Rozdział XI – „Przyczajona śmierć”

Pac al Pruk stał na jednej nodze już od tygodnia, i prawdę mówiąc zaczynało go to wszystko nużyć. Nie mógł jednak przestać. Stawka była zbyt wielka.
Członkowie sekretnej organizacji skrytobójców nie okazywali słabości. Mieli to w kontrakcie.

W Vinogradzie zalągł się cmok i ten kto pokonałby go pierwszy zgarnąłby całą nagrodę. A punkt o nazwie “nadwyżka budżetowa” chwilowo nie znajdował się na tablicy korkowej zatytułowanej “Obecne problemy” powieszonej na ścianie w siedzibie głównej Sral–Kajdy. Innymi słowy, potrzebna była kasa i to na wczoraj. Do tej pory plan był prosty: pójść kupą na potwora, ubić go oszczepami i maczugami, i jeśli szeregi organizacji boleśnie by się przy tym uszczupliły to nawet lepiej – mniej gęb do wykarmienia. Pojawiły się jednak komplikacje. Najpierw ratusz ogłosił wszem i wobec wieść o nagrodzie a później pojawiły się słuchy, że na cmoka idzie Wejdźmin.

Zebrali więc Radę Starszych i walnie uradzili, że ryzyko jest zbyt wielkie. Wejdźmina trzeba było zlikwidować. To zadanie miało przypaść w udziale Pac al Prukowi. Ale Wejdźmin nie był zwykłym przeciwnikiem. Trening musiał być morderczy.

Skrytobójca spędził więc trzy dni w dole pełnym jadowitych węży. Zabił niedźwiedzia grizzly gołymi rękami. Przepłynął kilkadziesiąt razy staw pełen głodzonych od miesięcy rekinów. Jako jedyny spośród swoich towarzyszy potrafił przebiec zabójczy tor przeszkód tyłem i z zamkniętymi oczami. Pac al Pruk nie był amatorem. Krążyły o nim legendy.
Momentami miał nawet wątpliwości czy podoła, na przykład kiedy stał podczas burzy z metalowym prętem na szczycie wzniesienia, aby wytrzymać jak najwięcej uderzeń pioruna nie mrugając. I spędził tydzień stojąc na jednej nodze w zimnym wodospadzie. Podołał. Musiał, bo skrytobójcy nie pokazywali słabości.

Pac al Pruk jednym susem zeskoczył z kamienia i ubrał swój czarny strój zabójcy. Krwią wściekłego psa namalował sobie na czole czerwony znak bitewny. Pomedytował jeszcze jakiś czas przygotowując się do obudzenia Pierwotnego Wojowniczego Gniewu, wsiadł na osiołka o imieniu Czarna Śmierć i wyruszył w drogę.

– Mlaskier. Przecież ty nie masz brata. Zołman ma – mówił cierpliwie Wejdźmin siedzący na kocu w czerwoną kratę obok barda i koszyka piknikowego. Popołudniowe słońce wpadające na polankę przez korony drzew oświetlało ich przyjemnie.
– Mam.
– Znam Cię od przedszkola. Zaraz… czy ty znów piłeś eliksir „A Właśnie Że Mam Brata?”

Nie wiedzieli, że na gałęzi nad nimi czai się zakamuflowane zło. Pac al Pruk przygotował się do skoku, wyjął sztylet i spowolnił oddech. Specjalna technika koncentracji pozwoliła mu skupić wszystkie myśli na chwili obecnej. Przestał słyszeć i odczuwać. Na chwilę świat stanął w miejscu i właśnie w tym momencie skrytobójca, jakby w zwolnionym tempie wykonał pełen gracji skok.

Mlaskier podniósł rękę wystawiając palec wskazujący i uśmiechnął się szeroko.
– O. Pierłem – oznajmił.

Zabójca nie spodziewał się tego i nadział się okiem na wystawiony palec.

– Ała – krzyknął łapiąc się za twarz, przez co cała choreografia zabójczego skoku wzięła w łeb. Upadł niezgrabnie na ziemię i przeturlał się kilka razy.

– Ojej, przepraszam – powiedział Mlaskier. – Ale nie wiedziałem, że będzie pan tu akurat przelatywał.

Pac al Pruk nie stracił koncentracji. Jednym zwinnym ruchem wrócił do postury ataku, wyjął z rękawa zabójczą gwiazdkę Shuriken i cisnął nią w kierunku Gejralta. Wejdźmin, korzystając z Wejdźmińskich refleksów, spojrzał na lecące ostrze, wyjął z koszyka bułkę kajzerkę i przytrzymał tak, że gwiazdka przekroiła ją na pół i poleciała dalej.
– Dziękuję – powiedział z zadowoleniem. – Doprawdy nie wiem skąd pan wiedział, że mam ochotę na bułkę.

– Ja też – krzyknął Mlaskier. – Łap masło, a ja poszukam dżemu!
Mlaskier rzucił kostkę masła na koc obok Wejdźmina. Pac al Pruk, który właśnie biegł w jego kierunku ze sztyletem wdepnął w nią, poślizgnął się i wpadł w kolczaste krzaki.
– Ojej, musi pan trochę uważać – powiedział Gejralt patrząc za nim sceptycznie i kręcąc głową. – Ale my się chyba nie znamy? Bardzo nam miło, że dołączył pan do naszego pikniczku.

Skrytobójca wyskoczył z krzaków cały poharatany i rozejrzał się za swoim sztyletem, który wypadł mu z ręki podczas upadku. Zobaczył go w ręku Mlaskra, który smarował sobie za jego pomocą kanapkę dżemem.
– Wziąłem pana nóż – powiedział grajek. – Znalezione nie kradzione. Bardzo ładny.
– W rzeczy samej – dodał Wejdźmin i ziewnął.

Pac al Pruk widocznie nie docenił tych potężnych wojowników. Wygrzebał z tajnej skrytki za pasem kulkę z trującym gazem i cisnął między Wejdźmina a Mlaskra siedzących na kocu. Kulka nie zdążyła jednak wybuchnąć, bo Wejdźmin złapał ją w locie, obejrzał z zaciekawieniem i podał Mlaskrowi.
– Co to? – powiedział Mlaskier i dodał ją sobie do kanapki.
– Chcę gryza – powiedział Gejralt.

Pac al Pruk po chwilowym szoku uznał, że z jakiegoś powodu sztuczka z trucizną zadziałała nawet lepiej, niż przewidywał. Jednym saltem do tyłu skrył się za pniem i czekał aż jego ofiary wyzioną ducha.

Kiedy kwadrans później wystawił głowę żeby upewnić się, że nie żyją, zobaczył że Mlaskier i Wejdźmin wciąż siedzą i, co gorsza, patrzą na niego żując gumę z dość tępymi minami. Przed nimi na rozkładanym stoliczku stał imbryk i małe, różowe filiżanki do herbaty.

– Myśleliśmy, że już pan nie wyjdzie – powiedział Wejdźmin. – Że może zabrakło tam panu papieru, albo coś takiego. Herbatki?
– Swoją drogą, bardzo smaczna kulka – dodał Mlaskier z aprobatą. – Trochę paliła w gardle, ale po tym wszystkim co my na codzień pijemy mogłaby być jeszcze trochę mocniejsza.
– Aha. Przykro mi, ale pana nóż do kanapek jest taki ładny i błyszczący, że postanowiliśmy go sobie zatrzymać. Jak pan chce to musi pan sobie kupić drugi. Zaraz po drugiej stronie rzeki jest sklep. ‘U Złomana’ .

Skrytobójca stał skonfundowany i patrzył na nich wytrzeszczonymi oczami. Odebrali mu broń. Ale tak łatwo się nie podda. Pobiegł w stronę rzeki. Kupi nową. Obojętnie. Siekierę. Wróci. I ich zabije.

– Panie Gościu! Most jest tam – krzyknął za nim Mlaskier.
Zabójca biegnąc skręcił we wskazaną stronę bez słowa. Po chwili Wejdźmin i Mlaskier usłyszeli ciągnący się, coraz cichszy wrzask zakończony głośnym pluskiem i spojrzeli na siebie pytająco. Po jeszcze dłuższej chwili ujrzeli kompletnie mokrego Pac al Pruka, który szedł powłócząc nogami.

– Aaaa. Zapomnieliśmy powiedzieć, że w moście jest dziura – powiedział Wejdźmin.

– Tak naprawdę chcia… chciałem być… ogrodnikiem – głośno łkał owinięty pluszowym kocem Pac al Pruk. – Hodować kwiaaatkii.
Gejralt i Mlaskier kiwali głową ze zrozumieniem.
– To bardzo ładnie. A jakie pan najbardziej lubi?
– Bratki i ho.. Ho.. Hortensje. Bardzo ła… ładnie pachną.
– Jeszcze herbatki? – zapytał łagodnie Wejdźmin.
– Taak. Poproszę – powiedział skrytobójca przez łzy. – Lubię herbatkę.
– Z miodkiem?
– Ta… Tak.

Pac al Pruk, przygarbiona figura na tle zachodzącego słońca, odjeżdżał w dal na swoim osiołku. Obejrzał się jeszcze przez ramię i ujrzawszy Wejdźmina i Mlaskra wesoło machających do niego chusteczkami na pożegnanie, zamyślił się głęboko i westchnął.
Zrezygnowany otworzył ładnie zapakowany prezencik, który dostał od nich na pocieszenie. “Ja Pierdolę. Wersja powiększona.” – przeczytał na etykietce. Czekała go długa droga do domu, więc równie dobrze mógł się napić czegoś dobrego, żeby się nie dłużyła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *