Rozdział I – Między wódką a nogami

rozdzialy-1

++++++Szereg kolorowych butelek zdobiących spiętrzone półki nad barem odbijały światła świec, lampionów i rozweselone twarze. Nagle, jedna z nich schwytana przez pulchną dłoń, powędrowała na blat i przechyliła się wypełniając ciemnobrązowym trunkiem kieliszek, który – wędrując wprost do gardła sponiewieranego klienta – sprawił, że delikwent zaraz po konsumpcji uderzył czołem w blat.
++++++– Nie śpi! – warknęła stojąca za barem baba o okrągłych kształtach. – Bo mi włosy w likierze moczy!
++++++Wejdźmin Gejralt podniósł głowę, odgarnął długie srebrne włosy z różowymi pasemkami, odczekał aż wirujący w kącie zegar nabierze ostrości i odwrócił się w stronę sali opierając łokcie na blacie. Wypuścił wysokoprocentowe powietrze z ust nucąc coś o ponętnych figurach
i wierconych w nich dziurach, po czym rozejrzał się po pełnej i głośnej sali drewnianego przybytku. Musiał jeszcze chwilę odczekać, toteż wyciągnął rękę w stronę kobiety za barem nie odwracając się do niej wcale.
++++++– A niech cię szlag trafi! – krzyknęła baba. – Jesteś gorszy od pleśni! Gdybym wiedziała, że taki z ciebie moczymorda, to dług za tego wonszojeża spłacałabym inaczej!    
++++++– Wonszołaka – rzucił Gejralt, i z nową butelką wina w ręku ruszył przed siebie.
++++++Zwinnie ominął wszystkie półnagie panie i biorąc soczystego łyka prosto z gwinta, tanecznym krokiem przedostał się na drugą stronę parkietu. Wzniósł toast z przypadkowymi ludźmi, po czym – lekko się chwiejąc – przywitał namiętnie pewnego młodzieńca, którego akurat mijał; okręcił się wokół własnej osi klepiąc innego
w pośladki, by wreszcie znaleźć się na zewnątrz, aby trochę się przewietrzyć. Po kilku ładnych minutach, które spędził głównie na niecierpliwym patrzeniu przed siebie i opróżnianiu butelki, w końcu wlał w siebie ostatnią kroplę trunku i chcąc pozbyć się flaszki spostrzegł, że tuż obok kosza na śmieci stoi wyraźnie rozgniewany krasnolud, który z założonymi rękami przygląda mu się co najmniej złowieszczo.
++++++– Długo tu stoisz? – spytał Gejralt.
++++++– Dzisiaj moja kolej – burknął Zołman.
++++++– Kolej na co? – wejdźmin odpalił papierosa w niepodobny do siebie sposób. – Teraz to do mnie jest kolejka, Zołmanie.   
++++++Krasnolud zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
++++++– Dzisiaj ja wyrywam z twoją pomocą – wytłumaczył.
++++++– A niby dlaczego? – wejdźmin spojrzał na zegar wieży kościelnej.
++++++– Bo – zaczął Zołman. – Przedwczoraj czytałem Mlaskrowi tę samą bajkę trzydzieści dwa razy, żebyś ty mógł zabawiać się z jakimś opalonym obcokrajowcem. Cztery dni temu udawałem, że cię nie znam, żebyś mógł mi dać kosza i popisać się przed jakimś mięśniakiem, a w zeszłym tygodniu kłóciłem się z tobą udając twojego chłopaka, żeby ten wysoki brunet mógł cię potem pocieszać! Więc, kurwa! Dzisiaj. Moja. Kolej! 
++++++– Boże Święty, jestem strasznie rozwiązły – zamyślił się Gejralt, wiodąc wzrokiem za dotąd niewidzianym mężczyzną przeciskającym się przez obstawione ludźmi wejście do tawerny pod szyldem „Goły Byk”. Był pewny, że nigdy go nie spotkał, bo nigdy nie widział człowieka ze skrzydłami na plecach.
++++++– Przepraszam, można przejść? – zapytał nieznajomy napotykając na stojącego w drzwiach wejdźmina.
++++++– Nie – odparł Gejralt. – Można tylko przelecieć.
++++++Krasnolud pacnął się w czoło. Ledwo zdążył nabrać powietrza by powiedzieć kilka gorzkich słów przyjacielowi, gdy prawie już gotową wiązankę soczystych przekleństw przerwał mu przerażony lament kulejącego starca:
++++++– Ratunku! Kolejny mokrojeb! Ludzie! Pomóżta…!
