Rozdział XVI – Kupa Przygód

257174231_222331090011664_87660784163828692_n

Stefano robił kupę.
Wychodek, umieszczony w szczytowym miejscu kwatery głównej Dzikiego Zgonu był dla niego zarazem świątynią, miejscem, gdzie myśli mogą zostać ubrane w dające się wykrzyczeć na militarnej przemowie słowa, oraz miejscem, gdzie robi się kupę.
++++++Prawdę mówiąc, była to jedyna czynność fizjologiczna którą obecnie mógł wykonać, ponieważ z racji pewnego straszliwego przewinienia, pozbawiono go, przegniłej co prawda, ale bardzo istotnej części ciała.

Dziki Zgon cieszył się od setek lat nieposzlakowaną opinią organizacji, która wykonuje swoje zadanie z bezwzględną dokładnością. Podróżując na swoich dawno już umarłych, kościstych rumakach odwiedzali wszystkie zakątki świata, roznosząc plotki, choroby weneryczne i, od czasu do czasu, przesyłki konduktorskie, ale to zdarzyło się tylko kilka razy w czasach mocno uszczuplonego przez nałogowy alkoholizm członków Zgonu budżet.
++++++Jednak najważniejsze były plotki. Pieczołowicie pielęgnowane, gromadzone i roznoszone z nieustępliwością wjeżdżającego do ciasnego tunelu długiego i mokrego parowozu stanowiły o ich reputacji. Było to tym bardziej godne podziwu, że parowozów jeszcze wtedy nikt nie wynalazł. Natomiast to, że gdyby istniały, to na pewno wjeżdżałyby do ciasnych tuneli przewidział już wiele lat wcześniej niejaki Wejdźmin Odbywlasł swoim proroczym manuskrypcie zatytułowanym „Lista rzeczy prawdziwych i nieprawdziwych, ale zarazem długich i mokrych, które mogłoby się zmieścić w ciasnych tunelach, przepraszam ale się rozmarzyłem. Tom LXXVII.”

Za plotki ludzie ich szanowali. Podobno gdy szedł słuch, że nadciąga Dziki Zgon, dzieci malowały barwne laurki, zdobiły je wydzierankami i zostawiały na parapetach posypane cukrem pudrem i okruszkami, ażeby dzielni Jeźdźcy nie musieli podróżować o pustych żołądkach. Tej plotki jednak nie roznieśli, ponieważ nie została zatwierdzona jako wystarczająco wiarygodna; zwłaszcza, że ostatnim razem gdy najechali pewną małą wioskę, wyszedł od nich sołtys i zaproponował złożenie wszystkich dzieci, kobiet i starców, i właściwie wszystkich innych mieszkańców nie licząc Sołtysa, w krwawej ofierze, aby odjechali.
++++++Wtedy obyło się bez ofiar, bo zasadniczo zatrzymali się tylko na tortillę i jeden wyjątkowo podgniły jeździec musiał wysłać polecony, ale wiedzieli, że reputacja ich wyprzedza. Reputacja tych, którzy zawsze rozniosą to, co do nich dotrze i z którymi nie należy zadzierać.
++++++Tak było do momentu, kiedy kilka lat wcześniej, podczas jednego z rajdów napotkali na swojej drodze pewnego wejdźmina, z którym to Stefano dość zażyle się zaprzyjaźnił.
Wejdźmin był wyśmienitym źródłem wszelkiego rodzaju plotek, zwłaszcza, że łatwo było go zastać w stanie mocno wstawionym, a do tego zupełnie nie obrażał się za rozniesienie na niego np. syfilisu, ponieważ wejdźmini z racji swojej wejdźmińskiej natury byli na takie rzeczy odporni.
++++++Działał tu też prosty dobór naturalny. Zwyczajnie ci Członkowie Homo Moher, którzy takiej odporności nie posiadali już dawno zarazili się czymś i wymarli. Stefano wiedział o tym z pierwszej ręki, ponieważ sam, dawno, dawno temu, był jednym z nich. To była tajemnica. Bał się, że straci na autorytecie, jeśli ktoś kiedykolwiek skojarzy go z dziwnym zakonem mieszczącym się w Górach Różowych.
++++++
Wiele dekad wcześniej, jeszcze jako żyjący młodzieniec o imieniu Stefancjusz, wstąpił do Homo Moher, gdzie został przyjęty z otwartymi nogami i już jako swoje nowe wcielenie – Wejdźmin Sewalin wyruszył ochoczo w świat aby wykonywać wejdźmińskie zadania.

Niestety, los chciał, że w ciągu zaledwie szesnastu minut od początku swojej misji Sewalin złapał siedemdziesiąt dziewięć różnych chorób wenerycznych i wkrótce dokonał swego żywota leżąc w konwulsjach na łóżku w wiejskiej lecznicy usytuowanej w nieznanej nikomu miejscowości, która miała później znacząco się rozrosnąć i stać stolicą całego królestwa, od tej pory funkcjonując pod nową nazwą – Wyrżnijma.
++++++Wiejscy znachorzy debatowali później długo, czy bardziej do jego śmierci przyczyniły się liczne choroby, czy to, że spadł na niego czterdziestokilowy żyrandol, ale Sewalinowi nie robiło to już wtedy wielkiej różnicy.
Wiedział jedno – życie po własnym pogrzebie to już właściwie nie jest życie. Wstąpił zatem do Dzikiego Zgonu, o którym słyszał liczne plotki, że pozwala na realizację talentów każdemu, kto zna się na roznoszeniu, i radził tam sobie tak dobrze, że wkrótce wybrano go czołowym przywódcą. Kolejny raz zmienił imię – tym razem nazwał się Stefano, nie chcąc, by łączono go z jego dawnym życiem, ani z wejdźmińską przeszłością. To nowe imię wybrał na cześć swojego normalnego imienia, z czasów, kiedy nie był jeszcze ani Upiornym Jeźdźcem, ani wejdźminem.
++++++Głosownie na przywódcę nie miało nawet związku z jego osiągnięciami, ale zupełnym przypadkiem miał akurat wśród Jeźdźców najdłuższe Ko’Tas-u, co w starożytnym języku nieumarłych oznaczało tę część anatomii, która najbardziej świadczy o zdolnościach przywódczych wśród każdej organizacji, która zajmuje się czymkolwiek.
Przez setki lat Dziki Zgon pod rządami Stefano osiągał same sukcesy. Było tak do momentu kiedy na ich drodze stanął wspomniany wcześniej wejdźmin, a towarzyszył mu wyjątkowo dziwny poeta i niezwykle podejrzliwy krasnolud.
Gejralt faktycznie dysponował nowymi i świeżymi plotkami na każdą okazję, ale zafascynowany nim Stefano zupełnie opuścił gardę i zignorował zasady panujące w Zgonie – a w efekcie rozniesione zostały plotki, które wejdźmin zwyczajnie wymyślił, albo wyssał z palca. Prawdopodobnie Mlaskrowi. I prawdopodobnie nie z palca.
++++++Musiał więc Stefano stanąć przed sądem polowym złożonym z komisji pewnych wysoko postawionych w upiornym świecie indywiduów, kilku przedstawicieli Urzędu Skarbowego i jednej gadającej ryby w podstawionym na szybko akwarium. Trybunał prędko wydał wyrok, zwłaszcza, że wszystkim bardzo się spieszyło, z uwagi na zapowiadaną od tygodni promocję w pobliskim lumpeksie, a w efekcie, choć co prawda pozwolono mu pozostać na stanowisku przywódcy, w ramach kary musiał stracić Ko’Tas-u.

A wejdźmini, nawet byli, i nawet nieżywi, są bardzo przywiązani do swojego Ko’Tas-u. Zemsta musiała być straszliwa.
Gejralt miał stracić wszystko – swoje moce, przyjaciół i sens życia, a kiedy zostałby już zupełnie sam i popadł w rozpacz, przyszłaby pora i na niego. Wtedy Stefano dokonałby ostatecznego dzieła – wcieliłby Gejralta do Zgonu (uprzednio sprawdziwszy za pomocą suwmiarki czy czasem bardziej od niego nie nadaje się na przywódcę). Większa część planu już się dokonała. Teraz była już prawie pora na wielkie zakończenie. Do pojmania pozostał im jeszcze tylko ów dziwny poeta, który zawsze towarzyszył Gejraltowi, a wtedy samotny i opuszczony wejdźmin złamałby się jak trzcina cukrowa na… to znaczy, jak piórko, które… No cóż. Stefano nigdy nie był zbyt dobry w poetyckich porównaniach.

Poza tym, w drzwi wychodka właśnie ktoś zapukał.

++++++– Ee… zajęte – krzyknął wyrwany z zamyślenia przywódca.
++++++– Ale szefieee – odpowiedział głos zza drzwi. – Ja naprawdę muszę…
Przywódca dzikiego Zgonu westchnął przeciągle i zapiął swoje mocno już nieświeże po kilkuset latach nieprania bryczesy. Przez te wszystkie dywagacje misję odwiedzenia toalety zmuszony był uznać za zakończoną niepowodzeniem.
Przejechał kościotrupią ręką po czaszce, jakby poprawiał dawno już nieistniejące włosy, wziął głęboki oddech i otworzył drzwi.
++++++– Szeregowy! – wrzasnął na trzymającego się za brzuch zielonego, podgniłego trupa. – To jest wychodek wyłącznie DLA DOWÓDCY!
++++++– Ale ja jestem tu nowy…
++++++– To mnie nie interesuje! A zresztą, nieważne. Mam ważniejsze rzeczy na czaszce! A ty znajdziesz sobie inny…
++++++– Już nie trzeba.
++++++– Co?
++++++– Już nie trzeba – odparł podgniły z widoczną ulgą na twarzy. – Przepraszam, szefie.
Stefano lekko zatkało, więc patrzył tylko jak szeregowy oddala się kołysząc bioderkami. Coś go w tym zastanowiło.
++++++– Szeregowy!
++++++– Eee?
++++++– Mówiłeś, że jesteś nowy. Jak się nazywasz i kim byłeś wcześniej?
++++++– No, szefie, nazywam się Rafał…
++++++– Nie ściemniać! Nie ma takiego imienia.
++++++– No dobra… to znaczy, tak jest – odpowiedział domniemany Rafał po dłuższej chwili, wyraźnie zafrasowany. – Nie chciałem się przyznawać, bo takie tam, i teraz jeszcze ta afera z wejdźminami i fałszywymi plotkami… ale nie miałem nawet czasu wymyślić dobrej wymówki. Nazywałem się Siezmieścin, no i rozumie szef, wcześniej tak jakby… no sam byłem wejdźminem. Wstyd się przyznać, ale zabiły mnie chyba te wszystkie rzeczy, co człowieka nachodzą jak się dużo no, ten tego…
++++++Stefano przestał słuchać. Jego umysł wszedł na wysokie obroty. Stanęło mu przed oczami kilka firmowych imprez i to, że w Zgonie dominowała zasadniczo tylko jedna płeć.
++++++– Spocznij! – krzyknął do szeregowego i pobiegł schodami na balkon wychodzący na główny dziedziniec kwatery głównej.
Szeregowy nie poruszył się w widoczny sposób, z wyjątkiem lekkiego spojrzenia w dół.
++++++– Już – zamrugał.

Na schodach Stefano wpadł na Januszszo, Jeźdźca, który był niewiele tylko młodszy stażem w Zgonie od niego samego.
Januszszo składał się praktycznie wyłącznie z obżartych przez robaki kości.
++++++– Stać!
++++++– NO? – odpowiedział Januszszo, głębokim tonem właściwym tym Jeźdzcom, którzy utracili już jakiekolwiek resztki ciała i musieli posługiwać się magicznym głosem. – SZEFIE, BŁAGAM. IDĘ KUPĘ.
++++++– Co? Ale wychodek dla… Nieważne! Mów kim byłeś wcześniej!
++++++– WCZEŚNIEJ?
++++++– No, zanim umarłeś!
++++++– NIECH POMYŚLĘ. A TAK. NAZYWAŁEM SIĘ WYSSAMIN I…

Stefano dalej nie słuchał. Biegł już dalej. Po drodze przemknęła mu jakaś myśl o zaskakującym przypadku że akurat dwóch towarzyszy zmierzało do tego samego wychodka, do którego normalnie nikt nie chodzi. Zupełnie, jakby się umówili…
++++++Kiedy stanął na mównicy ogarnął wzorkiem przechadzających się w ogromnej sali jeźdźców zajętych własnymi sprawami. Były wśród nich zarówno kościotrupy, jak i zwłoki w różnym stadium rozkładu, a także półprzezroczyste zjawy i upiory. Atmosfera panowała przyjazna. Ktoś dyskutował o niuansach refrakcji świetlnej w półprzezroczystych cieczach. Ktoś inny dłubał sobie patykiem w zadku.
++++++– Halo! – głos Stefano zwrócił uwagę Zgonu. – Wszyscy patrzeć na mnie. Odpowiadać prawdę, bo za kłamstwo kara będzie straszliwa!
++++++Wskazał palcem stojącego najbliżej zgnilca.
++++++– Jak nazywałeś się za życia?
Zgnilec chciał jakby powiedzieć coś innego, ale w końcu spuścił wzrok i odpowiedział.
++++++– Ciupcissan.

++++++Teraz przyszedł czas na zjawę w długiej szacie, która przewróciła oczodołami i wydała teatralne jęknięcie.
++++++– Ee… – odparł upiór. – Co ja tam będę ukrywał, że moje prawdziwe imię to Ciągnimin.
Stefano miał już wskazać następną ofiarę, kiedy spod szaty upiora, na wysokości pasa, wychynęła jakaś trupia głowa i też spuściła wzrok.
++++++– Liżechun – powiedziała głowa.
Stefano potrząsnął głową, i zamknąłby oczy, gdyby je miał.
++++++– Jak nazywał się twój koń? – zagadnął dla pewności, ale ze zrezygnowaniem do opierającego się o filar szkieletu.
++++++– NIECH POMYŚLĘ. SUTKA.
++++++– Czy jest tu w ogóle ktoś, kto wcześniej nie był wejdźminem? – zagrzmiał Stefano.
Zapadła cisza.
++++++Naczelny Przywódca z otwartą szczęką i nie do końca wiedział, jak zinterpretować te wszystkie lata…
++++++– Wracają! – przerwał mu trup stojący gdzieś na końcu tłumu.

Chwilę później na dziedzińcu wylądowały dwa trupie konie, a więzień ich jeźdźców został przywleczony przed oblicze Stefano. Na głowę miał narzucony czarny wór.

*****
++++++– HA! – krzyknął Stefano. – Przedostatni element mojego planu!
Dwaj jeźdźcy spojrzeli po sobie, a jeden z nich przełknął coś, co miał zamiast śliny.
Stefano poznał po ich minach, że coś jest nie tak.
++++++– Co jest z wami? No? – wycedził. – Porwaliście tego całego Mlaskra, i wam, całkowicie przypadkowo, umarł, tak?
Nie doczekał się odpowiedzi.
++++++– Nieważne, może se być nieżywy! Dopóki, zgodnie z planem, wejdźmina zeżre samotność i pustka zanim się za niego wezmę, he, he, to nie ma wielkiego znaczenia. Bo w przeciwnym wypadku to on by mnie raczej, he he…
Jednemu z przybyłych jeźdźców udało się mieć skrajnie żałosną minę, mimo, że na jego twarzy malowała się tylko wysuszona kość. Ten drugi pociągnął kaptur, odsłaniając oblicze więźnia.
++++++– O kurwa – zdołał wydusić dowódca.

Rozdział XV – Tam Gdzie Ty

15

Mlaskier patrzył na swoją obolałą dłoń. Prawa ręka bolała go w przeszłości już wielokrotnie, ale tym razem czuł jakby na jego dłoni zacisnęło się imadło. Widok, składający się z dwóch błyszczących mieczy na tle długich srebrnoróżowych włosów, zaczął go już nużyć. Znał te plecy aż za dobrze i to pod każdym możliwym kątem.
++++++Kiedyś, jak był dużo mniejszy, nie upilnował chomika. Odłożył go tylko na moment żeby podciągnąć spodnie i gryzoń przepadł. Kiedy po kilku godzinach poszukiwań odnalazł zgubę, też nie wypuszczał jej z rąk. Nie skończyło się to dobrze dla zwierzaka. Mlaskier westchnął, pogłaskał Zgwałtoluda i kazał mu się schować w koszyku.
Wejdźmin nie powiedział słowa od momentu zniknięcia Zołmana. Poeta spojrzał na wystające spod koszuli łopatki przyjaciela. Ciężar, jaki spoczywał na jego szczupłych barkach, musiał ostatnimi czasy znacząco się zwiększyć, gdyż zwykle wyprostowany jak struna wejdźmin zaczął się garbić.
++++++Gejralt szedł szybkim krokiem, ciągnąc za sobą Mlaskra w coraz mniej delikatny sposób. Instynkt kazał mu odejść jak najdalej od miejsca, w którym dopadł ich Dziki Zgon, a strach przed kolejną utratą zacisnął się boleśnie na dłoni przyjaciela.
++++++Nagle coś trzasnęło, a coś innego huknęło. Prowizoryczne, zbite z kilku desek drzwiczki wpadły do środka ciasnego dołu razem z wejdźminem i Mlaskrem. Nad wykopem zebrało się kilka poczochranych głów. Gejralt westchnął.

++++++– Kto to, dziadku? – zapytała mała dziewczynka na widok prowadzonych więźniów.
++++++– To miszcz Mlaskier wnusiu, poeta i grajek, zawsze w towarzystwie tego odmiennego osobnika, odzianego w obcisłe stroje albo wcale. Wejdźminem go zwą.
++++++Gejralt spojrzał na staruszka z dzieckiem, który spoglądał na niego spod nisko opuszczonych, siwych brwi.
++++++– Pod żadnym pozorem się do niego nie zbliżaj – usłyszał.
++++++Rozglądał się dalej.
++++++Miejsce, do którego zostali zaprowadzeni, przypominało obozowisko. Szałasy były pełne ludzi, którzy wyglądali na głodnych. Na środku paliło się ognisko, gromadząc przy sobie większość coraz bardziej zainteresowanych przybyszami mieszkańców. Rozchodzące się szepty świadczyły o tym, że go znają, a dzierżone w dłoniach pałki, kamienie i łopaty, że raczej nie z tej dobrej strony.
++++++Gejralt wyciągnął jeden z mieczy i narysował nim koło na ziemi.
++++++– Wszyscy od tyłu…! DO tyłu, znaczy – powiedział. – Jeśli choćby palec przekroczy tę linię, zostanie odcięty i wetknięty gdzie indziej!
++++++Trzymając już oba miecze rozłożył ręce szeroko na boki.
++++++– Gejraltku, nie w ludzi – szepnął Mlaskier.
++++++– Nic innego nie mogę zrobić, przecież wiesz – odparł.
++++++– Ale celujesz w ludzi… – powtórzył poeta.
++++++– A skąd mam to niby wiedzieć? – wyszeptał. – Tyle osób gdzieś w środku lasu… A co jeśli to taki Bogdan i Basia razy sto?
++++++– Ale medalion ci tak nie drga…
++++++Mlaskier miał rację.
++++++Wieśniacy spojrzeli po sobie. Widok dwóch lśniących i całkiem niepospolitych kawałków metalu skłonił ich do refleksji. Wyglądały tak, jakby można było się nimi skaleczyć od samego patrzenia.
++++++– Zostawcie go – rozległ się damski głos. – I tak nie macie szans.
++++++– My na niego kupą skoczymy! – zawołał jakiś chłop.
++++++– Kupą to wy możecie swoje sedesy postraszyć – ciągnęła kobieta w kapturze. – Nie widzicie, że to wejdźmin?
++++++– No widzimy właśnie!
++++++– A nie widzicie, że to ten sam, co nam ładnych parę lat temu dwa lasodymacze spode wsi ubił, co by was tyłki więcej nie bolały? – kobieta ściągnęła kaptur spod którego wynurzyła się pewna siebie twarz, a ta okazała się być elficką. – Nasz świętej pamięci wójt miał w tym rudym łbie więcej rozumu niż wy wszyscy razem wzięci.
++++++Wśród ludzi rozległy się szumy.
++++++– Ale, alee… On z mieczami w nas!
++++++– A wy to sobie tylko grzecznie stoicie z kwiatami, tak? Nie wpadliście na to, że ktoś taki to mógłby się nam w obecnej sytuacji przydać? – elfka wyprostowała się i wyciągnęła rękę do wejdźmina. – Widzę, że moje centkowane legginsy przypadły ci do gustu.
++++++Gejralt opuścił gardę.
++++++– Tak – powiedział witając się. – Cześć, Marlena.
++++++– To nie żaden wejdźmin tylko oszust! – rzucił ktoś niespodziewanie.
++++++– I morderca!
++++++– Króla zabił!
++++++– Gwałci kozy, porywa dzieci, i zakopuje kobiety! – czyjś palec wzbił się ponad tłum.
++++++– Po nocach z gołą rzycią łazi i chłopów gania po lasach!
++++++– Całe wioski wybucha!
++++++– Porzucił dwanaście swoich dzieci!
++++++– Zjadł kota! A potem go ugotował! W brytfannie! Na żywca!
++++++– Rozpija nieletnich, kompociarz!
++++++– I nie najemy się, bo za chude to!
++++++ – Ubić koniokrada!
++++++ Rozjuszony tłum zaczął wiwatować, a w powietrze wzniosły się widły, wzleciały berety, dwie pary galotów i jeden biustonosz.
++++++– Złodziej, morderca, gwałciciel, porywacz, piroman, alkoholik i ekshibicjonista – podsumowała Marlena. – Kto wam takich głupot nagadał?
++++++– Nooo… właściwie to… – zaczął wejdźmin, ale na szczęście ktoś mu przerwał.
++++++– Takie słuchy chodzą!
++++++– Debile – sapnęła Marlena pod nosem, po czym dodała głośno. – Znam tego wejdźmina od lat i ręcze za niego. Gejralcie, przyjacielu. Potrzebujemy pomocy.

++++++Okazało się, że rozbitkowie to nikt inny jak mieszkańcy Wychódka Wielkiego, niewielkiej wsi kilka dni drogi od Wyrźnijmy, którą to Gejralt miał przyjemność odwiedzić przed laty. Niewiele z tego pamiętał, albowiem wówczas dość często zdarzało mu się eksperymentować z eliksirami i potem mieć kaca.
++++++Rzecz rozchodziła się o to, że pewnej ciepłej nocy, kiedy właśnie trwała weselna biesiada syna sołtysa, na wioskę napadła zgraja potworów.
++++++– Lasodymacze wróciły? – spytał wejdźmin, zasiadając z innymi przy ognisku. Niektórzy wciąż patrzyli na niego krzywo.
++++++– Jeden to sołtysowi łeb przy samej rzyci urwał – powiedziała Marlena. – Dziwne, bo zeżarł go tylko od pasa w górę, a resztę wziął pod pachę i uciekł.
++++++ Gejralt zamyślił się spoglądając na elfkę.
++++++ – Ja też potrzebuję pomocy – powiedział.
++++++ – Jeśli pomożesz nam wrócić do wioski – ciągnęła Marlena – dostaniesz co zechcesz.
++++++– Ja córki nie oddam – rzucił ktoś z tłumu.
++++++ – No dobrze – wejdźmin oparł dłonie na kolanach. – Wasze córki mnie nie interesują. Zastanówmy się, bo lasodymacze nie jedzą ludzi. To jak wyglądają te potwory?

++++++Opisywane przez wszystkich jako niedźwiedzio-wężo-hieno-lwy z trąbką na czole, a może i nawet dwiema, kaprawym pyskiem z wystającymi kłami i koślawych łapach, przywiodły mu na myśl tylko jedno. Marlena pomyślała, że będąc wejdźminem trzeba mieć w sobie ogromne pokłady cierpliwości. Ona sama miała ochotę naciągnąć cięciwę łuku i posłać strzałę każdemu, kto się według niej głupio odezwał.
++++++– To muszą być rypacze żywcojady – stwierdził Gejralt. – I to na czole to nie jest „trąbka”. Jedzą tylko to, co nie jest ugotowane. I tylko do połowy. Dolną część biorą na boczek i… – wejdźmin zatrzymał potok słów i spojrzał na dzieci. – Rypacze, w każdym razie, są do likwidacji. Jest na nie kilka sposobów – Gejralt wyciągnął Wejdźmiński Bestiariusz z Ptakiem na okładce, gdyż nie spotkał tych storów od dawien dawna. – Będzie mi potrzebny duży kocioł i warzywa, ponieważ… Warzywa? – ponownie zrobił pauzę. – Będziemy gotować – uniósł brwi. – Rosół.
++++++– A nie może być pomidorowa? – spytał jeden z wieśniaków spotykając się z jednym z tych spojrzeń Gejralta, które wgniata w ziemię.
++++++– A jakie są te inne sposoby? Bo akurat tak się składa, panie Gejrwalcie, że nie mamy ani kotła, ani warzyw, ani kurczaka – zauważyła wieśniaczka, uderzywszy go wałkiem kuchennym w ramię.
++++++– Ani kostki rosołowej od tych dwóch winiar, co to się zapiły winem już prawie na śmierć – dorzuciła jakaś staruszka. Na koniec swojej wypowiedzi, splunęła. – Wstrętne winiary.
++++++Gejralt mruknął. Schował się za okładką z ptaszkiem i począł wertować strony.
++++++– Włoszczyzna, kurczak, sól do smaku… mhm, cebulę lekko opal na ogniu, dodaj włoską kapustę… – mruczał, po czym powiódł oczami w górę strony i przeczytał w myślach pierwsze zdanie: „Rypacze żywcojady odstręcza wszystko, co jest ugotowane, a skoro już mowa o gotowaniu, poniżej przepis na smaczny rosołek”. Sprawdził, czy oby na pewno ma w rękach dobrą książkę.
++++++Miał.
++++++– Będę musiał zamienić słówko z Wazelinem – burknął, i zabrał się do roboty. – Kobiety i dzieci tu do mnie – powiedział wyciągając płonące kije z ogniska. – Po pochodnie – dodał. – Pójdziecie nie dalej niż sześć metrów, żebym was wszystkich widział, i pozbieracie wszystko co nadaje się do jedzenia. Staruszkowie pilnują ognia. Sympatyczni panowie z widłami, weźcie naczynia i wiadra, i migiem nad strumyk po wodę, Marlena pójdzie z wami. Pan z lewej wyciągnie paluszek z nosa, pożyczy lutnię od szefowej i zaśpiewa jakąś pogodną piosenkę – dodał puszczając oczko Mlaskrowi. – No. A ja zajmę się tym gotowaniem.
++++++Wejdźmin wyglądał na zadowolonego. Skonstruowane nad ogniskiem prowizoryczne palenisko spełniało swoje zadanie. W naczyniach gotowała się woda. W wodzie gotowały się zebrane składniki. A wszystko pachniało zupełnie jakby właśnie się ugotowało. Silna woń świeżych ziół, rozmaitych grzybów i jeżyn unosiła się w powietrzu. Delikatne smugi pary leniwie przemieszczały się wśród drzew, płynąc coraz dalej i coraz głębiej, przez ciemność pogrążonego w nocy lasu, aż do czujnych nozdrzy pałaszującego właśnie beczkę surowych ryb żywcojada rypacza.
++++++– Ble – powiedział potwór.
++++++Jeszcze bardziej skrzywił się na widok tak samo śmierdzącego człowieka. Wejdźmin, po kąpieli w wywarze z leśnych dóbr, stał i zastanawiał się, czy był to aby na pewno dobry pomysł.
++++++– Nie wiem, czy to był dobry pomysł – powiedział do stojących za nim, tak samo przyprawionych, Marleny i Mlaskra. – No bo rosół to to nie jest. A chyba miał być rosół. Sam nie wiem.
++++++Poeta na wszelki wypadek jeszcze raz wyjął z kieszeni urządzenie, które wysępił od Dyrdymała i przyłożył je do siebie, aby sprawdzić czy wskaże, że jest ugotowany. Dyrdycianka serii „X” o numerze „53” nie zmieniła koloru, gdyż działała tylko na ugotowane jajka. Mlaskier spojrzał na swoje krocze i doznał olśnienia.
++++++ Żywcojady przechadzały się spokojnie po ulicach, wylegiwały na dachach i prowadziły różne społeczne aktywności, takie jak granie w karty i handel deficytowym towarem, jakim najczęściej była (mniej lub bardziej przechodzona) dolna połowa jakiegoś człowieka.
++++++– Pójdę pierwszy – powiedział Gejralt.
++++++Zaopatrzony w miskę parującego wywaru, szedł powoli pomiędzy potworami, które odskakiwały jak poparzone, gdy zwęszały odstręczający je smród. Zaskoczony powodzeniem, machnął w stronę Mlaskra. Ten miał dać sygnał reszcie, był jednak zbyt zajęty sprawdzaniem, czy jest ugotowany. Ściągnął nawet spodnie.
++++++Gejralt zatrzymał się. Woń pojedynczej jednostki słabła i coraz mizerniej kamuflowała jego własny, bardzo w nozdrzach żywcojadów rypaczy, smakowity zapach. Wejdźmin myślał o tych wygodnych czasach, kiedy mógł jednym pstryknięciem rozpalić ognisko i o tym, jak podgrzewał zupę gołymi rękami w domu rodzinnym Zołmana na polecenie jego matki. Wtedy był zły, że to potrafi, bo spędził piętnaście minut sam w kuchni nad garem. Teraz nie był w stanie wykrzesać z siebie choćby najmniejszej iskierki. Jak zwykle w takich sytuacjach, do głowy przyszło mu jeszcze jedno rozwiązanie.
++++++– Dżemmefer – powiedział choć wiedział, że za uratowanie życia znów będzie musiał spełnić jedno jej życzenie.
++++++Powtórzył jej imię jeszcze kilkakrotnie. Odwrócił się. Ani Mlaskra, ani Marleny nie było w umówionym miejscu, a podekscytowane żywcojady zaczynały szukać nęcącego je kąska.
++++++ Gejralt zaczął się cofać. Gdyby z pomocą czarodziejki mógł sprowadzić te dwa trolle o imieniu Krzysztof, miałby ten chędożony kocioł i jeszcze do tego sos grzybowy w komplecie, ale nic nie zwiastowało jej pojawienia się, a do Vinogradu stąd był szmat drogi. Zrozumiał wtedy, że posłańcy Zgonu i ją dorwali. Posmutniał. Zastanawiał się dlaczego ktoś taki jak te trzy zbzikowane staruszki próbujące go ugotować, z których jedna była kotem, zjawiają się zawsze w najmniej potrzebnym momencie, a nie na przykład teraz. Kolejny krok w tył zatrzymał jego pośladki na studni. Gdyby tylko mógł podgrzać w niej wodę i wrzucić tam jakiekolwiek jedzenie, byłoby po sprawie. Znów spojrzał w umówioną stronę. Miał sobie za złe, że przestał trzymać Mlaskra przy sobie. „A co jeśli…”, pomyślał, a potem zamarł. Pysk żywcojada znalazł się centymetr od jego własnej twarzy. Rypacz zaczął go niuchać, wypuszczając przy tym duże ilości śliny i innych glutów. Potwór nie był pewny, czy chce zjeść górną, podejrzliwie pachnącą część przybysza, ale co do dolnej połowy nie miał wątpliwości. Teraz odległość wejdźmina od rypacza rozciągnęła się do długości „trąbki”, która uderzyła go w czoło. Moment ciszy, który nastąpił, przerwał odgłos cieknącej na ziemię cieczy, do złudzenia przypominający dźwięk oddawanego moczu. Rypacz wydał z siebie dźwięk zdziwienia odskakując z położonymi po sobie uszami. Zmierzył wejdźmina, po czym spostrzegł, że śmierdząca miska którą ten trzymał, jest przechylona, a wywar z niej znajduje się na jego łapach. “Trąbka” mu oklapła. Wtedy z gęstwiny lasu wyłonili się wieśniacy, na czele z Marleną i Mlaskrem. Za radą wejdźmina, miski z gorąca mieszanką posłużyły za naboje. Sama Marlena wystrzeliła z procy kilkanaście i każdorazowo trafiła bezbłędnie. Życwcojady rypacze wpadły w panikę. Wykręcając się z obrzydzenia, charcząc i plując, uciekły w popłochu. Jeden popełnił spektakularne samobójstwo i zjadł się sam.
++++++Gejralt odetchnął. Uradowany tłumek ruszył w jego stronę. Ktoś go podniósł, ktoś ucałował, ktoś inny poklepał tu i tam, ktoś mu rozwichrzył fryzurę, pociągnął za policzek, za ubranie, za…
++++++– No już, już – powiedział wejdźmin. – Nie ma za co, sio. Marlena? – zawołał. – Musimy pogadać.

++++++ Mlaskier wygramolił się spod pierzyny. Ubrał się, przeciągnął i przez małe okienko w dachu wyszedł na taras zbudowany na samym czubku domu Marleny.
++++++– Ja chcę jeszcze raz – powiedział do siedzącego tam wejdźmina.
++++++Gejralt uśmiechnął się smutno, po czym podszedł do grilla i odwrócił skwierczące warzywa.
++++++ – A co ty jadłeś cały dzień, jak ja byłem zajęty? – spytał.
++++++ Mlaskier chwycił pierwszego z brzegu bakłażana, ale nie zdążył go nawet ugryźć.
++++++– Ten nie – zatrzymał go wejdźmin. – Weź ten drugi.
++++++ – Dlaczego?
++++++– Bo ten drugi jest lepszy.
++++++– Rzeczywiście – przyznał Mlaskier biorąc wreszcie gryza. – Ten jest lepszy. Dużo. A dlaczego kazałeś wszystkim dziś wieczorem pozamykać okna i zaryglować drzwi? I dlaczego nie wolno im wychodzić z domów pod żadnym pozorem aż do świtu? – zapytał z pełną buzią.
++++++– Żeby nikt nas nie podglądał.
++++++– No weź. A po co te plotki, że ja gram dzisiaj koncert, jak ja nic nie grałem?
++++++– Oj Mlaskierku, nic się nie martw, będziesz grał, ale tylko dla mnie.
++++++ Mlaskier zrobił minę świadczącą o tym, że wcale mu nie wierzy.
++++++– A czemu twój medalion wibruje? I to coraz mocniej, nawet jak Juniorek jest na dole z Marlenką?
++++++– Nie wiem, może się zepsuł.
++++++Wejdźmin uspokoił przyjaciela, ale dobrze wiedział, że wejdźmińskie medaliony się nie psują. Ich magiczne właściwości wykrywają choćby krztę potwora z bezbłędną dokładnością, a zwiastujące ich przyjście spostrzegł właśnie na horyzoncie. Natychmiast spoważniał, wziął linę, którą otrzymał od Pani z Wodospadu, i zaczął nią gorączkowo owijać komin, wiążąc supły.
++++++– Bujasz mnie – powiedział Mlaskier bardzo stanowczym tonem. – Przecież widzę, że tak naprawdę to ty jesteś zmartwiony.
++++++ Wejdźmin ucałował go w czółko.
++++++– Myślałem, że będziemy mieć więcej czasu – powiedział nie przerywając pracy. – Wolałbym cię teraz wrzucić z powrotem pod kołdrę, ale niestety muszę cię przywiązać do tego komina.
++++++– Mi tam się nigdzie nie spieszy – powiedział Mlaskier.
++++++– Chciałbym ci coś wytłumaczyć, tylko nie wiem jak – westchnął wejdźmin spoglądając na kotłującą się w oddali czarną chmarę. – Bo wiesz, chciałbym żebyś wiedział że dzień, w którym kompletnie pijany wygrałem cię w karty z Fjutestem, był najlepszym dniem mojego życia. Tego dnia obiecałem sobie, że będę się tobą opiekował najlepiej jak umiem, aż do jego końca.
++++++– Aż mnie nie będzie? – wtrącił Mlaskier przyglądając się poczynaniom wejdźmina. – Czy ciebie?
++++++Gejralt spojrzał w dal, czując jak czas przecieka mu przez plączące się palce.
++++++ – Zawsze myślałem – ciągnął – że jak odejdę, to ani ciebie, ani Zołmana nie będzie już wtedy na świecie.
++++++Mlaskier podniósł głowę.
++++++– A gdzie będę, jak mnie nie będzie?
++++++Wejdźmin spojrzał na przyjaciela.
++++++– Gdziekolwiek będziesz chciał – powiedział po chwili.
++++++– To ja będę chciał być tam gdzie ty.

++++++Ziemia zaczęła drżeć. Wejdźmin zacisnął sznur w pasie poety kilkukrotnie, a resztą zaczął owijać siebie, raz po raz zawiązując mocne, wejdźmińskie więzy. Już nawet nie patrzył na horyzont. Patrzył na przyjaciela, który zdezorientowany uniósł ręce w górę, by nie przeszkadzać.
++++++– Mlaskierku, bo… Czasami jedna osoba jest powodem całego zamieszania i wszystkich złych rzeczy, które przytrafiają się innym. I ta osoba musi podjąć decyzję, która nie wszystkim może się spodobać. Trochę tak jak z tym bakłażankiem, wiesz? Nie pozwoliłem ci wziąć tego którego chciałeś i mogłeś pomyśleć, że to było samolubne. Ale koniec końców wyszło lepiej, bo zjadłeś tego lepszego. Rozumiesz?
++++++– Nie lubię jak tak mówisz.
++++++– Ja też nie lubię jak tak mówię i wcale nie chce, ale..
++++++– To po co robić coś, co się wcale nie chce – Mlaskier obraził się.
++++++– Bo gdyby wszystkim się nie chciało, to świat byłby okropnym miejscem. A mi się właśnie bardzo długo nie chciało i teraz muszę to naprawić.
++++++– Przecież tobie się zawsze chce.
++++++– To prawda – przyznał Gejralt.- We wiele rzeczy wkładałem całe serce, palce i inne części ciała, ale w tych najważniejszych kwestiach chyba nie starałem się dostatecznie.
++++++Silny podmuch wiatru niemal zwalił go z nóg. W zbliżającej się chmurze pełnej gęstego dymu, dało się już dostrzec sylwetki upiornych jeźdźców. Mlaskier spojrzał na wejdźmina.
++++++– A teraz graj – Gejralt podał mu lutnię. – Graj.
++++++Grajek chwycił ręcznie rzeźbiony instrument Marleny i ułożył palce na strunach. Wirująca chmara skręciła za dźwiękiem muzyki i zaczęła zacieśniać nad nimi koło, a im szybciej wirowała, tym jej wnętrze mocniej przyciągało do siebie. Mlaskier nie zdołał utrzymać instrumentu. Gdyby nie to, że został przywiązany, podzieliłby los lutni. Gejralt dopadł do komina i chwycił przyjaciela za ramiona. Dolna połowa jego ciała uniosła się w powietrzu.
++++++ – Nie możesz być tam gdzie ja – powiedział, zwalniając uchwyt. – Przepraszam.
++++++Lina pomiędzy nimi naprężyła się. Wejdźmin szarpnął za sznur i ściągnął miecz z pleców. Mlaskier próbował wygramolić się z więzów, ale lina zacisnęła się wokół niego z siłą, jaką nie dysponował. Odór obniżającej się, zmąconej mgły był nie do zniesienia. Grajek nie widział nic, prócz tego co wyobrażał sobie za zamkniętymi oczami.
++++++W jednej chwili wszystko wokół ucichło. Lina odpuściła, zsuwając się z poety. Mlaskier otworzył powieki i rozejrzał się. Drugi koniec sznura zniknął za okapem dachu. Poeta zaczął go wciągać, aż dotarł do odciętego końca. Spojrzał w górę, ale nie było tam nic, prócz gwiazd.

++++++W zupełnie innym, nie wiadomo gdzie znajdującym się miejscu, zimnym, głuchym i ponurym, dwóch jeźdźców Dzikiego Zgonu stało obok długowłosej, raczej mało zadowolonej postaci, i przyglądało się jej z przerażeniem.
++++++– O FLAK – powiedział w końcu jeden z nich. – TOŚMY SIĘ POMYLYLY DECZKO. SZEF NIE BĘDZIE ZADOWOLONY.

Rozdział XIV – Strachy na Lachy

14

Zdechnięty koń pokonywał przestworza.
Dosiadała go szkaradna postać, a za nią siedział krasnolud.
++++++– BOISZ SIĘ? – powiedziała postać.
++++++– Niezbyt.
++++++– WIEDZ, ŻE WYŚPIEWASZ NAM WSZYSTKO.
++++++– Na przykład co? – krasnolud w głębi duszy cieszył się, że Junior został na dole.
++++++– WSZYSTKO. CHCESZ ZACZĄĆ SIĘ BAĆ?
++++++– Bandy wychudzonych kościodupców co im zgniłe galoty z zadków spadają?
++++++– INACZEJ BĘDZIESZ GADAŁ, JAK ZAMKNIEMY CIĘ W CELI PEŁNEJ LASODYMACZY.
++++++– To by nie był pierwszy raz – westchnął krasnolud. – Ani chyba nawet drugi… Ani trzeci. Cholera, Gejralt…
++++++– TO NAJLŻEJSZA Z TORTUR! POTEM ZACZARUJEMY CIĘ TAK, ŻE KAŻDA SEKUNDA BĘDZIE CIĄGNĘŁA SIĘ DLA CIEBIE GODZINAMI.
Krasnolud przypomniał sobie kilka okazji, kiedy wypił eliksir Ja Pierdolę i, na przykład, spędził kilkaset lat na kontemplacji liścia, który spadał przed nim na ziemię. Wzdrygnął się , ale zaraz przed oczami stanął mu obraz, jak prawie urwał Gejraltowi głowę kiedy w końcu efekty ustąpiły, i to go rozśmieszyło.
++++++– TO NIE JEST ŚMIESZNE.

***

++++++– Cycki. Cycki – mruczał pod nosem Zołman, stojąc pod lasem i przerzucając obrazki w Dyrdynetce. – Cycki… Eh. A w rzyć niech się to wszystko kopnie.
Krasnolud, który w normalnych okolicznościach byłby zachwycony prezentem, teraz pomyślał, że nawet zmieniające się panienki w pełnym 3D i 127 megadyrdypikselach jakoś nie poprawiają mu humoru.
Teraz było inaczej, niż zawsze. Kiedyś nawet najgorsza kupa kompostu, w jaką się wpakowali, na końcu okazywała się czymś błahym. W najlepszym wypadku w ogóle nie było się czym martwić, a w najgorszym, wejdźmin musiał dość intensywnie unikać Zołmana i jego topora przez dzień dwa, góra trzy miesiące. I potem znowu było śmiesznie.
Teraz w powietrzu wisiało coś nowego, coś, czego nie doświadczyli jeszcze nigdy – bezradność. Miał wrażenie, że każda góra, którą pokonywali odsłaniała za sobą jeszcze większą i bardziej stromą. A na horyzoncie wciąż majaczył najbardziej złowrogi ze szczytów; do tego spowity tą dziwną, śmierdzącą mgłą tajemnicy. W ogóle nie wiedzieli, co robić.
++++++– Asz, kurwa – westchnął ponownie krasnolud i znów zaczął przerzucać obrazki. – Cycki, cycki, zgniły demoniczny kościotrup z zardzewiałą szablą…
Odniósł wrażenie, że jeden z obrazków w Dyrdynetce nie pasuje do pozostałych. Odjął ją więc od twarzy, tylko po to, żeby przekonać się że urządzenie się zepsuło, a głównym powodem tego stanu rzeczy było to, że została przecięta zardzewiałą szablą przez zgniłego, demonicznego kościotrupa, który stał przed nim.
Z kawałka Dyrdynetki, który leżał na ziemi, wygramoliło się kilka maleńkich, skąpo ubranych panienek, które zafuczywszy coś niecenzuralnego, pootrzepywały się z kurzu i z obrażonymi minami odeszły, jedna za drugą. Dało się jeszcze słyszeć jak ta najbardziej roznegliżowana piszczy coś na temat związków zawodowych.
Wiedział, że uciekać nie ma po co. Nie spuścił wzroku z kościotrupa, ale kątem oka dostrzegał, że wszystko w odległości większej niż kilka metrów od niego było zamazane i mieniło się brzydkimi odcieniami czerni z domieszką koloru sraczkowatego. W grę musiały zatem wchodzić czary. Na szczęście Junior został z Gejraltem i Mlaskrem.

***

++++++– NO TO… NAPOIMY CIĘ TAKIMI MIKSTURAMI, ŻE NIE BĘDZIESZ WIEDZIAŁ CO JEST PRAWDZIWE.
++++++– Jak wtedy, co ganiałem gadające krowy po jakichś jaskiniach, a potem obudziłem się w ostatniej chwili, zanim Gejralt zdążył uratować mnie metodą usta-usta?
++++++– TO… MUSIAŁ BYĆ DOBRY TOWAR.
++++++– A żebyś, he he, wiedział. Więc lepiej żebyście mieli coś mocniejszego.
++++++– MAMY ZNACZNIE GORSZE RZECZY. TYLKO POCZEKAJ.

***

++++++– KRASNOLUD ZOŁMAN – wycharczał kościotrup i odczekał chwilę, ale nie doczekał się potwierdzenia. – NIE MASZ DOKĄD UCIEC.
++++++– Nie zamierzam – odparł krasnolud, który nie łudził się, że intruz tylko chciałby, aby dopisał mu się do pamiętniczka. – Ale powiem ci jedno. Pewnie i tak nie mam szans, bo jesteś magiczny, i i tak już nie żyjesz, ale dla zabawy porąbię cię na kawałki. Ty chuju.
++++++– NIE, NIE MASZ SZANS. TWOJA BROŃ NIE MOŻE MNIE NAWET DRASNĄĆ, ALBOWIEM JESTEM Z INNEGO ŚWIATA. KAŻDA STAL PRZEJDZIE PRZEZE MNIE NIEJAKOŻ MGŁA PRZEZ… AŁA! FŻY GLLYT MR!!!
Demoniczny szkielet przekonał się, że trudno się mówi z płaską głową. Zołman przywalił mu w nią chwilę wcześniej toporem wpłask.
++++++– To nie jest stal. Wykuli mi to w Homo Moher – poinformował i zdzielił ponownie, tym razem wbijając kosciotrupa po kostki w ziemię – Ten metal nazywa się Ko’ń, i nie wolno pytać skąd oni go biorą. – Znów uderzył. – Ale jestem pewien, że tamtejsi kowale potrafią walić go całymi miesiącami. – A masz!
– HGLLL BLLBL! – maszkara spróbowała bronić się szablą, ale na darmo bo, po pierwsze, nawet magiczna, zardziewiała szabla nie bardzo może się równać z Homomoherskim orężem, a po drugie dlatego, że szabla owa, razem z przegniłą, kościotrupią ręką, leżała już kilka metrów dalej.
++++++– A czary jakie tam odprawiają – mówił dalej krasnolud, waląc obuchem toporu w czaszkę drugiego kościotrupa, który pojawił się za jego plecami. – To by zawstydziły nawet te wasze chędożone przegnite ryje!
Zwinny ruch ostrzem na niskiej wysokości podciął nogi kolejnym dwóm, nieco tylko mniej zgniłym napastnikom, którzy natychmiast wyparowali pozostawiając za sobą kłęby czarnego dymu.
Zołman zorientował się, że nikt więcej go nie atakuje. Rozejrzał się. Wokół niego, na krawędzi mgły, stały dziesiątki mniej lub bardziej przegniłych osobników wpatrując się w niego świdrującymi światełkami w miejscach oczodołów. Bali się podejść.
++++++– TEN GEJ JEST INNY – powiedział w końcu jeden. – TEN SIĘ BRONI.
++++++– Nie jestem gejem! – odwarknął krasnolud. – Ale jak chcesz to ci wsadzę – dodał, spoglądając na topór.
– PÓJDZIESZ Z NAMI.
++++++– Pójdziecie to wy, i to się chędożyć! Dziki, kurwa, Zgon, prawda? To przez was wszyscy znikają?
++++++– TAK. TY TEŻ TERAZ ZNIKNIESZ. PÓJDZIESZ Z NAMI.
++++++– Śmiało, zaprowadźcie mnie za rączkę!
Szkielet, który wcześniej mówił, na te słowa zrobił krok, ale cofnął się, gdy Zołman spojrzeniem dał mu do zrozumienia, że wspomniane zaprowadzanie będzie miało coś wspólnego z utratą rąk, nóg, głowy, torsu i zdolności komunikacji.

++++++– NO WEŹ.

***
Przelatywali właśnie nad kłębiastą chmurą, której kształt z pewnością przypadłby do gustu Gejraltowi.
++++++– NIE BOISZ SIĘ, BO NIE WIESZ, ŻE W RAMACH NASTĘPNEJ TORTURY BĘDZIESZ MUSIAŁ PRZEBYWAĆ Z DWOMA STUKNIĘTYMI GEJAMI PRZEZ DWADZIEŚCIA CZTERY GODZINY NA DOBĘ DO ODWOŁANIA!
++++++– Tak, tak – Zołman przeciągle ziewnął, bo nagle uświadomił sobie, że od dawna porządnie się nie wyspał. A przemierzający niebo, demoniczny koń koniec końców dość usypiająco nim kołysał.

***

Nie było ucieczki. Ale jeśli spróbowaliby wziąć go siłą, to, był tego pewien, byłoby im potem potrzebne bardzo dużo taśmy klejącej. Bardzo, bardzo dużo. Impas przerwał dopiero po dłuższej chwili jeden z maszkaronów stojących gdzieś za nim.
++++++– CO TO JEST?
++++++– CO?
++++++– TO NA JEGO PLECACH?
++++++– CHYBA POKROWIEC NA ORZECHY – zgadywał inny.
Zołman zaklął w myślach.
++++++– HUŚTAWKA.
++++++– LAMA.
++++++– NIE – uciął dyskusję szkielet w potłuczonych okularach, z którego czaszki zwisała długa, wypłowiała broda. – TO JEST NOSIDEŁKO.
++++++– NA ŻWIR?
++++++– NA DZIECKO.
++++++– CZY ON MA DZIECKO?
++++++– GDZIE JEST DZIECKO?
Nie było rady. Nie było czasu nawet się zastanawiać. Rzucił topór na ziemię.
++++++– Dobra, cholera. Róbcie ze mną co chcecie. No już, kurwa, bo wiecznie czekał nie będę! No?
Kościotrupy zamarły, jakby niepewne co zrobić, ale kiedy wyglądało już na to, że krasnolud naprawdę nie zamierza się bronić, jak za dotknięciem czarodziejskiej pałki Dyrdymała, wszystkie wyparowały, a na ich miejsce pojawił się jeden, znacznie bardziej obrzydliwy. Siedział na czarnym koniu, który zdechł bardzo, bardzo dawno temu.
++++++– WSIADAJ.

***

++++++– ZAMIENIMY CIĘ W DŻDŻOWNICĘ! RZUCIMY CIĘ ZGWAŁTOWI! SPRAWIMY, ŻE BĘDZIESZ MÓGŁ MYŚLEĆ TYLKO O RODZYNKACH! ZAWIESIMY CIĘ NAD JAMĄ PEŁNĄ MACKO-WĘŻO-OBMACO-LUDO-LIZÓW!

Krasnolud odhaczał coś w głowie, za każdym razem przypominając sobie coś i potwierdzającego przytakując.
Jego porywacz uniósłby brwi, gdyby je miał. Jego pęknięta szczeka pozostała przez chwile otwarta, jakby zabrakło mu słów.
++++++– NO, JAK…? – zaczął, po czym otrząsnął się.
Wyjął coś małego zza zgniłej pazuchy i przyłożył sobie do czaszki.
++++++– HALO? STEFANO? JEDNEGO CHCIAŁBYM ZWRÓCIĆ TAM SKĄD GO WZIĘLIŚMY. BO SIĘ NIE NADAJE I JEST DENERWUJĄCY. I SIĘ NIE BOI. NIE, NICZEGO. POCZEKAJ, SPRÓBUJĘ.
Odwrócił czaszkę w stronę Zołmana.
++++++– UKĄSI CIĘ BIEDŁONKA?
Krasnolud pomocnie pokiwał głową, pokazując że i to doświadczenie w ogóle nie jest mu obce.
++++++– TEŻ NIE. NAPRAWDĘ? NO TRUDNO.
Kościotrup schował gadżet i zmarkotniał. Przez resztę podróży już się nie odezwał.

Rozdział XIII – Bogdan i Basia

13

++++++Ze wzgórza, na którym rosła tylko jedna sosna, rozpościerał się przejrzysty widok. Pagórki i doliny, pokryte cieniem chmur lub światłem słońca, zdawały się kołysać niczym ocean. Panująca wokół cisza i świeże powietrze zachęcały do leniuchowania na soczyście zielonej trawie i bezmyślnego gapienia się na przelatujące obłoki. Na takie chwile nie było wiele czasu.
++++++Wejdźmin wstał i otrzepał ubranie. Wyjął urządzenie opisane jako „Dyrdynetki 18+” i spojrzał przez nie chcąc przyjrzeć się majaczącej w oddali chatce. Nic nie zobaczył, ponownie wycelował i wcisnął jedyny guziczek na metalowej obudowie. Na początku trochę się zdziwił.
++++++– Rany, ale zbliżenie. Widać nawet… Ale zaraz… – zmarszczył brwi.
++++++Wcisnął guziczek jeszcze kilka razy i sprawił, że kolorowe obrazki z gołymi paniami zaczęły zmieniać się przed jego oczami.
++++++– Boże Święty – powiedział i podał urządzenie Zołmanowi. – Masz. Tobie się spodoba.
++++++Krasnolud przyjął prezent i od tamtej pory słuch o nim zaginął. Podobno ktoś widział go jeszcze potem, jak klęcząc krzyczy „Nie jestem gejem”, ale o tym następnym razem.

++++++Zanim wejdźmin wszedł na wzgórze by spojrzeć przez Dyrdynetki, pożeganał się z Lejdi Zgagą i opuścił jej jaskinię, po czym nogi poprowadziły go wprost do najobskurniejszego baru jaki zdarzyło mu się w życiu odwiedzić. Pamiętał, że nie powinien, ale wejdźmińska natura – jak lubił myśleć, a nie przyzwyczajenia – kazała mu przemyśleć wszystko raz jeszcze w stanie, w którym pomysły przychodzą do głowy najszybciej i są niezaprzeczalnie najlepsze na świecie. Nim zaczął myśleć, jak to również bywa w wejdźmińskiej naturze, poznał pewnego mężczyznę. Ten był zdruzgotany i przyszedł prosić wejdźmina
o radę. Ale Gejralt miał szczególne podejście do romansów.

++++++– Zołmanie, to jest Bogdan, a to jest Basia. Bogdan nie chciał iść bez Basi, a Basia nie chciała iść beze mnie – wejdźmin wzruszył ramionami i rozejrzał się po niechlujnie rozbitym obozie w poszukiwaniu wygodnego miejsca. – Trudno – zachichotał. – Zawsze miałem szóstkę z zajęć grupowych, nawet w ekstremalnych warunkach.
++++++Krasnolud przyglądał się wejdźminiowi, którego jedna ręka spoczywała na ramieniu Bogdana, a druga w talii Basi. On sam nie chciał uczestniczyć w tej zakrapianej imprezie i poszedł szukać miejsca na biwak. To znaczy chciał, ale nie mógł, bo był teraz odpowiedzialnym ojcem zgwałtoluda, a Gejralt przysiągł na własny topór, że wypije tylko jedno piwo. Dopiero teraz dotarło do niego, że Gejralt nie ma topora.
++++++– Możecie już iść, przejmę go – powiedział Zołman, ale Bogdan i Basia nie zareagowali w sugerowany sposób, więc zwrócił się do wejdźmina. – Wypiłes jedno piwo i trzydzieści eliksirów, czy jak to było?
++++++– Njeee… – wybełkotał Gejralt. – Albo może tak. Troszeczkę.
++++++Zołman przechwycił przyjaciela.
++++++– Ledwo stoisz – powiedział.
++++++– ‎To akurat u mnie nigdy, że ledwo – usłyszał w odpowiedzi. -‎ Albo stoi, albo wcale, wiesz przecież…
++++++– Zamknij jadaczkę – skwitował Zołman próbując zaciągnąć „zwłoki” do spania. Zdał sobie jednak sprawę, że sam nie da rady, toteż machnął ręką w stronę poety.
++++++Mlaskier siedział owinięty kocem pod sam nos i obserwował wszystko zza ogniska. Zimno mu nie było, tylko Zołman kazał mu się ubrać. Nie, nie – kędzierzawa głowa poety nie była aż tak zakręcona, żeby ubrać się w koc – to był akurat pomysł krasnoluda. Problem Mlaskra często polegał na tym, że nawet gdy się ubrał, to wciąż wyglądał jak nieubrany. Toteż miał siedzieć w kocu, dopóki Zołman nie zaśnie albo Gejralt nie wróci i nie powie mu, że ma się ubrać – choć na to drugie krasnolud zbytnio nie liczył. Na to pierwsze właściwie już też nie.
++++++– A wiesz, że ja umiem sofać szas?…Pacz – wymamrotał wejdźmin, zrobił kilka chwiejnych kroków w tył i roześmiał się głupkowato.
++++++– Cholera! Kładź się – warknął krasnolud. – Bo mi dziecko obudzisz.
++++++– No pszesiesz siekładę – wyjęczał wejdźmin wstając.
++++++Zołman pchnął go z powrotem.
++++++– No to choźźź się… chociaż przytul… – postulował Gejralt. – Szy coś…
++++++– Śpij!
++++++– Ale ja – mamrotał Gejralt. – Najlepiej zasypiam, jak tszymam szyjeś udo, jak najwyszej… Najwyżej tak.
++++++– Może być moje? – spytała Basia.
++++++– Eee… nieee – odparł wejdźmin. – A właściwie, to dzie est Mlaskier?
++++++Mlaskier był dumny ze swojego kamuflażu. Wejdźmin postanowił go poszukać, ale Zołman przygniótł go butem do ziemi.
++++++– Czasami się zastanawiam, jak ty w ogóle zrobiłeś to dziecko – burknął.
++++++– Tesz się szasami zastanawiam – odparł wejdźmin przyglądając się nodze na swojej klatce piersiowej, której nie był w stanie odgadnąć.
++++++– A można się dosiąść? – spytał ni stąd ni zowąd Bogdan.
++++++– Moszna… Ale bez „się”… – wymamrotał Gejralt nie otwierając oczu.
++++++Zołman pacnął się w czoło.
++++++– Dobra – powiedział. – Wszystko mi już jedno, co będziecie tu robić, ja idę. Gdzieś.
++++++Krasnolud machnął ręką i przeniósł swoje posłanie, z zawiniętym w środku synem, kilkanaście metrów dalej.

++++++Zgwałtolud, który rósł klika centymetrów dziennie, o świcie wsadził Zołmanowi duży palec u stopy do nosa. Od tej pory postanowił już zawsze budzić tatę w ten sposób. Krasnolud przełknął ślinę i odczekał, aż jego umysł ocknie się na tyle, by zrozumieć co się przed chwilą stało i przypomnieć sobie co właściwie robi sam na drewnianym pomoście. Spojrzał przed siebie. Dzień zapowiadał się ładnie. Wstające słońce oświetlało taflę jeziora na jasny pomarańczowy kolor. Kiedy przypomniał sobie to i owo, wrócił do obozu rozbitego pod samotnie stojącą na wzgórzu sosną i spostrzegł śliniącego się Mlaskra z ręką nieprzytomnego wejdźmina na jego udzie. Uznał, że wszystko jest w normie. Chwilę później spostrzegł rzeczy, które nie należały do żadnego z nich. Były to dwie sakiewki.
++++++– No tak – westchnął. – Bogdan i Basia.
++++++Krasnolud przystanął z rękami w kieszeniach i rozejrzał się w poszukiwaniu ich właścicieli. Pokręcił się jeszcze tu i tam, pogwizdał, porozglądał, pogmerał coś butem w ziemi, a potem dopadł, by je otworzyć. W środku znalazł kilka kawałków kości oblepionych robakami i wzdrygnął się odrzucając je od siebie. Spostrzegł, że takich szczątek wkoło jest więcej i że układają się w ścieżkę prowadzącą w dół, i dalej wgłąb lasu. Spojrzał na Gejralta.
++++++– Nie – powiedział i ruszył podążając śladem kości.
++++++Im głębiej w las szedł, tym było ich więcej, a one same coraz mniejsze i bardziej pokruszone. Starał się po nich nie stąpać, by poruszać się jak najciszej. Nagle spostrzegł dwie kucające postacie. Były odwrócone do niego tyłem i szeptały coś do siebie.
++++++Krasnolud zamarł, kiedy przestały.
++++++Nie do końca pamiętał jak wyglądali przybysze, których przyprowadził wejdźmin. To znaczy – pamiętał, że Basia nie była zbyt ładna ale to, co teraz stało przed nim w pełnym świetle dnia, na pewno wyglądało gorzej niż wczoraj. Bardziej trupio. To samo dotyczyło jej kompana.
++++++– Witam – powiedział i poprawił sobie żuchwę Bogdan. Spostrzegłwszy, że krasnolud dziwnie na niego patrzy, dodał: – Zawsze tak mam po jedzeniu. Wypada mi.
++++++Basia wzruszyła ramionami, a potem szybko chwyciła się za jedno z nich, przyciskając je do reszty ciała. W bezwładnie wiszącej ręce trzymała plakat, który przykuł uwagę krasnoluda. Uśmiechnęła się ukazując wszystkie zęby – górne i dolne, te z tyłu i te z przodu – łącznie z dziąsłami, jakby brakowało jej znacznej ilości skóry. Zołman cofnął się o krok.
++++++– Po jakim jedzeniu? – spytał.
++++++– Nie chcieliśmy przeszkadzać – powiedział Bogdan.
++++++– Bo spaliście – dodała Basia.
++++++Krasnolud zrobił kolejny krok w tył. Kiedy obydwoje zaczęli się do niego zbliżać, zrobił to jeszcze klika razy, aż w końcu odwrócił się i przyśpieszył. Przez środek pleców przeszedł go zimny dreszcz i zdawało mu się, że pozostawił za sobą złowieszcze sapnięcie. Tym razem pomysł obudzenia wejdźmina wcale nie wydawał mu się taki najgłupszy.
++++++– Gejralt! – wyszeptał w panice. – Gejralt! Obudź się!
++++++Wejdźmin mruknął coś pod nosem.
++++++– Gejralt, kurwa! Wstawaj!
++++++– Leż, wstań, śpij, nie śpij… – powiedział wejdźmin
w półśnie. – Weź się człowieku, zdecyduj…
++++++– Kurwa, zabije cię, jak się zaraz nie obudzisz! – Zołman obejrzał się za siebie.
++++++– No to rzeczywiście…
++++++– Gejralt, coś jest z nimi nie tak! – Zołman potrząsnął wejdżminem za barki.
++++++Ten w końcu otworzył oczy i spojrzał na niego.
++++++– Uspokój się, Zołmanie, nie wiem o co ci chodzi.
++++++– Bogdan i Basia!
++++++– Ktooo…?
++++++– Ja pierdole, Gejralt! – Zołman zaczął szukać medalionu na torsie wejdźmina oklepując go trzęsącymi się rękami. – Gdzie go masz!?
++++++– Noo… Trochę niżej…
++++++Krasnolud posłuchał i szukał, ale gdy jego dłonie znalazły się poniżej wejdźmińskiego pępka, a miednica przybrała wygodniejszą pozycję, natychmiast się cofnął.
++++++– Medalion, kurwa! – wrzasnął półszeptem łapiąc się za włosy. – Medalion!
++++++– Zdjąłem, bo przy twoim zgwałtoludku nieustannie drga. Nie żebym nie lubił, ale tak przez cały czas to…
++++++– Gdzie jest!? Masz go przy sobie?!
++++++– Możliwe.
++++++– Gejralt! Ja nie żartuję!
++++++– Oj no już dobrze, dobrze – wejdźmin westchnął. – Widzisz ten koszyczek Mlaskra, tam naprzeciwko?…
++++++Zołman nie odpowiedział. Natychmiast dopadł do koszyka i wyrzucił wszystko ze środka.
++++++– …No to nie tam – dokończył Gejralt. – Ale pupkę to masz fajną, jak się tak wypinasz.
++++++Zołman wybałuszył oczy. Wejdźmin wsparł tułów na łokciach i przechylił głowę na bok.
++++++– Coś ci przyszło do głowy w związku z tym medalionem? – zapytał, próbując ukryć oznaki rozbawienia na twarzy.
++++++Mlaskier zachichotał.
++++++– A ja chyba wiem gdzie go masz… – powiedział.
++++++Gejralt uśmiechnął się.
++++++Krasnolud wyprostował tułów i ruszył w stronę wejdźmina. Po drodze od niechcenia wziął oparty o drzewo topór i bez słowa wyjaśnienia zamachnął się wbijając ostrze do połowy w ziemię między nogi przyjaciela, które ten zdążył w porę rozsunąć.
++++++– A TOBIE PRZYSZŁO COŚ TERAZ DO GŁOWY!? – warknął.
++++++Gejralt patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Wiedział, że krasnoludzkie zaloty bywają brutalne, ale to byłaby przesada.
++++++– Odbiło ci!? – zapytał.
++++++– MOŻLIWE!
++++++– A co, gdybyś trafił?!
++++++– NICO! – Zołman raz jeszcze zerknął na ścieżkę usianą kośćmi. – Będziesz mnie teraz słuchał?!
++++++– Medalion mam w torebce – powiedział wejdźmin.
++++++Krasnolud spojrzał na wejdźmińską sakwę z cekinowym szlaczkiem i wysuniętym z niej srebrnym sznurkiem, który drgał miarowo, wprawiając całą resztę w ledwo dostrzegalne wibracje.
++++++– Mówiłem, że przy twoim synku jest bezużyteczny. Po co ci on? – zapytał wejdźmin.
++++++– A ja mówiłem, że coś jest z nimi nie tak! Zjedli całe zwierzę w lesie! CAŁE! Do najmniejszej kosteczki! I mają twój portret! O ile się nie mylę, to ten z sypialni Fjutesta!
++++++– Dobrze, próbuję nadążać…
++++++– Skup się, kurwa!
++++++– Ciężko się skupić, jak tak mi wpychasz ten wielki topór pomiędzy nogi i jeszcze boli mnie… – wejdźmin nie dokończył, bo Zołman wcisnął topór głębiej w ziemię.
++++++– Fjutest posłał za tobą list gończy, pamiętasz? – powiedział.
++++++– A, no tak – odpowiedział Gejralt i spojrzał za Zołmana mrużąc oczy, a kiedy był pewny, zwrócił się do Bogdana i Basi, którzy właśnie pojawili się na miejscu. – Przepraszam, czy jesteście może jednymi z tych co chcą mnie uprowadzić i postawić przed królem Wyrżnijmy celem odebrania nagrody za moją głowę?
++++++Zołman zdębiał. Podobnie jak Bogdan i Basia, którzy spojrzeli po sobie i przecząco pokiwali głowami.
++++++– Nie. My zbieramy plakaty – powiedział Bogdan.
++++++– No widzisz, Zołmanie, zbierają plakaty. I po co tyle krzyku?
++++++Krasnolud bał się odwrócić.
++++++– I już?… – zapytał. – Ja wiem że masz kaca, ale nie wydaje ci się, że wyglądają trochę… MARTWO? – wyszeptał.
++++++Wejdźmin ponownie się przyjrzał, a potem pytająco zerknął na przyjaciela. Zołman obejrzał się. Bogdan i Basia wyglądali jak całkiem normalni ludzie.
++++++Krasnolud opadł na ziemię, wziął swoje długie na ponad metr dziecko i głaszcząc je po główce posiedział tak jeszcze przez chwilę patrząc w nicość.
++++++– To niemożliwe – powiedział.
++++++– Tato, kupa – odezwał się zgwałtolud.
++++++– Co? – Zołman ocknął się.
++++++– Powiedział „kupa”, Zołmanie – wtrącił wejdźmin. – Chyba powinieneś pójść.
++++++Tak naprawdę zgwałtolud powiedział coś, co brzmiało jak „tal kuku buba”, ale Zołman i reszta zdążyli już nauczyć się co oznacza owe zdanie na własnej skórze. Wejdźmin odprowadził ich wzrokiem i przechylił głowę na widok rozdartej na plecach koszuli Zołmana. Kiedy ten całkiem zniknął za wzgórzem, spojrzał na przybyszy, których obydwa imiona zaczynały się na literę „B”.
++++++– I co tam, bąbelki? – spytał marszcząc brwi. – Bo nic nie pamiętam z wczoraj.
++++++Odkąd oglądał ich dzisiaj, nie podobały mu się ich sztywne sylwetki, sposób w jaki mu się przyglądają i głucha cisza, która obecnie ich dzieliła. Spostrzegł, że jego medalion wciąż drga, mimo nieobecności zgwałtoluda.
++++++Bogdan i Basia zrobili kilka powolnych kroków w przód jeszcze bardziej wbijając w niego wzrok. Gejralt obserwował, nie poruszał się. Kątem oka widział medalion. Na ich twarzach zaczął malować się złowrogi uśmiech, na przemian z prześwitującą pod skórą przegnitą czaszką. Wejdźmiński medalion zaczął wibrować jak szalony, całkiem wysuwając się z torby. Gejralt zachowywał spokój, ale jego szybki oddech i skupiony wzrok zdradzał, że jest gotowy na wszystko.
++++++– Nie ruszaj się – powiedział. – Ani odrobinkę – dodał nie odrywając od nich wzroku.
++++++Mlaskier dobrze znał ten ton wejdźmina. Natychmiast zamarł.
Piach podniósł się z ziemi i zaczął wirować wokół przybyszy. Skrawki ubrań i skóry odrywały się raz po raz od ich kości, aż oczom wejdźmina ukazały się dwa całkiem gołe i zgnite szkielety, które zamieniły się w szary pył i zniknęły; a on sam znalazł się w zimnym, wietrznym miejscu spowitym mgłą i cieniami.
++++++– KŁAMCA… – rozległ się niewyraźny głos.
++++++Gejralt zerwał się na równe nogi. Nim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, wylądował we wnętrzu małej chatki. Cienie zamieniły się w smugi światła wpadające przez przybrudzone szyby w oknach, a szepty w spokojny śpiew ptaków. Zrobiło się ciepło. Wejdźmin objął wzrokiem całe wnętrze. Zauważył mały taboret, dziecięce trzewiki, otwarte na oścież drzwi i porozrzucane sukienki Dżemmefer. Nad jednym z okien siedział motylek, nienaturalnie otoczony kolorową poświatą. Wejdźmin zbliżył się do niego bardzo powoli.
++++++– Myślisz, że uda ci się go złapać?… – usłyszał głos.
++++++Kolorowy motyl zatrzepotał skrzydełkami. Wejdźmin podszedł do parapetu i wyciągnął rękę by chwycić owada, ten jednak w nienaturalnie szybki sposób przemieścił się na żyrandol. Gejralt, nie zastanawiając się wcale, zrobił dwa kroki i ponownie sięgnął po motylka. I tym razem mu umknął, wyfruwając przez okno.
++++++– Yhmm… – rozległo się nagle jakby przypadkiem. – Z niską dzewczynką było jakoś fajniej…
++++++Ziemia zatrzęsła się, a ciasna chatka przestała być przytulna. Jej wnętrze spowiła szarość i pachnący cmentarzem odór, połączony z mieszanką znanych perfum. Promienie słońca na powrót zamieniły się w gęste opary. Gejralt zachwiał się na nogach. Jasny motylek, jedyna widoczna rzecz w przestrzeni ogarniętej cieniem, jakby na niego czekał. Gejralt przeszedł przez skrzypiące drzwi.
++++++Świetlisty owad poprowadził go przez rozległą łąkę pokrytą suchą trawą, a zaraz potem pośród martwych pni spalonych drzew, które niegdyś były lasem. Niektóre z nich zdawały się ożywać i próbowały sięgnąć go czarnymi konarami, kiedy tylko je mijał. Inne piętrzyły przed nim swe karłowate korzenie, utrudniając gonitwę. Był od nich jednak znacznie szybszy. Motylek frunął przed siebie, prowadząc go wprost na wzgórze.
++++++Wspinaczka zdawała się nie mieć końca, a powtarzające się charakterystyczne elementy utwierdziły go w przekonaniu, że znajduje się w jakiegoś rodzaju koszmarnej pętli. Mimo słabnących sił, chwytał się kolejnych półek skalnych z wrodzoną zwinnością, aż dotarł na szczyt, znajdując w sobie resztki wejdźmińskiej, niczym nie wspomaganej siły.
++++++Motylek usiadł na wysoko położonej gałęzi samotnie stojącej sosny i rozprostował skrzydełka. To było to samo miejsce, w którym wczoraj rozbili obóz. Gejralt obejrzał się za siebie, ale czubek wzgórza z kołyszącym się drzewem, był jedyną dostrzegalną materią. Cała reszta, o ile w ogóle coś tam było, tonęła w gęstej mgle. Wejdźmin patrzył na skrzącego się owada oddychając ciężko.
++++++– Może herbatki, wejdźminie? – usłyszał głos rozchodzący się we wszystkich kierunkach.
++++++Te kilka chwil odpoczynku wystarczyło mu, by odbić się od ziemi i chwycić się kilku kolejnych konarów z rzędu,
wydrążonej w pniu dziupli, i wspiąć się do gałęzi, na której mu zależało. Kiedy tylko jego dłoń zacisnęła się we właściwym miejscu, gałąź zniknęła rozpraszając się w proch, a on sam, przeleciał przez dawno zapomniane ptasie gniazdo i z trzaskiem łamanych patyków wylądował na samym dole. Syknął zaciskając powieki. Kiedy je otworzył, na jego nosie siedział motylek. Wejdźmin wstrzymał oddech, ale nie z powodu owada. Nad jego głową pojawił się czyjś cień.
++++++– Niedaleko padła jabłoń od jabłka… He he… – usłyszał.
++++++Cień przemieścił się zwinnie.
++++++– Jak wiesz, roznosimy plotki – powiedział. – I nie tylko – dodał. – A ty jesteś KŁAMCĄ!
++++++Gejralt bezskutecznie próbował zlokalizować źródło rozchodzącego się głosu.
++++++– Zostaniesz szczególnie zarażony. Nie masz nic przeciwko? – usłyszał, a zaraz potem coś szepnęło mu wprost do ucha. – Kłamco?!
++++++Gejralt rozejrzał się poruszając tylko oczami. W pobliżu nie było niczego, prócz wijących się mgieł i dymów na tle czarnej nicości.
++++++– Ostatnim razem byłeś bardziej gadatliwy… – cień mruknął w zamyśle. – MÓW DO MNIE!
++++++Wrzask rozszedł się pulsującym echem i nie doczekał się reakcji.
++++++– Yhm, w takim razie ja będę mówił dalej – ciągnął cień przemieszczając się lekko. – Rozniosę całemu światu najgorsze plotki na twój temat i będę patrzył jak szczują cię psami, plują i rzucają w ciebie kamieniami i błotem! Ha ha ha!
++++++– Plotki to plotki – powiedział Gejralt. – Rzadko są prawdziwe.
++++++– Yhm. Odezwał się. Widzę, że do ciebie nie dociera, wejdźminie – głos jakby przefruną nad nim. – Zabiorę ci wszystko co kochasz i co czyni cię tym, kim jesteś, aż zostaniesz całkiem sam i bezużyteczny… A potem będę niszczył wszystko, z czym nawiążesz choćby nić porozumienia! Zrobię z ciebie najgorszą zarazę…!
++++++Motylek spłonął w magicznych oparach. Wejdźmin przełknął ślinę.
++++++– Co chcesz wiedzieć? – spytał.
++++++– Od ciebie? Nic – głos zdawał się być tuż przed twarzą Gejralta, a potem zaczął zanikać. – Już wszystko wiem.
++++++Zadymione powietrze rozrzedziło się, a wraz z przebijającymi się promieniami słońca, zimna posadzka obrosła zieloną trawą. Wejdźmin zacisnął ją w dłoniach, była prawdziwa. Spojrzał w górę. Białe chmury płynęły spokojnie na tle nieboskłonu. Z samotnie stojącej na wzgórzu sosny zbiegła wiewiórka, pokręciła łepkiem i rzuciła w niego orzechem, zupełnie jakby chciała powiedzieć „Hej, ocknij się, kolego”.
++++++Wejdźmin spojrzał na nią groźnie. Gryzoń zerknął na wyrzucony nieopatrznie orzeszek, a potem na niego i znacząco przechylił główkę.
++++++– Ale, że co? Chcesz go z powrotem? – spytał Gejralt i wystawił drżącą dłoń z orzechem.
++++++Zza wzgórza wyłonił się Zołman. Wiewiórka czmychnęła na drzewo.
++++++– Nie wiem po kim on ma takie sranie, ale na pewno nie po mnie – powiedział do wejdźmina. – Pół godziny i jeden mały bobek. A co ty taki blady jesteś? Będziesz rzygał po wczorajszym?
++++++Gejralt spojrzał na wibrujący medalion.
++++++– Gejraltku, coś cię boli? – spytał Mlaskier przyglądając się ciężko oddychającemu przyjacielowi. – Bo się trzęsiesz gorzej niż ten twój wisiorek.
++++++Wejdźmin pokiwał głową.
++++++– Kazałem ci się nie ruszać, pamiętasz? – zapytał.
++++++Mlaskier przytaknął.
++++++– Co było potem?
++++++– Nic takiego – odparł poeta. – Z drzewa zeszła wiewiórka, a potem przyszedł Zołman. Nie chciałeś żeby się wystraszyła, prawda? Dlatego kazałeś mi się nie ruszać?
++++++Gejralt odgarnął włosy i złapał się za twarz.
++++++– Nie, nie, nie – wyszeptał. – A Basia?… I ten drugi…
++++++– No tak się woła wiewiórkę! Basia, Basia! – grajek rozpromienił się na moment. – Czy nie?
++++++– Wszystko gra? – dopytał Zołman.

++++++Wejdźmin wstał i otrzepał ubranie. Wyjął urządzenie opisane jako „Dyrdynetki 18+” i spojrzał przez nie chcąc przyjrzeć się majaczącej w oddali chatce. Nic nie zobaczył, więc wcisnął kilkakrotnie jedyny guziczek na metalowej obudowie i sprawił, że kolorowe obrazki z gołymi panienkami zaczęły zmieniać się przed jego oczami.
++++++– Boże Święty – powiedział i podał urządzenie Zołmanowi. – Masz. Spodoba ci się.
++++++Krasnolud przyjął prezent i odszedł w zaciszne miejsce. Nie zauważył nawet, że coś nieustannie chrupie pod jego butami.
++++++– Nie będziesz wiedział o czym mówię, ale miałeś rację – powiedział Gejralt patrząc przed siebie. – Coś było z nimi nie tak. To byli posłańcy Dzikiego Zgonu. Nie tylko Mimi została porwana. Są tam wszyscy, na których kiedykolwiek w jakikolwiek sposób mi zależało. A to znaczy, że może być tam dziesięć osób, ale może być też na przykład ponad cztery tysiące. Zależy w jaki sposób ocenił stan mojego zaangażowania w…- Gejralt chrząknął. – W każdym razie, od dzisiaj macie się trzymać blisko mnie – wejdźmin odwrócił się na pięcie chwytając Mlaskra za rękę. – Bliżej niż wtedy jak w trójkę… Zołmanie?

++++++Krasnoluda nie było w pobliżu. Z drzewa spadła wiewiórka.
++++++Była martwa.

Rozdział XII – Niezła Aukcja

12

++++++– Dzban należący pierwotnie do pierwszego władcy tych ziem! Sześcsetletni antyk! Nówka sztuka, nie śmigany! Cena wywoławcza, 50 koron! – zakrzyknął jegomość ubrany w nieskazitelny surdut, który ze smakiem uszyto w kolorach reprezentacyjnych Wyrżnijmy. – Nie widzę chętnych! O, pani w trzecim rzędzie, 50 koron, kto da więcej?
Gdzieś z tłumu zaczęła wysuwać się ręka, ale ktoś siedzący obok jej posiadacza szybko wciągnął ją z powrotem.
++++++– Mlaskierku, to nie jest nam potrzebne – powiedział Gejralt do ucha poety. Poeta pokiwał głową ze zrozumieniem.
++++++– Sprzedane za 150 koron! – ogłosił aukcjoner kiwając głową w stronę kogoś z publiczności. – Następny przedmiot! Najprawdziwsza relikwia, nos Świętego Pryncy-Pałka, który przez siedemdziesiąt dni i nocy trzymał głowę we własnym zadku i w ten sposób osiągnął szczyt religijnego oświecenia! Trzy sztuki w cenie jednej! Pan w czwartym rzędzie…
++++++– Gejralt – szepnął do Wejdźmina Zołman, łapiąc jednocześnie za rękę Mlaskra, który najwyraźniej zamierzał podbić ofertę. – Jesteś pewien, że…
++++++– Sprzedane za 200 koron, pan w cylindrze nie będzie żałował! – aukcjoner mówił tak szybko, że to, że wszyscy go rozumieli musiało budzić podziw. – A teraz hit dnia!
Jegomość zrobił wykalkulowaną pauzę, podczas której jeden z pomagających parobków wciągnął na podest uwiązanego na sznurku psa. Był to nienajmłodszy już, umorusany kundel, który starał się zapierać nogami, a jednocześnie wydrapać kilka pcheł ze swojego grzbietu.
++++++– Hit dnia! – zakrzyknął ponownie prowadzący. – Oto najprawdziwszy cud natury! Stworzony kiedyś przez starożytnego Dżina, przed wami… Dżi-Pi-Es! Dżi-Pies! Nikt nie wie skąd się wziął, ale poprzedni właśc… to znaczy, legenda, mówi, że to zaczarowane zwierzę potrafi nieomylnie i bez zastanowienia wskazać drogę do dowolnego celu! Tak! I do tego… mówi ludzkim głosem! Wystarczy go zapytać!
Aukcjoner spojrzał na wypłowiałego Dżi-Piesa, który odbywał właśnie intensywną toaletę własnych narządów płciowych.
++++++– Cena wywoławcza! – nie stracił animuszu. Ee… – Dwie korony!
++++++– … zrozumiałeś coś z tego, co mówiła ta chędożona Pani Wodospadu? – dokończył krasnolud. – Bo ja tam, he, he – Mlaskier, nie – nie za bardzo słuchałem. – Krasnolud mówił przyciszonym głosem, bo w specjalnie przystosowanym, krasnoludzkim, skórzanym pokrowcu na topór, na jego kolanach, spał sobie smacznie Junior.
++++++Wejdźmin podrapał się po podbródku.
++++++– Czuję, że to wszystko gdzieś się łączy – powiedział. Swoją drogą bardzo ładne różowiutkie nosidełko na Juniorka, w koroneczki. Ale wracając do tematu, to wciąż nie mogę sprecyzować…
++++++– Nie ważne, patrz! – przerwał mu Zołman.
++++++Dżi-Pies najwyraźniej nie okazał się hitem aukcji, bo parobek, który sprowadził go właśnie z powrotem po schodkach teraz przywiązywał sznurek do wbitego w ziemię palika. Aukcjoner trzymał w wyciągniętej ręce coś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Był to, zawieszony na łańcuszku, srebrny medalion z wygrawerowanym na środku serduszkiem.
++++++– …miński medalion! – krzyknął. – Należał kiedyś do pewnego wejdźmina, Ge… Gie… niewyraźnie tu napisali, Gieranta, którego stado wściekłych Dymonów rozszarpało na strzępy na moich własnych oczach! Gwarantuję, że wejdźmin ów dotykał go tylko w rękawiczkach! Cena wywoławcza, 500 koron!
++++++– Jednak to prawda – powiedział Gejralt, którego nagle opuścił ponury nastrój. Podniósł rękę.
++++++– Poczekaj – szepnął Zołman. – Nie mamy pewności czy jest prawdziwy! I czy jest twój!
++++++– Ja mam. Czuję, że gdy odzyskam medalion, wszystko będzie takie jak kiedyś.
++++++– Normalne?
++++++– Łatwe. Zwłaszcza młodzieńcy.
++++++– Ech.

++++++– Sześcset koron! – ogłosił aukcjoner. – Pani w trzecim rzędzie!
++++++Gejralt obejrzał się na staruszkę, która skinęła przyjaźnie w jego stronę głową. Potem podniósł rękę.
++++++– Siedemset koron, srebrnowłosy pan w pierwszym rzędzie! – podekscytował się ten w surducie.
++++++Staruszka nie dała za wygraną.
++++++– Osiemset koron, pani w… dziewięćset koron! Srebrnowł… Tysiąc koron! Pani…
++++++– Nie mogę tak – westchnął wejdźmin. – To jakaś miła staruszka.
++++++– Co ty opowiadasz? – zestrofował go Zołman. – Przecież powiedziałeś, że musisz mieć ten medalion!
++++++– Tak, ale załatwimy to inaczej.
++++++– Sprzedane pani w trzecim rzędzie za tysiąc koron! – padło z ambony.

++++++Staruszka była garbata i miała tak pomarszczone oczy, że w ogóle nie było ich widać. Mimo to, zdaniem wejdźmina, budziła sympatię.
++++++– Droga Pani – powiedział. – Czy byłaby pani skłonna rozważyć oddanie mi nabytego wcześniej medalionu z serduszkiem? W zamian mogę zaoferować szeroki wachlarz wejdźmińskich usług…
++++++– Jaki miły chłopiec – wypiszczała staruszka. – Chce ciasteczko?
++++++– …polegających na rozwiązywaniu problemów, głównie z potworami.
++++++– Chłopiec ciasteczko chce?
++++++– Właściwie to trochę mi się spieszy z tym medalionem…
++++++– Ciasteczko… CHCE?
++++++– Ech. No dobrze, zjem ciasteczko, ale później porozmawiamy o medalionie?
++++++– Ma ciasteczko.

++++++Wejdźmin przewrócił oczami i wziął od babuni okrągłe ciastko ozdobione kulkami z czekolady. Staruszka wpatrywała się w niego szparkami oczu i uśmiechała zachęcająco. Kiedy je ugryzł, natychmiast stracił kontakt z rzeczywistością.
++++++

++++++– Mlaskier. To jest zwykły pies – powiedział Zołman do poety, którego radość nie znała końca, ponieważ z absolutnego braku chętnych aukcjoner zgodził się odsprzedać mu Dżi-Piesa za kilka szyszek i pokazanie jak robi fikołka.
++++++– Mylisz się, kochany – odparł Mlaskier przemądrzale zadzierając nos. – On wie, gdzie jest WSZYSTKO. Patrz. – Piesku, gdzie jest drzewo? – zwrócił się do kundla który od jakiegoś czasu leniwie patrzył na rosnącą nieopodal sosnę.
++++++Poeta wbił w Zołmana znaczące spojrzenie. Ten tylko westchnął.
++++++– No dobrze. A pomyślałeś, co teraz zamierzasz z nim zrobić? Chyba nie sądzisz, że go zatrzymamy?
++++++– Zołmanku, nie mów tak, bo będzie mu przykro.
++++++– TO JEST PIES – krasnolud podniósł głos, ale od razu odwrócił głowę, żeby posłuchać czy przypadkiem nie obudził kimającego w nosidełku na plecach Juniora.
++++++Jego uszu dobiegło tylko ciche pochrapywanie, ale krasnolud zaniepokoiło coś innego.
++++++– Mlaskier, nie widzę nigdzie Gejralta! Ani tamtej staruszki… No i co, może ten twój, cholera, Dżi-Pies wie gdzie poszedł?

++++++Nieopodal, z drzewa, które obserwował kundel, zsunęła się kępa czarnej sierści. Dżi-Pies najeżył grzbiet i wiódł za nią oczami. Kiedy kot znalazł się na ziemi, też go zauważył, zesztywniał, i przygotował się do ucieczki.
++++++– No pewnie, że tak – stwierdził oczywistość Mlaskier. – Proszę bardzo. Dżi-Piesie, zaprowadź nas do Gejraltusia.
++++++HAŁHAŁHAŁHAŁHAŁ!!! – zaszczekał kundel i puścił się w pogoń za kotem, ciągnąc za sobą Mlaskra, który w ostatniej chwili zdążył złapać sznurek.
++++++– Zołmanku, za nami! – krzyknął poeta ledwo nadążając z przebieraniem nogami w ślad za pędzącym psem. – On WIE!
++++++– Nosz kurwa – burknął krasnolud i pobiegł.

++++++Gejralta obudził potworny ból głowy. Przez chwilę nie mógł nawet otworzyć oczu, a kiedy w końcu mu się udało, uznał sytuację za interesującą.
++++++On sam przywiązany był do postawionego na sztorc drewnianego stołu. To nie była dla niego pierwszyzna – bywał już przywiązywany, co nierzadko miało miejsce na różnego rodzaju stołach, a i stawianie na sztorc nie było mu obce. Niepokój budziły za to wysadzane czaszkami, czarne ściany oraz pokaźnych rozmiarów kocioł znajdujący się na wprost niego.
++++++Przy kotle stała staruszka, którą poznał wcześniej na aukcji; teraz jednak miała na sobie czarną togę i spiczasty kapelusz, który mógłby pochodzić z pokaźnej kolekcji czarodzieja Dyrdymała, gdyby nie frędzelki z kości zwisające wokół krawędzi ronda. Staruszka kijem mieszała substancję o zapachu wolno gotującego się mięsa.
Druga wiedźma, bo Gejralt nie łudził już się, że został tu zaproszony na degustację cynamonowych ludków i mleczka, stała nieco dalej, w cieniu. Strój miała podobny, ale jej twarz zdradzała, że była nieco młodsza, nieco grubsza, i dużo brzydsza od tej, która go sprowadziła.
++++++– Zofio, masz? – zaskrzeczała ta druga.
++++++– Mam – odpowiedziała Zofia. – Hihihihihi! Mam coś znacznie lepszego!
++++++Ta druga spostrzegła właśnie Gejralta i zasapała z zachwytem.
++++++Przydreptała przyjrzeć mu się z bliska.
++++++– Miało być coś wejdźmińskiego, a tu jest cały, najprawdziwszy wejdźmin!
++++++– Ha! – dumnie podniosła głowę Zofia.
++++++– Jak to zrobiłaś?
++++++– Dałam mu, łii hihihiihi, ciasteczko, Gryzeldo! Ciasteczko z Wieszczem! To znaczy, z wiesz czym!
++++++– Łaa hahahaha!
++++++
++++++Gejraltowi zrobiło się niewygodnie w pupę.
++++++– Drogie panie – powiedział odchrząknąwszy. – Czy mógłbym wiedzieć, czemu zawdzięczam to niespodziewane, acz intrygujące zaproszenie? Ja najbardziej to jestem zainteresowany tym medalionem, co go…
++++++– Umi mówić! – zadrwiła Gryzelda. – Słuchaj no, składniku jeden, za chwilę zostaniesz złożony w ofierze na ołtarzu starożytnego boga śmierci, Khu-Thu-Sru-Lu! Więc lepiej zmów modlitwy!
++++++– Hm – zastanowił się wejdźmin. – Prawdę mówiąc, to nigdy nie słyszałem o takim bogu. A ten magiczny wywar to zaczyna pachnieć mi coraz bardziej jak ogórkowa.
++++++– Zawrzyj gębę, pomiocie! – odpowiedziała Gryzelda, lekko zbita z tropu. – Niech no tylko wróci Gertruda! Wtedy zostaniesz przerobiony na starożytny artefakt siejący śmierć i zniszczenie!
++++++– I śmierć! – dodała Zofia.
++++++– Już była – wtrącił wejdźmin. – I przed chwilą mówiłyście, że…

++++++Nie skończył, bo gdzieś za nim zaskrzypiały drzwi. Cienie na podłodze wskazywały, że coś weszło do pomieszczenia.
++++++– Gertruda! – Zofia i Gryzelda zakrzyknęły razem.
++++++– Więc wciąż nie udało jej się znaleźć sposobu, by przestać być kotem – zafrasowała się ta pierwsza. – No nic! Rytułał czas zacząć! Gryzeldo, zamknij drzwi!

++++++Zamiary Gryzeldy udaremniła seria niespodziewanych wydarzeń.
++++++Najpierw do pomieszczenia wpadł pies. Na jego widok zaskoczony kot zaskrzeczał i jednym susem wskoczył na żyrandol. Kundel, który go gonił, usiadł na podłodze pod spodem i warczał.
++++++Następnie pojawiło się dwóch jegomości, jeden krasnolud i jeden… trudno powiedzieć co, z których pierwszy wyglądał na zupełnie zdezorientowanego a na twarzy drugiego malowało się uczucie dumy, którym może promieniować ktoś, kto od samego początku miał rację.
++++++Następnie weszła tęga pani o tłustych włosach ubrana w fartuch i szpitalny czepek.
++++++– Zofia i Gryzelda! Co tu się dzieje?! – wrzasnęła nowoprzybyła.
++++++Zołman i Mlaskier spojrzeli na nią, a po chwili dołączył do nich Gejralt, który z racji swoich gabarytów potrafił, jak zwykle, po prostu wyjąć ręce z więzów.
++++++– ZNOWU to zrobiłyście? Już nie mam do was sił. Ściągać to, i to już! A ty sio! – krzyknęła na kota, który, bacznie obserwowany przez Dżi-Piesa, ulotnił się przez drzwi.
++++++– Tak, pani Alinko – dwie „czarownice” spuściły głowy i pospiesznie jęły ściągać ze ścian rozwieszone tam czarne szmaty z nabazgranymi wizerunkami czaszek. Po chwili dało się zauważyć, że pod spodem pomieszczenie miało kolor biały, a w jednym kącie wisiała tabliczka z napisem “Dom Spokojnej Starości Pani Wąs – pokój 16”.
++++++– Przepraszam najmocniej – zwróciła się do trójki towarzyszy pani Alinka. – Nie mają tu wielu rozrywek, więc wystarczy spuścić je na chwilę z oka, i już wymykają się i kombinują. Ostatnio próbowały obrabować dyliżans, i do dzisiaj nie wiem, skąd wzięły łuki i pióropusze. Dobrze, że chociaż zupa na obiad będzie.
++++++– Nic się nie stało – podrapał się po głowie Gejralt. – Mam tylko jedną prośbę.
++++++– Tak?
++++++– Chciałbym zabrać ze sobą ten medalion, który leży na stole.

++++++– To było dziwne – stwierdził Zołman, już na zewnątrz wciśnętego miedzy dwie kamienice budynku o niebieskich drzwiach.
++++++– Najważniejsze, że mam mój medalion – powiedział wejdźmin. – Prawda, Mlaskierku?

Mlaskier nie odpowiedział, bo odwiązywał właśnie sznurek od obroży Dżi-Piesa, którego postanowił wypuścić “na wolność”, bo “spełnił swoje zadanie doskonale i w stu procentach”. Kiedy zwierzę poczuło, że nie jest już uwiązane, jakby ożyło.
Pies zamerdał ogonem, podskoczył i jął węszyć coś na zakurzonym bruku.
– Mądra decyzja – pochwalił poetę Wejdźmin. – Tam, dokąd zmierzamy, może być zbyt niebezpiecznie dla takich małych piesków. Chociaż wciąż nie wiem, gdzie to jest…

++++++– Jeśli mogę się wtrącić – powiedział pies, dając popis nieskazitelnej dykcji. – Ja wiem gdzie. Musicie odnaleźć ogień, którego poświata spowija was już od dawna. Idźcie za dymem wydarzeń, ale w przeciwnym kierunku.
Zołman zemdlał.
++++++– No, a jeśli to jest jeszcze dla was zbyt metaforyczne – przewrócił oczami czworonóg. – Bo ten tutaj chyba nie ogarnął nadmiaru mojej poetyckości, to macie iść na północ. A teraz bywajcie, bo mam jednego wstrętnego kota do dorwania.

***

++++++Wejdźminowi zakręciło się w głowie. Magiczne burze, kłęby dymu i gadające psy obijały mu się w umyśle jak kauczukowe piłeczki. Nic już nie wiedział.
++++++Jeszcze przed chwilą wszystko było dobrze, a teraz uczucie chaosu przytłaczało go, stało się bolesne. Czuł to zwłaszcza na plecach, zupełnie jakby leżał na kamiennym…
++++++Gejralt otworzył oczy. To była wciąż ta sama jaskinia, ale po Pani Wodospadu nie było ani śladu (chociaż przysiągłby, że gdzieś z bocznego korytarza dobiega go zapach palonego papierosa).
++++++– Gejraaalt, i cooo, miałeś jakąąś wiiizjęęę? – usłyszał wołanie Zołmana dobiegające od strony wejścia.
++++++Wejdźmin podniósł się do pozycji siedzącej aby pomasować sobie plecy i poczuł, że coś mu ciąży. Nie musiał sprawdzać, chłód medalionu na piersi znał doskonale.

Rozdział XI – Pani z Wodospadu

11

Wejdźmin siedział oparty o drzewo i tarł oczy. O wejdźmina opierał się mały Zołman Junior i ciamkał koniec ładnie zdobionej butelki w wiklinowym koszyczku, raz po raz opróżniając jej wnętrze. W ciągu tego czasu Gejralt wymyślił wiele rzeczy i o wielu z nich od razu zapomniał. Inne z kolei nie dawały mu spokoju. Te drugie dotyczyły jego córki i tego, jak będzie wyglądało jego życie, bez względu na to, czy ją znajdzie – czy nie. A co jeśli nie? Maluch przypominający Zołmana, tyle że siedzący na jego udach w liliowej sukience, wcale mu w tym nie pomagał.
++++++Od kilku dni miewał koszmary. Sen powtarzał się i zawsze kończył się tak samo. Ciemnością. Bał się o nim myśleć, bo wiedział, co może oznaczać. Bał się bo czuł, że tym razem sobie nie poradzi. Często myślał też o słowach, które niedawno usłyszał. Wyrazy: „wieści” i „rozchodzą” zaczynały nabierać niepokojącego znaczenia. Denerwowało go też „powoli” i „ostatnio”.
++++++Gejralt zmarszczył brwi. Musiał się skonsultować.
++++++– Wymyśliłeś coś? – przerwał mu Zołman.
++++++Wejdźmin podrapał się po brodzie. Odkąd eliksiry przestały na niego działać (w tym eliksir „Gładszy niż pupka”) na jego twarzy pojawił się lichy, czarnawy zarost. Swędział.
++++++– Tak – powiedział. – Zauważyłeś, że w słowie „krasnolud” jest ukryte drugie słowo?
++++++– Co? – zdziwił się Zołman.
++++++– Lód – Gejralt spojrzał na niego zaczerwienionymi oczami. Nie uśmiechał się.
++++++Zołman postanowił puścić to mimo uszu. Słowo „lód” już od dawna nie kojarzyło mu się ze śmietankową masą w wafelku.
++++++– Wymyśliłem też określenie na twojego syna – ciągnął Gejralt. – Zgwałtolud.
++++++– Ty spałeś coś w ogóle? – krasnolud zachował cierpliwość.
++++++Wejdźmin zamyślił się. Nie odpowiedział.

++++++Zołman nie odszedł. Przechylił głowę i zaczął przyglądać się przyjacielowi. Nie martwił się zbytnio, wiedział bowiem że milczący, irytujący i nieodpowiadający na pytania Gejralt to dobry znak. Zaraz potem spojrzał na swojego potomka i butelkę w wiklinowym koszyczku, której zawartość najwyraźniej bardzo mu smakowała. Krasnolud delikatnie odebrał ją synkowi, pozostawiając jego wyciągnięte za nią rączki, i powąchał.
++++++– Hm – mruknął. – Ładnie pachnie.
++++++Zwrócił tym uwagę wejdźmina.
++++++– Pachnieee… Lasem. Jakby iglastym…? – kontynuował. – Co to jest? Coś z szyszek? Widziałem jak Mlaskier zbiera rano.
++++++– Mm. Blisko – rzucił wejdźmin, zakładając ręce na piersi.
++++++Zołman wziął łyka i przybrał minę przypominającą smakosza win podczas degustacji.
++++++– Rzeczywiście, to nie szyszka – stwierdził, delektując się dalej. – Coś bardziej… Wyrafinowanego. Jakby zebrać krople rosy o poranku z igieł świerku i…
++++++– Sok z lasodymacza – przerwał mu Gejralt.
++++++Zołman wypluł zawartość ust fundując sobie i siedzącym pod drzewem zimny, klejący prysznic.
++++++– No i masz, Zołmanie, cały się ufyfłałeś i nas też… – rzekł wejdźmin, próbując go oczyścić.
++++++– Zostaw! – wrzasnął. – Kurwa! No kto normalny pije takie rzeczy! Synku, nic ci nie jest? – Zołman podniósł go i zaczął nim potrząsać.
++++++– Uważaj, pognieciesz mu sukienkę…
++++++– Jaką, kurwa, sukienkę?! On ma na sobie spodenki w topory i malutką kolczugę!
++++++– Mój ma…
++++++– Zamknij się! Co teraz? Czego mam się spodziewać? Będzie miał halucynacje? Coś mu wyrośnie? Zamieni się w drzewo? W potwora?!
++++++– Nic, Zołmanie. To zwykły sok.
++++++– Zwykły sok, to jest kurwa z porzeczek!
++++++– Twojemu dziecku pasuje.
++++++Zołman spojrzał na syna, który teraz wlewał w siebie napój leżąc na plecach i natychmiast mu go zabrał.
++++++– Zostaw! – wrzasnął. – Nie pij tego świństwa!
++++++– Klinken flinken tal mu ka? – spytało dziecko.
++++++– Że co? Smakuje ci?! Wypluj to!
++++++– Flinken klinken tal gu gu – powiedział zgwałtolud i wszedł w kupkę liści, zostawiając sobie jedynie małe okienko do podglądania.
++++++– Zołmanie, znowu go straszysz.
++++++– Spierdalaj! – warknął krasnolud wskazując wejdźmina palcem. – Synuś, zapamiętaj sobie raz na zawsze: Nigdy niczego od niego nie bierz! W szczególności do buzi!
++++++Gejralt wypchnął policzek językiem.
++++++– No tak – powiedział. – Ale teraz to przegiąłeś pałę.
++++++Wejdźmin wstał i założył torebkę, przewieszając ją na skos.
++++++– Zbierajcie się, jesteśmy już blisko.

++++++Szum wodospadu było słychać coraz głośniej. Fruwające wokół motyle i świergoczące ptaki zapraszały przybyszy w głąb gęstego, wilgotnego lasu. Gejralt pozostawał czujny. Przedzierając się ledwie widoczną ścieżką wśród bujnej roślinności uważał, żeby żadna gałązka która ociera mu się o klejnoty, nie wystrzeliła w twarz idącego za nim Zołmana, który taszczył na brzuchu naprędce zrobione nosidełko ze swoim potomkiem. Mlaskier jakby czuł, że z wejdźminem jest coś nie w porządku, trzymał go więc za rękę i przyglądał mu się zmartwionymi oczami plącząc mu się pod nogami, raz to z lewej, raz z prawej strony. Przechodząc przez ostatni zwał gąszczu, ich oczom ukazała się niewielka, porośnięta kwiatami polanka zachwycająca swoim bajkowym urokiem. Z jednej strony przylegała do wysokiej skały, z której czubka spływał rwący potok, kończąc swoją drogę w spokojnej tafli niewielkiego jeziora.
++++++– Jest – wyszeptał Gejralt. – Nie zbliżajcie się do wody.
++++++– Dlaczego? Wykąpałbym się. I Juniorka – powiedział Zołman.
++++++– Ja też! – zawołał Mlaskier.
++++++– Nie – Gejralt podniósł głos. – Tu mogą być ruchałki wodne i smyrenki.
++++++Mlaskier zrobił poważną minę i bardzo powoli włożył palec wskazujący w taflę wody.
++++++– Skąd wiesz? – krasnolud naburmuszył się.
++++++– Normalnie bym je, Mlaskruś wyjmij stamtąd palec, słyszał. Lepiej nie ryzykować kąpielą, szczególnie że będą bronić swojej Pani – powiedział i na powrót zwrócił się do Mlaskra. – Jak zaraz go nie wyjmiesz, to najpierw piękna smyrenka ocierając się o ciebie zwabi cię anielskim śpiewem do jeziora, a zaraz potem dopadną cię ruchałki, i jakkolwiek Zołmanie szeroko się teraz uśmiechasz, to mogę cię zapewnić, że jest to dużo gorsze od tego, co zrobiły ci zgwałty.
++++++Krasnolud przestał się uśmiechać. Mlaskier wyciągnął palec.
++++++– No dobrze – zaczął Gejralt wydychając powietrze. – Skoro przeszła wam ochota na dożywotnią kąpiel pod wodą ze stadkiem panienek z ptaszkami…
++++++– Zaraz, zaraz – przerwał krasnolud. – Skąd wiesz? Próbowałeś?
++++++Gejralt wciągnął policzki i założył ręce.
++++++– Młody byłem, samotny – rzucił.
++++++Krasnolud burknął coś pod nosem.
++++++– To po co tu jesteśmy? – spytał.
++++++– Przyszliśmy zasięgnąć rady Pani z Wodospadu.

++++++Mało kto słyszał o Pani z Wodospadu. Była raczej legendą, mitem przekazywanym z pokolenia na pokolenie i nieliczni wiedzieli, że istnieje naprawdę. Miała to być postać bardzo osobliwa, mówiąca szeptem niemal pozbawionym intonacji, o ciele pięknej kobiety, jednak zimnej jak lód; o twarzy martwej, świdrujących oczach, które nigdy nie mrugają i skórze pokrytej niebieskimi łuskami. Pani z Wodospadu uchodzić miała za personę nadnaturalnie obdarzoną wyższymi emocjami i nadprzyrodzonymi zmysłami, które pozwalały jej dostrzec wszystko z wyrazistością, zapachem, namacalnie i ze słuchem czulszym od każdej innej, nawet magicznej istoty. Wiedzieć miała o wszystkim co dzieje się na ziemi i wokół niej. Dostrzegać niedostrzeżone, ujawniać nieujawnione. A wszystko co robiła, to leżała. Długi czas.
++++++– Problem jest taki – tłumaczył dalej Gejralt – że do środka tej Wodospadowej Świątyni można wejść tylko nago, a ona mówi tylko wtedy, gdy się jej dotyka.
++++++– To może ty wejdziesz nago, a ja będę macał? – zaproponował krasnolud.
++++++– Doceniam próbę pooglądania mnie na golasa Zołmanie, ale ‎wchodzi się pojedynczo. Po wejściu należy jej uważnie słuchać i nie zadawać pytań, dopóki nie skończy. Wszystko co mówi, może mieć znaczenie, ale ponieważ jest dużo bardziej rozwinięta od każdej możliwej żyjącej istoty i całe dnie jest sama, wypowiadać się może trochę… zawile. To kto pierwszy?
++++++– A czy ona też ma… no wiesz… – krasnolud pokiwał ręką w okolicach bioder.
++++++– Ptaszka? Nie.

++++++I tak Zołman postanowił wejść do wodospadu.
++++++– Pamiętaj Zołmanie, im bardziej się starasz tym więcej mówi! – usłyszał za plecami głos wejdźmina. Musiał się przy nim rozebrać, ale uznał, że warto. Zignorował komentarze na temat swoich męskich pleców oraz zgrabnego miejsca, w którym się kończą i zniknął za spływająca taflą wody. Jego oczom ukazała się lodowa grota podświetlona nienaturalnej wielkości błękitnymi grzybami. Na samym jej końcu, w najjaśniejszym miejscu, na wielkim okrągłym liściu unoszącym się na krystalicznie czystej wodzie, leżała Pani z Wodospadu. Prezentowała się nawet lepiej niż w ustach wejdźmina.
++++++Krasnolud wyprostował się i po dłuższej chwili wyszedł na zewnątrz bardzo zadowolony.
++++++– No… – powiedział patrząc na oczekujące spojrzenia towarzyszy. – Dziwna nie dziwna, ale całkiem niezła z niej babka.
++++++– ‎I…? – zapytał Gejralt.
++++++– ‎No starałem się…
++++++– ‎Taaak.. I?
++++++– ‎Tak bardzo się starałem, że nie słyszałem co mówi.
++++++Wejdźmin nadmuchał klatkę piersiową i zamknął oczy.
++++++– Dobrze – powiedział – Ja pójdę – wypuścił powietrze. – Chwila, a gdzie jest Mlaskier?
++++++Ciągnięty ciekawością Mlaskier był już w środku. Nie trzeba było jednak długo na niego czekać. Poeta, nie zważając na leżącą legendę, pchnął wielki liść na którym leżała robiąc sobie trochę miejsca, rozebrał się i wykąpał.
++++++– Na koniec dotknąłem ją w oko – powiedział po wyjściu. – Hi hi, śmiesznie, bo go w ogóle nie zamknęła!

++++++Wejdźmin miał nadzieję, że jeszcze cokolwiek z niej zostało. W pośpiechu ściągnął wszystko co miał na sobie i, nieco spięty, znalazł się po drugiej stronie wodospadu. Z kieszeni jego niedbale rzuconej torebki wysunęła się mała książeczka, a z jej wnętrza – uschnięty niebieski listek. Zołman znał Wejdźmiński Bestiariusz. Z widzenia. Trudno było zapomnieć misia na okładce.
++++++Podniósł go i otworzył w zaznaczonym liściem miejscu.
++++++– Lekcja 18, Zgwałty – przeczytał. – Poziom niebezpieczeństwa: Niski. Krótka charakterystyka… bla, bla. Występowanie: stare lasy liściaste. Styl życia: grupowy… Populacja: zagrożona… Same bzdety. Wymiary: od 15 do 450 centymetrów, o kurwa. Właściwości magiczne: tak. Pożywienie: liście, szyszki, gałęzie, mięso z indyka… kiełbasa? Odporne na: alkohol i wszystkie wejdźmińskie znaki. Ulubiony przysmak: sok z lasodymacza.
++++++Zołman odłożył bestiariusz.
++++++– Kurwa – powiedział.

++++++Dokładnie to samo pomyślał Gejralt. Rzadko mu się to zdarzało.
++++++– Jesteeeś zmęęęczooonyyy weeejdźmiiinieee – usłyszał z wnętrza groty. – Pooołóóóż się oboook mnieee…
++++++Gejralt nie miał w naturze leżenia obok nagich kobiet, a tym bardziej dotykania ich, ale teraz nie miał też innego wyjścia. Coś mu mówiło, że nie stara się tak bardzo jak Zołman bo to, co wpatrywało się w niego nieporuszającymi się oczami, nie mówiło nic. Ostatnio szybko tracił cierpliwość.
++++++– Nie będę robił dalej dopóki nie zaczniesz jakiegoś zdania.
++++++Cisza. Pani z Wodospadu w dalszym ciągu patrzyła na niego martwo i bez mrugnięcia. Jakby zastygła, niewzruszona.
++++++– Boże Święty – powiedział wejdźmin i zabrał się do roboty.

++++++Dotknęła jego umysłu, a jej oczy zrobiły się fioletowe. Wzięła głęboki wdech i przeniosła się w jego świat. Najpierw zobaczyła zieloną łąkę i usłyszała śmiech, a zaraz potem brzęk zamykanej kraty i poczuła chłód. Śmiech zamienił się w krzyk, a łąka w łyse pole usiane kośćmi. W następnej chwili uderzył ją silny podmuch ciepłego powietrza i kilka kłosów w twarz, a potem znalazła się na wysokim wzgórzu, gdzie poczuła się dobrze i lekko. Zamknęła oczy chwytając ostatnie promienie słońca. Na swym drżącym ciele poczuła ciepły uśmiech. Jej serce wypełniła radość i mnóstwo scen jak z filmów dla dorosłych, ale kiedy je otworzyła, na horyzoncie szalała burza. Nagle znalazła się w ciemnym i zimnym miejscu bez dna. W całkowitej, czarnej nicości. Na jej barkach spoczęło brzemię tak ciężkie, że ledwo wstała z kolan. Poczuła ciepło czyjejś dłoni. Ta złapała ją za rękę i wyciągnęła na zewnątrz. Okazało się, że znajdowała się w wielkim, ryczącym niczym potwór kredensie, który zaczął przechylać się wprost na nią. Kiedy uderzył o ziemię, ocknęła się łapiąc powietrze.

++++++Minęła już ponad godzina i Zołman zastanawiał się, co by się wydarzyło, gdyby jednak się wykąpał. Patrzył na idealnie gładką powierzchnię jeziora co rusz dostrzegając ponętne sylwetki smyrenek. Co jakiś czas zerkał też na wodospad, aż za którymś razem ujrzał w nim Gejralta i na powrót zaczął gorączkowo szukać kobiecych kształtów.
++++++– I co? – spytał w końcu. – Dowiedziałeś się czegoś?
++++++Gejralt zapiął spodnie, schował w nie koszulkę i usiadł na skałce patrząc gdzieś daleko.
++++++– Doszedłem… – wejdźmin zamyślił się robiąc pauzę – …do wniosku, że w niektórych sytuacjach jestem mało asertywny.
++++++– ‎Przestałeś dotykać?
++++++– ‎Nic nie przestałem – oburzył się Gejralt. – Ona przestała mówić w pewnym momencie.
++++++– ‎Jak to przestała jak ty nie przestałeś? Miała nie przestawać, u mnie nie przestawała. Chyba. W jakim momencie przestała?
++++++Wejdźmin spojrzał na krasnoluda i uniósł brwi.
++++++– Kulminacyjnym – powiedział.
++++++– ‎Aha, no tak. Teraz sobie przypomniałem, że u mnie też tak było… Musiało być tak – krasnolud podrapał się po nosie. – A później?
++++++– ‎Kazała mi wyjść.

++++++Gejralt postanowił zaczekać. Nie mylił się. Po kilku minutach Pani z Wodospadu majestatycznie wyszła ze swojej jamy. Jej fryzura nie była jednak odporna na niszczące działanie opadającego strumienia wody, toteż zwróciła się do nich z twarzą całkiem zakrytą czarnymi włosami.
++++++– Osoooby weeejdąąą… – powiedziała.
++++++Gejralt nie chciał, żeby wystraszyła Mlaskra, więc bardzo delikatnie odsłonił jej jedno oko.
++++++– Lejdi Zgaga, to ty umiesz chodzić? – powiedział zaraz potem rozkładając ręce. – To po co kazałaś mi kiedyś latać z jedzeniem dla ciebie codziennie przez pół roku…?
++++++– Cooo się dziiiwiii… – odparła. – Wszęęędzieee tylko gooołeee babyyy… Osoooby weeejdą móóówię…
++++++– Nago? – dopytał Zołman.
++++++– Nieee, w ciuuuchachhh…
++++++Spojrzeli po sobie.
++++++– Żartowałaaam… – zażartowała. – Żartowalaaaam, że żartuuujeee… – z jej twarzy pozbawionej mimiki nie dało się niczego odczytać. Wiedziała o tym. – W ubraaaniaaach… – rzuciła odwracając się powoli.

++++++Ruszyli za nią do wnętrza. Stanęła. Mlaskier pochylił się i odkrył, że jej nogi zamieniły się w kilka wijących się macek, które wprawiały całą resztę w ruch. Kiedy się wyprostował, stała już twarzą do niego, chowając dłonie za plecami.
++++++– Wejrzałam w twe duszeee, weeejdźminieee… Jeeest bardzooo udręczooonaaa… Widziałaaam twe snyyy…
++++++– A widziałaś ten, co mi się śni ostatnio?
++++++– O skaaaczącyyych po traaawie tyyyłkaaach…?
++++++– Nie.
++++++– O naaagich rycerzaaach na różooowyyych jednooorooożcaaach…? Faaajnyyy…
++++++– Też nie.
++++++– O krasnoluuudaaach z wieeelkiiimiii…
++++++Zołman odsunął się.
++++++– O kooozaaach?…
++++++– Nie no, błagam. To dawno było.
++++++– O Miiimiii?…
++++++Gejralt zdębiał.
++++++– O Mimi? – powtórzył. – Nie, ja… Ja nawet nie wiem jak ona wygląda.
++++++– To ooo czyyym?…
++++++– Mam taki sen… – zaczął wejdźmin. – Koszmar. Jestem w ciemnym miejscu, tak ciemnym, że nic nie widzę, ale czuję, jakbym widział. Wszędzie jest mnóstwo czarnych cieni, które poruszają się wokół mnie, jakby w zwolnionym tempie, ale jednocześnie bardzo szybko. Czuje je, są wszędzie. Jest cicho i nic nie słyszę, oprócz nich. Wiem dokładnie gdzie są. Każdy z osobna i wszystkie razem. I odczuwam straszny niepokój. I wtedy… Wtedy pojawia się jedno jasne, małe światełko. Powstaje jakby z nicości, i nagle w mgnieniu oka orientuję się, że jest nade mną. Jest inne, jest ciepłe, nie tak jak tamte. I boi się tak samo jak ja. Wpatruję się w nie i zaczynam rozumieć, że boi się mnie. A potem… kiedy wyciągam rękę, żeby je uspokoić, wszystko znika. I wtedy się budzę.

++++++– Jesteeeś odpowieeedzialnyyy za wieleee żyyyć, wejdźmiiiniiieee… – zaczęła. – Ktoooś, kto nieuuustannie przewodzi innym jest wyczerpaaany. Ale twoooi przyyyjaaacieleee… Oni muuuszą pozooostać bliiisko cieeebie, jeednoocześnieee będąc daaaleeekooo… Czaaarne chmuuury wijąąą gniaaazdo z ich kooości… Muuusisz się śpieeeszyć, wieeeści czeeekają na cieeebie… Nieee ocaaalisz sieeebieee, ale światłooo ocaaaliii cieeebieee…
++++++– Nic z tego nie rozumiem…
++++++– Zrooozuuumieeesz… w jedneeej z ostaaatniiich chwiiil… – Pani z Wodospadu podała wejdźminowi przedmiot, który cały czas trzymała za sobą. – Kieeedy nadejdzieee chwilaaa, będzieeesz wiedziaaał, coo robiiić…
++++++– Sznur? Poważnie? – Gejralt obracał w dłoniach grubą plecioną linę. – Z pętelką?
++++++– Poooraaadziiisz sooobieee… – Pani z Wodospadu zaczęła cofać się, aż uderzyła głową w skałę. Następnie spojrzała na swoich gości z dalszej perspektywy. Gejralt znieruchomiał, Mlaskier był równie przejęty przeżuwając przy tym niebieskiego grzyba, a Zołman patrzył na nią.
++++++– Któryy z waaas steruujeee tym okręęęteeem?… – zapytała.
++++++– Gejralt, nie widać? – odezwał się Zołman. – Chociaż nie zawsze mu wychodzi.
++++++– Krytyyykujeeesz coś, o czyyym nie masz pooojęcia, krasnoluuudzie. Przywóóództwo to ciężka praaaca. Jedna sekuuunda jego wahania kooosztuje cię caaałe wiekiii… I to bez eliksiru „Ja pierdooolę”. Nie przetrwaaałbyś trzeeech dni bez nieeego w tereeenie. Pamiętaj o tym.
++++++Lejdi Zgaga przypełzła z powrotem.
++++++– Mam dla cieeebie jeeeszczeee jednąą rzeeecz, weeejdźmiiinieee… – powiedziała. – Preeezeeent… Najświętszyyy złoooty napóóój, po któóóry zwyyykli śmiertelnicyyy zdolni są przebyyyć drooogę na konieeec świataaa w każdyyym staaanie swego ciaaała i umyysłuuu, nawet jeśli już nie mogąąą i szczeeególnieee wteedy, gdy wypiją juuuż taaakie dwaaa i praaagną więęęcej …i ja też spożywam gooo… Na okrągłooo… A too byyyło chyyba najdłuższeee zadaaaniee jakiee wypoowieedziaałaam w swooim żyyyciuuu…
++++++Pani z Wodospadu wyglądała na zamyśloną, a wejdźmin otworzył buteleczkę z najświętszym napojem świata i powąchał. Wziął łyka.
++++++– To piwo – powiedział.
++++++Pani z Wodospadu przechyliła głowę. Tym razem wyglądała, jakby przestała myśleć. Zołman próbował ją dotknąć, ale cofnęła się.
++++++– No dobrze – powiedział Gejralt po chwili. – Czy chciałabyś powiedzieć mi coś jeszcze?
++++++Pani z Wodospadu wyprostowała szyję.
++++++– ‎Jak na cieeebie paaatrzę, to czuuuję pożądaaanieee, ale nie wiem, czyyy baaardziej podnieeeca mnieee mężczyyyzna… czyyy kooobieta…
++++++Wejdźmin uniósł brwi. Zapadła niezręczna cisza, więc gospodyni lodowej groty wpełzła do swojej sadzawki aż po same oczy i zaczęła puszczać bąbelki.
++++++– Ja! Ja! – zawołał Mlaskier. – Ja mam pytanie.
++++++Bulgotanie ustało…
++++++– A wąż, to właściwie stoi czy leży?
++++++Bulgotanie wróciło.
++++++– Teeeraaaz osobyyy mogą juuuż pooójść… – powiedziała, znudzona.
++++++– Dziękujemy, Pani Zgago – powiedział Gejralt i ruszył w stronę wyjścia, a w ślad za nim Zołman i Mlaskier.
++++++– Wejdźminieee… – powiedziała. – Ty jeszczeee zooostajeeesz…
++++++– O rany… – Gejralt załamał ręce.
++++++– Farciarz – wycedził Zołman.

Rozdział X – „La Falluz”

LaFalluz

Wzgórze nie było wysokie, ale rozciągał się z niego widok na większą część wioski. Można było rozróżnić postacie krzątające się przy swoich codziennych sprawach: pasterzy przygotowujących się do wyprowadzenia swoich stad, piekarza noszącego bale do jeszcze nierozpalonego pieca i drobnych pijaczków, którzy, mimo wczesnego ranka zdążyli już odśpiewać niezliczoną ilość różnych wersji tej samej wulgarnej piosenki.
++++++Wejdźmin La Falluz przyglądał się tej krzątaninie w skupieniu, a następnie odwrócił się do swojego konia – Cypki. Zwierzę było jeszcze mokre na skutek ostatniej ulewy. Wejdźmin przejechał delikatnie palcami po futrze na wilgotnej Cypce, a następnie dosiadł jej zwinnym susem. Poruszając miarowo biodrami ruszył galopem w dół zbocza.
++++++Tawerna, wzorem innych tego rodzaju przybytków, niezależnie od pory dnia sprawiała wrażenie zatęchłej piwnicy. Jak na poranek, klientów było sporo. Oprócz kilku dziadków i meneli, przysypiających po kątach, którzy zapewne nie ruszyli się stamtąd od poprzedniego wieczora albo i kilku dni, przy stole siedziało trzech groźnie wyglądających drabów, a w jednym mrocznym zakamarku facet ubrany w skrywający twarz kaptur tłumaczył coś o pierścieniu małemu osobnikowi o bosych, owłosionych stopach. Nikt nikogo nie obsługiwał, bo karczmarz kręcił się między stołami zajęty myciem podłogi szmatą na kiju, a kelnerek nie było. Zapewne nie skończyły jeszcze prywatnych usług, które świadczyły co bardziej zamożnym klientom w znajdujących się na poddaszu pokojach.
++++++Później, na wszelki wypadek, mówiono, że do środka wpadła wtedy banda uzbrojonych żołnierzy. Ten jednak, kto tam był, zobaczyłby jedynie wchodzącego powoli osobnika pokaźnej postury. Był łysy, jego twarz zdobiły złowrogie tatuaże a bicepsy nie czyniły dziwnym zastanawiania się, jak w ogóle zmieścił się w podwójnych wrotach. Oczy miał osobliwe, jakby kocie.
++++++La Falluz zasiadł przy barze i położył na sąsiednim stołku swoją pałę i miecz. Pała wyglądała nawet groźniej niż ostrze. Wykonana z metalu i nabita kolcami, nie pozostawiała wątpliwości co do tego, że mogłaby zmiażdżyć czaszkę nawet przy użyciu niewielkiej siły. A tej ostatniej La Falluzowi nie brakowało.
++++++– Piwo – powiedział wejdźmin, a następnie spokojnie czekał, aż wreszcie wąsaty karczmarz uznał, że większość rzygów i krwi została już na tyle rozmazana po podłodze, że nie rzucała się zbytnio w oczy.

++++++Karczmarz wszedł za ladę i bez słowa nalał mu kufel wyrżnijmijskiego portera. Nie odezwał się. W powietrzu dało się wyczuć napięcie. Kiedy wejdźmin wziął soczystego łyka, rzucił na stół monetę i otarł usta ręką, spojrzeli sobie w oczy.
++++++– Szukam wejdźmina – powiedział La Falluz. – Zwą go Gejralt.
++++++– Panie – powiedział karczmarz takim tonem, jakby mu ulżyło, że obcy w końcu się odezwał. – Gdzie mnie tam spamiętać wszystkich klientów. Może i był tu taki, a może nie…
++++++– Tego byś spamiętał. Chudy taki, włosy srebrne.
++++++– Zlitujcie się. Nawet jeśli tu był, to tutaj przewija się dużo przejezdnych, a co każden to jeszcze dziwniejszy.
++++++– Lepiej pomyśl dobrze, panie karczmarz. Bo drugi raz nie zapytam. A jego dorwę i tak.
++++++Zanim karczmarz zdążył dobrze przemyśleć swoją odpowiedź, ktoś popukał wejdźmina w ramię.
++++++Trzech drabów, którzy wcześniej okupowali jeden z podniszczonych stołów pod ścianą, stało teraz za nim.
++++++– Nie za dużo tych pytań? – powiedział ten największy, który prawie dorównywał posturą La Falluzowi. – Chyba pan do ciebie mówi ośle, że nie widział.
++++++– No właśnie! – dodał ten z rozbieżnym zezem.
++++++Trzeci obserwował wejdźmina z ręką na rękojeści czegoś, co miał wetknięte za pas. Mogła to być zwykła deska z gwoździem, ale mogł to też być sztylet.
++++++La Falluz zmarszczył brwi, nieco zaskoczony, jakby zobaczył, że mucha usiadła mu na zadku, po czym odwrócił się z powrotem do karczmarza.
++++++– Są tu jakieś inne tawerny, gdzie mógł się zatrzymać?
Któryś z drabów pchnął go ręką.
++++++– Jak żeś ogłuchł, to my ci zaraz, kurwa, wbijemy do łba żebyś zrozumiał! – usłyszał za sobą.
++++++– No właśnie! – dodał zezowaty.
++++++Wejdźmin wykonał dwa ruchy. Jeden składał się z półobrotu, podczas którego złapał leżącą na stołku pałę i trafił tego największego tak, że ten tak jakby cały wywrócił się na lewą stronę, i jednocześnie tył naprzód. Drugi ruch zrobił palcami, tworząc znak. Dwóch pozostałych drabów zostało odepchniętych z taką siłą, że jeden wyleciał oknem, a drugi ścianą.
Kiedy opadł kurz, wejdźmin pociągnął kolejny łyk ze swojego kufla.
++++++– Pytałem, kto jeszcze mógł go widzieć – rzekł do pobladłego karczmarza.

***

++++++– Cicho! – syknął Zołman, wyglądając zza ściany drewnianej budki klozetowej przylegającej do kamienicy. – Nie widzę, gdzie jest. Widzisz, gdzie jest? Mlaskier, widzisz, gdzie jest? Mlaskier?
++++++– Zołmanku – powiedział sennie Gejralt, który leżał u jego stóp na ziemi podpierając głowę ręką i żując jakiś patyk. Poeta gdzieś zniknął. – On nas nie zje. Przecież to twoje dziecko. Poza tym, nie spędzimy reszty życia schowani za wychodkiem.
++++++– Mów za siebie. O boże! – Krasnolud zbladł. – Widzę go!
W pewnej odległości, spomiędzy domów wypełzło do rynsztoka niewielkie stworzenie. Miało trudną do określenia ilość nóg, dwa oślizgłe ogony i pyszczek, który na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem sympatycznie, ale po uważnym przyjrzeniu się można było odkryć, że jest to pomarszczony otwór pełen nieregularnie rozmieszczonych zębów. Na tym, co prawdopodobnie było głową, z jakiegoś powodu, stwór nosił niewielkich rozmiarów elegancki cylinder.
++++++– Gejralt, jak teraz zaczniemy uciekać, to nas zobaczy? Czy to w ogóle ma oczy?
++++++– Hmm. Oczywiście, że ma – oznajmił Gejralt. – Powtarzam ci, on tylko chce miłości. Dlaczego ty się w ogóle boisz? Sam mi mówiłeś, jak ważne jest, żeby okazywać uczucia swoim dzieciom. Poza tym już i tak nas widzi, bo popatrz, Mlaskier własnie go głaszcze i do nas macha.
Zołman nie musiał patrzeć, żeby wiedzieć, że to była prawda. Rozważył jeszcze kilka rozpaczliwych planów ucieczki, ale, koniec końców, machnął na Gejralta ręką, by ten poszedł za nim. Nawet jemu zdarzały się takie chwile, w których bezpieczniej czuł się z wejdźminem za plecami.
++++++Z bliska stworzenie było o tyle bardziej przerażające, że całe jego ciało pokrywały macki i wypustki, z których wypływał brzydkiego koloru śluz. Na widok krasnoluda najeżyło się i wykręciło „głowę” do góry nogami, po czym wydało z siebie skrzeczący dźwięk, który brzmiał jak nieludzki szept. „Finken tinken kinken pinken globlglgg.”
++++++– Ojej, no nie mogę! – ucieszył się Mlaskier. – Powiedział „tata”!
++++++– Jeeezus maria – zbladł Zołman.
++++++– No, pogłaszcz go. I przytul – pouczył go wejdźmin. – Zobaczysz, że natychmiast poczujesz instynkt tacierzyński.
++++++– Zwariowałeś?
++++++– Zaufaj mi, Zołmanku.
Krasnolud nie był do końca pewien, dlaczego to robi, ale uznał, że mimo lat wpędzania w tarapaty, wejdźmin nie kazałby mu z premedytacją dotykać czegoś, co rzeczywiście odgryzłoby mu głowę. Przełykając ślinę przyklęknął na jedno kolano i drążcymi ramionami, powoli i niechętnie objął stwora.
Ten, na znak radości, zadygotał, oblał go śmierdzącą mazią i oplótł macką, która nagle urosła.
++++++– I jak tam Zołmanku? – powiedział Gejralt. – Czujesz miłość?
++++++– Nie, czuję szambo. I nie mogę się ruszyć. Co właściwie ma się teraz stać?
++++++– Nie wiem. Myślałem, że go pokochasz.
++++++– Gejralt, odczep to ode mnie!
++++++Interwencja wejdźmina nie była konieczna, bo Zołman Junior sam zwolnił uścisk, odpełzł i zagrzebał się do połowy w piasku.
++++++– No i co zrobiłeś? – zmarszczył brwi Mlaskier. – Teraz płacze.
++++++– Czego wy ode mnie chcecie?! – zirytował się ociekający szlamem Zołman. – Zrozumcie, jakiś potwór zgwałcił mnie kiedyś w lesie.
++++++– Zgwałt – wtrącił Gejralt.
++++++– I potem to ze mnie… wyszło. To nie jest dziecko. To jest pasożyt. Jajo potwora, które ten złożył we mnie wykluło się i wylazło to. Po jaką cholerę mam udawać, że jestem jego tatą?! Jak wy w ogóle możecie się tego nie brzydzić? A tamte dzieci, co, nie wiem jakim cudem, się z tym zaprzyjaźniły, mają szczęście, że jeszcze żyją!
++++++– Mylisz się, mój kochany – odparł spokojnie Gejralt. – Zgwałt to bardzo szczególne stworzenie, wcale nie pasożyt. Jego dzieci, nawet jeśli ma je z przedstawicielem innego gatunku, zawierają dokładnie po połowie materiału genetycznego obojga rodziców. Ale w jednym masz rację, nie jesteś jego tatą. Jesteś jego mamą.
++++++– Wiedziałem! – wykrzyknął Mlaskier, który głaskał stwora patrząc nieco z pode łba na krasnoluda. – A ty go nawet nie chcesz przytulać. A jest taki słodziutki i podobny do ciebie…
++++++– Co… – Zołmanowi opadły ręce. – Ale przecież popatrzcie na TO.
Wejdźmin podrapał się po głowie. Coś mu w tej całej sytuacji nie pasowało. Wrócił myślami do zajęć z potworologii i tym, co mówiono tam o Zgwałtach i ich potomstwie. Pamiętał, że z jakiegoś powodu w Wejdźmińskim Bestiariuszu z Misiem na Okładce w dziale o Zgwałtach nie było obrazka przedstawiającego rozmnażanie… a ilustracji o takiej tematyce figurowało tam poza tym niewiarygodnie dużo.
++++++– Już wiem! – krzyknął Gejralt. – Zołmanku, nic dziwnego, że masz trudności z zaakceptowaniem tego tutaj małego Zołmanka jako swojej najukochańszej pociechy!
++++++– Tak? – Krasnolud schował głowę w dłoniach.
++++++– Oczywiście! Bo… dziecko Zgwałta i istoty rozumnej to jedno z najpiękniejszych stworzeń, jakie w ogóle można sobie wyobrazić! I to dosłownie, jakie można sobie wyobrazić! Widzisz, taka istota jest również bardzo rozumna, pewnie jeszcze bardziej od ciebie, ale najważniejsze jest to, że każdy widzi ją na swój własny sposób! Dlatego dla dzieci był przyjacielem, mnie wydaje się po prostu mniejszą i ładniejszą wersją ciebie, Mlaskier to nie wiadomo co w nim widzi, ale jest urocze, a ty od samego początku bałeś się i brzydziłeś, co to będzie, więc teraz aż boję się zapytać, jak on dla ciebie wygląda…

***

++++++Pan Gieniusz wbił ostatni gwóźdź trzymający zawiasy drzwi i poruszał nimi, by sprawdzić, czy działają. Wolał uwinąć się, zanim wróci żona, bo wiadomość, że ich dom stał się celem napaści mogłaby ją tylko niepotrzebnie wystraszyć. Hanna praktycznie nie miała przecież styczności z żadnymi mężczyznami oprócz swojego męża, a co tu dopiero mówić, gdyby dowiedziała się, że taki mięśniak, do tego z taką wielką pałą, przestąpił próg ich domu. Pewnie nie chciałaby tam więcej mieszkać.
++++++To ci heca, pomyślał. Dwóch wejdźminów w jednym tygodniu, będzie co wnukom opowiadać. I obaj weszli przez zamknięte drzwi!
Większych szkód obcy właściwie nie wyrządził, ale sam Gieniusz trochę najadł się strachu, kiedy ten złapał go za fraki i jął wypytywać o tego poprzedniego, i mówiąc coś o karach i wyrokach, i że ktoś musi odpowiedzieć za swoje czyny.
++++++Pan Gieniusz, prawdę mówiąc, dość miał niespodziewanych odwiedzin. Dlatego, kiedy jakiś czas później, siedząc w głównej izbie, usłyszał pukanie, udał, że go nie ma. Listonosz postanowił zatem przyjść kiedy indziej. Zwłaszcza, że nie miał dla Państwa Zwiędlaków żadnych przesyłek.

***

++++++– Jesteś pewien, że to tak działa? – powiedział Zołman unosząc jedną brew.
++++++– Nie – odparł Gejralt. – Zmyśliłem to. Ale to jedyne możliwe wyjaśnienie. A, jak głosi stare, wejdźmińskie porzekadło – jeśli w danej sytuacji odrzuci się to, co niemożliwe, to chodźmy do mnie.
++++++– Po prostu powiedz mi co mam robić. Ale jeśli to nie zadziała, to obiecaj, że zostawimy już to obrzydlistwo w spokoju i zajmiemy się szukaniem twojej córki, która akurat ma tę przewagę nad … tym, że na przykład ma swoją własną twarz, i nie musi zjadać czyjejś.
++++++– Tak właśnie zrobimy – odparł Gejralt, ale w myślach trochę posmutniał, bo, choć wolał się do tego nie przyznawać, sam już nie miał pomysłu na to, gdzie szukać informacji, które doprowadziłyby go do córki. – Przyjrzyj się swojemu synkowi, Zołmanku. I teraz skoncentruj się. Zapomnij o strachu. Porzuć uprzedzenia do bawienia się ze swoimi przyjaciómi pod kołdrą w…
++++++– Gejralt!
++++++– A, tak. Porzuć uprzedzenia do bycia mamą. Zapomnij, że cały czas myślałeś o tym jak to potwór włożył w ciebie jajko. He, he. Po prostu oczyść umysł.
Zołman westchnął i stanął w niewielkiej odległości od, wciąż zagrzebanego po części w piasku, potwora. Postanowił nie myśleć o niczym, tylko patrzeć.
Mijały minuty, ale nic się nie zmieniło. Krasnolud zaklął.
++++++– Dość tego – zwrócił się do wejdźmina. – Wiem, że jest ciężko, i że nie wiemy gdzie szukać, ale zajmowanie się takimi pierdołami też nie pomoże! Gejralt, musimy działać. Jak cię to uszczęśliwi, to patrz, uściskam to coś z całych sił, żebyś może poczuł się zazdrosny, że ja mam swoje własne indywidualne dziecko, jakiekolwiek by ono nie było, a ty swojego nie możesz, bo nawet nie wiesz gdzie jest! Może, to cię ruszy i coś wymyślisz. Wiem, że tak będzie, bo ty zawsze coś wymyślasz!
++++++Zołman, to powiedziawszy, podniósł machającego mackami Juniora i przytulił go, tym razem z całej siły, i choć plecy zlał mu zimny pot, zamknął oczy i dla dobra sprawy pocałował go soczyście w mackę.
Ku swojemu zdumieniu, nie poczuł jednak na ustach glutowatego szlamu. Kiedy otworzył oczy, to, co miał w ramionach nie było potworem.
++++++– O boże… – wypowiedział nie wydając przy tym dźwięku. – Widzicie to?
Gejralt tylko się uśmiechnął.
++++++– Jaki on piękny – wyszeptał Zołman i upadł na kolana, tuląc do siebie to, co dla każdego z nich wyglądało cudnie na swój własny sposób.
++++++Mlaskier zaklaskał i podskoczył, a wejdźmin, choć szczęśliwy, zamyślił się.
Zołman miał rację. Myślał o córce, ale żadne rewelacyjne pomysły, jakieś odkrywcze rozwiązanie nie przyszło mu do głowy. Kopnął kamień. Ten potoczył się po ulicy, ale zanim zdążył bezwładnie dotrzeć do miejsca, w które celował, zatrzymała go jakaś noga.

++++++– Wejdźmin Gejralt! – krzyknął łysy, pokaźnych rozmiarów osobnik o wytatuowanej twarzy.
++++++– Eee… – wydusił z siebie Gejralt. – Nie.
++++++– A więc to ty – powiedział nieznajomy, nie mrugając. – Przysyła mnie Wielka Rada Homo Moher. Niniejszym mam oznajmić ci, że za swoje liczne przewinienia, w tym porzucenie wejdźmińskich mieczy, obcowanie z kobietą a nawet spłodzenie potomka, zostałeś skazany. Czy z własnej woli poddajesz się karze?
++++++– Ale przecież ja dopiero co tam byłem. Wtedy nic nie mówili…
++++++– Proces rozpoczął się już wtedy. Wielka Rada nie ujawnia od razu swoich knowań byle przybłędom i do tego kryminalistom. A poza tym, już po twoim wyjeździe wyszły na jaw kolejne z twoich niegodnych uczynków. Czy poddajesz się karze?
Między nimi stanął krasnolud, który, oddawszy delikatnie Juniora w ręce Mlaskra, trzymał teraz oburącz groźnie swój topór.
++++++– Słuchaj no! – wrzasnął. – To był dla mnie ciężki dzień. A ty właśnie grozisz mojemu przyjacielowi. Jeszcze jeden krok, i ta twoja pała znajdzie się tam, gdzie wejdźmini lubią najbardziej!
Ten drugi nie odpowiedział.
++++++– Zołmanku – westchnął Gejralt. – Dziękuję. Ale nic nie możesz poradzić. Tak musi być. Jestem przecież wejdźminem, no i, w zasadzie, wszystko co mówi jest prawdą…
++++++– Ale Gejralt…
Gejralt tylko pogładził go po włosach i pokręcił przecząco głową.
++++++– Poddaję się – powiedział głośno.
La Falluz skinął powoli. Gejralt odłożył miecze.
++++++Zołman kurczowo zacisnął w rękach topór, ale wiedział, że jeśli jego przyjaciel mówi coś takim tonem, to faktycznie nic nie da się zrobić.

++++++– Wejdźminie Gejralcie, niniejszym wymierzam ci najwyższą karę Akademii Homo Moher za postępowanie niegodne i nielicujące z mianem wejdźmina – oznajmił gromko La Falluz.
Gejralt przytaknął.
++++++Następnie lekko się pochylił.
Ten wielki podszedł do niego i bardzo delikatnie, dwukrotnie dał mu klapsa w pupę.
++++++– A ti! A ti! Niedobry wejdźmin! – powiedział zalotnym głosikiem.
Gejralt zachichotał.
++++++– Hej! Masz obowiązek odpowiedzieć formułą! – skarcił go La Falluz.
++++++– A, faktycznie. Ekhmn, ajć, ajć! Oj jak boli! – poprawił się Gejralt. Następnie wziął z powrotem swoje miecze, przeciągnął się i mrugnął do La Falluza.
++++++Zołman złapał się palcami za nasadę nosa.

++++++– No dobra – rzekł łysy wejdźmin. – Skoro sprawiedliwość została wymierzona, to teraz powiem ci, Gejralt, że w Homo Moher niedobrze się dzieje. Lepiej na razie tam nie wracaj.
++++++– Nie mów, że syfilis.
++++++– Właściwie to tak. Ale nie o to chodzi. Nasza największa wieża runęła. Niektórzy uznają to za złowróżbny znak. Zwłaszcza, że stało się to podczas dziwnej, jakby magicznej burzy. A na domiar złego nie ma kto wszystkich trzymać w ryzach, bo nikt nie wie, gdzie jest Wazelin.
++++++– Jak to, nikt nie wie, gdzie jest Wazelin? Zazwyczaj wtedy jest z tyłu.
++++++– Więc nic o tym nie słyszałeś? Wieści ostatnio powoli się rozchodzą… Mówię ci Gejralt. Coś złego się dzieje.
++++++– To, to ja akurat wiem – mruknął Gejralt.

++++++Kiedy La Falluz, zadowolony z wzorowo wypełnionej wejdźmińskiej misji oddalił się celem spożycia pokaźnej ilości alkoholu, zostali sami. Mlaskier tłumaczył Zołmanowi jak przewijać dziecko, co prowadziło do pewnych nieporozumień, ponieważ oprócz tego, że poeta nie miał o tym zielonego pojęcia, obaj najwyraźniej widzieli go zupełnie inaczej. Obojgu przy tym wydawało się, że dziesięciolatków się nie przewija. Ale nie byli pewni.
++++++Wejdźmin przyglądał im się, mając wrażenie, że gdzieś w jego głowie dzwoni jakaś myśl, która była bardzo ważna, i która nadałaby sensu ostatnim wydarzeniom, ale nie mógł jej uchwycić. „Wieści ostatnio powoli się rozchodzą…”

Rozdział IX – Dziewiąte Dziecko

dziewate-dziecko

Tej nocy lało jak z cebra. Przykryty ciemnymi chmurami księżyc nie miał najmniejszych szans na pokazanie się w całej swej okazałości, a pozbawione gwiazd niebo grzmiało napawając niepokojem. Gdzieś w oddali, pomiędzy majaczącymi na wietrze drzewami, dało się ujrzeć migoczące światełko.
++++++Pan Gieniusz postawił nową świecę na parapecie i sprawdził szczelność wszystkich okien. Dorzucił drwa do kominka
i rozjuszył żar pogrzebaczem. Przechodząc, spojrzał na swoją żonkę i westchnął coś pod nosem kiwając głową. Zasiadł do stołu
i zanurzył chochlę w świeżo zrobionej zupie jarzynowej. Mruknął w zadowoleniu otwierając wąsatą buzię i już miał skosztować ciepłego wywaru z warzyw, gdy znajomy dźwięk skrzypiącego podestu przykuł jego uwagę.
++++++Przed drzwiami coś się zatrzymało. A potem zapanowała cisza.
++++++Pan Gieniusz, z wciąż uchyloną żuchwą, szybko to przekalkulował. Mogło to znaczyć dwie rzeczy: albo osoba, która tam stanęła, dalej tam stoi i to jest źle; albo obydwoje z żoną się przesłyszeli. Jej mina świadczyła o tym, że tak nie było. Kilka mocnych uderzeń sprawiło, że drewniane drzwi z hukiem wyleciały z zawiasów i runęły na podłogę, a monstrum które w nich stanęło podświetlił spadający z nieba grom. Potwór jęczał, sapał i chrapał jednocześnie, zupełnie jakby miał trzy otwory gębowe, chociaż nie było widać żadnego. Przemoczone futro na jego garbatych plecach poruszało się w rytm ciężkiego oddechu. Dwumetrowy, pokryty brązową sierścią stwór o centkowanych kończynach, zamaszystym ruchem wbił w podłogę dwa pokaźne miecze, podciągnął się na nich i – pozostawiając za sobą dwa paski rozmazanego błota – wjechał do chaty. Jęknął.
++++++Pan Gieniusz i jego żona wrzasnęli wyrzucając chochle z rąk. Spod sterty sierści wysunęła się głowa, chudą ręką odgarnęła mokre włosy z czoła i odetchnęła.
++++++– Ach! Te wiosenne ulewy! – zawołała szczerząc zęby.
++++++Nagle, spod tego samego futra, wysunęła się druga głowa, cała pokryta ciemnymi kędziorkami, która mlasnęła kilka razy próbując otworzyć posklejane śpiochami oczy.
++++++– O – powiedziała, kiedy jej się udało i przeciągnęła się zrzucając przemoczoną kapotę na podłogę. Osuwające się nakrycie ukazało trzecią głowę. Ta z kolei przeklęła siarczyście wstawiając drzwi na miejsce i padała na ziemię. Wejdźmin ściągnął Mlaskra z pleców i odczepił obłocone deski od butów, rzucając je gdzieś w kąt.
++++++– Dobrze, że mieliśmy się czym odpychać, bo by się nie dało jechać na tych nartach – powiedział, poklepując swoje miecze z uznaniem.
++++++Mieszkańcy domu siedzieli bez ruchu z rozwartymi żuchwami patrząc na dwa błyszczące kawałki metalu wystające
z ich podłogi, w których odbijały się ich całkiem blade twarze.
++++++– Mogę? – ciągnął wejdźmin podchodząc do kominka. – Jest nam trochę trudniej odkąd nie mogę podpalać czego popadnie.
++++++– Błagamy! Zostaw nas! – krzyknął Pan Gieniusz. – Nie rób nam krzywdy! – dodała jego żona.
++++++– Ale o co wam chodzi, ludzie? Czy ja się jakoś źle zachowuję? – spytał, siadając do nieruszonej miski zupy. – Zapłacimy wam za jedzenie i nocleg. Dzień dobry, tak w ogóle. Co za czasy, zero kultury.
++++++– Ja wiem co ty jesteś! Ja żem cytał! – Gieniusz rzucił się za widły.
++++++– Oj – zareagował Gejralt na moment przerywając jedzenie. – Żebym nie musiał zaraz wstać, bo mi się nie chce.
Małżonka puknęła się w czoło i podbiegła do mieczy, próbując je wyciągnąć.
++++++Wejdźmin mruknął.
++++++– Nidyrydy – powiedział. – Musiałabyś najpierw dotknąć mojego… Zresztą nieważne – urwał i podszedł do mieczy wyciągając je kolejno, po czym schował je do pochwy (nienawidził tego robić, ale czasem musiał) i oparł się o stół.
++++++– O co wam chodzi? – zapytał rzucając na nich cień.
Płonący za jego plecami ogień sprawił, że wciśnięte teraz
w kąt małżeństwo z otwartymi ustami ściskało siebie nawzajem, widły i dywan.
++++++– Bo ja żem się zląkł – ocknął się pan Gieniusz. – Tak naprawdę, zamiast tych wideł, chciał żem ja wziąć se cu innego do ręki.
++++++– Nie pokazuj mu! – szepnęła jego żona. – Przeto cię ubije!
++++++– Nie nie, można pokazać – wtrącił Gejralt.
++++++– Cicho siedź, Hanna! – powiedział pan Gieniusz. – Panie wejdźmin, przepraszam za tamto, i to, i tamto o tu, ale we wszystkich gazetach piszą!
Mężczyzna trzęsącą się ręką podał dzisiejszą prasę wejdźminowi.
++++++– Tylko niech nas pan oszczędzi! My nic nie powiemy, żeś pan u nos był! My to się nawet cieszymy, żeś go pan ubił!
Gejralt niewiele już z tego rozumiał.
++++++– Mlaskier masz, bo mi się nie chce czytać tej gazety teraz – rzucił.
Poeta wziął prasę do ręki i zmarszczył czoło. Coś mu w tych literkach nie pasowało.
++++++– A – powiedział w końcu i stanął na głowie. – Teraz lepiej. W zeszłym tygodniu we wsi Nictuniema skradziono: cztery dziewice, osiem krzeseł, dwa…
++++++– Nie to – przerwał gospodarz. – Na góze pan cyta.
Mlaskier spojrzał na gospodarza i zastanowił się chwilę.
++++++– Mam czytać z sufitu? – zapytał.
Poirytowany krasnolud wstał i wyrwał mu gazetę z rąk. Mlaskier stracił równowagę, na szczęście wejdźmin zdążył go złapać za kostki. Postanowił się z nim trochę podroczyć. Zołman usiadł na krześle. Nagle rozszerzył oczy.
++++++– Gejralt, tu piszą że zamordowałeś Fjutesta – powiedział.
++++++– No błagam.
++++++– Gejralt, piszą, że król zniknął krótko po twojej wizycie. Jest nawet nagroda za twoją głowę.
++++++– Przecież widzieliśmy Fjutesta zaledwie dwa dni temu, w tej kolejce pełnej półnagich mężczyzn, co mi nie dałeś popatrzeć, zazdrośniku.
++++++– Gejralt, tu jest nawet twój portret.
Wejdźmin zerknął na artykuł wychylając się zza ramienia Zołmana.
++++++– Boże Święty – powiedział. – Zołmanie powiedz szczerze, czy ja mam taki nos?
++++++– Kurwa, czy to ważne!? Będzie na ciebie polował każdy zapchlony obdartus w tym kraju!
Wejdźmin oparł Mlaskra o ścianę i usiadł na krześle, nie zważając na to, że zajmuje je krasnolud. Przeleciał oczami pierwszą stronę i mruknął.
++++++– No. I to rozumiem – powiedział. – Następny artykuł mówi o tym, że razem z królem z miasta zniknął także smród. I ten smród to jest akurat moja zasługa, proszę państwa. I nikogo przy tym nie „ubiłem”.
++++++Wieśniak wstał z podłogi i otrzepał rękę.
++++++– Gieniusz Zwiędlak jestem, panie wejdźmin – powiedział. – I wierzę panu. A to moja żonka, Hanna Zwiędlakowa.

++++++Choć pani domu nie do końca wierzyła, to zaprosiła przybyszy do stołu. Żadne z gospodarzy nie chciało jednak obok nich usiąść. Państwo Zwiędlakowie przyglądali się swoim gościom w obawie o własne życie, jednak z każdą kolejną minutą okazywało się, że naburmuszony krasnolud jest po prostu zmęczony i głodny, beztroski grajek żyje w innej rzeczywistości, a w oczach wejdźmina panuje raczej spokój i nie widać tam śmierci. Zołman brał już trzecią dokładkę, a Mlaskier przyjął sobie za cel zjadać wszystko w kolejności alfabetycznej, toteż miał problem, bo przed nim była tylko zupa. Gejralt poradził mu, żeby jadł w kolejności anal-fabetycznej i zaczął od tyłu, po czym zwrócił się do gospodarza.
++++++– Dzieje się coś u was, na tym wygwizdowie?
++++++– A dzie tam – odchrząknął pan Gieniusz. – U nos to spokój jest przez calusieńki rok. Czasem tylko jaka maszkara z lasu wyjdzie i skradnie nam jajko czy kurę. Nie pamiętam co było pierwsze. A tak to nic, nic się u nos nie dzieje. Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi ojciec i matka całe życie powtarzali.
++++++– Czyli żadnych złych mocy, czarnych kotłujących się energii, złowieszczych aur, mgieł, ciemności w środku dnia?…
++++++– Ja tam nie zauważył. Ino moja Haneczka obciążona niewygodną klątwą jest. Co rusz zachodzi w ciąże.
Wejdźmin spojrzał na brzemienną kobietę. Ta właśnie zabijała męża wzrokiem.
++++++– To chyba nie jest kwestia klątwy… – zachichotał.
++++++– Panie, jak nie jak tak? Jak ja z nią w ogóle już nie tego-tego? A tu dziewiąte dziecko w drodze! Ja ni mom siły już!
++++++– Ach, te klątwy… – mruknął Gejralt.
++++++– A no klątwy! Kiedyś przyszła do nos tako wieszczka, co za nią moja żonka sowicie zapłaciła. Siedziały razem chyba z gudzinę! No i ta wieszczka w końcu obwieściła, że jakoby moja Hania jest wybranką Bogini jakiejś i będzie dla niej dzieci rodziła
i nic się zrobić nie da!
++++++Gejralt zerknął na drzwi do drugiego pokoju, które od jakiegoś czasu uchylały się i przymykały. Zauważyła to też pani Zwiędlakowa, która prędko skomentowała to jako przeciąg.
++++++– A ta wieszczka – zaczął Gejralt – co była u pana żony, to pamiętacie jak miała na imię? – spytał.
++++++– Marmulada, czy jakoś tak? – Gieniu podrapał się po głowie. – Skąd mam wiedzieć przecie. Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi ojciec i matka całe życie powtarzali.
++++++Wejdźmin nie odrywał wzroku od poruszających się drzwi, aż w końcu dojrzał kilka par oczu, jedne nad drugimi.
++++++– Ładny mi przeciąg – skwitował.
++++++– Hanna, no! No nie narażaj się, no! – skarcił ją mąż, a następnie zwrócił się do Gejralta z uśmiechem. – Jak już pan tak patrzy, to przedstawię.
++++++Pan Gieniusz gwizdnął i po domu rozległ się tupot małych bosych stópek, które ustawiły się rzędem równo na środku pokoju.
++++++– Ten najstarszy to Krzyś – zaczął. – Osiem lat ledwo skończył gałgan, a zaraz wszystkich nas przerośnie! A brzydki..! Na tego żółtego mówimy Kreska, bo takie skośne oczy ma. Obok stoi Marysia, ta pulchniutka taka w kręconych włosach i zielonych oczach; a ta ładna szczupła niebieskooka blondyneczka z tym lichym warkoczykiem to Zosia. Ten czarny to Dżordż, a ten niziutki z brązowymi oczami, co mi trochę kowala z miasta przypomina tak swoją drogą, to Józiu. Na tego ostatniego Rudy wołamy, no bo rudy jest, to jak inaczej.
Wejdźmin uniósł brwi.
++++++– No to może byś pan z żoną od czas do czasu jednak „tego-tego”? – zasugerował. – Wtedy pani Klątwa, znaczy KLĄTWA, byłaby mniej… Aktywna?
++++++– Nie, ja tam się boję – rzucił Gieniusz. – Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi….
++++++– Tak, tak. Tak panu ojciec i matka całe życie powtarzali.
++++++– Panie wejdźmak, a może pan?
++++++– Ja?
++++++– No jakby pan tam zajrzał i z tą Boginią porozmawiał, co? Tylko tak ostrożnie, bo jak następne mi się siwe urodzi, to już chyba oszaleje.
Zołman zakrztusił się zupą.
++++++– Ja się trochę znam na klątwach – powiedział, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
Gejralta zastanawiało coś innego.
++++++– Tylko że… – zaczął. – Wspomniał pan o dziewiątce, tu jest siedem, ósme w brzuchu. Gdzie jest dziewiąte dziecko?
++++++Pan Gieniusz ściągnął beret z głowy i zaczął go miętosić pocąc się przy tym cały.
++++++– No bo… To dziewiąte to akurat nie moje… – przyznał.
++++++– Dzieciarnia! – przerwała Hanna. – Czas spać!
++++++Dzieci jednak nie posłuchały. Wszystkie zgromadziły się wokół nieznajomych i poczęły ich wnikliwie oglądać, nie zabraniając sobie dotykać, rozciągać ubrania, wchodzić na kolana i ciągnąć za włosy. Pan Gieniusz rozpromienił się.
++++++– Ciekawskie są, bo do nas to prawie nikt nie przychodzi – rzekł.
++++++Hanna chrząknęła.
++++++– Dosyć tego – powiedziała. – Dzieci, do łóżek! Państwo przyjezdni też. Pościelę wam na zapiecku.
++++++– Ja to bym jeszcze coś zjadł – powiedział Gejralt.
++++++Zosia, która jako jedyna wpatrywała się w niego bez ruchu, wypluła z buzi landrynkę i wyciągnęła rękę.
++++++– Tak, dziękuję dziewczynko – powiedział wejdźmin unosząc brwi. – Zostawię sobie na jutro.
++++++– Proszę paaanaaaa… – zagaił jeden z chłopców, wiercąc dziurę w uchu swojego misia. – A opowiecie nam bajkę na dobranoc? Bo tata zna tylko jedną.
++++++– E tam bajkę! Prawdziwą wejdźmińską historię! – wykrzyknął najstarszy z rodzeństwa unosząc w górę drewniany miecz.
++++++– He he – zaśmiał się Zołman i zwrócił do przerażonego Gejralta. – Przyzwyczajaj się. Chociaż
z tym, że wejdźmińską, to bym uważał…

++++++Wejdźmin usiadł na fotelu w pokoju sypialnym i wcisnął plecy w oparcie. Nie był pewny, która z jego przygód byłaby odpowiednia. Pomyślał o dymonach z Koxenfurdzkiego ZOO i o machaniu mieczem przed lasodymaczami, a także o uroczystości u Króla Elfów ze Schuja’tel i pamiętnej oliwce; o tym jak Zołman wypił eliksir „Ja pierdolę” i jak zapłodniły go zgwałty, o podstępnym cmoku, cwanych wonszołakach i o podróży do Afrikiki, z której przywiózł sobie Murzyna podobnego do Dżordża. Obawiał się jednak, że zbyt wiele istotnych szczegółów w większości z tych historii mogłoby spotkać się ze sprzeciwem rodziców, z kolei inne mogłyby nie przypaść do gustu dzieciom. W akcie desperacji wyjął jedno z urządzeń Dyrdymała, ale szybko je schował. Nie był pewny do czego służy, a po ostatniej próbie wiedział, że nazwa „Dyrdypączek na fąfel” może oznaczać wszystko. Siedem par wpatrzonych w niego oczu (plus Mlaskier) zaczynało się niecierpliwić. Wejdźmin związał włosy, pochylił się i postanowił zacząć od początku.
++++++– Dawno, dawno temu, w ukrytej głęboko za groźnymi górami szkole, zupełnie innej niż wasza przyjazna wiejska podstawówka…
++++++– My nie chodzim do szkoły. W ogóle – wtrącił Józiu pociągając nosem. – Tata mówi, że i tak będziem głupi.
++++++– Tak. W każdym razie – kontynuował Gejralt. – Ta sekretna, schowana przed światem za wysokim murem…
++++++– Homo Moh’er? – znów przerwał Józiu.
++++++– Nie, smarku – wejdźmin zdziwił się. – Cicho siedź. Ojciec ci nie powtarza, że lepiej się nie wychylać? Wracając do historii…
++++++– No ale o cym jes ta histolia? – zapytała Zosia.
++++++Wejdźmin westchnął.
++++++– No właśnie chcę powiedzieć, że jest to historia o tym skąd się wzięli wejdźmini, czyli tacy jak ja. Najlepsi poskramiacze stworów i wszelkich potworów, którzy nie lubią jak się im przerywa, tak swoją drogą – dorzucił Gejralt, zerkając na mądralę, która mu podpadła.- Czegokolwiek.
++++++– Takich stworów jak Pan Klinkenflinkental też? – rzucił Dżordż.
++++++– Jak co? – spytał Gejralt.
++++++– Eee, to taki ich zmyślony przyjaciel – wtrącił Gieniusz, a jego żona przytaknęła.
++++++– Aha. No w każdym razie, w pewnej wsi pod Vinogradem
o wdzięcznej nazwie Penistaje, przed małą chatką, przypominającą stajnię dla jednego konia, siedział wieśniak, którego imienia niestety nikt nie zapamiętał…
++++++– A moze być ksiąze? – spytała Zosia. – Co spotyka pięęęękną księznicke, któla tak naplawdę jest kozą i mają dziwnego dzidziusia!
++++++Wejdźmin zdębiał na moment i zerknął na Gieniusza.
++++++– Ale to nie był książę i nie miał kóz – sprostował.
++++++Dziewczynka posmutniała.
++++++– No tludno – powiedziała.
++++++Wejdźmin kontynuował.
++++++– No dobrze.. No więc pod tą stajnią siedział wieśniak,
który to niczego nie lubił. Nie lubił ludzi, nie lubił dzieci, nie lubił zwierząt ani roślin, nie znosił pracować i…
++++++– To z czego żył? – padło kolejne pytanie.
++++++– Został mnichem. Ale o tym później.
++++++– Cym? To jakaś odmiana mchu?
++++++– Nie kochanie, mnich to nie jest żadna odmiana mchu, tylko… Dobra, od tej pory, ten kto się odezwie, śmierdzi – wejdźmin podniósł głos. – Zanim ów wieśniak wstąpił do klasztoru, aby ukryć przed państwem malwersacje podatkowe swojej przyszłej działalności, spędzał cały swój czas na obserwacji. Popalając swoją zniszczoną, starą fajkę, nie rozmawiał z nikim, za to całe dnie wszystkich obserwował. Co robią, z kim… rozmawiają, jak długo, kiedy gdzie i po co. Wiedział wszystko o każdym. Można więc powiedzieć, że ów wieśniak był księciem informacji, Zosiu. Czasami sprzedawał je za kilka miedziaków zrozpaczonym wdowom, zakochanym nastolatkom, złodziejom i burdelmamom.
++++++Jego wioska była jednak zbyt mała i mieszkała w niej niewystarczająca ilość osób aby mógł się na tym wzbogacić, a on sam był już po trzydziestce i uznał iż jest zbyt stary by ruszyć w świat. Obserwował więc dalej, aż pewnego dnia jego uwagę przykuła jedna, z pozoru nieistotna, ale nagminnie powtarzająca się rzecz: panny często prosiły chłopców o pomoc.
++++++A to pozbyć się szczura ze spiżarni, w której akurat stała prycza, uporczywego kreta kradnącego marchewki w ogródku przy krzakach, utłuc pająka zza nigdy nie odsuwanej komody, powiesić półkę, naprawić stół czy tam inne łóżko; i wtedy w jego głowie zrodził się pomysł: A co, gdybym tak miał swoją własną armię wyspecjalizowanych przystojnych robotników? Od razu wziął się do roboty. Zebrał kilku najpopularniejszych młodzieńców i pobierał opłaty za wynajęcie ich, płacąc im procent od zakończonej fuchy.
++++++W krótkim czasie jego stajnia dorobiła się piętra i stała się centrum wszelkiego ratunku. Z czasem wieść rozeszła się dalej i po pomoc przychodzili ludzie z sąsiednich wiosek, a listy zaczęły przychodzić nawet z najodleglejszych krain. Interes stał się bardzo zyskowny, a pomocnicy coraz lepsi. Wtedy właśnie wstąpił do klasztoru, bo państwo zbyt mocno zaczęło interesować się jego działaniami. Był tak pochłonięty liczeniem pieniędzy, że nie zauważył nawet, iż najczęściej rzekomy szkodnik, do których posyłał swoich robotników, to była tylko wymówka, aby ściągnąć przystojnego chłopca do domu. A jeżeli nawet coś tam było, to mało która samotna panna miała z czego zapłacić. Na ich szczęście pomocnicy byli wyrozumiali i przyjmowali każdą inną formę…
++++++– Gejralt, nie rozpędzaj się – wtrącił Zołman.
++++++– Śmierdzisz! – rzucił Józio.
++++++– Nie, nie śmierdzi – wejdźmin zmarszczył brwi, po czym kontunuował. – Nie trudno się domyślić, że nie trzeba wykwalifikowanego specjalisty, aby pozbyć się pajęczyny spod łóżka, toteż nasz wieśniak postanowił posunąć się o krok dalej i stworzyć prawdziwego pogromcę wszelkich ohyd i szkarad tego świata, wliczając w to nękające ludzkość potwory również nie z tej ziemi. Poświęcając wszystko, wraz z dwoma innymi mnichami, założył bractwo w wysokich górach, z dala od wszelkich pokus, – tak Józio, w Homo Moh’er – które z czasem i biegiem wydarzeń tam zachodzących zaczęto określać mianem „wejdź mi na” – a na co, to już nie mogę powiedzieć.
++++++Młodzi mężczyźni szkoli się tam od najmłodszych lat pod okiem magów, czarodziejów, prostytutek, żigolaków, zielarzy i druidów, aby jak już dorosną, stać się najlepszymi w swoim fachu, to jest oczywiście między innymi i przede wszystkim, w usuwaniu prawdziwie strasznych i często magicznych stworów. Panny płaciły chętnie, za to – i za tamto drugie też, albowiem każdy wejdźmin był bardzo sprawny fizycznie i posiadał zestaw specyfików mających na celu ułatwić mu starcie z silniejszym przeciwnikiem, opracowanym przez najtęższe głowy. Młodzieńcy znaleźli dla nich jednak dużo ciekawsze zastosowania niż dezorientacja potwora. Strzałem w dziesiątkę okazał się eliksir „Pies” pozwalający widzieć w całkowitych ciemnościach, albowiem większość panien woli przy zgaszonym świetle… yyy… rozwiązywać krzyżówki i ktoś musi pomóc czytać im hasła.
++++++Niestety, posiadający tak niezwykłe możliwości wejdźmini, którzy w wyniku przemian przestali się starzeć, po wyjściu ze szkoły rozchodzili się po całym świecie i już nigdy do niej nie wracali. Większość z nich ginęła próbując zaimponować bogatej mieszczance, a placówka – choć często odwiedzana przez bogaty kler – z braku funduszy bardzo podupadła. Ze strachu przed śmiercią, większość rekrutów zaczęła pałać się głównie… naprawianiem łóżek. Najgorszą sławą cieszył się pewien wejdźmin o francuskich korzeniach, któremu wszyscy wejdźmini do dziś zawdzięczają powiedzonko „Ma-dame, poru-cham i spa-dam”. Z czasem wejdźmini zrobili się tak ładni, że zaczęli zwracać uwagę również panów.
++++++– Chyba już wystarczy – wtrąciła pani Zwiędlakowa.
++++++– Już kończę – powiedział Gejralt. – Był jednak jeden wejdźmin, który po wielu latach wrócił do szkoły. Nikogo tam już nie było. Ów wejdźmin postawił sobie za cel odbudować cieszące się niegdyś dobrą sławą bractwo. Miesiącami ślęczał z nosem w rozpadających się księgach, by zgłębić całą wiedzę swych licznych twórców. Nic jednak, prócz alkoholu, nie dawało mu satysfakcji, a po świecie rozeszła się wieść, że szkoła jest przeklęta i nikt nie chciał się w niej uczyć.
++++++Zrozpaczony, opętany myślami wejdźmin, w końcu zaczął porywać dzieci takie jak wy z takich domów jak wasz i popadł w szał eksperymentalnego tworzenia, wciąż próbując udoskonalać swoją armię. Niewielu dobrych wejdźminów udało mu się stworzyć, ale z całą pewnością osiągnął sukces. Wazelin, bo tak miał na imię, wkrótce całkowicie popadł w alkoholizm. Nie przestał jednak próbować i choć często ledwo stał na nogach, nigdy się nie poddał. I tak, po wielu latach prób i tysiącach butelek wódki dalej, wreszcie miał chłopca, który odpowiadał jego oczekiwaniom. Z jakiegoś powodu był inny niż reszta dzieci i co najważniejsze, po przeobrażeniu się w wejdźmina nie oszalał ani nie stracił zdolności samodzielnego myślenia. Niestety Wazelin stworzył go po pijaku i nie pamiętał jak. Nie mogąc sobie przypomnieć receptury, znów zaczął pić aż…
++++++– Umar? – ziewnął Józiu. – Nasz dziad tak zszedł.
++++++– Nie, ciągle żyje – odparł Gejralt, nakrywając go kocem. – I ciągle pije.
++++++– A jak miał na imię ten chłopiec? Ten co się najbardziej udał? – dopytała Marysia przecierając oczy.
++++++– Po wielu latach okazało się, że jednak nie był taki doskonały – wejdźmin ucałował ją w czółko.
++++++– To jaki jest molał? – Zosia przytuliła poduszkę.
++++++– „Molał”, dziecko? – Gejralt podał jej misia.
++++++– Kazda histolja ma molał.
++++++– Aaa… no tak. Ale ta się jeszcze nie skończyła – powiedział i poczuł, że coś złapało go za rękaw.
++++++Usiadł.
++++++– Mam pod łózkiem tsy pajonki – ciągnęła dziewczynka. – Zabiezes je?
++++++Gejralt zajrzał pod pryczę, ale było zbyt ciemno aby mógł cokolwiek dostrzec.
++++++– Teraz ich nie ma – powiedział.
++++++– Są stlasne.
++++++– Będę tutaj gdyby wróciły – odparł wejdźmin. – Dobranoc, dzieci – powiedział po chwili, położył się obok i zasnął.

++++++Kiedy wszystkie świece już zgasły, a sen na dobre zmógł mieszkańców, kilka desek w podłodze zaczęło się poruszać. Drgając coraz szybciej, jedna po drugiej, zdawały się przemierzać cały pokój. Nagle jedna podskoczyła wyżej niż reszta i uderzyła wejdźmina w opuszczoną poza łóżko rękę. Gejralt otworzył oczy nie poruszając się i spojrzał w dół. Spod podniesionego kawałka parkietu wydobywało się blade światło a zaraz za nim coś, czego nawet on nie spodziewał się zobaczyć.
++++++– Zołmanie?… – szepnął najciszej jak umiał. – Śpisz?…
++++++Krasnolud burknął coś pod nosem.
++++++– Bo chyba już wiem, czyje jest to dziewiąte dziecko.
++++++– Gejralt, kurwa, chuj mnie to obchodzi teraz…
++++++– A powinno, bo jest twoje.
++++++Krasnolud rozszerzył oczy, jakby w ogóle nigdy nie spał.
++++++– Pan Kazimierz…? – wybełkotał.
++++++– Klinkenflinkental… – wyszeptało stworzenie i powoli zsunęło się pod podłogę.

Rozdział VIII – „Ciasne Szczeliny”

ciasne2

Szczepan de Peszczan van Czepaszn, zwany też Dźwiedziem z Gór Groźnych, ubrany jedynie w metalowy ochraniacz na genitalia, sięgnął po miecz. Zrobił to powoli, teatralnie, bo wiedział, że obserwuje go pokaźne grono gapiów. Rycerz złapał w końcu oburącz rękojeść oręża i pociągnął ku górze. Broń ani drgnęła, ponieważ do połowy tkwiła w potężnym głazie.
++++++Szczepan uśmiechnął się nerwowo, starając się sprawiać wrażenie, jakby drwił z całej sytuacji, i zatarł ręce. Stanął w nieco szerszym rozkroku i naprężył muskuły, które, poruszając się pod skórą przywodziły na myśl jakieś duże zwierzę pożarte przez węża. Dla lepszego efektu powiódł jeszcze wzrokiem po publiczności, a następnie zakrzyknął bojowo i szarpnął, tym razem wkładając w tę czynności maksimum wysiłku. Jego twarz nabrzmiała czerwienią, a oczy wyszły z orbit.
++++++– Ha grrrrrruuuuuhhhghh – jęczał głośno mocarz, wciąż jednak nie uzyskał najmniejszych efektów swojego popisu.
Puścił rękojeść i sapiąc ciężko, przetarł czoło. Zaczął zastanawiać się, czy może nie powinien spróbować pod innym kątem, albo użyć masła, albo…
++++++– Następny – zaskrzeczał nieprzyjemnie nosowym głosikiem sięgający mu do kolan gnom, który stał na skale tuż obok, i odhaczył coś malutkim ołóweczkiem na trzymanej przez siebie liście.
++++++– Won! – krzyknął rycerz. – Szczepan spróbować jeszcze raz!
Gnom przewrócił oczami.
++++++– Przysługuje jedna próba, a wykorzystał już dwie – wykwiczał. – Następny!
Szczepan nie należał do czempionów cierpliwości. Kiedyś przypadkiem zobaczył mecz szachów. Tak bardzo rozbolał go od tego mózg, że spędził potem dwa miesiące w szpitalu.
++++++– AAAAARRRGHHH – krzyknął rycerz i zasadził zamaszystego kopa prosto w głowę stworka.
Szczepan nie należał do społecznej elity intelektu. Gdyby było inaczej, wiedziałby, że gnomy to najwięksi specjaliści od starożytnych sztuk walki, takich jak Sratate, Dzidzitsut, i Kung-Hłang-Ping-Pong-Kim-Dżong-Chu-J. Wiele z nich sami wynaleźli.
Mały humunkulus, nie ruszając się z miejsca, jednym paluszkiem odbił zbliżającą się w jego stronę stukilową nogę tak, że Szczepan de Peszczan van Czepaszn spadł z ze skały i wylądował w pobliskim lesie. Gnom poprawił swoje okrągłe okulary.
++++++– Następny! – zaskrzeczał.

Z długiej kolejki, która ustawiła się nieopodal odłączył się kolejny ochotnik i wszedłszy na skałę nadaremno próbował uwolnić z niej miecz.
Kolejka liczyła już kilkaset osób. Teraz panowało w niej zamieszanie, ponieważ, jak niosła wieść, rosły wieśniak pobił się z pewnym siłaczem o to, kto pierdnął. Jak się jednak okazało, źródło intensywnego zapachu musiało tkwić gdzieś indziej, ponieważ było już odczuwalne przez większą część oczekujących.
Harmider zamarł, bo nagle rozległ się przeraźliwy dźwięk trąb. Nie minęła chwila, a pomiędzy skałą a ochotnikami pojawił się pokaźny oddział zbrojnych, na czele z perfidnie wyglądającym osobnikiem o dużym nosie. Smród mocno się przy tym nasilił.
++++++– Jam jest król Fjutest, władca tych ziem! – oznajmił osobnik. – No co tak na mnie patrzycie! Klękać przed królem!
Nikt nie ukląkł.
++++++– No to, w każdym razie, ten – kontynuował król. – Szukamy zbiega, który dopuścił się zniewagi na najważniejszej osobie w państwie! Mam sobie z nim do porozmawiania! Osobnik ten jest wejdźminem i podróżuje w towarzystwie krasnoluda i takiej jakby małpki. Jeśli ktoś tutaj widział rzeczonych zbiegów, to ma mi natychmiast o tym… a co tu się właściwie dzieje?
Król spojrzał na pilnującego skały gnoma. Ten westchnął i ostentacyjnie schował ołówek.
++++++– Kolejka jest – wyskrzeczał.
++++++– Nie wydałem zgody na żadną kolejkę! A do czego ta kolejka? Coś tu jest za darmo fajnego? Bo, jakby co, to ja akurat właśnie wczoraj to coś zgubiłem i chciałbym to odzyskać.
++++++– W kolejce musi poczekać – cierpliwie powtórzył gnom. – Do miecza, co spadł z nieba i się tu wbił. Jak go wyciągnie, to dostanie w nagrodę breloczek. Nad resztą legendy jeszcze pracujemy. Przysługuje jedna próba.
Fjutestowi zaświeciły się oczy. Gdyby to on wyjął miecz, to dorobiłoby się później do tego jakąś filozofię, że tylko najwspanialszy i prawowity władca, potężny bohater będący dziewicą o czystym sercu był w stanie to zrobić, a jego władza zyskałaby wręcz mityczny wymiar. Warunkiem było jednak to, że nie uprzedziłby go nikt inny.
++++++– Likwiduję tę kolejkę – oznajmił. – I konfiskuję tę skałę. Brać go!
Dwóch zbrojnych zeskoczyło z koni i ruszyło w stronę mikrego gnoma, zastanawiając się, czy go związać, czy może włożyć do jakiegoś rodzaju klatki dla chomików. Siedem sekund później nie mieli już tego problemu, mieli za to ręce zawiązane na supeł i frunęli z dużą prędkością w bliżej nieokreślonym kierunku.
Król potrzebował chwili, żeby zorientować się, co się stało.
++++++– No, na co czekacie? – wrzasnął na resztę swoich ludzi.
Ci niechętnie ruszyli do przodu, drogę zastąpiło im jednak kilku groźnie wyglądających osobników, którzy wyszli z wciąż stojącej w jednym rzędzie kolejki.
++++++– KOLEJKA jest, kurwa – powiedział ten największy, popychając pierwszego z żołnierzy prowokacyjnie.
Wywiązała się bójka. Gnom łoił niemiłosiernie całe grupy gwardzistów, którzy nacierali na niego chcąc zyskać w oczach króla, a cała reszta biła się na pięści z zastępami poddanych, których coraz więcej włączało się do walki.
++++++– Noooooo, bij, ale nie taak, kretynie, a w ogóle to jestem królem i macie mnie słuchać! – krzyczał Fjutest ze łzami w oczach, ale nikt go nie słuchał.

Po drugiej stronie skały z zagajnika wyłoniło się trzech podróżników. Jeden z nich był kompletnie przemoczony.

++++++– Ty i ten twój magiczny proszek – fuknął ociekający Zołman. – Dzięki niemu będziesz mógł przejść po wodzie! To naukowo potwierdzony sposób! ZAUFAJ MI!
++++++– Ależ Zołmanku, wszyscy wiedzą, że w słonej wodzie wszystko się unosi – powiedział Gejralt obserwując swoje paznokcie. – Myślałem, że jak posolę jezioro…
++++++– Dobra, zamknij się. Możesz mi powiedzieć, po co my tu w ogóle przyszliśmy?
++++++– No cóż, dowiedzieliśmy się z Mlaskrem że jest tu jakaś kolejka. Może dają coś fajnego za darmo?
++++++– Gejralt, a nie mamy czasem dużo ważniejszych rzeczy do roboty?
++++++– Tak, ale i tak nie wiemy już gdzie szukać śladów i informacji. Równie dobrze możemy zacząć tutaj.

Ich uszu dobiegł brzęk stali. Kiedy ucichli, dało się również słyszeć jęki, krzyki i przekleństwa.
– Co to – powiedział Mlaskier, wskazując palcem na widoczne w pewnym oddaleniu sylwetki walczących.
– O cholera – Zołman osłonił od słońca oczy ręką aby lepiej widzieć. – Gejralt, to chyba Fjutest!
Wejdźmin wzruszył ramionami.
++++++– Ee tam, on mi i tak wszystko w końcu wybacza – powiedział. – Ale może faktycznie, nie potrzeba nam teraz jatki. Lepiej chodźmy do jakiejś karczmy i popytajmy o dziwne zjawiska, magię, wejdźmińskie miecze, adresy kelnerów… ale najpierw siku.
Gejralt stanął pod niewysoką skałą, rozpiął rozporek i zaczął pogwizdywać.
++++++– Aaach, jak przyjemnie – powiedział, kiedy skończył. Wtedy zauważył, że na skale nad jego głową siedzi Mlaskier i majta nogami.
++++++– Gejraalt – powiedział poeta. – A tu jest twój miecz.
++++++– Ależ Mlaskierku, przecież widzisz go kilkadziesiąt razy dziennie…
++++++– Ale on jest tak jakby wciśnięty w szczelinę.
++++++– No, to też nic now…
++++++– W tej skale.
++++++– Co?

Gejralt kilkoma zwinnymi ruchami wspiął się na szczyt kamienia. Był stamtąd dobry widok na toczące się okolicy walki, ale sami walczący byli zbyt zajęci okładaniem przeciwników, by zwrócić na nich uwagę. Fjutest najwidoczniej gdzieś zniknął.
– O cholipka – ucieszył się wejdźmin i poklepał Mlaskra po głowie. – Zołmanku! Tu jest mój miecz!
Delikatnie wysunął oręż ze szczeliny. Ten na chwilę zaświecił się na różowo.
Gejralt powąchał rękojeść.
++++++– I w dodatku wiem, gdzie jest drugi! – powiedział. – Chodźcie za mną!

Kilka minut po tym, jak się oddalili, na skałę coś wpełzło. Był to starający się nie rzucać w oczy Fjutest, który postanowił wykorzystać nieuwagę walczących i po kryjomu samemu spróbować uwolnić miecz.

Gdzieś daleko za sobą usłyszeli jak ktoś bardzo głośno woła „Kuuuurrrrwaaaaa!”.
– Wciąż nie mogę uwierzyć – powiedział Zołman podążając przez las za Gejraltem. – Że tak nam się uwaliło! W końcu zaczynasz z powrotem być wejdźminem. Z mieczem i w ogóle! Ale powiedz mi, Gejralt, jakim cudem tak łatwo wyciągnąłeś go z tej skały? Przecież na moje oko, to on był tam całkiem solidnie wbity.
++++++– Hmm – zastanowił się wejdźmin. – Widzicie, wejdźmińskie miecze są dość śliskie, od tych wszystkich błyszczyków i wazeliny, którymi się je naciera, i łatwo je skądkolwiek wyciągnąć. To stwierdzenie jest prawdziwe na wielu różnych poziomach interpretacji. Ale jest pewien haczyk. Taki oręż jest specjalnie zaczarowany za pomocą różnych tajemnych rytuałów opracowanych w Homo Moher, aby można go było bezpiecznie zostawić i na przykład pójść na chwilę na stronę… po coś. Więc jeśli się go w coś wbije, to można go wyjąć wyłącznie ręką, która przed chwilą dotykała pewnej części ciała. Ale której, to jest wejdźmińska tajemnica. Dość powiedzieć, że w ten sposób upewniamy się, że praktycznie zawsze może jej używać każdy wejdźmin. Właściwie, jak o tym pomyślę, to Fjutestowi pewnie też by się udało…
Zołman postanowił po prostu iść dalej w milczeniu. Na szczęście jego myśli na temat własnego życia, przyjaciół, i sensu egzystencji zagłuszał Mlaskier, który szedł nieopodal przygrywając na lutni i śpiewając wesoło piosenkę.
++++++

Raz raz raz
idziemy se przez las
znaleźliśmy miecz
wspnaniały dzisiaj lecz
drugiego jeszcze trza
bo gdy znajdziemy dwa
to mieczami tymi
uratujemy Mimi…

Gejralt uśmiechnął się do niego, bo po raz pierwszy od bardzo dawna faktycznie sytuacja przestała stawać się coraz gorsza. Następnie przekrzyczał poetę, zwracając się na powrót do Zołmana.
++++++– Skoro już się tak dopytujesz, Zołmanku, to powiem ci dlaczego powąchałem rękojeść.
++++++– Ani przez chwilę się nad tym nie zastanawiałem.
++++++– Otóż powąchałem ją, bo ładnie pachnie.
++++++– Ech.
++++++– I wyczułem bardzo charakterystyczny zapach pewnego występującego w tych okolicach stwora, a konkretnie Łechlataczki.
++++++– Jezus Maria, Gejralt, kto wymyśla te…
++++++– Wygląda jak połączenie małży z krzyżówką orła z nietoperzem wielkości niedźwiedzia, który przebrał się za strusia. Ma też specjalne wypustki do łechtania. No taki jakby skórzasty, pomarszczony, ptak, he he, he…
++++++– Gejralt!
++++++– A, tak. No i ta Łechlataczka zazwyczaj lata sobie po lesie i wszystko łechta. Chyba że akurat jest w okresie godowym, wtedy robi się niebezpieczna. No i przypuszczam, że ten, kto miał moje miecze, został przez nią złapany w charakterze obiadu dla małych łechlataczątek. Podczas kiedy go niosła, pewnie ten ktoś się przypadkiem połechtał i upuścił miecz, który wbił się w tamtą skałę. A z drugim zapewne doleciał do gniazda…
++++++– I tam go znajdziemy.
++++++– Właściwie mogłeś powiedzieć tylko to. Ale ten ktoś to pewnie już nie żyje?
++++++– Różnie bywa. Jeśli jest w stanie żyć bez kończyn, głowy i torsu to może będzie się dało go uratować…
++++++– Rozumiem. A skąd wiesz, którędy iść do tego gniazda?
++++++– To proste. Trzeba kierować się w tę stronę, z której rzeczy są najbardziej połechtane.
Krasnolud przypomniał sobie, że już kilka razy postanawiał o nic nigdy nie pytać Gejralta. Ale w głębi duszy uśmiechnął się do siebie, bo miał też wrażenie, że wejdźmin naprawdę wraca do siebie.

Kiedy dotarli do gniazda tropionego przez nich stwora, krasnolud zwymiotował. Samo siedlisko przedstawiało się całkiem zwyczajnie, był to upleciony w niegłębokiej ziemnej jamie krąg z błota, gałęzi i siana. Jego zawartość przypominała jednak stos flaków i kup uklejonych w kule z doczepionymi krzywymi kikutami skrzydeł. Jak wyjaśnił Gejralt, to były małe łechlataczątka, jego zdaniem niesłychanie urocze. Poinstruował tylko towarzyszy, żeby ich nie głaskali, bo z powodu obcego zapachu mama mogłaby ich nie poznać. Zołman postanowił nie podejmować takiego ryzyka w stosunku do przeuroczych stworków, które nieprzerwanie ćwierkały „HGRRĆwwlllBRLlgLLL” i „TRFLUPL TRFLUPL”, a jedno z nich wybeknęło właśnie czaszkę, która potoczyła się mu pod nogi.

Wokół gniazda piętrzyły się strzępki tkanin, kawałki zbroi, i całkiem sporo różnego rodzaju kości, a nawet jeden metalowy ochraniacz na genitalia. Prawdopodbnie gdzieś wśród tego wszystkiego znajdował się wejdźmiński miecz.
Gejralt wyjął ze swojej torby niewielki przyrząd – WykryDyrdywacz Broni. Pociągnął za małą dźwigienkę umiejscowioną na jego boku. Urządzenie zabuczało, wydało z siebie ciche „pip, pip”, po czym magiczny głos przemówił ze środka.
++++++– Czarodzieju! – powiedział. – Bronia, córka karczmarza, idzie właśnie do pracy. Tradycyjnie będzie się przebierać na zapleczu od strony podwórza. W ścianie tegoż zaplecza jest małe okienko przez które wszystko widać, ale możesz też skorzystać z dziurki od klucza w bocznych drzwiach jak ostatnio.
++++++– Hmm… – zastanowił się Gejralt, kiedy WykryDyrdywacz znowu zapipkał i umilkł. – To chyba nam nie pomoże.

Zołman postukał go w ramię.
++++++– Słuchajcie, tak sobie pomyślałem – powiedział rozglądając się powoli. – Czy mama tych tutaj zwierzątek, to… co jak ona jest gdzieś w pobliżu?
++++++– To wykluczone – odparł wejdźmin. – Łechlataczki polują i karmią młode wyłącznie w nocy. Czas od wschodu do zachodu słońca spędzają na łechtaniu. Zresztą, nawet gdyby tu była to, o Jezus Maria uciekajcie szybko bo właśnie nadlatuje!!!

Wnęka wydrążona przez jakieś zwierzę w pniu wiekowego drzewa była spora. Nie na tyle jednak spora, by komfortowo mieścił się w niej krasnolud oraz dwoje ludzi. Na całe szczęście wejdźmin znał doskonale sposoby na zmieszczenie naprawdę dużych rzeczy w naprawdę ciasnych przestrzeniach, mogli więc się tam schować. Z wnętrza obserwowali, jak przedziwny stwór ląduje nieopodal z hukiem i pokracznie przechadza się wokół, co jakiś czas łechtając a to kamień, a to pień sosny, a to tak sobie łechtając w powietrzu. W końcu wyglądało na to, że kreatura zasnęła.
++++++– Niech was nie zmyli to, że tak leży i pochrapuje – powiedział powoli Gejralt. – Ona tak naprawdę… śpi.
++++++– Nie musisz mi tego… Zaraz, co? – spojrzał na niego Zołman, tym okiem, które nie było wciśnięte do połowy w policzek Mlaskra. – Zresztą nie ważne, czuję się tu z wami mocno niekomfortowo. Może się oddalimy, dopóki to brzydkie coś przycina komara, i wrócimy trochę później?

Mimo wspólnego jęku rozczarowania, który cicho wydali jednocześnie wejdźmin i poeta, zgodzili się, że to będzie najlepsze wyjście. Pierwszy z dziupli wygramolił się Mlaskier. Wcale nie zrobiło się tam więcej miejsca. Następnie wyszedł Gejralt, czemu akompaniował odgłos wyjmowania korka z butelki wina.
++++++– Ała – jęknął Zołman, ale zanim zdążył przemyśleć sytuację zauważył, że jako najniższy z ich trójki, nie zdoła samemu dosięgnąć otworu w drzewie tak, żeby wyjść. W tamtą stronę było łatwiej, bo wejdźmin bez słowa po prostu złapał go w biegu i wciągnął do środka. W dodatku w wejściu była uśmiechnięta głowa Mlaskra, który nie mrugał, tylko patrzył.
++++++– Przestań, to jest dziwne, jak się tak gapisz – mruknął krasnolud. – No przestań mówię! I podaj mi rękę!

Głowa Mlaskra zaczęła powoli przesuwać się ku krawędzi otworu aż znikęła. Krasnoluda to nie zdziwiło. Złapał się tylko palcami za nasadę nosa i przeciągle westchnął.
++++++– Zołmanku! – w otworze znowu pojawił się bardzo zadowolony poeta i nachylił się do środka. – Proszę!
++++++– No, chociaż raz można na ciebie KURWA MAĆ!
Mlaskier rzeczywiście podał mu rękę, jednak nie było można nie zauważyć, że nie była to jego ręka. Ta nie była już przyczepiona do swojego pierwotnego właściciela i ewidentnie od czasu rozstania zdążyła już trochę nadgnić.
Kiedy Zołmanowi minęły pierwsze objawy szoku pourazowego, pomogli mu się wydostać. Nie czekali jednak aż przedziwny stwór obudzi się i odleci. Jak się bowiem okazało, ręka, którą znalazł Mlaskier wciąż zaciskała w dłoni coś, na czym widocznie bardzo zależało jej poprzedniemu właścicielowi. Wejdźmiński miecz, mimo okoliczności, pozostawał nieskazitelnie czysty.

Rozdział VII – To Coś

to-cos

Wejdźmin Gejralt zeskoczył z konia.
++++++– Już mi się nie chce siedzieć w tym siodle – stwierdził.
++++++Przeciągnął się i chwycił za lejce by dalej prowadzić Pupkę pieszo. Do Wyrżnijmy było już niedaleko. Świadczyła o tym obsypana brokatem ścieżka i jak okiem sięgnął – brak czegokolwiek do jedzenia. Fjutest bardzo dbał o to, by nikt nie miał przypadkiem czegoś za darmo. Od dawna zatrudniał tak zwanych „obleśnych”, których dziennym zadaniem było obłażenie całego lasu i wyzbieranie wszystkiego co urosło przez noc w promieniu kilku mil od miasta. Tym sposobem mógł zajadać się świeżymi jagodami kiedy nudził się na tronie, a to, czego nie zjadł, wysyłał na targ, z którego dochód trafiał do królewskiego skarbca.
++++++Gejralt nie przypominał sobie jednak, by w królewskiej gwardii obleśnych leśnych zbieraczy znajdowały się konie, a im bliżej miasta, tym więcej ich było. W zasadzie się od nich roiło. Porzucone na poboczu zwierzęta siedziały ze spuszczonymi głowami, co jakiś czas smarkając w kopyta i pijąc alkohol ukryty w papierowych torebkach; inne próbowały pochować się żywcem lub przedawkować koniczynę, zaopatrując się w towar u końskiego dilera w czarnym płaszczu, ciemnych okularach i kapeluszu.
++++++Gejralt, Zołman i Mlaskier postanowili odbyć tę część trasy udając, że wcale ich tu nie ma.

++++++Pod mury Wyrżnijmy dotarli późnym wieczorem. Było tu dość tłoczno jak na tę porę dnia. Ściśnięte końskie pośladki utrudniały przedostanie się pod miejską bramę. Zołman pobiegł dołem, starając się wybierać drogę przez klacze, aby uniknąć guzów na głowie, których mógłby się nabawić biegnąc pod ogierami. Mlaskier wolał iść górą i skakać po koniach w losowe strony, aż znajdzie wyjście z końskiego labiryntu. Gejralt wybrał tradycyjną drogę i postanowił się przeciskać, przepraszając za każdy swój ruch. Jeszcze nigdy nie obmacał tylu koni na raz. Wyciągając z buzi włosy z końskich ogonów, którymi obrywał w twarz, spojrzał za siebie i westchnął. Coś mu mówiło, że już nigdy nie znajdzie Pupki.
++++++– Stać! – warknął strażnik. – Zanim was wpuszczę, muszę się upewnić, że żaden z was nie jest koniem.
++++++– Słucham? – spytał wejdźmin.
++++++– Rozkaz króla – wytłumaczył strażnik. – Żaden niepokwitowany koń nie ma wstępu do Wyrżnijmy.
++++++Gejralt podrapał się za uchem.
++++++– O co chodzi z tymi końmi? – zapytał.
++++++– Całe miasto zafajdane. Śmierdzi gównem aż po wschodnią bramę. Ledwośmy posprzątali gruz po ataku ryczywoła, to teraz przyszło nam łajno zbierać. Ech, coś nie ma szczęścia ostatnio to miasto. Wcześniej ludzie też po ulicach srali, ale teraz panie, to jest istna anarchia. Konie strajkują, a porządnych ludzi to już prawie nie ma. Nawet bandyci i złodzieje stąd wyjechali. Więzienie w szwach pęka, bo za załatwianie się na zewnątrz jest teraz surowa kara. Żadnego zwierzaka, prócz szczura, nie uświadczyliśmy od kilku tygodni, a łajna ciągle jakby więcej. Król od zmysłów odchodzi, bo mieszkańcy miasto opuszczają i nie ma komu robić, a ci co wyjechać nie mogą, to w kanałach miejskich siedzą, bo tam jakby mniej wali. Potwierdzam, ja sam się tam z rodziną przeniosłem dwa dni temu i powiem wam, że jest dużo lepiej niż na zewnątrz. Jak się jeszcze studzienki szczelnie pozamyka, wtedy jest prawie czyste powietrze. No, także tego – powiedział strażnik przyglądając się podejrzliwej minie wejdźmina. – Otworzyć bramę!
++++++Wrota zaczęły się rozszerzać i pierwszy strumień powietrza buchnął im w twarz. Zdawać by się mogło, że nawet ono zakaszlało i wzięło głęboki haust swojego świeższego ja, kiedy tylko wydostało się na zewnątrz. Nie były potrzebne żadne wejdźmińskie zmysły, żeby niemalże zobaczyć tę swoistą woń.
++++++Na ulicach było prawie pusto, pomijając biegającego w szale starego zbzikowanego dziada. Błyszczące cekiny zastąpiło wszechobecne łajno, a brokat – roje czarnych much. Jedyny otwarty stragan na głównym rynku oferował maseczki na twarz nasączone ekstraktem z trawy cytrynowej, jednakże nie cieszył się popularnością ze względu na to, że nikogo tu nie było. Wniosek był jeden:
++++++– Tu się nie da oddychać – powiedział Gejralt. – Tylko że ja znam ten zapach…
++++++Zołman skrzywił się zakrywając nos rękawem.
++++++– Jaki, kurwa, zapach. Gejralt, wszyscy znają ten smród!
++++++– No tak, ale…
++++++– Moje tak nie śmierdzi jak to – powiedział Mlaskier przez nos.
++++++– Nie sądziłem, że to kiedyś powiem – przerwał krasnolud – ale możemy już iść do zamku? Tam pewnie nie śmierdzi wcale.

++++++Zamek Fjutesta nie był jednak całkiem wolny od smrodu, a to za sprawą stopy króla, którą ten zadarł pod sam nos wejdźminowi, kiedy tylko go zobaczył. Zołman znalazł się wówczas w niefortunnym miejscu. Później, jako jeden z nielicznych, nigdy nie chwalił się nikomu, że widział królewskie klejnoty.
++++++– Patrz! – wrzasnął Fjutest i odstawił nogę na miejsce. – Czujesz?! Te zafajdane zwierzęta zasrały mi całe miasto! Wstaje rano, a tu smród jak z latryny! Myślałem, że to ja się sfajdałem w nocy, ale kurwa nie! Wyszedłem na dziedziniec i wdepnąłem w takie łajno, że noga do dziś mi śmierdzi! A buty miałem!
++++++Fjutest chodził w tą i z powrotem, nielogicznie machając rękami. Nawet koronę ubrał do góry nogami.
++++++– A gdybym ci powiedział – zaczął Gejralt – że to nie konie zapaskudziły miasto i że znajdę to i złapię?
++++++Król ściągnął bambosze i zaczął po nich skakać. Następnie wbiegł na stół i złapał się za głowę robiąc przysiad.
++++++– Ha ha! – wrzasnął. – Kurwa, no przecież! Czemu wcześniej na to nie wpadłem!?
++++++– Ale nie za darmo i pod pewnym warunkiem – dodał wejdźmin i założył ręce na piersi.
++++++– Co?! – Fjutest zeskoczył ze stołu. – Jestem królem! Niniejszym nakazuje ci złapać to coś, co masz złapać, żeby tego nie było!
++++++Gejralt ziewnął. Fjutest padł na kolana i w tej pozycji doczłapał do wejdźmina.
++++++– Błagam – powiedział. – Moje królestwo…! Jest wszystkim co mam!
++++++Wejdźmin uniósł brew i zrobiło mu się nawet trochę smutno. Poza tym, jeszcze nigdy przedtem nie zdarzyło się, żeby to król klęczał przed nim. Fjutest wstał, podszedł do ściany i uderzył w nią głową kilka razy, po czym pocałował swojego lokaja w kolano.
++++++– Niech będzie! – powiedział. – Zapłacę ci ile powiesz!
++++++Gejralt obejrzał swoje paznokcie.
++++++– Sto tysięcy – rzucił.
++++++– Dobra!
++++++– Mało.
++++++– Gejralt, no miej serce! – lamentował król. – Przecież ja zarobiłem wczoraj tylko dwanaście i pół miliona, a dzisiaj jest podobno jeszcze gorzej!
++++++– No to niech będzie – zgodził się wejdźmin. – Jeszcze warunek. Nigdy więcej tego całego rozkazywania w stylu: jestem królem, na kolana… i bla, bla, bla.
++++++Fjutest zaklął pod nosem.
++++++– I bez krępowania, szarpania za włosy i przyciskania do tej zimnej kolumny – ciągnął Gejralt. – I jak powiem koniec, to posłuchasz. I żadnego duszenia.
++++++Król miotał się po sali i wrzeszczał, ale w końcu przytaknął. Ukazując górne dziąsła, zgniótł stojącą obok filiżankę gołymi rękami i zaczął obgryzać nogę krzesła, którą wcześniej wyrwał. Wejdźmin patrzył na niego i po raz kolejny ujrzał jedynego na świecie posiadacza męskiego ciała, które mu się w żaden sposób nie podobało.
++++++– Dlaczego w dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że i tak ty wychodzisz na tym lepiej? – powiedział.

++++++Następnego ranka na królewskim dziedzińcu wszyscy byli jacyś niewyspani. Zołman przyglądał się snującej się po kątach służbie. On i Mlaskier nie mogli narzekać. Nie była to co prawda królewska komnata, do której wstęp miał tylko wejdźmin, ale każdy z nich dostał po pokoju w piwnicy, w którym było prawdziwe łóżko, i choć raz na jakiś czas dało się tam słyszeć jakieś zawodzenie, to po otwarciu beczki z bogatych zasobów królewskiej winiarni przestali się tym przejmować, a im głośniejsze i przeraźliwsze było stękanie, tym więcej służby w piżamach i szlafmycach przychodziło do piwnicy. Rozkręcili tam nawet niezłą imprezę.
++++++Była jedenasta trzydzieści rano, co oznaczało, że Gejralt spóźniał się już półtorej godziny. Krasnolud zaczynał podejrzewać, że mogło to mieć jakiś związek z wczorajszymi jękami, które zamiast z lochów, mogły pochodzić z najwyższego piętra. Nie zdążył jednak tego przemyśleć, gdyż pojawił się wejdźmin.
++++++– Spóźniłeś się – powiedział Zołman. – Jak poszła dalsza część negocjacji?
++++++Gejralt wyglądał jak ktoś, po kim przeszło coś w rodzaju kowadła do ubijania kostek brukowych w ziemi, aby potem mogły chodzić po nich całe tłumy ludzi. I to niejeden raz.
++++++– Powiedzmy, że Fjutest nie dotrzymał części umowy – odparł.
++++++– Wiadomo było – skwitował krasnolud. – Że nie zapłaci. Nic ci nie da?
++++++– To nie on mi daje, tylko ja jemu.
++++++– Kurwa, nie chciałem wiedzieć co tam robicie z Fjutestem po nocach! – sprostował Zołman.
++++++– Hm? – wejdźmin zamyślił się. – Ja niewiele. Generalnie to on mnie cały czas pos…
++++++– Nosz…! Ani słowa więcej!
++++++Krasnolud zirytował się.
++++++– Nieważne – powiedział w końcu, kiedy po dalszej obserwacji przyjaciela doszedł do wniosku, że jego wcześniejsze podejrzenia na temat nocnych odgłosów były jak najbardziej słuszne. – Ale trzymaj mnie z daleka od Fjutesta, bo jak matkę kocham, następnym razem jak go zobaczę to tak mu wpierdolę, że przez tydzień nie siądzie na tym swoim pozłacanym tronie!
++++++Gejralt uśmiechnął się.
++++++– To byłaby miła odmiana – powiedział. – Schyliłbym się dać ci całuska, mój ty obrońco, ale nie mogę. Chodźmy. Mam pomysł.
++++++Zołman nie rozumiał, dlaczego Gejralt w dalszym ciągu zamierza wykonać swoją część zadania. Postanowił jednak nie drążyć, aby znów przypadkiem czegoś się nie dowiedzieć. Z zachowania przyjaciela odczytał, że ten czegoś szuka, o co zdecydował zapytać uznając zwrot: „czego szukasz” za względnie bezpieczny.
++++++– O rany, czego ja NIE szukam, Zołmanie. Córki, swoich mieczy, medalionu, bezpiecznej kryjówki wieczorem, jedzenia, Pupki, Mlaskra… A teraz to szukam studzienki kanalizacyjnej – usłyszał.

++++++W kanałach Wyrżnijmijskiego Przedsiębiorstwa Kanalizacyjnego „W kupie raźniej” rzeczywiście jakoś mniej śmierdziało. Odkąd szczury przeniosły się na powierzchnię, było też bezpiecznie i całkiem jak na ścieki czysto. Wejdźmin podążał kamiennymi korytarzami od czasu do czasu pozdrawiając fioletowo-zielonych mieszkańców podziemnej Wyrżnijmy. Niektórzy mieli po dwie głowy, a inni trzy ręce. Szedł wraz z nurtem brązowej rzeki, aż dotarł do miejsca, w którym wszystko wypływa na światło dzienne. Otworzył kratę i wyszedł na zewnątrz. Tutaj dalej nie było ładnie i ładnie wciąż nie pachniało, ale brak znajomego łajna w okolicy poinformował go o końcu podróży.
++++++Gejralt wyciągnął pozłacany flakonik perfum i mocno spryskał jedną ze swych ręcznie haftowanych chusteczek. Zwinął ją w rulonik i położył na polanie. Kazał wszystkim ukryć się w krzaczkach.
++++++– I teraz czekamy – powiedział.
++++++– Na? – spytał Zołman.
++++++Wejdźmin wskazał palcem miejsce.
++++++– Aż przynęta zadziała – wyjaśnił.
++++++Na polanie po kilku chwilach pojawił się niewielkich rozmiarów rudawy stwór w białe paski z długim, spiczastym pyszczkiem zakończonym małym noskiem. Poruszał tym noskiem tak, że z każdym krokiem przybliżał się do pachnącej chusteczki. Z drugiej strony również był zakończony małym spiczastym ogonkiem, pod którym skrywał coś wstydliwego.
++++++Mlaskier wyciągnął popcorn. Lubił jak Gejralt robi zasadzkę. Kiedyś nawet sam się złapał.
++++++– To to?! – szepnął Zołman.
++++++– Tak – odparł Gejralt. – A myślałem, że już nie istnieją…
++++++– Ale skąd wiedziałeś, że tu?! – wyszeptał Zołman.
++++++– Te potworki są dość prymitywne, ale nie aż tak żeby paskudzić we własnym domu – zaczął Gejralt. – Skoro Wyrżnijma to jego toaleta, wystarczyło znaleźć miejsce w okolicy, które nią nie jest. No i te małe smrodki mają pewną słabość.
++++++– Ładny kibel sobie wybrał, he he he. Królewski.
++++++Wejdźmin zachichotał.
++++++– One zawsze wybierają sobie na to ładne i pachnące miejsca – tłumaczył. – Pradawna legenda głosi, że były zmorą pewnego perfumiera z Włosów, który na łożu śmierci poprosił kapłana czarnej magii, aby nałożył na cały gatunek tę śmierdzącą klątwę w zamian oddając mu swoje ciało. Od tamtej pory te biedne istoty nie mogą się rozmnażać, bo…
++++++– O – wtrącił Mlaskier żując prażone ziarna kukurydzy. – Poszedł na kupę.
++++++– No właśnie – potwierdził Gejralt. – Może trochę potrwać nim odnajdzie chusteczkę.
++++++Przy piątym podejściu stworek wreszcie wytrzymał na tyle długo bez udania się na stronę, że odnalazł źródło nęcącego go zapachu i natychmiast cały się w nim wytarzał. Przytulał i ściskał różową chusteczkę z zamkniętymi oczami, zupełnie jakby się w niej zakochał. Nagle wyczuł, że nad nim jakby pociemniało. Otworzył oczy i migiem prysnął na drzewo. Gejralt podniósł chusteczkę i wyciągnął rękę w jego stronę. Zwierz wahał się chwilę, ale zbliżył się prężąc łapkę i capnął swoją zgubę. Przytulił ją mocno. Wejdźmin pokazał mu coś jeszcze. W oczach zwierzątka odbił się złoty, pachnący flakonik.

++++++Król Fjutest jadł watę wydłubaną z królewskiej pufy i z królewską klamerką na nosie moczył swoją zhańbioną królewską stopę w wywarze z płatków królewskich róż do czasu, aż jego służący zagrzeje mu królewskie bambosze. Minęło już kilka godzin odkąd pozwolił ubrać się wejdźminowi, a w mieście wciąż śmierdziało. Poza tym bolała go ręka, ktoś ukradł mu perfumy warte fortunę i nic mu dzisiaj nie smakowało, nawet ciasto czekoladowe, łosoś z koperkiem i kawior. Zastanawiał się czym zasłużył sobie na tak paskudny los, kiedy drzwi do sali tronowej otworzyły się.
++++++– No wreszcie! – zawołał Fjutest i nakazał służącemu założyć sobie bambosze. Następnie wstał i powiercił chwilę stopami. – Co to ma być?! – wrzasnął. – Są źle nagrzane! Zwalniam cię! Ty! – zwrócił się nagle do kogoś pod ścianą. – W podskokach lecisz do tej, no kurwa, jak to się nazywa. Gazety! I karzesz napisać że ja, dzielny król Fjutest uporałem się ze smrodem w heroicznej walce na śmierć i życie, i że wszyscy mieszkańcy mają wrócić zapłacić zaległy podatek! I jeszcze coś więcej o mnie, że nieustępliwy byłem i że z niejednego chleba piec jadłem. No coś wymyślisz.
++++++– Ale ja tu tylko naprawiam podłogę…
++++++– Gejralt! – zawołał król. – Co tak stoisz, musimy to uczcić!
++++++Wejdźmin nie ruszył się z miejsca. Dziesięć metrów od Fjutesta w zupełności mu wystarczało.
++++++– Złapałeś to coś, co miałeś złapać? – król wstał i zaczął kroczyć w jego kierunku.
++++++– Tak – odparł Gejralt cofając się o taką samą ilość kroków. – Złapałem.
++++++– A co to w ogóle było? I czemu wszędzie czuje te perfumy, których nie mam!
++++++– Rozwolniak to był – odpowiedział wejdźmin. – To on ma twoje perfumy.
++++++– Co?! No to gdzie to kurwa jest?!
++++++Gejralt złapał za klamkę i otworzył drzwi.
++++++– Nad tobą – powiedział, zatkał nos i…
++++++Uciekł.