Dżemmefer była zła i to już od dłuższego czasu.
Wiedziała, że cmoki nie istnieją i wiedziała, że Gejralt coś kombinuje, ale po cichu miała nadzieję, że to wszystko mogło być jakimś wymyślnym planem, który zaplanował wejdźmin aby w końcu porzucić swoje dziwne zapędy i skraść jej całusa. Kiedy, już po wszystkim, połączyła fakty i okazało się że przedmiotem niecnych knowań Gejralta był Zołman, była zła.
A złość czarodziejki to nie przelewki.
Na ścianie usiadł komar.
Czarodziejka wyczarowała małą czarną dziurę, która wciągnęła pół ściany, biurko, zabytkową wazę i spinacz. Komar się uratował i przefrunął na półmisek z owocami, na którym zrobił kupę.
Dżemmefer zaklęła. Odwróciła się na pięcie aby dramatycznie wyjść z pomieszczenia, zapomniała jednak, że stała na krawędzi schodów. Dziewiętnaście fikołków później była na parterze swojej wieży. Czarodzieje na trzech niewielkich obrazkach wiszących na ścianie podnieśli do góry kartki z ocenami.
Wstała, uderzyła się w głowę o belkę i przypomniała sobie, że w jej wieży jest jeszcze piwnica. Po dwunastu fikołkach w dół i krótkiej wspinaczce na górę, dotarła do salonu.
Po drodze, wściekła, kopnęła wiaderko stojące przy ścianie i stwierdziła empirycznie, że wcześniej należało do robotników wykonujących jej ostatni remont, co tłumaczyło, dlaczego jest pełne betonu. Po dokuśtykaniu do kanapy opadła na nią ciężko. Niestety, dwa dni wcześniej przestawiła kanapę w drugi koniec pokoju. Kiedy się podniosła i w końcu opadła we właściwym miejscu, postanowiła się zdrzemnąć.
Zamiar ten udaremnił cichutki dźwięk bzyczenia. Znowu komar. Dżemmefer rozejrzała się nie zmieniając wyrazu twarzy. Owad siedział na jej ulubionej lampce w kolorze indygo. Trudno, pomyślała strzelając w niego kulą ognistą. Zdążył umknąć mijając pocisk o włos, i gdyby Dżemmefer nie podejrzewała, że z tego wszystkiego zaczyna już mieć halucynacje, byłaby pewna, że zobaczyła jak mijając jej ogniste zaklęcie odpalił sobie od niego malutkiego papieroska.
Po ugaszeniu stołu, firanek i stojących pod oknem skrzynek z dynamitem, oraz upewnieniu się że komar gdzieś poleciał, wróciła na kanapę i opadła na nią ciężko. Myślała o Gejralcie.
Pamiętała, jak wiele lat temu poznała go u wrót tej właśnie wieży. Zapukał do jej drzwi, a ona otworzyła. Był takim męskim, prawdziwym facetem. No, może “męski” to złe słowo. Ale był facetem. No, w każdym razie był prawdziwy. Myślała, że trafiła na swojego księcia z bajki. Jej hobby, pokaźna kolekcja przedmiotów o osobliwych, głównie podłużnych kształtach nie mogła przecież zastąpić miłości. W każdym razie nie w stu procentach. No, może i mogła, i to w stu procentach, ale chodziło o zasadę.
Okazało się wtedy, że Gejralt przyszedł właśnie w tej sprawie. Usłyszał o kolekcji i wykoncypował, że mogłaby mu to i owo pożyczyć. Założyła, że pewnie pomyślał, że z tą podłużnością to chodzi o miecze, albo coś takiego. Wojownik z krwi i kości. Myliła się.
Zdarła z siebie szaty i rzuciła się w jego ramiona. Wejdźmin zapiszczał, unieruchomił ją znakiem i uciekł.
Wydostała się z pułapki dopiero tydzień później. Była tak zła, że dogoniła go i wtrąciła do lochu, choć szczerze mówiąc, złość była tylko pretekstem, by zakuć go w kajdany. Kiedy właśnie zacierała ręce, aby zrobić użytek z sytuacji, na ratunek przyszli mu śmieszny poeta i krasnolud. Wtedy ich poznała. Tak ją to rozczuliło, że odpuściła. Powiedziała im tylko na odchodne, żeby jej nie wkurzali, bo będzie biblijny potop. Często bywała zła przed potopem. Nie była pewna, czy zrozumieli, że chodziło o jej okres.
Na zewnątrz zaczynało właśnie padać. Jeszcze tylko tego brakowało – pomyślała – pogody pod psem. I ten pieprzony komar wciąż latał gdzieś pobzykując sobie wesoło. Dżemmefer strzeliła w niego prawdziwą błyskawicą.
Po wydarzeniach związanych z cmokiem nie chciała więcej widzieć wejdźmina. Ale przeszło jej. Zatęskniła i szukała go po całym świecie. Odkryła, że Gejralt z jakiegoś powodu najwyraźniej został kupcem mydła. Podążając szlakami deficytów tego cennego surowca dotarła w końcu z powrotem na znajome ziemie, do Wyrżnijmy. Nie zdążyła jednak spotkać się z wybrankiem, ponieważ po całym dramacie z ryczywołem (Fjutestowi już dawno urwałaby pewną część ciała, gdyby nie to, że nigdy nie chciałaby jej dotknąć) miasto pogrążyło się w chaosie. Wyśledziła ich w końcu ponownie ale akurat wtedy idioci wpakowali się wprost na bandytów, którzy, o ironio, zabrali ich do tego samego lochu w którym kiedyś ona trzymała Gejralta.
Musiała działać szybko, bo wyczuwała, że w tamte okolice zbliżało się monstrum. Specjalnie monitorowała ryczywoła magią, chcąc później odnaleźć jego legowisko. Nie codziennie ma się możliwość badania najrzadszego stworzenia świata. Ach, cóż to piękne było za zwierzę.
Bandytów pozbyła się szybko. Najpierw ogłuszyła ich swoją autorską techniką polegającą na błyskawicznym zrzuceniu sukni, nie mając nic pod spodem. Dopracowała tę technikę ćwicząc ją na Gejralcie, który z jakiegoś powodu był na nią zupełnie odporny. Pewnie przez wejdźmińskie szkolenia. Następnie zamieniła ich w czosnek.
Ledwo jednak zdążyła dostać się do lochu aby uwolnić Gejralta i jego towarzyszy, bestia rozerwała całą okolicę na kawałki. Zdążyła tylko krzyknąć, żeby uważali. Na szczęście dla nich był z nimi jakiś czarodziej i rozpłynęli się w powietrzu. Teraz już nie miała zielonego pojęcia, gdzie ich szukać. Dopóki nie wypowiedzieliby jej imienia, nie była w stanie ich namierzyć. Co oznaczało, że nie wypowiedzieli go od dość dawna. To już najbardziej ją frustrowało.
Bzzzz.
Zdjęła kapeć i rzuciła z całej siły w kierunku dźwięku. Kapeć odbił się od donicy, którą przewrócił i uderzył ją w twarz.
Wzięła kilka powolnych, uspokajających oddechów i policzyła do dziesięciu. Spojrzała na obrazek przedstawiający Gejralta wiszący na ścianie, tak jakby intensywne wpatrywanie się w niego mogło coś tu pomóc. Miała tylko nadzieję, że nie wpakował się w żadne kłopoty. On i jego drużyna. Banda kretynów.
Bzzz.
Komar siedział na talerzu, a właściwie uprawiał nierząd z leżącą na plecach muchą. Oba owady bzykały sobie wesoło. Dżemmefer wstała. Wysadziła w powietrze cały stół. Bzzz. Na ślepo strzeliła Promieniami Destrukcji. Rzuciła komodą. W końcu wywołała w pomieszczeniu prawdziwą burzę pustynną. Wyczarowała armatę i odpaliła ją bez wahania w kierunku przelatującego komara. Zaczęła wrzeszczeć.
Dziwny odgłos wyrwał ją z amoku. Ściany wieży drżały. Naruszone licznymi eksplozjami, wyrwami i dziurami grzmiały ostrzegawczo, a z sufitu sypał się gruz.
Zdążyła teleportować się na zewnątrz sekundy przed tym kiedy w chmurze pyłu, cegieł i połamanych belek, wieża runęła, rozrywając powietrze hukiem słyszanym z odległości wielu mil.
Dżemmefer westchnęła i udała się piechotą w stronę miasta. To był dzień na krasnoludzki absynt.
Z gruzów wyfrunął komar i poleciał jej śladem.
^^