Na przestrzeni lat cech wejdźminów wypróbował różne strategie pozyskiwania nowych rekrutów. Najbardziej mistyczną, a zarazem najsłynniejszą było prawo niespodziewanki. Polegało ono na tym, że zamiast zapłaty w formie finansowej, klient wejdźmina mógł zgodzić się na oddanie mu pierwszej rzeczy, którą zastanie po powrocie do domu, a której się nie spodziewał. W ten sposób cech wzbogacił się o kilka kulawych zwierząt, liczne listy od poborców podatkowych i sądów, tort urodzinowy, dziurę w dachu i tyfus. Raz po powrocie do domu klientka wejdźmina Lamparta zastała w łóżku swojego męża kochanka, ale okazało się, że to Gejralt, a on wejdźminem już był. Trzeba więc było szukać innych sposobów, i po licznych deliberacjach część Wielkiej Rady ustaliła, że najlepiej będzie po prostu się napić. Część ta składała się dokładnie z jednego, srebrnowłosego wejdźmina.
– Gejralt – powiedział krasnolud Zołman, siedząc przy barze w urokliwej knajpce o nazwie Wypruty Flak. – Ty nie miałeś czasem zrobić sobie dnia bez alkoholu?
– Miałem, miałem. – odpowiedział wejdźmin znad kufla wyrżnijmijskiego piwa. – Ale pojawiły się nowe okoliczności.
– W sensie, jednak stwierdziłeś, że ci się nie chce.
– To nieprawda – powiedział Gejralt. – Chociaż muszę przyznać, że to prawda. Posłuchaj, Zołmanie, potrzebujemy nowych członków.
Krasnolud wpatrywał się w Gejralta z kamienną twarzą.
– Oj Zołmaaan, przecież wiesz o co mi chodzi.
– Ten jeden raz dam ci kredyt zaufania – powiedział ostrożnie krasnolud, po raz trzydziesty czwarty podczas całej ich znajomości. – Gdzie chcesz ich szukać?
– Myślałem, że tutaj. Ale jakoś nikt mi nie wpadł w oko. Przy okazji, szukając tych członków, moglibyśmy też rozejrzeć się za nowymi kandydatami do cechu wejdźminów. Ale to akurat będzie trudne, bo rytuał przemiany w wejdźmina to nie przelewki
– Nie skomentuję tego. Gejralt, wiesz dlaczego nikt do tej pory nie przykuł tu twojej uwagi?
– No?
– Bo tutaj, kurwa, nikogo nie ma.
Rozejrzeli się. W całym lokalu oprócz nich nie było żywej duszy. Nawet miejsce, gdzie powinien stać barman świeciło pustkami. Każdy wiedział, że nie istniało takie zjawisko jak pusty, wyrżnijmijski pub, więc sytuacja wymagała natychmiastowej uwagi. Na domiar złego, tam, gdzie wcześniej stały otworem drzwi wyjściowe była teraz ściana, nie zakłócona niczym z wyjątkiem wiszącego sobie, jakby nigdy nic, obrazka z pieskiem.
– Jak to możliwe? – powiedział powoli Zołman.
– Nie wiem – rozejrzał się wejdźmin z niepokojem. Po chwili zatrzepotał rzęsami. – Ale skoro już jesteśmy całkiem sami…
Nie dokończył, bo całe pomieszczenie rozświetliło się magicznym blaskiem, a pomiędzy nim a krasnoludem zmaterializowało się w powietrzu okno. Nie okno, takie jak, na przykład, okno na świat, ani okno tunelu czasoprzestrzennego, tylko zwykłe okno w drewnianej oprawie. Gwałtownie otworzyło się i wysunęła się z niego górna połowa czarodzieja Dyrdymała, która, nie zwlekając, złapała Gejralta za fraki. Czarodziej był rozczochrany, nie miał na sobie kapelusza i mówił, a właściwie krzyczał w wielkim pośpiechu.
– Gejralt! Przybywam z niedalekiej przyszłości. Mam tylko kilka sekund! Ważą się losy świata. Jesteście uwięzieni! To bardzo ważn… Puf! – Okno zniknęło w jednej chwili wraz z Dyrdymałem.
Krasnolud i wejdźmin spojrzeli na siebie pytająco.
– Co to kur… – zaczął mówić Zołman, ale portal z Dydrymałem pojawił się ponownie.
– To bardzo ważne! Nie wylej dziś piwa! Zapoczątkuje to łańcuch zdarzeń, które… – wrzasnął czarodziej, ale w tym samym momencie znów zniknął.
Towarzysze odczekali chwilę, żeby upewnić się, że tym razem zniknął na dobre.
– Powiedz, że chociaż trochę wiesz o co tu chodzi. – powiedział Krasnolud.
– Zaczynam podejrzewać – zamyślił się Gejralt.
Powietrze rozbrysnęło na sekundę. Znów pojawiło się okno, ale czarodziej mruknął tylko coś do siebie i sięgnął po stojący na stoliku kieliszek wódki, schował się w portalu i zniknął.
Tym razem odczekali dłuższą chwilę. Sytuacja nie powtórzyła się.
– Wygląda na to, że mamy problem, Zołmanie – powiedział wejdźmin.
– Nie pierdol. Nie wiem, co tu jest grane, ale bardzo mi się to nie podoba.
– Wygląda na to, że w jakiś sposób zostaliśmy przeniesieni do innej rzeczywistości. Ktoś, kto to zrobił mógł być bardzo potężnym czarodziejem, co jest raczej wątpliwe. Szczególnie, że Dyrdymał, mimo swoich wyobrażeń o potędze, jest raczej… no w każdym razie bardziej prawdopodobne jest, mój drogi, że padliśmy ofiarą niecnych knowań niedowierza.
– Oczywiście, że tak – pacnął się w czoło krasnolud. – Ech. Co to jest?
– Hmm… No, to takie jakby złe zamiary.
– Wiem, co to są knowania – Zołman po tych wszystkich latach wykształcił w sobie pewien rodzaj specyficznej cierpliwości. – Co to jest niedo-cośtam?
Niedowierz, jak wyjaśniał Wielki Wejdźmiński Bestiariusz z misiem na okładce, potrafił więzić swoje ofiary w zaczarowanej rzeczywistości. Posiadał też zdolność zmieniania się w dowolny przedmiot, dzięki czemu bardzo trudno było go znaleźć. Aby wywabić go z kryjówki, należało zlokalizować rzecz, w którą się przemienił i wykorzystać największą słabość Niedowierza. Postanowili zająć się tym pierwszym, nic jednak na pierwszy rzut oka nie wydawało się szczególnie podejrzane.
Po dalszych poszukiwaniach zwrócili uwagę na dziwne urządzenie stojące na komódce. Jak wyjaśnił wejdźmin, widział coś takiego kiedyś podczas wyprawy do Hin. Składało się z dwóch połączonych pionowo naczyń, w których przesypywał się piasek. Z tego co Gejralt pamiętał, nazywało się Klep Se Wydra, i służyło do odmierzania czasu. Było jednak kompletnie nie znane w tej części świata. Zołman odwrócił urządzenie i obaj cierpliwie poczekali kilka minut aż cały piasek przesypie się.
– No i? – powiedział Zołman patrząc na Klep Se Wydrę sceptycznie. – Która jest godzina?
– Nie wiem, myślałem, że to… będzie wiadomo. – powiedział Gejralt. – To jakieś gówno. Niedowierz nie zmieniłby się w takie gówno.
Poszukiwania trwały.
Na ścianie wisiało antyczne zdobione zwierciadło, które wydawało się skupiać na sobie uwagę większą, niż reszta pomieszczenia. Gejralt podszedł do niego ostrożnie. W zwierciadle zmaterializowała się twarz, która spojrzała na niego uważnie, pokiwała głową z aprobatą i przemówiła.
– Ależ ja mam piękny nosek – zakomunikowała. – Zołman, czy ty widzisz jaki ja mam piękny nosek?
– Gejralt, zostaw to lustro i chodź. Mam coś lepszego. – odkrzyknął krasnolud z drugiego końca pomieszczenia.
Mop stojący obok starego regału sam w sobie nie miał nic nadzwyczajnego. Towarzysze jednak spojrzeli na siebie i parsknęli śmiechem. Dowolna rzecz służąca utrzymaniu czystości, stanowiła w wyrżnijmijskich pubach tak nieodłączny element krajobrazu jak wieloryb w sklepie z ręcznikami.
– To na pewno on. Teraz patrz. Pokażę Ci, dlaczego niedowierz tak się nazywa. – powiedział Gejralt.
– Hej, ty – zwrócił się do mopa. – Jestem wejdźminem.
Mop zachwiał się lekko.
– Mam na imię Gejralt, a to jest Zołman.
Potwór nie mógł oprzeć się pokusie. Mop zadrżał i w jednej chwili przemienił się w wysoką, bladą postać o małych, głęboko osadzonych oczkach.
– Nie wydaje mnie się – powiedział niedowierz patrząc na nich z niedowierzaniem.
– To prawda. Uwięziłeś nas tu, a teraz nas wypuścisz.
– Czyżby? – niedowierz podniósł jedną brew.
Zołman chciał wytłumaczyć mu dlaczego właśnie to za chwilę zrobi, ale Gejralt wyjaśnił, że niedowierz o zawartości topora w głowie przekraczającej zero nie będzie w stanie ich uwolnić.
– Niedowierzu – powiedział wejdźmin. – Bardzo chcielibyśmy wrócić do domu.
– Ha ha ha – syknęło monstrum. – No chyba nie. Zostaniecie tu na zawszszszszsze! – krzyknął a następnie rozbłysnął niebieskim światłem i zniknął.
– Znowu się w coś zmienił – wejdźmin rozejrzał się po sali.
– Gejralt, zaczyna mnie to wszystko wkurwiać – przyznał szczerze krasnolud.
– Mam pewien pomysł. Zmusimy go do przeniesienia nas z powrotem do normalnej rzeczywistości. Posłuchaj mnie uważnie…
– Naprawdę tak to wygląda? – powiedział Zołman. – Serio?
– Tak, a co w tym dziwnego? – wzruszył ramionami Gejralt. – Uwaga, zaczynamy.
– Mam w kieszeni coś fajnego! – krzyknął głośno. Krasnolud stał obok lustrując otoczenie. Wskazał na stojącą w kącie donicę, która poruszyła się nieznacznie. Gejralt pokiwał głową i podszedł do niej powoli.
– Baardzo fajnego. Mam to. Tra la la, ale fajne.
Donica dygotała przez chwilę lekko i w końcu z głośnym “Pop!” zamieniła się w stwora, który wstał i dopadł do Gejralta.
– Wąątpięę! – wysyczał.
– Ależ owszem. – powiedział wejdźmin nonszalanckim tonem. – Patrz.
Potwór wpatrywał się w rękę Gejralta, którą ten włożył do kieszeni. Kiedy ją wyjął, była to wciąż pusta dłoń. Gejralt klepnął nią potwora w ramię i skrzyżował palce.
– Wejdźmin! – krzyknął. – Raz…
Niedowierz rozejrzał się zdezorientowany i chciał nawet nie uwierzyć, ale uśmiechnięta mina Gejralta z przymrużonymi oczami nawet jemu nie pozostawiała żadnego pola do wątpliwości. Potwór rozejrzał się panicznie, i ruszył w stronę Zołmana z wyciągniętą łapą, ten jednak również uśmiechnął się i podniósł dłoń pokazując skrzyżowane palce.
– …dwaaa… – odliczał Gejralt.
Potwór podjął szybką decyzję. Zacisnął oczy, i wykonał kilka skomplikowanych ruchów palcami. Powietrze zamigotało magicznymi iskrami i w tej chwili wszyscy trzej stali pośród gwaru pełnego gości pubu. Niedowierz nie zwlekał. Klepnął w ramię przechodzącego kelnera sycząc “Wejdźmin!”, ale nie zdążył. Sekundę wcześniej Gejralt powiedział już “Trzy!” i chcąc czy nie chcąc, od tej chwili, po wsze czasy, stwór był wejdźminem. Opadły mu ręce i posmutniał. Nabrał też dziwnej ochoty aby zrobić się na bóstwo. “No nie wierzę.” – jęknął do siebie. Skoro jednak i tak nie dało się nic na zaistniałą sytuację poradzić, postanowił jak najszybciej wdrożyć się w tajniki nowego zajęcia, zamówił więc kufel krasnoludzkiego absyntu z zamiarem picia na umór do rana. Do rana dwa dni później.
Zołman otarł pot z czoła, a Gejralt pokiwał głową z satysfakcją. Postanowili pójść w ślady niedowierza. Usiedli przy barze, tym razem wśród muzyki dla ich uszu, którą był gwar dobrze prosperującego lokalu. W tle przygrywał na lutni Mlaskier, prezentując swoją najnowszą kompozycję pod tytułem “Idę równo, wdepnę w błoto”, choć jeszcze coś mu się w tym tytule nie podobało. Okazjonalnie ktoś rzucał w niego pomidorem, którego Mlaskier zjadał w locie i odzyskiwał wiarę w ludzkość, ponieważ ludzkość pokazywała, że jednak jest coś takiego, jak jedzenie za darmo.
Gejralt zapalił cienkiego papierosa. Sięgając po popielniczkę zahaczył o stojące na ladzie piwo, które zachybotało się, przewróciło i rozlało się na blacie. Nikt nie zwrócił na to uwagi.