++++++Zołman spojrzał na Gejralta spod brwi i pokręcił głową. Ten wyprostował się i poprawił opadające spodnie. 
++++++– Oho! – powiedział. – To brzmi jak zadanie dla wejdźmina! W ogóle się nie spodziewałem. 
++++++Zdyszany starzec padł na ziemię i z niepełnym uśmiechem złapał się za serce dziękując Bogu za zesłanie wybawcy w tym ciężkim dla miasteczka czasie. Tłum ludzi zaczął kibicować wejdźminowi.
++++++– Później do ciebie wrócę, ptaszku – szepnął Gejralt w stronę dopiero co poznanego skrzydlatego człowieka, puszczając mu oczko. – Jak masz na imię?
++++++– Może być Ptaszek – odparł mężczyzna z szeroko otwartymi oczami zdając sobie sprawę z tego, że musiał właśnie poznać miejscowego bohatera.
++++++Wejdźmin uśmiechnął się szeroko. A potem zwrócił się w stronę krasnoluda. 
++++++– Jesteśmy w Gołopolu, Zołmanie – oznajmił. – Ludzie mnie uwielbiają. Rozchmurz się troszkę.
++++++– Mam tego dość – burknął krasnolud i wszedł do „Gołego Byka”. 

++++++Nieopodal w krzakach, ale wystarczająco daleko aby uciec przed oczami miejscowej gawiedzi, buszował straszliwy potwór. W okresie godowym lasodymaczy nawet Gejralt wolał nie zapuszczać się głęboko w ciemny las. Duże szkliste oczy potwora i białe zęby wyróżniały się na tle jego ciemnej, pokrytej grubą warstwą zaschniętego błota twarzy. Reszta jego wijącego się ciała ociekała glonami, trzciną i czymś, co ciężko było rozpoznać nawet wejdźminowi. Gejralt zapalił zapałkę, aby lepiej widzieć i dojrzał, że z krocza szkarady zwisał już dość długo martwy karp; w dłoniach, niczym noże, trzymał podłużne szyszki, którymi machał bez konkretnego kierunku, za to celnie celował rogiem wystającym z czubka jego głowy w zbliżającego się oprawcę wydając z siebie dźwięki, przypominające upośledzoną kozę uciekającą przed rozszalałym indykiem. Na jego szyi zawieszona była drewniana tabliczka z napisem: „Wonszołak”. 
++++++Do uszu miejscowych, wpatrujących się w ślad za wejdźminem, dotarło chrupnięcie. 
++++++– Pogruchotał mu gnaty! – wykrzyknął ktoś z tłumu wywołując kolejną falę wiwatów.
++++++W krzakach jednak nikt nikogo nie gruchotał.
++++++A przynajmniej nie w ten sposób.
++++++– Dobry pomysł z tym rożkiem od lodów na róg, Mlaskier – przyznał wejdźmin, kończąc chrupać nieco twardy już wafelek.
++++++– Wiem – odparł dumny poeta. – Sam wymyśliłem.
++++++Gejralt nakazał Mlaskrowi pojęczeć jeszcze trochę tak jak zwykle, a następnie przekazać mu trofeum.
++++++Mlaskier nagle przestał umierać.
++++++– Wziąłeś trofeum, prawda?… – zapytał wejdźmin.

++++++Chłopi z Gołopola początkowo wierzyć nie chcieli, jakoby trofeum z wonszołaka było w formie ryby. Poprzednie trofea wydawały im się być bardziej przekonywujące. Bardziej potworne. Bardziej złe. Nijak próbowali przyrównać zdechłego karpia do stworów, które od kilku miesięcy prześladowały ich miasteczko w sposób niezwykle niepokojący – strasząc dzieci genitaliami, napastując zwierzęta domowe (głównie kozy), oddając mocz na źródła światła i obmacując jajka w kurnikach po nocach. Na szczęście wejdźmin, darzony szacunkiem za pozbycie się dwudziestego siódmego z rzędu szkodnika, dopiął rozporek i zdołał udobruchać niedowierzający tłum powołując się na to, że jakie by to trofeum z wonszołaka nie było, to wargi to łaknięcia ma akurat pokaźne, a potwora już nie słychać. Wróciwszy do tawerny, zlokalizował Ptaszka i na dobry początek, postawił mu drinka.
++++++Sytuacja rozwijała się pomyślnie. Taboret wejdźmina był już przesadnie blisko krzesła „Ptaszka”, toteż obydwoje uznali, że nie ma sensu zajmować dwóch siedzeń na raz, skoro mogą zajmować jedno. Chwilę później doszli do wniosku, że w ogóle nie ma sensu ich zajmować i poszli potańczyć. Wejdźmin rzadko trafiał na tak dobrych tancerzy, jak on sam. Nawet Zołman lubił czasem na niego popatrzeć, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał. Wijąc się gdzieś pośród rozgrzanych muzyką ludzi, już miał przechodzić do bezpośredniego ataku na „Ptaszka”, gdy usłyszał znajomy głos za plecami.
++++++Czarodziejka drgała z zimna, strachu i przemęczenia. I trochę na widok wejdźmina.
++++++– Gejralt… – szepnęła, przytulając go niezwykle mocno.
++++++– No nie, no nie teraz kobieto, już prawie go miałem – wybełkotał półprzytomny wejdźmin.
++++++– Tak strasznie za tobą tęskniłam… – Dżemmefer uśmiechnęła się roniąc łezkę i wtuliła się jeszcze mocniej.
++++++– Już do ciebie wracam, Ptaszku ty mój, tylko się wygramolę… – zawołał Gejralt próbując wydostać się z uścisku. – Ale zaraz, jak ty mnie w ogóle znalazłaś? Nie wypowiedziałem twojego imienia – wejdźmin przerwał.
++++++Ironiczny uśmiech krasnoluda i jego szeroko rozstawione nogi mówiły same za siebie.
++++++– Ty mały zdrajco! – warknął wejdźmin.
++++++– Trzeba już było skończyć tę całą szopkę – rzekł Zołman. – I pomóc mi z panienkami.    
++++++– Pomóc ci z…?! Ooo… już ja ci pomogę…! Hej, dziewczyny! – zawołał Gejralt. – Widzicie tego krasnoluda? Wiecie, dlaczego jest taki malutki? Bo ma krótkie nóżki, krótkie rączki i krótkiego…
++++++– Gejralt! – czarodziejka podniosła głos, szarpiąc wejdźminem. – Ocknij się! Mimi! 
++++++– Co mi-mi?
++++++– Zniknęła… Ta zła magia, mgła… Nie czułeś?… Stawiam na Łoże Czarodziejek, ale nie mogę się tam pokazać bo wtedy się przyznam!
++++++– Do czego? I co to jest, albo raczej było, „mi-mi”? – dociekał wejdźmin.
++++++– Nasza córka, Gejralt.
++++++– CO?! – oburzył się Ptaszek. – To ty masz dziecko z tą kobietą?! – zaskrzeczał, po czym parsknął, machnął ręką i odszedł opadając z sił przy najbliższym stoliku.
++++++– Właśnie miałem spytać mniej więcej o to samo… – wyartykułował wejdźmin wpatrując się w Dżemmefer.
++++++– He he he he… – zarechotał Zołman. – No to rzeczywiście powstrzymałeś ten „biblijny potop”, na całe dziewięć miesięcy…!
++++++– Zamknąć ryje! – wrzasnęła barmanka. – Do sądu idźcie się powydzierać!
++++++– Nie wtrącaj się gruba babo! – wysyczała czarodziejka.
++++++– Ja ci dam grubą babę, wywłoko! Trzeba się było nie puszczać z tą moczymordą! Gdyby nie jego upodobania, to byśmy tu mieli istne przeludnienie!
++++++– Gejralt, zatrzymają ją znakiem!
++++++– A czemu sama jej czymś nie zaczarujesz, Dżem? – spytał.
++++++– Nie gadaj, tylko rób! – wrzasnęła czarodziejka.
++++++Wejdźmin spojrzał na nią ukradkiem i uniósł brwi równolegle z palcem wskazującym.
++++++– Ostatnim razem jak to powiedziałaś – zaczął – posłuchałem cię i zostałem tatusiem. Więc nie.
++++++– Mam siostrzyczkę…? – na twarzy Mlaskra pojawił się pełen naiwnej radości uśmiech, który sprawił, że niedomyte resztki błota odpadły z jego policzków.
++++++Dżemmefer już od dawna podejrzewała, że ojcem Mlaskra jest Gejralt, a jego matką jakaś małpa.
++++++Wejdźmin przetarł ręką czoło i wskazał na poetę.
++++++– To nie jest mój syn – wyjaśnił.
++++++– To ty tak z własnym synem!? I kto wie co jeszcze! Ty zboczeńcu! – oburzył się ktoś z gości, a na sali rozgorzały głosy zniesmaczenia.
++++++– To nie jest mój syn – powtórzył Gejralt, próbując nie stracić kontroli. – I wygląda na to, że nie mam też córki, bo ta wariatka, co tu właśnie wtargnęła, zgubiła własne dziecko. Co z ciebie, Mlaskruś wyjmij orzeszki z noska, za matka?! 
++++++Dżemmefer znieruchomiała. Chwilę później zaczęła przypominać czajnik pełen gorącej wody, która zaraz się zagotuje.
++++++– Jak śmiesz! – ryknęła. – Ty egoistyczna łajzo! Zawsze myślisz tylko o sobie! Naprawdę cię to nie interesowało? Wiesz, że wdała się w ciebie?…
++++++Gejralt podniósł wzrok, który po chwili stał się całkiem obojętny.
++++++– No to może wcale nie zniknęła, tylko miała cię dosyć i uciekła? – zasugerował, a czarodziejka znów zamarła. – Sama powiedziałaś, że wdała się we mnie – wyjaśnił.
++++++W karczmie zapanowała bucząca w uszach, niezręczna cisza. Dżemmefer z trudem łapała oddech, zaciskając pięści. Zołman pokiwał głową z dezaprobatą. Gejralt wciągnął policzki błądząc oczami gdzieś po podłodze. Mlaskier wyciągnął orzeszki z nosa.
++++++– Przepraszam – powiedział wejdźmin.
++++++– Dżem ma rację, Gejralt – wtrącił krasnolud. – Pogubiłeś się. 
++++++– Musiałem odreagować…
++++++– Sześć lat?!… – wyłkała czarodziejka.
++++++– Od sześciu lat nie przyjął ani jednego zlecenia na potwory – dodał krasnolud.
++++++– No jakże to? – oburzył się jakiś pijak. – A wonszołaki…?
++++++– Zołmanie, jeszcze słowo… – pogroził mu Gejarlt.
++++++– I co? – przerwał mu krasnolud. – Użyjesz swoich słynnych wejdźmińskich mocy?
++++++Wejdźmin posmutniał i zacisnął zęby. 
++++++– Co się z tobą stało, Gejralt? – skrzywiła się czarodziejka. – Wydaje mi się, jakbym w ogóle cię nie znała. Twoja córka, pal licho że nie miałeś chęci jej poznać, zniknęła. – Dżemmefer wpatrywała się w wejdźmina z oczekiwaniem, ale nie usłyszała odpowiedzi. – Prosić cię o pomoc, to był błąd. No bo dlaczego miałbyś się nią akurat teraz przejąć? I wiesz co? Dobrze, że Mimi wdała się w ciebie, może nie będzie tak głupia jak ja. Mam nadzieję, że żyje.
++++++Dżemmefer odwróciła się kierując się w stronę wyjścia. Miała w głowie jeden wielki mętlik. Gejralt też.
++++++– Nie mogę jej pomóc… – powiedział cicho. 
++++++– Proszę, już nic więcej nie mów…
++++++– Nie jestem już wejdźminem, Dżem.
++++++Czarodziejka zatrzymała się i zawróciła.            
++++++– O czym ty mówisz?… – zapytała.
++++++Gejralt, z nieznanym sobie dotąd trudem, otworzył usta:
++++++– Sprzedałem miecze bo… Nie były mi już potrzebne, bo… Eliksiry też nie działają i…. Straciłem swoje moce. Wszystkie. Syrden, Mignij, Fucksji i Dancing Queen są do niczego. Nie słyszę lepiej niż Mlaskier, nie widzę wyraźniej niż Zołman. Nie czułem żadnej złej energii, nie widziałem mgły. Nie słyszałem nawet, że weszłaś.
++++++– Jak to straciłeś?… Dlaczego? Co się stało?
++++++Gejralt spojrzał w tracące nadzieję oczy czarodziejki, które z wolna zbliżały się w jego stronę. Wzruszył ramionami.
++++++– Nie wiem… Ja… nie pamiętam. Nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz byłem trzeźwy. Obudziłem się i… już ich nie było. Po prostu zniknęły…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *