Rozdział IX – „100000 lat Zołmana”

Trzy dni później, wszystko wróciło do normy.

Zołman próbował strącić dyndającego na gałęzi towarzysza długim patykiem. Mlaskier wlazł jeszcze wyżej, więc krasnolud machnął ręką i usiadł na kamieniu.

– To nie złaź. – powiedział.

Mlaskier zlazł i położył się na ziemi twarzą w dół. Krasnolud jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu wygrzebał sobie z leżącej obok torebki Gejralta przypadkową butelkę, którą wypił jednym haustem bez czytania i zamilkł. Mlaskier, widząc że jego zachowanie nie irytuje już krasnoluda wstał i otrzepał się.

– Gejralt? – krzyknął. – Chcesz pobawić się w dom?

– Nie teraz! – odpowiedział Wejdźmin, który właśnie wyłonił się z wysokiej trawy. – Zbieram jagódki.
– Zołman coś wypił.
– Eliksir Ja Pierdolę – przeczytał Gejralt na butelce wciąż trzymanej przez Zołmana, który siedział zapatrzony w przestrzeń – Ha ha.
– Co to robi?
– Sprawia, że czas mija ci wolniej.
– Jak to wolniej?
– Wydaje ci się że każda minuta to około, no niech pomyślę… owoc ostrokrzewu, tak, jakieś siedemset lat.
– Ja pierdolę! – ucieszył się Mlaskier szerokim uśmiechem – Ale będzie zły jak mu przejdzie. Długo to trzyma?
– Wypił tylko trochę. Jakieś piętnaście minut. Zdążymy rozbić obóz.

– Człowiek całe życie uczy się na błędach. – powiedział Mlaskier tydzień później wylewając na trawę resztki gulaszu z szyszek. – Znowu film nam się urwał.

Gerjalt beknął i zachichotał. Po chwili jednak spoważniał.

– Mogło być gorzej. – stwierdził – Podobno nie można łączyć eliksirów z szyszkami.
– A co niby miałoby się stać?
– Nie wiem. Tak mówi legenda.
– Srenda. Zołmanowi nie powininno już minąć to Ja Pierdolę?
– Powinno. Ale…
– Co?
– Nie minęło.

– RATUNKU! – głos dochodzący od strony ścieżki odbił się echem po drzewach.

Mlaskier poderwał się na nogi, zerwał szyszkę z drzewa, wplótł ją sobie we włosy i usiadł z powrotem śmiejąc się cicho. Gejralt, bardziej czuły na ludzkie nieszczęście, przyglądał się uważnie swoim pomalowanym na srebrno paznokciom. Ale zerknął na nadbiegającą postać.

– Dziewczyna w opałach – powiedział. – Albo może umięśniony mężczyzna? W opałach. Z wysokim głosem. Tutaj! Tutaj!

– Ratujcie!

Tajemniczy gość okazał się jednak dziewczyną. Gejralt przewrócił oczami.

– Przed czym? – odkrzyknął.
– Wonszołak panie! Wonszołak!
– Wonszołak? – zapytał Mlaskier.
– No. Brzmi jak robota dla Wejdźmina – powiedział Gejralt z uśmieszkiem i zatrzepotał rzęsami.

Mlaskier, ubrany w dół od bikini i kapelusz z wypchanym ptakiem przytaknął i z całej tej ekscytacji zjadł garść piasku.

– Idziecie czy nie?! – krzyczała nieznajoma przez łzy.
– Tak – powiedzieli w tym samym momencie.
– A Zołman? – zapytał Mlaskier. – Zostawimy go tu samego?
– Lepiej nie. Kilkadziesiąt tysięcy lat samotności mogłoby mu zaszkodzić.

Dziewczyna zaprowadziła ich do ojca – sołtysa wioski Polędwica. Wioska ta znana była w okolicy z tego, że spośród wszystkich dziesięciu mieszkańców czterech było kozami. Przed chatą zaparkowali Pupkę z przerzuconym przez jej grzbiet Zołmanem.
– Panie wejdźmin, ratujcie – mówił Sołtys. – Mamy tu jakiego wonszołaka. Czai się to po lesie i jak kogo dorwie to potem chłopy z wioski nie mają siły chodzić. Ani siedzieć.
– Tak. Wonszołaki mają to w zwyczaju – powiedział Gejralt. – Najczęściej przy pełni księżyca, człowiek dotknięty wonszoksiężycołakopotworonomią przeistacza się i rusza… na łowy.
– Panie, a gdzie mnie wiedzieć takie rzeczy. To wyście specjalista.
– Tak. Wiadomo kto to?
– Nie wiadomo. Ale moja córka, Kasia, słyszała więcej.

Kasia spłonęła rumieńcem.

– Od tygodnia ani jeden ludź po zmroku nie wyjdzie z domu – powiedziała. – Teraz po wsi mówią, że potwory są dwa. Jeden ma szyszki we włosach a drugi srebrne pazury.

Gejralt i Mlaskier spojrzeli na siebie. Wejdźmin włożył ręce do kieszeni a Mlaskier wygrzebał coś ze swojej głowy i zjadł, chrupiąc powoli i głośno w ciszy, która zapadła. Sołtys patrzył wyczekująco.

– Niestety nie możemy wykonać zlecenia, gdyż miecz mi się wygiął. Właśnie teraz – powiedział wejdźmin zdecydowanym tonem.
– Jak to się wygiął? – zapytał zrezygnowany sołtys – Miecz? Ze stali?
– Z czekolady – poprawił Gejralt. – Do widzenia. Mlaskier, chodź.

Wioska Polędwica była już tylko jasną kropką na horyzoncie.
– Nigdy więcej szyszek i eliksirów – stwierdził wejdźmin zakładając uzdę na jakiegoś konia, gdyż Pupka zajęta była przez Zołmana. – Dobra Pupka.
– Człowiek całe życie uczy się na błędach – powiedział Mlaskier zakopując butelki. – Patrz, Zołman drgnął. Chyba mu przechodzi.

– Ja Pierdolę – powiedział cichutko krasnolud, wrzasnął, wytrzeszczył oczy, spadł z konia i pobiegł do lasu.
– Krasnolud też – dodał filozoficznie grajek patrząc jak Zołman biega między drzewami wydzierając się wniebogłosy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *