Rozdział IV – „Bazieliżek”

– Gejralt – rozeszło się w ciszy.
– Gejralt – rozbrzmiało mu w uszach.
– Gejralt! – wrzasnął Zołman kopiąc go w łydki. – Wytrzeźwiałeś już?
Wejdźmin ocknął się otwierając do połowy jedno oko. Znajdował się w lesie, jak ocenił, gdzieś w połowie drogi do Wyrżnijmy.
– Możliwe – wychrypiał.
Zołman westchnął.
– Mlaskier dziwnie się zachowuje – oznajmił. – To znaczy, jak na siebie.
Gejralt wyprostował tułów podpierając się na rękach, pomrugał i zlokalizował problem.
– Od dawna liże te bazie? – zapytał.
– Odkąd wstałem. Nic do niego nie dociera.
– Niedobrze – skwitował wejdźmin i zasnął.
– Gejralt, kurwa!
– Tak, tak. Już idę – wymamrotał i ustawił swe wątłe ciało w pionie. – Zjadłbym coś.

Ścieżka, utworzona z orzeszków, kończyła się nieopodal krzaczka akacji, za którym siedział przyczajony wejdźmin i zestresowany krasnolud. Gejralt wypił eliksir, skrzywił się i bezszelestnie odstawił butelkę.
– „Silna wola”? – spytał Zołman czytając etykietkę.
Wejdźmin uciszył przyjaciela.
Chwilę później obydwoje usłyszeli przyjemne chrupanie. Na orzeszkowej ścieżce pojawiła się mała, puszysta kuleczka o dużych, błyszczących, błękitnych oczach.
– Ojejku – pisnął cichutko Gejralt i przyłożył obie pięści do podbródka. – Nie wytrzymam.
– To ma być ten potwór? – zdziwił się Zołman.

Gejralt przytaknął, wciąż popiskując cieniutko. Do jego wpatrzonych w zwierzątko oczu napłynęły łzy szczęścia i tęsknoty, kiedy włochata kulka zbliżyła się przyjemnie gruchając. Malutkimi zwinnymi łapkami chwyciła ostatniego orzeszka, ucieszyła się i schrupała go, zabawnie poruszając włochatymi policzkami.
Krasnolud, widząc jak wola przyjaciela słabnie, podał mu kolejny eliksir, który wejdźmin wypił bezzwłocznie.

– Dziękuję – opanował się. – Bo widzisz, Zołmanie, bazieliżek jest przesłodki, a jego mięciutkie puszyste futerko jest przewspaniałe w dotyku. Najfajniejszy jest brzuszek – ciągnął coraz cieniej, powoli zbliżając dłoń do stworka. – Tylko że jego futerko jest trujące i…
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud bijąc wejdźmina po łapach.
Wejdźmin, od tego, że nie może dotknąć bazieliżka, dostał drgawek.
– Cały problem polega na tym, że jak go nie pogłaskasz, to…
Śnieżnobiałe futerko bazieliżka poczerniało, a oczy zmniejszyły się i zaczerwieniły. W ułamku sekundy wyrósł przed nimi trzymetrowy obślizgły potwór, który rzucił na nich złowieszczy cień.
– …to zaczyna się denerwować – dokończył wejdźmin, ale krasnoluda już dawno przy nim nie było.
Gejralt stał przed dyszącym stworem i bardzo powoli sięgał do rękojeści miecza. Nie dobył go jednak.
– A pieprzyć to – rzekł pod nosem i też uciekł.

Bestia nie dała za wygraną. Uchwyciła się gałęzi i jednym susem przeskoczyła wejdźmina stając na jego drodze. Gejralt spostrzegł że tuż obok, za kamieniem, kuli się Zołman.
– Poczekaj! Dotknę cię! – krzyknął, asekurując się rękami. – To znaczy… Zołman cię dotknie! – dodał, i podnosząc krasnoluda, przystawił go tuż przed pysk potwora.
Potwór zastanowił się. Sapnął kilka razy, usiadł i na powrót przybrał swą kuszącą postać.
– Zołmanie, pogłaskaj go – rozkazał wejdźmin.
– Gejralt, kurwa, nigdy!
– Zołmanie, ufasz mi?
– Nie!
– Do jasnej ciasnej, głaskaj! – wrzeszczał, potrząsając krasnoludem. – Mam plan – szepnął. – Szybko, zanim bazieliżek znów się zdenerwuje.

Zołman westchnął i zamknął oczy. Postanowił jeszcze raz zaufać przyjacielowi (po raz trzydziesty piąty). Wystawił rękę i dotknął, jak szybko stwierdził, najprzyjemniejszej rzeczy, jakiej w życiu dotykał. Na jego zwykle naburmuszonej twarzy pojawił się błogi uśmiech, kiedy jego dłoń raz po raz zaciskała się na futrzanym stworzonku. Gejralt usunął się i nie szczędząc mikstury, pokropił czymś białe futerko, a następnie schwytał potworka w worek.
– Ha! – zatriumfował unosząc zdobycz. – Widzisz Zołmanie, zadziałało.
Worek, który unosił, stawał się coraz cięższy, aż w końcu pękł w szwach. Cień ponownie przysłonił Gejralta.
– No tak, tego nie przewidziałem. To jednak nie zadziałało, Zołmanie.
Krasnolud nie odpowiadał, bo był bardzo zajęty lizaniem bazi.
Dyszący stwór ociekał czymś cuchnącym. Nie był zadowolony. Potężną łapą zagarnął wejdźmina i ryknął, ukazując zaśliniony pysk.
– Zaraz, zaraz, panie potworze – zaczął Gejralt. – Obiecałem ci, że Zołman cię pogłaska i pogłaskał. Czyż nie?
Potwora ponownie ogarnęło zdziwienie.
– Teraz obiecuję ci, że zaprowadzę cię do wioski pełnej ludzi, którzy zagłaskają cię na śmierć.
Potwór skrzywił się.
– To znaczy, nie na śmierć śmierć. Tak się tylko mówi. Lubisz, jak się ciebie głaska, prawda?
Potwór rozochocił się.

Pupka, przewieszona Mlaskrem i Zołmanem, szła powoli prowadzona za lejce. Gejralt, popijając ósmy eliksir „Silna wola”, starał się nie patrzeć na oblizujących gałązki bazi wypiętych przyjaciół. Ubrał także satynowe rękawiczki. Tak na wszelki wypadek. Puchata kuleczka podskakiwała tuż obok niego. Na nią też starał się nie patrzeć. Nieustanne powstrzymywanie się od dwóch ulubionych rzeczy nieludzko go wycieńczyło.

Wejdźmin zatrzymał konia tuż przed wioską Wąskichrust, wypił kolejny eliksir i kucnął przed bazieliżkiem. Przekonał go, aby ten ukrył się w worku, a kiedy zbierze się wystarczająca ilość głaskaczy, wejdźmin wypuści go. Dla lepszego rezultatu. Potwór początkowo nie chciał się zgodzić, ale koniec końców uległ Gejraltowi. Wszak w worku czy nie, i tak będzie mógł wyjść w każdej chwili.
Wejdźmin przywiązał go do konia i wbiegł do sklepu zielarza. Spod lady wysunęła się rozczochrana głowa.
– Jam jest Bożyn z Jarzyn! – wygłosił sklepikarz na jego widok. – Najlepszy sprzedawca ziół, maści na świąd i prawdziwego zakwasu na chleb w południowej Dilerii!
– Człowieku! Szybko! – wydyszał Gejralt, podpierając się o ladę.
– Czym mogę pomóc?
– Tam na zewnątrz są moi przyjaciele. Jeśli nie przestaną lizać bazi, ich ciała zwątlą się i bazieliżek złoży w nich jaja!
– Bardzo mi przykro, ale nietrzeźwym nie sprzedaje towaru.
– Posłuchaj człowieku, nie mam czasu. Potrzebuję uwarzyć około pięćdziesięciu eliksirów powstrzymujących działanie silnie trującej substancji, która pokrywa futro najsłodszego potwora na świecie.
– Jak mówiłem. Nietrzeźwym. Nie. Sprzedaję. Towaru.
Gejralt, lekko zielony od ilości wypitych eliksirów, chwycił sprzedawcę za fraki i przyciągnął do siebie, nie zważając na ladę pomiędzy nimi. Zajrzał mu głęboko w oczy. Rzekł:
– Udostępnisz mi swoje zielarskie laboratorium i dasz wszystko czego potrzebuję. Teraz – następnie gwałtownie go pocałował.
Bożynowi zakręciło się w głowie.
– Tak, oczywiście… Proszę tędy – wymamrotał zielarz i powłóczył nogami na zaplecze.
– Boże Święty, jakie to wpływanie na czyjąś wole jest męczące – skwitował wejdźmin i ruszył za sprzedawcą.

Wyposażony w skrzynkę eliksirów, które roboczo nazwał „Miodolizacz” (albowiem dodał trochę miodku, aby mieszanka była smaczniejsza), ustawił się na głównym placu Wąskiegochrusta, gdzie zainicjował prowizoryczną atrakcję. Za bardzo się nie starał, gdyż w miejscach takich jak to już sama obecność kogoś takiego jak wejdźmin przysparza wiele zainteresowania. Ludzie zgromadzili się tłumnie. Gejralt wsypał bazieliżka do skrzynki z napisem „Jedno głaskanko – 5 koron”, dodając gratis Miodolizacza, którego należało wypić przed samą czynnością głaskania. Na jednych działało, na innych nie. Ważne, że bazieliżek był głaskany.
Sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli. Oczarowani słodkością ludzie, wkrótce naparli na wejdźmina i sforsowali zyskowne stanowisko, dopadając skrzynkę z rozanielonym stworzeniem. Każdy chciał go dotykać. Bazieliżek zaczął się trząść, po czym rozbłysnął białym światłem i obracając się wokół własnej osi eksplodował, zasypując wioskę białym puchem. Łyse teraz stworzonko posmutniało – futerko nie odrasta tak szybko…

Zołman ocknął się i zaczął pluć, starając się pozbyć cierpkiego posmaku z ust.
– Co się, kurwa, dzieje? – oprzytomniał.
Mlaskier spadł z Pupki i zaczął tarzać się w baziach, zastanawiając się, dlaczego śnieg tej zimy jest taki ciepły.
Wejdźmin odetchnął.
Chmura oberwała się i zagrzmiało.
– Geeejraaalt? – odezwał się Mlaskier klepiąc mokre od deszczu bazie. – Ulepimy bałwana?

Sześć bałwanów później, cała trójka ruszyła w drogę.
– Mam dość bazi do końca życia – skwitował Zołman.
– Ja też – zgodził się Gejralt.
– Wymyśliłem zagadkę! – oznajmił Mlaskier. – Co to takiego, co jest lepsze od wszystkiego innego?
Zołman westchnął.
– Bazie? – rzucił.
– Nie.
– Trzech gejfrendów podróżujących razem w poszukiwaniu przygód? – zgadywał wejdźmin.
– Hm – Mlaskier zastanowił się. – Nie.
– Co, kurwa? – spytał krasnolud, słysząc to ostatnie.
– To, co robię za darmo? – próbował dalej Gejralt.
– Ta. Bo ty byś za darmo coś zrobił – zauważył krasnolud.
– Za darmo, za darmo. Trzeba z czegoś żyć, Zołmanie.
– To wiecie czy nie? – niecierpliwił się grajek.
– Nie wiemy – odpowiedzieli.
– No bazie! Ha ha! – ucieszył się Mlaskier.
– Przecież mówiłem – zauważył krasnolud.
– Nie mówiłeś!
– Mówiłem, na samym początku.
– Nie-e – upierał się poeta.
– Mówił, Mlaskier – potwierdził wejdźmin.
– Nie mówił. Nikt nie zgadł! Ha ha!
– Mówiłem przecież, że bazie…

Słońce powoli kończyło swą wędrówkę po niebie. Choć aura była przyjemna, wejdźmin Gejralt wiedział, że w każdej chwili świat ten, świat pełen magicznych niezwykłości, może zamienić się w piekło, a cały ciężar z tym związany spocznie na jego barkach – czy będzie tego chciał, czy nie. W drodze do Wyrżnijmy myśl ta nie dawała mu spokoju.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *