Rozdział XII – „Junior”

Cesarz Emhuj val Emsrei przechadzał się po sali tronowej swej letniej rezydencji położonej u stóp Vinogradu z rękami założonymi na plecach. Gejralt – ubrany w dopasowany dublet, czarne rajstopy i lakierowane trzewiki – siedział w ogromnym pozłacanym fotelu obitym czerwonym kaszmirem i z nogą założoną na nogę popijał herbatę owocową, do której wlewał losowy eliksir, gdy cesarz akurat nie patrzył. Kiedy zegar wybił siódmą wieczorem, zdobione drzwi do sali otworzyły się.
Stanął w nich nadworny krawiec wraz z Zołmanem, poprawiającym kołnierzyk w swym wystawnym fraku, obydwoje w towarzystwie szczupłej szatynki o krótkich kręconych włosach, odzianej w karmazynową suknię balową ze złotymi ornamentami.
Cesarz przetarł oczy i spojrzał na krawca w oczekiwaniu na wyjaśnienie. Gejralt, korzystając z sytuacji, sięgnął do torebki i urozmaicił swoją herbatę kolejnym eliksirem.

– Mości cesarzu, Wasza Wysokość! – rzekł krawiec załamując ręce. – Nic nie dało się zrobić! Uparł się i koniec!
– Potwierdzam – potwierdził krasnolud.
Było oczywistym, że dobre samopoczucie Mlaskra sięgnęło tego wieczoru zenitu. Stał wyprostowany z zadowolonym wyrazem twarzy i uśmiechając się wstydliwie, błądził oczami po – jak myślał – podziwiających jego kreację zgromadzonych.
Cesarz Emhuj, dla przyjaciół Em’, dla wrogów 'Huj, był niepocieszony.
– Zresztą, z mości wejdźminem wcale nie było łatwiej! – ciągnął krawiec. – Nie dość, że musiałem wszystko zwężać, to jeszcze kazał mi wszędzie podoszywać falbanki, a to wszystko w niecałe dwie godziny! Wasza Wysokość, proszę o zrozumienie!

Cesarz wciągnął policzki i spojrzał na smukłą postać z filiżanką siedzącą na jego tronie.
– Dziękuję, możesz nas opuścić – wydał polecenie i ponownie złożył ręce na plecach. – Skoro jesteśmy w komplecie, to pozwolę sobie wyjaśnić, dlaczego kazałem was ubrać jak wysokiej klasy mieszczan – rzekł, z pogardą zerkając na Mlaskra.
Wejdźmin ziewnął.
– Powodem, dla którego to zrobiłem, choć prawdę mówiąc chodziło mi tylko o wejdźmina, jest obecność duplera na moim dworze. Zdrajcy, mówiąc wprost, który szpieguje dla moich wrogów. Chcę, wejdźminie, abyś go dla mnie wytropił.
Gejralt siorpnął i odsunął filiżankę od ust.
– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, jaką odmianą nieludzia jest dupler? – dopytał cesarz.
– Nie, z cała pewnością tak – odparł wejdźmin.
Emsrej zastanowił się chwilę.
– W takim razie wiesz, co robić – rzekł. – Nie mam pojęcia…
– Ja też nie – przerwał mu Gejralt.
Cesarz zirytował się, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Nie mam pojęcia, jaką postać przybrał teraz – dokończył. – Moi zwiadowcy ustalili, że tydzień temu paradował jako moja córka Syrylla, i to zresztą na jej własne życzenie. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak bardzo mnie to niepokoi.
– Nie tak tak, nie wiem – powiedział Gejralt, tym razem sam zastanawiając się nad sensem swej wypowiedzi.

Spojrzał na herbatę, potem na cesarza, potem znów na herbatę, powiedział:
– Przepraszam na moment – wstał i zamknął się w najbliższym kredensie.
W pośpiechu wypił eliksir „Pies”, aby ciut lepiej widzieć w ciemnościach, i szybko przejrzał puste flakoniki.
– Zołmanie, mogę cię prosić? – zapytał, uchylając drzwiczki.
Zdumiony cesarz spojrzał na krasnoluda, który chrząknął i pewnym krokiem wszedł do kredensu. Cesarz pokiwał się chwilę w przód i w tył, a kiedy Mlaskier puścił mu oczko udał, że musi zrobić coś bardzo ważnego i schował się za kolumną.

– Kurwa, jak tu ciemno. Nic nie widzę – powiedział Zołman, próbując ominąć długie nogi siedzącego w kredensie wejdźmina. – Gejralt, co ty wyprawiasz?! Zabieraj łapy!
– Zołmanie, przez przypadek wypiłem eliksir „Tak”, a zaraz potem eliksir „Nie”. I teraz nic nie wiem.
Krasnolud chwycił się za czoło i wziął głęboki oddech.
– Chyba nie lubię tej miny – oznajmił wejdźmin.
– Rozumiem, że wypiłeś też ten eliksir, który sprawia, że trochę lepiej widzisz w ciemnościach, ale za to wszystko na czarno–biało?
– I tak, i nie.
– Co jeszcze wypiłeś?
– Nie wiadomo.

Cesarz Emhuj val Emsrei co jakiś czas nadstawiał lewe ucho, próbując rozpoznać słowa w przytłumionych dźwiękach wydobywających się z kredensu. Przez przypadek zerknął też na Mlaskra, który kręcąc się w kółko podziwiał obszerne rondo swej sukni.

Jako pierwszy z kredensu wyłonił się Zołman. Poprawił swój frak i zwrócił się do cesarza:
– Wasza Wysokość, mój przyjaciel jest chwilowo niedysponowany.
– Jak to?
– Wysokość się nie martwi, Gejralt przyjmuje zlecenie na tego duplera, ale pod jednym warunkiem. Załatwi mu Wasza Wysokość zlecenie na Cmoka. Na wyłączność – rzekł, po czym dodał od siebie: – A za duplera chce tysiąc vinogradzkich koron.
Gejralt próbował zaprzeczyć, ale mu nie wyszło.
– Bardzo jesteś śmiały, wejdźminie. Ale dobrze, niech będzie. Jestem w stanie zorganizować i jedno i drugie, ale również mam pewien warunek. Otrzymasz nagrodę, jeśli załatwisz sprawę przed świtem. Nazajutrz wyjeżdżam i nie chciałbym brać szpiega ze sobą.
– Nie ma strachu – zaczął krasnolud. – Jak znam Gejralta, to wytropi go w godzinę.
– Znakomicie. A zatem czuję się zobowiązany przekazać wszelkie informacje, jakie posiadłem do tej pory – rzekł cesarz, wyciągając z szuflady niewielką karteczkę. –  Poprzedni wejdźmin, który niestety nie mógł dokończyć zadania, gdyż umarł ze starości, zdołał ustalić, że mój dupler ma jedną specyficzną cechę, która z nim zostaje, niezależnie od tego, w kogo się zamienia. A mianowicie, jego skóra ma, jak to określił, „ciekawy odcień perłowożółtego papirusu z dodatkiem kremu z dyni oraz barwionego, niebielonego jedwabiu” – odczytał. – Mi to nic nie mówi, ale wy, wejdźmini, podobno macie wyjątkowo wyostrzone zmysły. W pierwszej kolejności proponuję rozejrzeć się w zachodnim ogrodzie, gdzie trwa małe przyjęcie pożegnalne dla najmożniejszych mieszkańców miasta.

Gejralt przełknął ślinę i spojrzał na szarą suknię Mlaskra.
Potrafił rozpoznać dziewiętnaście różnych odcieni beżu bez picia jakichkolwiek eliksirów, jednakże w tym momencie był zdolny nazwać co najwyżej trzy kolory.

– No to mamy przejebane – zauważył Zołman, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi do sali tronowej. – Gejralt, jakieś pomysły?
Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Nie wiem – odparł.
– Chodźmy na przyjęcie! – krzyknął Mlaskier, wyciągając ręce w górę.

Przyjęcie, o którym wspomniał Cesarz, wcale do małych nie należało. Tłum rozbawionych gości przechadzał się wśród perfekcyjnie przystrzyżonych żywopłotów, suto zastawionych stołów i płonących latarni. Goście zabawiani byli przez połykaczy ognia, mimów, akrobatów i… Mlaskra, który podwinął suknię i czym prędzej zbiegł ze schodów, rzucając się na najbliższy stół z alkoholem i okolicznych mężczyzn. Gejralt ruszył w jego ślady, ale ponieważ po raz pierwszy w życiu wypowiadał się mniej logicznie od przyjaciela – no i nie miał na sobie sukienki – skończył z butelką wódki w pobliskiej fontannie, gdzie doznał olśnienia.
– Zołmanie! – wrzasnął potrząsając przyjacielem za ramiona. – Musisz mi pomóc znaleźć niebieskozielony leśny kwiat!
Zołman nie wiedział o co chodzi, ale wyczuł, że to ważne, więc pobiegł za przyjacielem i czuł się w tej roli dość dziwacznie, bo to zazwyczaj jego Gejralt ganiał nocą po lesie.

– A ten? – zapytał Wejdźmin, wskazując kierunek palcem.
– Ten jest… No, taki bardziej fioletowy – objaśnił krasnolud najszczegółowiej jak potrafił, podświetlając trzydziesty pierwszy z kolei kwiat świeczką.
– A ten?
– Ten nie. Ten jest czerwony.
– A ten tutaj?
– Gdzie?
– Tu.
– Ten jest… Jasny żółty i ma biały środek. Przysięgam Gejralt, że jak jeszcze raz wypijesz ten eliksir, to zrobię ci z dupy jesień średniowiecza.
– Trzymam za słowo. A ten?
– Ten jest niebieski. Co…?
– Ale taki bardziej niebieski czy taki bardziej niebieskozielony?
– No taki… Niebieski raczej, chociaż może rzeczywiście lekko wpada w zieleń…? – zastanawiał się krasnolud.
– No to w końcu jaki jest? – niecierpliwił się wejdźmin.
– Nie wiem, kurwa! Co ja, artysta–malarz jestem?
Zapadła cisza.
– Oho. Coś się zbliża – szepnął Gejralt, wyostrzając słuch.
– Co się zbliża? Nic nie słyszę.
– Pewnie wyczuł ciepło. Zołmanie zgaś świeczkę.
– No na pewno! Nie nabierzesz mnie tym razem. Zgaszę świeczkę i obudzę się dopiero jutro z tobą w…
– Uważaj! – wrzasnął wejdźmin, sięgając ręką po miecz, tyle że zapomniał, że jego miecze skonfiskowała straż na czas pobytu na cesarskim dworze.
Coś bardzo długiego zwiesiło się z gałęzi i porwało Zołmana w korony drzew.

Gejralt wiedział, że zgwałty nie są szczególnie groźne, zerwał więc kwiat najbliższy temu, którego szukał i wrócił na przyjęcie, skąd zwędził słoik miodu, sok malinowy, rumianek i dwie butelki krasnoludzkiego spirytusu. Następnie upuścił sobie kroplę krwi i z bólu niechcący podpalił choinkę, po czym uwarzył eliksir według starej, zapomnianej już receptury wejdźmińskiej, który miał anulować działanie wszystkich zażytych ostatnio specyfików.

Mikstura zadziałała. Zadziałała nadzwyczaj dobrze, bo wszystkie dolegliwości ustąpiły w ciągu kilku sekund, jednak ilość spirytusu, którego Gejralt nie żałował, albowiem doskonale wiedział, że mocny alkohol przyspiesza działanie eliksirów, sprawił, że nie do końca rozumiał, co mówią stojący przed nim czterej cesarze Emhuje val Emsreje.
– Co to za cyrki! Złapałeś duplera? – powtórzył cesarz po raz kolejny, kiedy jego ludzie próbowali ugasić płonącego iglaka.
– Du? Plera…? DupLeRaa…! – wyjęczał rozkosznie. – Złapałem.
Emhuj podskoczył, kiedy ręka wejdźmina znalazła się na jego pośladkach.
– Zdejmij ze mnie rękę – wycedził cesarz, na co stojący obok Mlaskier natychmiast zdjął sukienkę.
Wianek mężczyzn wokół niego wydał z siebie okrzyk obrzydzenia, a jeden z nich zaczął w szale wycierać usta, po czym zwymiotował na zamszowe buty cesarza, kaszląc przy tym potwornie.
Mlaskier nie pamiętał, kiedy ostatni raz coś go tak bardzo rozśmieszyło. Gejralt, chichocząc, zwrócił się do jednego z cesarzy:
– O ranyyy… Ale z ciebie nudziasssz – po czym nachylił się i zaczął klepać duszącego się mężczyznę po plecach; ten jednak słabł z sekundy na sekundę, aż w końcu całkiem opadł z sił i skurczył się przybierając swą prawdziwą postać.
– O – rzekł Mlaskier. – Jessst dufler. Suflet. Duplet. Tsszeba powiedzieć Zołmanowi, bo cesasssz jusssz chyba wie.
– Ojej… No pssszeciesssz… – Gejral westchnął. – Chodź.

Zaczynało już świtać, więc wejdźmin był dobrej myśli. Leżał na ściółce leśnej i obracał w palcach niewielki niebieski listek spoglądając w korony drzew.
– Może Gejman? Albo Gejzoł? – zastanawiał się.
– A Gejzeł…? – zaproponował Mlaskier.
– Hmm. Nie, nie podoba mi się. Zbyt pretensjonalne.
– To wiem – powiedział Mlaskier w półśnie. – Gejraltozołmanomlaskier Drugi Junior…
Z gałęzi zlazło coś długiego i delikatnie odłożyło krasnoluda na mech. Gejralt poruszył się dopiero, kiedy stwór odszedł, i przytulił otępiałego przyjaciela.
– Jak się czujesz, Zołmanie?
Krasnolud milczał.
– Na pewno jesteś głodny, ale najpierw musisz polizać to – rzekł, unosząc listek.
Zołman, wyjątkowo posłuszny, zrobił jak wejdźmin kazał.
– I co? – spytał Mlaskier, przecierając pełne śpiochów oczy.
– Jeszcze chwila – odparł Gejralt, w skupieniu wpatrując się w mieniący się listek.
Po chwili rozpromienił się.
– Gratuluję Zołmanie, jesteś w ciąży.

Kilka godzin później krasnolud doszedł do siebie.
– Nie kurwa! Nie zgadzam się! Gejralt, zrób coś! Usuń to czymś! Wypiję wszystko!
Wejdźmin przez chwilę miał ochotę wykorzystać sytuację, ale bał się, że może to zaszkodzić dziecku.
– Spokojnie, Zołmanie. Wiem, że to szokująca wiadomość dla każdej młodej matki, ale nie podejmujmy pochopnych decyzji.
– Zamknij się! Jak to w ogóle możliwe!?
– Nikt ci wcześniej nie wytłumaczył? Masz, zjedz jagódki.
– Kurwa, Gejralt! – wrzasnął, ciskając jagodami o ziemię. – Ja jestem facetem! Nie mogę zajść w ciążę!

Wejdźmin wytłumaczył przyjacielowi, że zgwałty to magiczne potwory zagrożone wyginięciem, dlatego nie próżnują i potrafią sobie poradzić w obydwu przypadkach. Są prawdziwymi chirurgami w swoim fachu choć i im zdarzają się niepowodzenia. Magiczna ciąża trwa tylko dziewięć godzin, więc za niecały kwadrans wszystko miało się wyjaśnić.

Krasnolud pobladł.

– Nie martw się Zołmanie – uspokajał wejdźmin. – Malutki zgwałt ma tylko piętnaście centymetrów długości. Poza tym wszystko już zaplanowałem. Nazwiemy go Gejman, albo Gejzoł i…
– O nie nie nie! To moje dziecko i na pewno nie nazwę go Gejzoł! Sam wymyślę imię i sam go wychowam! Kurwa, co ja gadam!?
– To może jednak Gejzeł? – zaproponował Mlaskier. – Jak ta dziura co tryska gorącą wodą. Albo Mlaskruś.
– A Zołralt? – dopytywał wejdźmin.
– Nie kurwa! To są jakieś kpiny!

Drzewa nad nimi obsiadły czarne podłużne stwory z uśmiechniętymi jasnymi oczami i tuląc się do siebie zaczęły wydawać kojące dźwięki. Krasnolud poczuł się śpiący i opadł na ziemię.
Wszyscy wyczekiwali narodzin w napięciu, jednakże nic się nie wydarzyło. Magiczne stwory posmutniały, popatrzyły po sobie i schowały się głęboko w liściach, zupełnie jakby się rozpłynęły.
– O kurwa… – powtarzał Zołman dysząc. – Jeszcze nigdy nie czułem takiej ulgi.
– I nie jest ci ani trochę przykro? – zapytał wejdźmin, tuląc chlipiącego Mlaskra do piersi.
Zołman spuścił głowę.
– No trochę jest. Ale jak komuś o tym powiesz, to!

Krasnolud opuścił przyjaciół, bo jak stwierdził chwilę później, musiał się natychmiast napić.
Nie napił się od razu, za to jego wysoki krzyk kilkaset metrów dalej wypłoszył wszystkie wrony z lasu.
W pierwszej z brzegu karczmie w Vinogradzie otrzymali wiadomość od komendanta cesarskiej straży, że na wejdźmina Gejralta czeka sowita nagroda, co tylko podniosło nastroje całej trójki do świętowania.
No, może dwójki. Czwórki…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *