– Potańczyłbym – westchnął Gejralt.
Leżał na brzuchu co jakiś czas puszczając wiązkę ognia w stronę akwarium z bulgoczącym rybim strażnikiem, które wziął ze sobą Mlaskier. Cała trójka od kilku godzin czekała na czarodzieja Michała, który na polecenie wejdźmina, poszedł skontaktować się z Dyrdymałem poprzez Hipermegaszybkoskopofon (lub „To Coś” jak zwykł nazywać je Gejralt), toteż całe towarzystwo nieco się rozleniwiło, albowiem wiadomo było, że w przypadku akurat tego czarodzieja, może to zająć dłuższą chwilę.
Zołman spał – pierwszy raz od bardzo dawna zasnął naprawdę mocno i bez strachu, że coś mu się przydarzy. Michał, zanim odszedł, wyczarował mu magiczną bańkę, przez której pole siłowe nawet mucha – a tym bardziej wejdźmin – nie mogła się przedostać.
Mlaskier zbierał patyki, szyszki i inne leśne drobiazgi, potrzebne na ukończenie domku dla rodziny żołędzi, którą stworzył według własnych wzorców – jeden ludzik był mniejszy od innych, drugi miał szyszkę zamiast głowy, a trzeci długie włosy z jasnej trzciny i dwa miecze z patyków.
– Już mi się nie chce podpalać tej ryby – oznajmił nagle wejdźmin, przekręcając się na plecy.
Spojrzał na ciemniejące od chmur niebo, które przybrało szaro-granatowy odcień. Sięgnął do torebki i wyciągnął pierwszą z brzegu buteleczkę. Stwierdził, że eliksir „Śmieszne Wąsy” całkowicie się nadaje.
Ku radości wejdźmina, ochronna bańka Zołmana prysnęła, jednak miało to ścisły związek z powrotem czarodzieja.
– Załatwione – rzekł Michał. – Co ty masz na twarzy? – zapytał spoglądając na Gejralta.
– Nie było cię tak długo, że urosły mi wąsy – zażartował wejdźmin.
Michał nie odpowiedział, ale jego zdaniem wąsy wyglądałyby inaczej.
– Zgodził się? – spytał Gejralt.
– Tak. Miał już nawet jakiś plan. Dziwne – Michał podrapał się po głowie – bo miał go zanim cokolwiek powiedziałem, a powiedziałem niewiele, bo kazał mi być cicho. Ale zgodził się.
Wejdźmin wzruszył ramionami. Chwycił Pupkę za lejce i oddalił się.
– Nie wyruszę dalej z wami – usłyszał za sobą.
– Jak to? – zwrócił się do Michała.
– Skoro ten cały potop to prawda, mam kilka własnych spraw do załatwienia. Ale nasza umowa obowiązuje. W końcu to dzięki wam znów jestem na wolności. Do zobaczenia na miejscu. Bywajcie!
Czarodziej Michał, po dwudziestu czterech nieudanych próbach otworzenia portalu, pozostawił po sobie stosik różnorodnych przedmiotów i zniknął. Mlaskier włożył je sobie wszystkie w spodnie.
– Już niedaleko – oznajmił wejdźmin i ruszyli w głąb lasu.
Drewniana chatka porośnięta mchem i grzybem, była niemal niezauważalna. Z biegiem lat tak wtopiła się w bujną roślinność wiekowego lasu, że dziś wyglądała bardziej jak same drewniane drzwi prowadzące do wnętrza ziemi.
– Uwaga na pułapki – ostrzegł wejdźmin i poczuł, że coś zapadło się pod jego kolejnym krokiem. Spod gęstej trawy, jak z bicza strzelił, ogromna sieć zwinęła się i ze świstem wystrzeliła w górę, zamykając wszystkich w środku. Łącznie z Pupką.
– O ho ho, kogo widzą me ocęta! – rozległo się nagle. – Wejdźmin Gejłalt, kłasnołud Zołman i misc Młaskieł we własnej niepodłobionej osobie! Cekałem na was.
Spod sterty gałęzi wychyliła się rozczochrana ruda głowa, a potem reszta ciała w ubraniu zrobionym głównie z liści rozmaitych roślin, niekoniecznie zasłaniających całe ciało. Zgarbiona postać szybkim krokiem podeszła do pułapki uwalniając swe ofiary i stanęła przyglądając się im w ciszy. Miętosząc sakiewkę z nasionami zawieszoną na biodrach, nerwowo kręciła stopami. Na nogach nosiła sandały, jak ocenił Gejralt na oko, „z koziej pały”.
Większość druidów, bo o jednym z nich mowa, była bardzo zestresowana. Przesiadujący tylko w otoczeniu roślin zielarze, którzy nie wypuszczali się dalej niż dwadzieścia centymetrów od swojego domu i ogrodu, płochliwsi byli od zajęcy. Z powodu swego strachliwego usposobienia, zachowywali się i mówili bardzo nerwowo, a płoszeni każdym odgłosem stali się w oczach innych wyjątkowymi dziwakami. Byli jednak nieocenieni w kwestiach zielarstwa, a ci mieszkający w Kurvijskim lesie byli szczególnie obdarzeni niezwykłymi zdolnościami i pamięcią. To oni wiedzieli co to jest crataegejus, thymusz vulgaris i jak zrobić piwo z szyszek chmielu. To od nich uczyli się najlepsi znachorzy, medycy, najsławniejsi czarodzieje, a także wejdźmini wszech czasów. To oni potrafili wyrecytować z pamięci całe tysiące składników i przekazywali kolejnym pokoleniom już dawno zapomniane przepisy.
– Ale nie za dałmo! – zasugerował druid ukazując pożółkłe zęby. – Męcywół tes musi scegoś zyć.
Nikt dokładnie nie wiedział jak nazywa się ten konkretny druid, ale po odszyfrowaniu wad jego wymowy, najbardziej prawdopodobną wersją było: Męczywór.
Druid odwrócił się do nich tyłem i założył ręce. Jego dom był tak niski, że klękać nie musiał tylko Zołman. I Męczywór, rzecz jasna, który z natury był zgarbiony. We wnętrzu pachniało ziołami.
– To będzie duzo kostowało – ciągnął druid, klepiąc się po głowie.
– Jak duzo? – wtrącił Zołman. – Znaczy, jak DUŻO? – poprawił się krasnolud.
– Ctełysta kułvijskich kołon.
Gejralt, Mlaskier i Zołman przetrzepali kieszenie. Łącznie uzbierali siedem koron z różnych stron Dilerii, dwa żołędzie, szyszkę (którą wejdźmin natychmiast wyrzucił przez okno a Mlaskier pobiegł po nią równie szybko co z nią wrócił) kamyk i kawałek wyschniętego sera. Grajek dorzucił też konewkę, słoik piasku, guziki i inne pozostawione przez czarodzieja Michała efekty uboczne rzucania zaklęć.
Męczywór spojrzał na przedmioty mrucząc coś do siebie pod nosem.
– Nie, nie – zaskrzeczał. – To się akułat nie psyda.
Mlaskier zachichotał.
– A powiedz: rabarbar – zaczął. – RA-BAR…
– Mlaskier! Bo nam nie da – skarcił go wejdźmin i zwrócił się do druida: – Nie mamy tyle pieniędzy, to może zapłacę inaczej?
– Jak na psykład?
– No skoro już klękam, to może… Masaż?
– Masas? Nie, nie, nie. Znajdzies! – zaczął druid unosząc wskazujący palec, który dotknął sufitu. – Moją zgubę! Z mojego tełałium uciekła młówka. Znajdź ją, a podam ci poządany pses ciebie psepis.
– Co uciekło? – dopytał Zołman.
– Młówka. To była moja ulubiona młówka, taka w pasecki – wytłumaczył druid wskazując na terarium.
Gejralt westchnął.
– Jak mam znaleźć mrówkę w lesie? – zapytał drapiąc się po pośladkach i kichnął opluwając Zołmana.
– Nie wiem! – zdenerwował się Męczywór. – A kto ją wypatsy, jak nie jakiś wejdźmin!
– Wejdźmin, wejdźmin. To jak ją rozpoznam? – zapytał, wycierając krasnoluda różową chusteczką.
– Ja ją łozpoznam. Psynieś mi młówkę, a ja ci powiem, cy to ta.
– Masakra – podsumował Gejralt. – Dawno uciekła?
– Łok temu, tsynastego siełpnia.
Wejdźmin spojrzał na druida z politowaniem. Kichnął. Mlaskier pobiegł na dwór i rzucił się na ziemię. Wrócił z czterema mrówkami. Męczywór przetarł okulary, przyjrzał się pierwszemu stworzeniu bardzo dokładnie i mruknął coś jakby w zamyśle, uderzając się w ucho.
– To nie ta – rzucił. – Ta tes nie. I ta tes nie. A ta to jus na pewno nie.
Mlaskier posmutniał.
– A może być to? – zapytał wyciągając kuliste akwarium z torby.
– Łyba? – zapytał Męczywór niemal wkładając głowę do środka.
Ryba przebudziła się i miała już zacząć wszystkich wyzywać, ale Gejralt widząc zainteresowanie druida, szybko unieruchomił ją znakiem Syrden, a potem Fucksji – żeby się męczyła. Miał jej serdecznie dość, szczególnie po ostatniej nocy, kiedy bulgotała w akwarium do białego świtu.
– A smacna chocias? – zapytał druid.
Wejdźmin przytaknął, a Zołman zaproponował, aby zjeść ją od razu.
Po smacznym posiłku, idealnie doprawionym ziołami przez Męczywora, przyszedł czas na interesy.
– No dobze – powiedział druid. – Tełaz Męcywół poda wejdźminowi tajne składniki pładawnej mikstuły na cydł. Chocias jest to wbłew pławu.
Gejralt znowu kichnął.
– Cy ty mas na coś uculenie, mój chłopce? – spytał zielarz. – Nie wazne. Oto psepis!
Zaszczyt zanotowania przepisu przypadł w roli Mlaskrowi, głównie dlatego, że tylko on miał cokolwiek do pisania. Grajek notował skrzętnie, a po wszystkim zwinął kartkę w kulkę i ją zjadł. Wejdźmin zaczynał podejrzewać, że jego eliksiry mogą mieć zły wpływ na stan umysłowy Mlaskra, albowiem nie mógł pozbyć się wrażenia, że poeta na początku ich znajomości był jakby mądrzejszy. Męczywór zgodził się podać przepis jeszcze raz. Tym razem wejdźmin pilnował, aby kartka nie wylądowała w brzuchu przyjaciela, więc sam ją zjadł. Zgodził się później, że nie przemyślał tego do końca. Zirytowany druid przestrzegł, że przepis podaje po raz ostatni. Gejralt zmarszczył się, przerzucił sobie Mlaskra przez kolano i podciągnął mu koszulkę. Skorzystał również ze wzmocnionego atramentu jagodowego zielarza. Zołman przestał reagować na jakiekolwiek działania wejdźmina odkąd Mlaskier połknął kartkę i wyszedł. Początkowo chciał przeczekać na pryczy, ale druid ostrzegł go, by tego nie robił, ponieważ dzisiaj zdarzyło mu się po raz pierwszy od bardzo dawna „zasłać łózko”. Krasnolud wolał nie sprawdzać, którego słowa chciał użyć druid.
Zadowolony grajek szedł przodem podskakując wesoło co parę metrów. Podążał leśną ścieżką od czasu do czasu próbując spojrzeć na swoje plecy. Zołman również przyglądał się jego plecom.
– Przypomnij mi Gejralt – zaczął krasnolud – bo chyba zapomniałem. Po co nam przepis na CYDR, wytatuowany na Mlaskrze, podczas potopu?
– Oj Zołmanie, tyle wody, przecież to trzeba wykorzystać!
– Gejralt… – pogroził mu krasnolud. – Mów prawdę. Dokąd teraz?
Kropla wody rozbiła się na ramieniu wejdźmina. W oddali zagrzmiało. Gejralt wystawił rękę i spojrzał w niebo.
– Zaczyna padać – powiedział.