze stali zachwiali się na nogach.

Wejdźmiński medalion z serduszkiem zadrżał mocno.

Kule zgasły. Zapadła martwa cisza. W suficie pojawiły się wyrwy, przez które wpadało światło słońca i tworzyło promienie w unoszącym się kurzu. Wejdźmin bez słowa wybiegł na zewnątrz, omijając walające się na podłodze kawałki zbroi. Światło dnia oślepiło go na chwilę. I zobaczył.
Gigantyczne, czarne kolumny wyrastały z grup rozgniecionych jak wykałaczki drzew. Wysoko nad nim z rogatego pyska miarowo buchała ognista para. Wielkie cielsko majestatycznie dominowało nad okolicą niczym całe pasmo górskie. Mikroskopijny wejdźmin, znacznie mniejszy niż marmurowe kopyta potwora zadarł głowę. Martwą ciszę przerywało tylko sapanie ryczywoła. Ptaki nie śpiewały.
Ze schodzącego pod ziemię wejścia do lochu wygrzebał się Mlaskier, który nic nie zauważył.
– Gejraaalt – powiedział. – Co to są farfocle?

Wejdźmin przyłożył palec do ust, nie odrywając wzroku od zakrywającego większą część nieba łba. Grajek podążył za jego wzrokiem i zrobił słodką, zmarszczoną minkę.
– Hm – wzruszył ramionami. – Zawsze nam przerwie porządną niebezpieczną sytuację. To coś.

Wejdźmin kalkulował. Nie dało się uciec. Ani uratować wszystkich. Wtedy powoli w uszach zadźwięczało mu to, co właśnie powiedział jego towarzysz. Zadźwięczało, po czym leniwie przespacerowało się po nerwie słuchowym do mózgu. Tam rozsiadło się na fotelu i poczęło być znaczące. Wejdźmin powoli spojrzał na przyjaciela, a jego oczy stawały się coraz większe.
– Mlaskier! – powiedział. – Ryczywół odbiera emocje przez skórę. Porzeczka miała do ciebie tyle sympatii!
– To moje ulubione warzywo – powiedział Mlaskier.
– Rozumiesz? – krzyknął wejdźmin. – Pojawia się, kiedy ci coś grozi! Ona chce cię obronić!
– Aha – powiedział grajek.
– Idź i go pogłaskaj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *